Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000  Rocznik 2001
- styczeń, nr 548
- luty, nr 549

 Fundacja


Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Znak, nr 02/2001 (549)
ZAGADKA BOYA

Józef Hen



   Kiedy myślę o Boyu - teraz, z oddalenia, już w ciszy, już bez emocji autora pasującego się z jego biografią - spostrzegam, że ten człowiek skupia w sobie, jakby na przekór własnej osobowości, zmagania i rozterki całej wychodzącej z zaborów inteligencji polskiej. Urodzony w Warszawie, pod zaborem rosyjskim, wychowany w Krakowie pod panowaniem Franciszka Józefa, frenetycznie czynny w niepodległej Polsce, rozstrzelany przez Niemców w zdobytym na Sowietach Lwowie - czyż jego losy nie mogą wydać się symboliczne? Ciąg przypadków - mawiał on sam, dziwiąc się swojej karierze literata. Ale my widzimy, że przypadki były nieprzypadkowe. Rządziły się jakąś celowością, logiką, tak się wydawało - nagle logika się załamała, rozniosła ją w strzępy tragedia, opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku.
    "Najbardziej otwartym pisarzem polskim" - nazwał go Wacław Borowy. Tak by się mogło wydawać. Jego "ja" jest stale obecne w tym, co pisze. Czy to będzie Mickiewicz i Fredro, czy recenzyjka z błahej sztuczki Bałuckiego, czy wreszcie Przybyszewski, Dagny i inni "ludzie żywi" - Boy zawsze angażuje własną osobę, podpiera się wspomnieniem, anegdotą, daje świadectwo. Ale to może być mylące. Z iluż spraw, istotnych dla biografa, nigdy się nie zwierzał. Wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu (trzeba się strzec, by mówiąc o nim, nie wpadać w pułapkę stereotypów) Boy w sprawach uczuć był wzorowo dyskretny. Napomykania o flirtach czy przelotnych romansach stanowiły jakby maskaradę, którą osłaniał uczucia głębsze, przeżycia bardziej dramatyczne - tych nigdy nie ujawniał. Nie tylko w tych sprawach wydał mi się nieraz zagadkowy. Co naprawdę myślał, co przeżywał w tym dziesięcioleciu, kiedy studiował medycynę, pił, grał w karty i odczuwał, po udanym debiucie, piórowstręt? Żadnych listów, żadnych notatek. Milczenie. A Lwów? Znowu milczenie. (I tylko jedna kartka, przemycona do przebywającej w Warszawie żony, z nagryzmolonymi na niej, według świadectwa p. Władysława Żeleńskiego, bratanka Boya, trzema słowami: "Oj, Fuśku, Fuśku..."). Kto wie, czy Boy nie był zagadką dla samego siebie?
    Na ogół łączy się osobowość Tadeusza Boya-Żeleńskiego z młodością krakowską, ze środowiskiem ludzi sztuki, wśród których przebywał, z przyjaciółmi z Młodej Polski, których później, mimo wszystkich różnic, jakie go od nich dzieliły, bronił, niekoniecznie zresztą aprobując ich twórczość. To miały być te korzenie, które go ukształtowały. Zawinił tu sam Boy, jego uwodzicielskie wspomnienia, nie tylko Znaszli ten kraj, ale i te rozsypane po felietonach i pojawiające się, na zasadzie anegdotycznych skojarzeń, w recenzjach. Pomija się jego korzenie warszawskie. A był tymi korzeniami głęboko wrośnięty w grunt pozytywistyczny. Napomykał o tym czasem mimochodem, na przykład kiedy wyjaśniał - w odczycie Jak zostałem literatem z 1922 roku - skąd się wzięły jego studia medyczne: "Może to były sugestie nie tak dawnej jeszcze epoki pozytywizmu, że wszelkie studia nad człowiekiem trzeba zaczynać od początku, od krajania trupów".
    Podobnie z pochodzeniem. Jego endeccy przyjaciele - a miał ich sporo w swojej krakowskiej młodości - w ostrych potyczkach polemicznych lat dwudziestych zarzucali mu "zaprzaństwo": jak może potomek starego rodu ziemiańskiego, Ciołkiem się pieczętujący, atakować tak bezwzględnie szlachetczyznę! (Właściwie nigdy w tym nie ustał. "Porachunek ze szlachetczyzną - pisał, recenzując na kilka lat przed wojną Rozbitków Blizińskiego - wciąż aktualny, to kwestia naszego zdrowia moralnego"). Zapomina się, że Tadeusz Żeleński, urodzony w 1874 roku, był po matce - Wandzie Grabowskiej - mieszczaninem. Jeśli zacząłem od tego, że Boy skupia w sobie losy całej inteligencji polskiej, że je poniekąd symbolizuje, to właśnie dlatego: ze względu na dwoistość jego korzeni. W dziewiętnastym wieku to miało znaczenie! Jedną widziała wadę w swoim wspaniałym narzeczonym, kompozytorze Władysławie Żeleńskim, panna Wanda, nieugięta demokratka: "Mówię o arystokratycznych jego koligacjach i stosunkach - pisała do swojej mistrzyni Narcyzy Żmichowskiej, którą wielbiła egzaltowanym uczuciem - [Na szczęście]... mój ťdoktór filozofiiŤ jest wyzwolonym ze szlachetczyzny szlachcicem, chce zostać mieszczaninem, człowiekiem pracy użytecznej oddanym..." Jesteśmy w samym centrum ideału "pracy organicznej". "Bo u nas - stwierdzi Boy przy jakiejś okazji - pozytywizm był tylko formą romantyzmu". Potwierdza to Lalka Prusa.
    Niezwykły był to dom, ta kamienica Grabowskich, Miodowa 3, w której wyrosły Wanda i jej trzy siostry. Niezwykła rodzina. Najstarsza siostra, Julia, wyszła za mąż za podhalańskiego szlachcica Adolfa Tetmajera i w ten sposób pasierbem jej został Włodzimierz Tetmajer, politykujący malarz, właściciel "chaty rozśpiewanej" w Bronowicach. Jej własny syn to Kazimierz, znakomity poeta, któremu w wędrówkach po górach ochoczo "giermkował" (jak to sam nazwał) czternastoletni kuzyn Tadzio, późniejszy Boy. Kiedy Lucjan Rydel żenił się z Jadwigą Mikołajczykówną, kiedy potem ich wesele (na którym Tadeusz był obecny) stało się tematem sztuki Wyspiańskiego, dla Żeleńskich była to impreza - i sztuka - niemal rodzinna, wszystko między kuzynami: Gospodarz, Poeta, znajomy Dziennikarz, nawet "Zosia", późniejsza żona Tadeusza, nawet "Maryna", jej siostra, z której lwowskiego mieszkania wyprowadzono pisarza na śmierć.
    Ale wróćmy do domu na Miodowej. Patrycjat mieszczański Grabowskich był świeżej daty, bo jeszcze dziadek panny Wandy, który pod koniec XVIII wieku odkupił kamienicę od zbankrutowanego finansisty Teppera, był krawcem, a dorobił się majątku jako kupiec bławatny. W połowie następnego wieku mieszkali już w tym domu ludzie nieprzeciętni, ambitni, często spokrewnieni z właścicielem, architekt, muzyk, filozofka, słynny lekarz (Ignacy Baranowski, który zostawił pamiętniki), była pensyjka żeńska p. Julii Bąkowskiej, w której uczyła zamieszkała w mansardzie Narcyza Żmichowska. To do niej lgnęli byli zesłańcy, konspiratorzy, wszyscy, którzy nie godzili się z trywialnością życia, z miałkością myśli, z zawężeniem horyzontów. "Tu biło serce Warszawy" - napisze z wyraźną dumą Tadeusz Żeleński, kiedy zajmie się korespondencją matki z jej ukochaną "Panią".
    Kiedy Narcyza Żmichowska wprowadziła się do kamienicy Grabowskich, w roku 1858, miała już dawno za sobą rewelacyjny debiut poetycki i miłość (bez wzajemności) do "czerwonego kasztelanica" Edwarda Dembowskiego. Ta kobieta, nigdy nie kochana, miała rysy twarzy grube, pospolite, za to umysł niepospolity, błyskotliwy, głowę nabitą książkami, język pełen energii, zmysłowy, barwny, nierzadko piękny. Opublikowana w "Przeglądzie Naukowym" późnoromantyczna powieść Poganka przyniosła jej sławę. Stała się autorytetem dla grona wyzwolonych "entuzjastek", zarażała je buntem przeciw małżeństwu bez miłości, z rozsądku, co zatroskane matki i ciocie miały jej za złe. Konspirowała, siedziała dwa i pół roku w więzieniu (na podstawie przechwyconych przez policję listów), potem był nakaz zamieszkania w Lublinie, co przeżywała jak zesłanie. W Warszawie, w kamienicy państwa Grabowskich, poczuła się szczęśliwa. Lokatorzy i odwiedzający ją młodzi ludzie szykowali się do powstania - Żmichowska była przeciw. Całe jej doświadczenie przemawiało przeciw niemu. "Przerażała ją lekkomyślność sfer emigracyjnych, kierujących z daleka ruchem" - napisze pod koniec lat dwudziestych Tadeusz Boy-Żeleński, a nas, jego czytelników, poraża, jak bardzo pewne sytuacje powtarzają się. Narcyza wyjeżdża do krewnych na wieś, można rzec ucieka. Stamtąd donosi Wandzie, że "przebudowuje swój światopogląd". Wyrosła ze swego późnego romantyzmu, czyta Darwina, Comte’a - i narzuca to, nie ma wątpliwości, Wandzie Grabowskiej.
    Chłopiec miał sześć lat, kiedy państwo Żeleńscy przenieśli się do Krakowa. Czy to znaczy, że pozytywizm warszawski był dla niego czymś dalekim? Ależ miał go w domu, we własnej matce! Mimo "trzech niełatwych synów", nigdy nie wyrzekła się pracy społecznej, wciąż była w czymś czynna. "Czuły syn" - napisał o Boyu we wspomnieniu pośmiertnym Adam Grzymała-Siedlecki, były przyjaciel. Syna raził w matce jej "zdawkowy idealizm", nie podzielał jej kultu dla "Gabryelli"; "ja byłem cynik", napisze o sobie trzynastoletnim. Ale dodaje, że nie ma ostrzejszego krytyka niż taki szkrab - zwłaszcza jeśli chce mu się narzucić kogoś jako świętość bez skaz, "od strony samych cnót obywatelskich". "Matka nie mogła tego zrozumieć" - dodaje z żalem.
    "Cynik" był wrażliwym chłopcem, przenikliwym obserwatorem, pochłaniał książki, w samotne wieczory wyszeptywał liryki Słowackiego, Heinego (w oryginale), Baudelaire’a (ditto). Jego kuzyn, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, podziwiał u Tadzia "fenomenalne wyczucie formy", Grzymała-Siedlecki wspominał młodzieńca o "fenomenalnej inteligencji". Fenomen!
    Nie mógł Grzymała temu fenomenalnemu młodzieńcowi darować jego przeistoczenia się w krytyka szlachetczyzny, w tępiciela jej obyczajowości i reliktów mentalnych obserwowanych w życiu i na scenie. Zwłaszcza na scenie. Sztuki Grzymały, Rostworowskiego, Miłaszewskiego kompromitowały, zdaniem Boya-recenzenta, to, co miały gloryfikować. Grzymała stara się w swoim wspomnieniu, bardzo przyzwoitym, przekonać nas, że Boy żywił uraz do ziemiaństwa z powodu niechętnego (rzekomo) przyjęcia matki-mieszczanki przez rodzinę ojca. Nic takiego nie nastąpiło. Chłopcy na każde wakacje jeździli do stryjostwa do Grodkowic. Tam bawili się koło krzyża upamiętniającego zamordowanie ich dziadka w rabacji chłopskiej 1846 roku, tam Tadeusz natrafił w szafie bibliotecznej na całego Fredrę i tam miał sposobność przyjrzeć się wciąż jeszcze żywym postaciom Fredrowskim. Jeśli mu wierzyć, to już wtedy przeprowadził na użytek własny "radykalną rewizję" Pana Tadeusza. Dom państwa Żeleńskich od pierwszej chwili stał się miejscem, które odwiedzali nie tylko wybitni artyści, to naturalne, ale także arystokraci - ci związani ze stronnictwem "stańczyków", którzy mieli także dużo do powiedzenia w kulturze, jak Tarnowski i Koźmian. Kiedy chłopiec spytał matki, kto to są "stańczycy", wymieniła mu znajomych ojca. Słuchał ich rozmów i wyciągał własne wnioski. Nie poddawał się szkolnej, poczciwej wizji historii. Miał ten nałóg, jak to określił, "patrzenia od innej strony". Po latach rządy znajomych ojca oceni surowo: "Ciągłe ťgaszenieŤ, ciągłe wołanie o ťtrzeźwośćŤ, rozsądek, wychowały pokolenie karierowiczów (...) w mieście, gdzie nie było karier".
    Ale korzenie krakowskie Boya to nie tylko ziemiaństwo, to także, a może przede wszystkim - ludzie sztuki. Ten student medycyny, o bardzo nieuporządkowanym trybie życia, znał ich wszystkich, był z nimi po imieniu, traktowany jak partner. Może cenili w nim wrażliwego czytelnika, który potrafiłby im coś powiedzieć o nich samych? Alfred Wysocki, zaprzyjaźniony z Przybyszewskimi jeszcze w ich czasach berlińskich, potem sekretarz redakcji w krakowskim "Życiu", świadczy, że niewiele mieli w tym względzie z Tadeusza pożytku, bo na ogół milczał. Jako dziewiętnastolatek wydrukował w tygodniku "Świat" cztery sonety "na modnym wówczas sosie" (jak to określił, wyrzekając się ich). Po czym na dziesięć lat zamilkł.
    Tutaj zbliżamy się do tego, co ośmielam się nazwać "zagadką Boya". Bo kim był Tadeusz Żeleński z tych lat? Wiemy: hazard, poncz i wiśniówka z Przybyszewskim; wiemy: studia medyczne wbrew skłonności, upokarzająca miłość do Dagny, potem - po powrocie z paryskiego stypendium - praktyka szpitalna, małżeństwo z Zosią Pareńską, oddanie się badaniom naukowym. Ale co odczuwał? Jak to przeżywał? Dlaczego ten młody człowiek o chmurnych oczach milczał? Ponury dekadent - tak go wspominają niektórzy pamiętnikarze. On sam o swoim spotkaniu z Przybyszewskim: "to był ten Książę Ciemności, na którego czekałem". Przytacza nam - jakby sam był ciekaw, co się za tym kryło - protokół policyjny odnotowujący, że Tadeusz Żeleński, kawaler, trzeźwy, idąc nocą ulicą Szewską krzyczał przeraźliwie, bez słów. (Niektórym biografom wydało się to zabawne). "Byłem w tej epoce bardzo nieszczęśliwy" - ujawnia w odczycie, w krótkim zdaniu, jakby nie chciał, żebyśmy za bardzo się tym przejęli. Ale gdy pisze o swoim młodszym bracie Edziuli, urzędniku bankowym z niezrealizowanym talentem muzycznym, który w 1910 roku popełnił samobójstwo, może myśli o sobie? Bo to fałsz, pisze, ten "często spotykany komunał, że wszelka zdatność czy powołanie muszą sobie wcześniej czy później znaleźć drogę". Jest przekonany, że "świat jest pełen ludzi, którzy nie odnaleźli siebie samych i którzy cierpią, często nie wiedząc od czego".
    Zaprzyjaźniony z Księciem Ciemności, nie chciał przyznać się sam przed sobą, że jego poezjowanie ("nie wolno ględzić na górze Synaj!" - ta ocena, po latach, zabrzmi jak aforyzm) i kult "nagiej duszy" są mu obce. Że hasło "sztuka dla sztuki" zderza się z przekonaniem, wyniesionym z domu, że literatura powinna czemuś służyć - jeśli nie wypełnianiu obowiązków społecznych, to wyjaśnianiu zakamarków duszy ludzkiej, penetracji psychologicznej. Wspominając później swoje początki kabaretowe, Boy pozwoli sobie na zwierzenie: W Młodej Polsce nie odpowiadał mu "ton ówczesnej atmosfery (...). Natomiast w atmosferze Zielonego Balonika odnalazłem się natychmiast".
    Odnalazł siebie. Przedtem jednak był Paryż, dokąd pojechał złamany klęską osobistą, a skąd wrócił - jak to sformułował - "innym człowiekiem". Nie należy z tego jednak wnosić, że wrócił z jakąś decyzją. W Paryżu zetknął się z piosenką kabaretową - to było objawienie, niemal filozoficzne: że też można się aż tak inaczej umieszczać w życiu! - i natrafił wreszcie na tę literaturę francuską, którą dotychczas zaniedbywał. Zaczął od kupionego u bukinisty Diderota, a potem wchłonął całego Balzaca. Kiedy wrócił po trzech miesiącach do Krakowa, miał pewność, co podejrzewał od początku, że wybór medycyny był pomyłką. Żeby uciec od praktyki pediatry, która była dla niego udręką (widok chorego dziecka przyprawiał tego wrażliwca o cierpienie), rzucił się do mikroskopu, publikował w wiedeńskich pismach prace z dziedziny patologii krwi osesków, które jeszcze dzisiaj, jak zapewniał mnie wybitny krakowski hematolog profesor Jerzy Armata, budzą za granicą zainteresowanie fachowców. Jakoś tak się złożyło, że stał się też mimo woli społecznikiem, najpierw propagując, a potem przez kilka lat prowadząc instytucję "Kropla mleka".
    To do tego właśnie okresu odnosi się zwierzenie: "byłem nieszczęśliwy". Ze stanu depresji wydobył młodego lekarza, żonkosia i ojca małego Staszka, założony przez krakowską "malarię" - kabaret. Prawdziwa erupcja twórczości. Radość zabawnego rymotwórstwa. (Pojawiły się i inne wiersze, bardziej osobista liryka, w guście Heinego). Powtórzę, co napisałem w swojej książce o nim: Boy z niczym nie "walczył", nie burzył "zatęchłych murów" - ani mu to w głowie było. Pisał o tym, co go śmieszyło - pozwolę sobie powtórzyć. Że to wszystko znaczyło pewien kierunek, miał się przekonać - on sam i jego komentatorzy - po latach. Przy okazji, mimochodem, zrewolucjonizował polski wiersz satyryczny. Między Rodociem na przykład a Tuwimem, Hemarem, Paczkowskim, Słonimskim - zdarzył się Boy. Nawet Czesław Miłosz przyznaje Boyowskim Słówkom tę zasługę, że wprowadziły do języka poezji powszedniość, odarły go z hieratyczności.
    Jeśli wierzyć Boyowi, to tłumaczem został z tęsknoty za Francją. Ale są i inne tropy. Kabaret się kończył, a jego, który odkrył w sobie zręczność prestidigitatora słów, rozsadzała materia twórcza, nie znajdująca sobie ujścia. Był, zwierzał się, jak mamka, która cierpi na nadmiar mleka. Zaczęły się przekłady, najpierw był jakiś próbny Balzac (Fizjologia małżeństwa), potem Molier, cały Molier, a potem - potem zrozumiał, co mu się kroi. To podczas wojny, w warunkach najniezwyklejszych, kiedy Austria była wrogiem Francji, wpadł na szalony pomysł założenia Biblioteki Boya. Zaczął ją w 1915 roku nie byle jak, bo od Prób Montaigne’a, do których sam napisał wstęp. I tak narodził się Boy-eseista.
    Towarzyszył temu zamiar ambitny, prawie nie na miarę jednego człowieka: przeorientować tradycję kulturalną inteligencji polskiej, odwrócić ją od pesymistycznego dziedzictwa germańsko-skandynawskiego (które uznawał dla Polaków za bezpłodne, obce polskiej naturze i szkodliwe) i zaszczepić kulturę francuską, myślenie jasne i racjonalistyczne. W dużej mierze mu się to udało. Pomocna tu była i pikantna sława pseudonimu, pod którym przekłady publikował. Zachęcały do lektury błyskotliwe wstępy. Przekonywały wreszcie znakomite teksty, które szacowano jako arcydzieła inwencji i polszczyzny (Villon, Rabelais, Montaigne, Molier). Wacław Borowy poświęcił jego pracy wnikliwe studium. Zwrócił uwagę na "trzydzieści stylów", zdumiewała go pracowitość tłumacza i bujność polszczyzny. "Skąd się taki wziął w literaturze naszej?"
    Dwa zastrzeżenia będą tu na miejscu. Pierwsze: Boy nie był lekkoduchem, który zwalczał ową literaturę północną, bo jej metafizyczność i filozofia stanowiły zbyt ciężką strawę dla jego "płytkiego" umysłu. Przeciwnie, miał to wszystko za sobą, Schopenhauer i Nietzsche to byli idole jego młodości. Młody człowiek czytał z zapamiętaniem Dostojewskiego (Idiotę uważał za najpiękniejszą powieść świata), kochał się w jego Gruszeńkach, Nastazjach i w Łagodnej, jego własny związek z Dagny trącił dostojewszczyzną z Białych nocy. (Pamiętam zaskoczenie - i wdzięczność - Andrzeja Stawara, który właśnie pisał swoje studium o Boyu, kiedy mu o tym Dostojewskim opowiedziałem. "Gdzie pan to znalazł?" - zdziwił się. "W recenzjach" - odpowiedziałem). Jeśli mówił: "wróciłem innym człowiekiem", to może dlatego, że tam, w Paryżu, nastąpiła zmiana filozofii życiowej. Doszedł do wniosku, że więcej jest mądrości w uśmiechu, jasności myśli i dobroci (motyw dobroci stale u niego wraca), w tym, co pomaga żyć i myśleć, niż jest "głębi" w ciężkim, pesymistycznym ponuractwie, które uważał za łatwiznę artystyczną i swoiste szalbierstwo.
    Drugie zastrzeżenie dotyczy usytuowania literatury francuskiej w czytelnictwie polskim. To przecież nie jest tak, że jej nie było - była jak najbardziej; począwszy od Dumasa-ojca i Wiktora Hugo, tłumaczono wszystko, co w Paryżu wychodziło, literaturę ambitną, ale i kryminalną, obyczajową, wagonową, wydawcy byli bardzo czujni, znani byli w Polsce i naturaliści, znana literatura "dekadencka" (którą zaczytywał się Tadeusz, ku zmartwieniu jego francuskiego preceptora, na próżno podsuwającego mu klasykę), Rimbaud, France, Maeterlinck, a już w dwudziestoleciu prawdziwy zalew powieści francuskiej, od Romain Rollanda poprzez André Malraux aż do Martin du Garda. Boyowi szło o francuską klasykę - tej prawie nie było, co uważał za istotny brak dla polskiej umysłowości. Uzupełniał te braki z uporem i możliwie systematycznie. Chciał, żeby polscy czytelnicy tę klasykę adoptowali jako własną. Mamy wspaniałych romantyków - agitował - nie mamy klasyków, zapożyczmy ich sobie.
    Byłoby jednak błędem lekce sobie ważyć (idąc w tym za Boyem) wpływ doświadczeń lekarza na jego późniejszą osobowość pisarską. Niechciana praca wiązała go ze zwykłym życiem. Jako lekarz kolejowy bywał lekarzem biedoty. Poznawał ludzi, do których nigdy by się nie zbliżył, gdyby, siedząc w swoim gabinecie, czekał na pacjentów. Wojnę poznawał, stykając się z rannymi, chorymi, widząc ból, rozpacz, kalectwo. Kiedy zasiadł w fotelu recenzenta teatralnego, już w wolnej Polsce, w roku 1919, miał lat czterdzieści i cztery, zdążył pić z przeróżnych źródeł, czasem bardzo gorzkich, miał za sobą porażki i cierpienie. Znał hierarchię spraw i rzeczy. Filozofijki i teoryjki obnażał, przepuszczając je przez filtr swoich doświadczeń. Znał artystów, ich prawdziwe wzloty i ich nieuchronną przyziemność. Rozumiał kobiety. Przeżył niejeden zachwyt, niejedną radość - i niejedno rozczarowanie. I miał - jako autor Słówek i tłumacz arcydzieł - wspaniałe doświadczenie pisarskie.
    Jest rzeczą znamienną, że wraz z "wybuchem" Polski skończyły się "słówka", nigdy już nie sięgnął po notatnik liryczny. Sam to tłumaczył: były teraz inne możliwości wypowiedzi, nie tak zawstydzające jak pisanie wierszy. (Więc kabaret jako wypowiedź zastępcza?) Przede wszystkim była ogromna radość - na naszych oczach, pisał, ziścił się wymarzony cud. "Hura!" - taki radosny okrzyk kilkakrotnie powtórzy się w różnych recenzjach. Tępił, na swój sposób, małostkowe sarkanie, drażniły go uszczypliwości pod adresem raczkującego państwa (odezwał się pediatra!), przeciwstawiał im, nie spłycając naturalnie rzeczywistości, rodzących się problemów, "szczęście, w jakim żyjemy, w jakim pławimy się od rana do nocy" (tak pisze, recenzując sztukę "martyrologiczną"). Nic nam teraz - doświadczonym przez zabory, powstania, wywózki - nie przeszkodzi zbudować Polski światłej, tolerancyjnej, liberalnej, nowoczesnej, z powszechnym szkolnictwem, z tanim teatrem i - zaczytanej w Bibliotece Boya. "Światła, szacunku, chleba i mydła dla wszystkich. A z reszty można się uśmiać". Każdy, u zarania niepodległości, miał własną wizję szklanych domów.
    To na tym polu - jaka ma być ta Polska, ku której się szło - nastąpiło zderzenie z zachowawczymi przyjaciółmi, Grzymałą-Siedleckim i Karolem Hubertem Rostworowskim, "partyjnymi" pisarzami endecji... Boy, który głęboko przeżył - opowiadał mi to jego bratanek Władysław Żeleński - endecką nagonkę na prezydenta Narutowicza i zamordowanie go, wierzył w możliwość przyjaźni "ponad podziałami": w końcu to przecież on sam zamieszczał recenzje i nawet dobrze się czuł w konserwatywnym i katolickim "Czasie", przez pewien okres pisywał do redagowanej przez Strońskiego "Rzeczypospolitej". Nieszczęście jednak chciało, że obaj przyjaciele pisali sztuki teatralne, które on musiał recenzować. Zerwanie stawało się nieuchronne. Zamach majowy Boy przyjął (wiemy to z ocalałego listu) z ulgą i nadzieją. Kiedy jednak Piłsudski kazał wtrącić do twierdzy brzeskiej czołowych posłów opozycji, opublikował samotny protest "przeciw znęcaniu się i poniewieraniu godności człowieka".
    Być może miał w sobie odziedziczony po matce gen społecznika, ale nie praca społeczna stanowiła jego pasję. Naprawdę pasjonowała go literatura, przygody ludzkie - dotyczy to nie tylko przygód postaci, ale i ich twórców. Teatr zastępował mu podróże - niechętnie ruszał się z domu (ta niechęć być może kosztowała go życie) - nie znosił "zwiedzania", świat poznawał, siedząc w fotelu recenzenckim. Kilka sowieckich sztuk, w zamyśle przecież propagandowych, pozwoliło mu bezbłędnie odczytać atmosferę strachu, donosicielstwa, partyjnej obłudy, w jakiej oddycha "nowa klasa panów". Z teatru, wyznaje, wychodzi zamyślony raczej nad życiem niż nad teatrem (co niektórzy ludzie sceny mieli mu za złe). W recenzji z Małego domku Rittnera pisze, na długo przed słynną formułą Hanny Arendt, o niebezpieczeństwie zbrodni, jakie niesie w sobie banalność życia. Nieraz jednak opuszcza teatr przejęty entuzjazmem dla ewolucji (obyczajowej), jaką przebywamy. Utarczki o Mickiewicza czy Fredrę wynikały z takiej postawy w sposób naturalny. "Biada literaturze, gdy przestaje budzić namiętności" - możemy sobie to za nim dziś powtórzyć (nie bez melancholii). Można różnie dzisiaj oceniać te polemiki, jedno jest pewne: nie da się dziś pisać o Mickiewiczu i Fredrze językiem, jakim pisano o nich, zanim głos zabrał Boy.
    Natomiast w publicystykę obyczajową, w spór z Kościołem został raczej wciągnięty - od łyczka do rzemyczka - krok po kroku. Zawsze to się zaczynało w sposób najzupełniej, jego zdaniem, niewinny. Poruszał sprawy, często przy okazji jakiejś recenzji, które wydawały mu się w sposób oczywisty dojrzałe do zajęcia się nimi i od razu okazywało się, że poruszył staw porosły grubą warstwą rzęsy. Atakowany, odpowiadał ostro. I tak rodziły się te różne Piekła kobiet, Dziewice konsystorskie czy Nasi okupanci. Andrzej Stawar, świadek tamtych polemik (jako "Trestka" atakował wcześniej Boya w komunizującym "Miesięczniku Literackim"; po wojnie wybór jego prozy zatytułował Mędrca okiem), twierdzi w swej monografii, że w publicystyce Tadeusza Żeleńskiego przejawiał się "zbudzony gniew człowieka o nowoczesnym poczuciu państwowym". Miał inną wizję państwa niż ówcześni hierarchowie Kościoła i nie widział powodu, żeby się z tym kryć. To była postawa współgospodarza niepodległego kraju, człowieka - dzięki swoim korzeniom - bez kompleksów. Nie musiał się tłumaczyć ze swoich praw do Polski, co było powtarzającym się utrapieniem jego młodszych kolegów z "Wiadomości Literackich".
    Rychło spostrzegł, że jest właściwie osamotniony. Podziwiano go prywatnie - atakowano publicznie. "Codziennie kubeł pomyj w prasie". Ataki wściekłych pisemek nacjonalistycznych mniej bolą, uważa je poniekąd za naturalne - zdumiewa go atak lewicy, która zarzuca mu, mówiąc w skrócie, że jego kampania obyczajowa odciąga masy od "walki klas", kładzie "plasterek na rany" etc... Analiza głośnego Beniaminka Karola Irzykowskiego wymagałaby wyjaśnienia, ile w tym frontalnym ataku było urazy osobistej, zawiści (do której autor się przyznawał), jaką rolę odegrała różnica charakterów, temperamentu, poczucia humoru (czy raczej jego brak), różnica zasadnicza w orientacji kulturalnej (Irzykowski był przywiązany do kultury i filozofii niemieckiej, pogardzał literaturą francuską, którą Boy niepotrzebnie, jego zdaniem, tłumaczył). Wszystko, co robił i pisał Boy, Irzykowskiego - człowieka tej samej liberalnej formacji - drażniło. Weźmy sprawę pamiętnikarskiej książki Jakuba Wojciechowskiego Życiorys własny robotnika, którą Boy-Żeleński forsownie protegował. Wpisuje się tym Boy - jak Krzywicki, jak Stanisław Stempowski, Znaniecki, Czarnowski, Chałasiński - w tę rzeszę inteligencji polskiej, która szuka bohatera współczesnego nie w fikcji, często pretensjonalnej, ale w zapisach pamiętnikarskich, w literaturze faktograficznej. (Podążają tym tropem i utalentowani twórcy, mistrzowie reportażu: Pruszyński, Wańkowicz, Wrzos. A jeśli już powieść - to często o własnym dzieciństwie lub gdzieś na pograniczu reportażu: Uniłowski, Piętak, grupa literacka "Przedmieście"). Zajęcie się Wojciechowskim było, chciał czy nie chciał, wyzwaniem. Pozwolę sobie tu zacytować własną książkę. "Zderzenie było jaskrawe: z tamtej strony - penetrowanie świata zza biurka (...); z tej - surowa opowieść człowieka, który dużo przeżył, zna materię życia z własnych doświadczeń i wyraża tak drogą Boyowi ťludzką treść własnąŤ; z tamtej strony pogarda dla ťtalentyzmuŤ, z tej ťwybuch niepospolitego talentuŤ. Czym właściwie jest literatura? Kto ma w niej coś naprawdę do powiedzenia?"
    Pytania, które dzisiaj, w czasach transformacji nie tylko politycznej, nie tylko gospodarczej, nabrały dla ludzi pióra nowej aktualności, ostrzejszej może niż kiedykolwiek. Pytania, na które coraz trudniej znaleźć odpowiedź.
    Po roku 1933, po Beniaminku Irzykowskiego, publicystyka obyczajowa Boya wyraźnie zamiera. Wydaje się, iż przestał wierzyć, że dyskusja do czegoś prowadzi, że najbardziej rzeczowe argumenty mogą kogoś przekonać. Chmury zbierają się nad Europą - i on, do niedawna jeszcze optymista, już wie, że można spodziewać się najgorszego. Zajął się teraz wyłącznie tym, co go naprawdę pasjonowało: pracą literacką. Awantura, jaka wybuchła z powodu Marysieńki Sobieskiej, nie była zaplanowana. Pokazał, że wielki wojownik mógł być czułym kochankiem - nie spodziewał się, że to może wzbudzić tak gwałtowne protesty.
    W plebiscycie "Polityki" na najwybitniejszych Polaków XX stulecia Tadeusz Boy-Żeleński uplasował się na miejscu 29, głosowało na niego 576 czytelników, więcej niż na Andersa, Lutosławskiego, Gombrowicza, Kisielewskiego, Witosa, Dmowskiego. Prawda, że pismo to, jak każde, ma swoją klientelę, niemniej wystarczająco szeroką, wśród inteligencji zwłaszcza, by uznać to za liczący się głos. W następnym plebiscycie, na najwybitniejszych pisarzy stulecia - był piętnasty. A przecież jego pism, poza nielicznymi tytułami, prawie nie ma. Na próżno szukać w księgarniach recenzji, felietonów, szkiców literackich, w tym z literatury francuskiej. Przekonałem się jednak, po opublikowaniu biografii Boya, że wciąż są czytelnicy, którym nie jest on obojętny, często ludzie młodzi. I wciąż jest atakowany. Już chciałem napisać, że to także świadczy o trwałości dziedzictwa, kiedy zreflektowałem się. Bo co się atakuje i jak? Uczyniono go "zdrajcą narodu", "mordercą dzieci", odpowiedzialnym za "indyferentyzm moralny" Polaków. Jest to działanie zwrócone przeciw kulturze polskiej: amputuje się Boya-mędrca, Boya mistrza języka polskiego, autora, który w osiemnastu tomach recenzji mówi o otaczającym go świecie i o nas samych. Wytacza się z organizmu literatury wciąż żywą krew. A potem dziwimy się, że jest taka anemiczna...


JÓZEF HEN, ur. 1923, prozaik, publicysta, autor książek o tematyce wojennej i psychologiczno-obyczajowej oraz scenariuszy filmowych. Wydał m.in.: Kwiecień (1960), Opór (1967), Nikt nie woła (powstała w 1957, ukazała się w 1990), Nowolipie (1991).

   1998-2000 Verbanet s.c.