70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Bohdan Paczowski/Fotonova

Brama oglądana nocą

Wewnętrzna walka wiary i niewiary, nadziei i rezygnacji nie jest czymś, co Herling-Grudziński obserwował jedynie z zewnątrz, przyglądając się toczącym się w skali makro wielkim procesom cywilizacyjnym. Odczuwał i przeżywał je bardzo intymnie, całym sobą, każdym porem skóry.

Franz Kafka wyobrażał to sobie mniej więcej tak: „Stoi przed Prawem odźwierny, przychodzi do niego człowiek i prosi o wpuszczenie. Odźwierny odpowiada, że nie może go chwilowo wpuścić. A później? Później się zobaczy, chwilowo nie można. Petent decyduje się czekać. Czeka miesiąc, rok, dwa, trzy, usiłuje to przebłagać odźwiernego, to przekupić go podarkami, na próżno. Lata płyną, wpatruje się nieustannie w odźwiernego, przeklina swój los. Starzeje się, bolą go oczy, nie wie, czy świat ogarnęły ciemności, czy po prostu nie dopisuje mu wzrok. Widzi jednak za bramą Prawa jarzące się ciągle światło. O krok od śmierci i prawie głuchy, daje znak odźwiernemu, by się zbliżył, nie jest już w stanie podnieść się o własnych siłach. Ułożył sobie dawno ważne pytanie, chce je koniecznie zadać. »Jesteś nienasycony« – zrzędzi odźwierny, ale podchodzi, przykłada ucho do jego ust i słyszy szept: »Wszyscy starają się dotrzeć do Prawa, więc jak to jest, że przez tyle lat ja jeden tylko błagałem o wpuszczenie?«. Odźwierny ryczy w odpowiedzi: »Nikt inny nie mógł być tutaj wpuszczony, bramę zrobiono wyłącznie dla ciebie. Zamknę ją, ledwie umrzesz«”[1].

Czym jest ta brama, przed którą stoimy przez całe życie i której nie potrafimy (przynajmniej większość z nas) przekroczyć? Czy czekamy wciąż przed nią nienasyceni, jak bohater cytowanej przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego przypowieści Kafki? A może zapomnieliśmy dawno o jej istnieniu oraz o tlącym się za nią niewyraźnie świetle i daliśmy nura w mrok? „Noc” w tytule opus magnum polskiego pisarza: czy to tylko część doby, która sprzyja pisaniu? Czy może coś więcej? Na przykład: pełen mroku wiek XX? Albo i całe nasze, naraz przyziemne i podziemne życie?

Jakkolwiek odpowiemy na te pytania, jedno nie budzi we mnie wątpliwości: Dziennik pisany nocą jest „dziełem epokowym”. Cechuje go, jak celnie zauważył Jacek Hajduk, „bezbłędny, klarowny styl, nowatorska, a zarazem intuicyjna kompozycja i »przezroczystość« opisu. I podejście”[2]. Podejście, które sprawia, że – zgodnie z zamysłem twórcy – naszym oczom ukazuje się odmalowana z rozmachem, wyrazistymi pociągnięciami pędzla epoka. Autor nie narzuca się czytelnikowi. Jego autoportret zdaje się skromny, umieszczony w nieeksponowanym miejscu, gdzieś w rogu obrazu. Dopiero wielokrotnie powracając do tekstu, przekonujemy się, jak bardzo dotyka i przejmuje autora wszystko, o czym pisze.

***

Wielu namawiało Herlinga-Grudzińskiego do stworzenia kolejnej wielkiej powieści – czegoś, co „przebiłoby” jego znakomity przecież Inny świat. Dlaczego pisarz nigdy nie zdecydował się na ten krok, zadowalając się formułą dziennika? Wybór taki nie był, jak mi się zdaje, fanaberią.

Przeciwnie: był ruchem głęboko przemyślanym; nieomal koniecznością. Dlaczego? Bo po straszliwych wydarzeniach XX w., których Herling był bezpośrednim świadkiem i uczestnikiem, powieść umarła. Skąd wzięła się ta śmierć? „Z niemożności widzenia losów ludzkich w jednym kontekście, który pobudza wyobraźnię narratora: rozwijającej się mitycznie historii. Wątek rwie się, miga w strzępach, wypryska ze skotłowanego strumienia i natychmiast tonie, umyka formie, drwi z potrzeby oddechu w opowiadaniu, wpędza w chorobę zadyszki, jak w filmie bez montażu lub bełkocie pijaka. Z bełkotem graniczą coraz częściej rozmowy, do bełkotu wdraża telewizja, bełkot serwują gazety” (3 lipca 1973). Bełkot staje się normą „nowoczesnego” jakoby dyskursu, zastępuje racjonalną rozmowę. Każda wymiana argumentów potrzebuje wspólnych punktów oparcia, pewnego minimalnego obszaru międzyludzkiej zgody. Tego tymczasem pozbawił nas wiek XX, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Nieprzypadkowo cytuje Herling-Grudziński Nadieżdę Mandelsztam, która pisała: „Chorobę terroru się dziedziczy” (11 marca 1971). W rzeczy samej. Choroba ta płynie w naszej krwi, oddychamy nią, pełno jej na ulicach naszych miast. Jest wszechobecna, choć trudno ją zauważyć.

Co zatem sprawia, że widzi ją i odczuwa autor Dziennika pisanego nocą? Być może stoi za tym straszliwe doświadczenie, które wyniósł z sowieckich łagrów. Być może w tej ostrości widzenia „pomaga” życie na emigracji. Nie tylko poza ojczyzną, ale w bardzo specyficznym miejscu: Neapolu, mieście położonym u stóp Wezuwiusza. „Mieszkamy – notował pisarz 14 września 1972 r. – na gigantycznej gąbce, pełnej ukrytych wykopów, grot, lochów, wyrąbanych w kamieniu chodników, zapadni. Nie posiadamy ich mapy topograficznej, pamiętamy jedynie, że topo znaczy po włosku »szczur«. Dokładnie naniesione na mapę są natomiast ścieki kanalizacyjne, wyborne (zdaniem znawców) dzieło Burbonów. Prócz właściwego celu, służą masowym szczurzym dyslokacjom i ludzkiej kontrabandzie z portu do śródmieścia. Od czasu do czasu rozlegają się tam chyba strzały konkurencyjnych band przemytniczych, a dudnienie echa miesza się z piskiem uciekających szczurów. Od czasu do czasu, po przewlekłych deszczach, pęka ulica w górnych kondygnacjach naszego pięknego panoramicznego miasta i pochłania przechodnia lub automobilistę. Poszukiwania zwłok są zazwyczaj bezowocne. Nad całością niewidzialnego spektaklu czuwa, albo i nie czuwa, Wulkan”.

Oto metafora duchowej kondycji Europy schyłku XX w. A także, dodam od siebie, naszej współczesności.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter