70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Courtesy of Hannah Arendt Private Archive/Zeitgeist Films

Uwagi dla Towarzystwa Etyków Chrześcijańskich

Gdy próbowałam wytłumaczyć studentom, czym jest autorytet – a ze zrozumieniem tego mieli duży kłopot – zawsze jako przykład podawałam Kościół katolicki. I wiecie Państwo, to się już skończyło!

Panowie – czy są także panie?, tak – sądzę, że przedstawiono Państwu dość szeroki zakres moich poglądów i nie zamierzam wiele dodawać do tego, co już powiedziano[1]. Chciałabym wyostrzyć to, co Alan Anderson nazwał „radykalnością kryzysu”, tak jak ją postrzegam. Spróbuję Państwu pokazać, że w pewien sposób odnosi się ona do obu referatów.

Najpierw chciałabym jednak powiedzieć jedną rzecz, która po referacie p. Everetta może nie być już taka oczywista: nie jestem ani kryptobaptystką, ani kryptochrześcijanką! Z urodzenia jestem Żydówką, a jeśli chodzi o religię, to nie przynależę do żadnego Kościoła, żadnej Synagogi ani żadnej denominacji.

Oczywiście zawsze, gdy coś się napisze, pośle w świat i upubliczni, każdy może z tym zrobić, co mu się podoba – i tak powinno być. Nie spieram się o to. Nie chodzi o to, by zabiegać o utrzymanie kontroli nad myślami, które wcześniej należały tylko do nas. Należy raczej wyciągnąć lekcję z tego, co inni ludzie z nimi zrobili.

Religia a polityka

Główna kwestia to oczywiście relacja między religią i polityką. Obawiam się, że tutaj jestem zbyt staroświecka, by wierzyć, że mogą być one ze sobą połączone – niezależnie od wszelkich opinii i rozważań. Bez wątpienia – jak wskazał p. Everett – struktura organizacyjna amerykańskich Kościołów wykazuje wielkie podobieństwo do struktury politycznej amerykańskiego państwa. Bez wątpienia też samo pojęcie przymierza (covenant) jest w pewien sposób zakorzenione w Biblii. Pierwszym, który je zawarł, był Abraham. Bóg powiedział mu, żeby wyruszył do innych krajów, za granicę, i gdziekolwiek Abraham dotarł, starał się zawierać przymierze – był więc ich pierwszym twórcą. Jednakże wówczas, przed rewolucją amerykańską, „przymierze” rozumiano jako umowę między Bogiem i jego ludem. A to oczywiście coś zupełnie innego niż umowa, która opiera się na wzajemnych gwarancjach, gdzie wspólnie ślubujemy na „nasze życie, własność i nasz święty honor”. Przymierze wzajemności – takie, które opiera się tylko na wzajemności – w żadnym wypadku nie może być porównywane do przymierzy, gdzie jedna strona to Bóg, któremu zawdzięczamy nasze istnienie, który nas stworzył i dał nam Prawo, podczas gdy druga strona przysięga Mu jedynie swoje posłuszeństwo.

Jeśli chodzi o przymierze opierające się na wzajemnych przyrzeczeniach, to przemianę taką można wyśledzić przede wszystkim w myśli Johna Locke’a. Biblijne pojęcie zostało sprowadzone do przymierza między królem i jego ludem, tak że król, ogłaszając konstytucję, by tak rzec, wiązał siebie pewnymi warunkami; lecz znów – ludem stają się jedynie ci, którzy przysięgają mu posłuszeństwo. Myślę, że jest to coś zupełnie innego od przymierza, które przynosi rewolucja amerykańska. Nie sądzę, aby Konstytucji Stanów Zjednoczonych można było przypisać zagubienie rewolucyjnego ducha. Nie do końca zgadzam się z rozróżnieniem między konstytucjonalizmem a duchem rewolucyjnym. Konstytucja jest rzeczywiście kamieniem węgielnym tego kraju, lecz nie w sensie spisanego dokumentu (wrócę do tego punktu później), lecz w sensie tworzenia konstytucji, tj. wydarzenia politycznego, które ten kraj ugruntowało.

Jak wiadomo, konstytucja, która była dyskutowana w wielu miejscach – a zwłaszcza w esejach politycznych federalistów – z dnia na dzień stała się czymś świętym.

Tworzenie konstytucji jest wydarzeniem, politycznym wydarzeniem. I to polityczne wydarzenie jest dziś zapominane. Jeśli do tego ostatecznie dojdzie, obawiam się, że Ameryka straci coś więcej niż tylko rewolucyjną tradycję.

Rzymskie chrześcijaństwo i jego kres

Bardzo zbliżone do tej kwestii jest rozróżnienie, w moim przekonaniu wyraźne, między Jezusem z Nazaretu a Chrystusem. Religia chrześcijańska jako religia, jako instytucja tego świata, nie została założona przez Jezusa. Została założona przez tych, którzy wierzyli w Jezusa jako Chrystusa, tzn. przez Pawła. Założycielem religii chrześcijańskiej jest Paweł, i gdy mówiłam, że ta religia stała się natychmiast skrajnie rzymska, miałam na myśl, że Paweł ufundował ją na pewnym wydarzeniu, mianowicie śmierci i zmartwychwstaniu – wydarzeniu, które, jak Państwo wiedzą, przez wiele wieków, a nawet dziś przez niektórych ludzi uważane jest za fakt historyczny, przez który boskość wdarła się w czysto ziemskie, świeckie sprawy ludzi.

Chciałabym wyjaśnić kwestię rzymskiej trójcy, o której wspomniałam, mówiąc, że trzy rzeczy: autorytet, religia i tradycja, są ze sobą powiązane. Czy mogłabym temu poświęcić chwilę? Dla Rzymian założenie Rzymu było momentem decydującym, który następnie miał zostać wzbogacony całą późniejszą historią tego miasta. To wydarzenie, tak jak przedstawił je Wergiliusz, było właściwie bitwą między Eneaszem a Rzymianami albo raczej Italami. W tej walce zostało odwrócone to, co wydarzyło się w Troi. Przyczyną znowu była kobieta, lecz w tym przypadku dziewica, a nie cudzołożnica. Tym razem nie było Achillesa i cała rzecz nie skończyła się zabiciem pokonanych ani wzięciem ich w niewolę, lecz sojuszem Eneasza i jego wojowników z Italami. Wedle Wergiliusza pragniemy przeżyć na nowo Troję, odwrócić bieg wydarzeń i zamiast zabijać przegranych i brać ich w niewolę, chcemy zakończyć wojnę – nie traktatem pokojowym czy zawieszeniem ognia, ale sojuszem. Pojęcie sojuszu (alliance) pochodziło z prawa rzymskiego, lex, i pierwotnie oznaczało to, co wspólnie wiąże dwie strony zawierające umowę. Ci, którzy stawali się sojusznikami, byli nazywani societes, „stowarzyszonymi” (od societas, sojusz). I to źródłowe wydarzenie zostało przekazane przez tradycję. A religia w rozumieniu Rzymian oznaczała, zgodnie z być może wątpliwą etymologią, ale występującą w końcu u Cycerona, re-ligare: wiązać na powrót[2]. Jesteśmy związani na powrót z owym źródłowym wydarzeniem.

Jedna z moich tez, zarysowana z grubsza przez Alana Andersona, głosi, że takie rozumienie autorytetu załamało się. Religia chrześcijańska stała się rzymska, została zromanizowana, uznała inne wydarzenie za przełomowy punkt historii – weźmy pod uwagę naszą rachubę czasu, dzielącą go na przed Chrystusem i po Nim – i ludzie ponownie związali się, tym razem ze śmiercią i zmartwychwstaniem. Moim zdaniem Jezus z Nazaretu bardzo różni się od Chrystusa. Pojęcia początku, cudu i przebaczenia – bardzo istotne w kwestiach politycznych – właściwie nie odgrywają roli u Pawła. Ale taka była wówczas kondycja religii chrześcijańskiej, i to właśnie chrześcijaństwo, choć wiąże się na powrót z początkiem, w jakiś sposób odwróciło nacisk, który w Rzymie kładziono na przeszłość (dopóki Republika rzymska istniała, nie mam na myśli późniejszych czasów schyłku imperium). To skoncentrowanie na przeszłości kosztem przyszłości teraz zostało odwrócone. Ponieważ odtąd – co, jak sądzę, ostatecznie dokonało się w średniowieczu i nie możemy tego tak po prostu pomijać – człowiek jest tylko pielgrzymem na ziemi, a tym, na co naprawdę czeka, jest życie po śmierci.

Jeśli spojrzy się na to z punktu widzenia starożytnych, można powiedzieć, że dla nich dobrą nowiną była wiara w to, iż świat jest wieczny, choć wiedzieli, że sami są śmiertelni. Nagle okazało się, że świat gaśnie i zmierza ku upadkowi. Idea, że świat, który dla starożytnych był jedynym punktem oparcia, będzie mieć swój kres, była w owych wiekach niezwykle silna. Dobra nowina brzmiała: ty jesteś nieśmiertelny, a świat jest śmiertelny, ty sam jesteś nieśmiertelny i dlatego jesteś pielgrzymem na tej ziemi, a twoje doczesne życie jest jakby próbą przed życiem przyszłym itd.

Mając na uwadze całą tę dogmatyczną strukturę, nie ma możliwości aby polityka była w niej czymś naprawdę godnym. Ona ma godność jedynie o tyle, o ile ocala dusze dla życia przyszłego. To znaczy, że nie można z chrześcijaństwa usunąć wymiaru eschatologicznego. Oczywiście to bardzo typowe, że współcześnie się to robi, jednak ten rodzaj autorytetu, który znaliśmy z historii, ostatnio, w mojej opinii, definitywnie się załamał wraz z pojawieniem się najbardziej chrześcijańskiego lub podobnego do Jezusa papieża w dziejach – Roncallego[3].

Roncalli, oczywiście nie wiedząc, co czyni, i dlatego że był tym, kim był, opowiedział kiedyś, że gdy miał pięć lub sześć lat, usłyszał, jak inne dzieci mówią: „Chcę być cezarem”. Sam powiedział: „A ja chcę być taki jak Jezus”, bo on był jego idolem – i rzeczywiście go naśladował! A przez to pokazał, jak politycznie niebezpieczna jest każda religia wywodząca się jedynie od Chrystusa, a nie ze zinstytucjonalizowanego rzymskiego chrześcijaństwa.

Poza piekłem i niebem

W każdym razie, przez wiele lat, gdy próbowałam wytłumaczyć studentom, czym jest autorytet – a ze zrozumieniem tego mieli duży kłopot – zawsze jako przykład podawałam Kościół katolicki. I wiecie Państwo, to się już skończyło! To była jedyna instytucja, która w znacznym stopniu opierała się na starym rzymskim pojęciu autorytetu. Była też jeszcze jedna rzecz, dzięki której chrześcijaństwo w pewien sposób rządziło na ziemi albo przynajmniej było w stanie kontrolować ludzi bez bezpośredniego sprawowania władzy czy sięgania po przemoc – chodzi oczywiście o piekło i niebo. Piekło i niebo to w istocie wyjaśnienie tego, jak będzie wyglądało życie wieczne. Obecnie wiara w jego istnienie właściwie się załamała. Choć w przeszłości taką wiarę w jej prymitywnej formie odrzucało wielu nawet oddanych chrześcijan, to jednak była ona podzielana przez masy. Obecnie po raz pierwszy żyjemy w świecie, w którym najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić drugiemu człowiekowi, jest zabicie go. A śmierć, jak mówił już Cyceron, to coś, co i tak go czeka. Przyśpiesza się więc jedynie ten proces! Wieczna kara jest zaś czymś innym. Próbowaliśmy odnaleźć obrazy piekła w prawdziwym tego słowa znaczeniu w obozach koncentracyjnych. Tam mieliśmy do czynienia z procesem przewlekłego umierania, któremu najbliżej do średniowiecznych przedstawień.

Jednakże dziś, po raz pierwszy od starożytności, musimy żyć, żyć razem, opierając się z jednej strony tylko na sile wzajemnych obietnic, a z drugiej – na tym, co można zwać sumieniem.

To ostatnie jest sprawą bardzo, bardzo wątpliwą, ponieważ gdy twoje sumienie mówi ci, że coś jest złe, sumienie kogoś innego mówi mu, iż jest to dobre. To anarchiczne pojęcie. W tym zakresie konfrontujemy się z sytuacją, z którą nie mieliśmy do czynienia od powstania chrześcijaństwa. I nie jest ona zarezerwowana jedynie dla elity, garstki ludzi, którzy pozwalają sobie na swego rodzaju wolnomyślicielstwo czy pewne konkretne poglądy. Wiedzą Państwo, że nawet Tomasz z Akwinu głosił, iż do radości niebiańskich należy oglądanie, jak źle mają się nasi pobratymcy w piekielnych otchłaniach. To budzi nasz moralny niesmak – nie myślimy dziś w ten sposób. Podaję Państwu jednak przykład Akwinaty, ponieważ był on człowiekiem wielkiej konsekwencji, a mówił o tym w taki sposób. Jak z tego wyjdziemy, sama nie wiem.

Człowiek jest początkiem

Pozwolę sobie rozwinąć pewien wątek – otóż jestem przekonana, że działać znaczy rozpoczynać od nowa. I chciałabym podkreślić także pewną trudność, mianowicie że każde rozpoczynanie – co wiedzą ci z Państwa, którzy kiedykolwiek pisali jakiś artykuł – ma w sobie element czystej arbitralności. Znają Państwo tę trudność, którą wszyscy mamy, z napisaniem pierwszego zdania. Nigdy nie powinniśmy zapominać o elemencie arbitralności. Jednocześnie ta arbitralność w pewien sposób odzwierciedla fakt natalności. Wiedzą Państwo, jeśli próbuje się myśleć o swoich własnych narodzinach w tych kategoriach, że wszystko, co ma znaczenie, musi być konieczne. To stare ujęcie filozoficzne: tylko to, co nie może nie być, ma znaczenie. A przecież wszystko, w czym żyjemy, każda pojedyncza, konkretna rzecz równie dobrze mogłaby nie istnieć. Tak więc jedyną wiecznością jest wszystko, całość.

Jeśli myśli się o swoich własnych narodzinach, jest jasne, że przypadkiem było to, iż nasza matka poznała naszego ojca, a sięgając dalej wstecz, że przypadkowe również było spotkanie naszych dziadków. Jakkolwiek daleko byśmy się cofnęli, nie znajdziemy żadnej absolutnej, nieodpartej przyczyny. Augustyn powiedział, „żeby więc był ten początek, człowiek stworzony został”, i nie miał tu na myśli początku w znaczeniu bereszit, a więc gdy „Bóg stworzył niebo i ziemię”. Przy pierwszym zdaniu Księgi Rodzaju używał on łacińskiego słowa principium, lecz dla początku, jakim był człowiek, stosował słowo initium, od którego pochodzi termin „inicjatywa”.

Augustyn sugeruje w pewien sposób, że to wszystko jest ceną, którą płacimy za bycie wolnym – i to naprawdę wolnym, w przerażającym stopniu. Pytanie, które możemy sobie zadać, brzmi: „Czy bycie istotą żywą, bycie osobą na tyle mi się podoba, że jestem gotów zapłacić tę cenę?”. Wiara w to, że możemy jakoś uciec od tego pytania, wydaje mi się dość wątpliwa. Ja w to nie wierzę. Myślę, że kryzys jest naprawdę bardzo głęboki.

Myślenie jest jednym ze sposobów na zmierzenie się z kryzysem. Nie dlatego, że go przezwycięża, lecz dlatego, że wciąż na nowo przygotowuje nas na spotkanie z tym, co wydarza się w naszym codziennym życiu. Myślę więc, że to „myślenie”, o którym pisałam i o którym obecnie piszę – myślenie w znaczeniu sokratejskim – ma funkcję majeutyczną, jest akuszerstwem. Ono wyprowadza nas z wszelkich naszych przekonań i uprzedzeń, a wiedzą Państwo, że nigdy, w żadnym z dialogów, Sokrates w swej sztuce akuszerskiej nie wydobył idei, która nie pozostawałaby niedoskonała. Prawdą jest, że po myśleniu pozostaje się w pewnym sensie pustym.

O to mi też chodziło, gdy mówiłam, że nie istnieją niebezpieczne myśli – myślenie samo w sobie jest wystarczająco niebezpieczne.

Jednocześnie powiedziałabym, że właśnie myślenie to jedyne przedsięwzięcie odpowiadające w pewien sposób na radykalność kryzysu, na który chciałam zwrócić Państwa uwagę. I gdy jesteś pusty, wtedy (w sposób, który trudno wyrazić) jesteś też przygotowany do sądzenia – tzn., że nie mając żadnej księgi z regułami, do których można by przyporządkować konkretny przypadek, musisz powiedzieć: „To jest dobre”, „To jest złe”, „To jest słuszne”, „To jest niewłaściwe”, „To jest piękne”, „To jest brzydkie”. Powodem, dla którego tak mocno wierzę w Krytykę władzy sądzenia Kanta, nie jest moje zainteresowanie estetyką, lecz to, że jestem przekonana, iż sposób, w jaki mówimy: „To jest słuszne, to jest niewłaściwe”, nie różni się bardzo od tego, gdy stwierdzamy: „To jest piękne, to jest brzydkie”. Jesteśmy więc teraz przygotowani do bezpośredniego, mocnego spotkania ze zjawiskami, bez żadnej wcześniej założonej teorii. (I proszę, niech Państwo uwzględnią także tę, którą można mi przypisać!)

Wirtuozeria politycznego działania

Chciałabym przejść do artykułu p. DeLattre’a, który uważam za bardzo interesujący. Oba artykuły za takie uważam i wiele się z nich dowiedziałam. Ale jest tu jedno nieporozumienie, mianowicie dotyczące pojęcia „ważność sama w sobie”. Rozumiem przez nie coś innego i prawdopodobnie nie wyraziłam tego wystarczająco precyzyjnie. Widzicie Państwo, Arystoteles dokonał wielkiego odkrycia, zawierającego się w skrócie w słowie energeia – czyli działanie, które ma cel samo w sobie. Stąd w Etyce nikomachejskiej pisze o grze na flecie. Gra na flecie to czynność, która ma cel jedynie w samej sobie. Nie wytwarza niczego poza sobą samą. A takie czynności według Arystotelesa są najdoskonalsze, ponieważ jako jedyne nie podlegają kategoriom środka i celu. Kiedy mamy cel, a wszystko inne jest traktowane jako środek, cel staje się niemoralny[4].

Sądzę, że każdy, kto mówi o sztuce, powinien zawsze rozróżniać sztuki performatywne i wytwórcze. Te ostatnie są w rzeczy samej całkowicie ziemskie, tzn. stają się nieodłączną częścią naszego środowiska, naszego świata. Wciąż możemy oglądać sztuki teatralne, bo one nadal do nas przemawiają, co rzeczywiście jest cudem. Jak to się dzieje? Dlaczego je rozumiemy? Dlaczego ciągle uważamy je za piękne? Trwałość, niezniszczalność tych dzieł sztuki jest niezwykła. Ale jej przeciwieństwem jest nietrwałość sztuk performatywnych. Gdy koncert się kończy, idziemy do domu i ci, którzy są naprawdę muzykalni, ciągle go słyszą, ale on sam zniknął i może być uzasadniony jedynie sam przez się, czyli przez ową energeia, przez to, że ma w sobie ergon.

Jeśli przyjrzymy się aktywności politycznej rozumianej jako energeia, ma ona więcej wspólnego ze sztukami performatywnymi – mimo całego nastawienia na cel – niż ze sztukami wytwórczymi. Często mawiałam: „Nie wiemy, co robimy” – a powodem tego było oczywiście to, że działać możemy wyłącznie razem. A skoro możemy działać jedynie wspólnie, jesteśmy zależni od celów wszystkich naszych towarzyszy. To, do czego dążymy, nigdy ostatecznie nie udaje się tak, jak to pierwotnie zaplanowaliśmy. Ciekawe jest to, że mimo iż ta przypadkowość przeważa we wszystkich działaniach, później można o nich opowiedzieć historię, która jest spójna.

To jeden z głównych problemów każdej filozofii historii – jak to możliwe, że niezależnie od tego, jak chaotyczna jest sytuacja, jak bardzo sprzeczne ze sobą są intencje działających podmiotów, to kiedy już owe działania się dokonają, nagle dzieje się coś, o czym można opowiedzieć historię, która ma sens? Historia ma znaczenie – ale dopiero, gdy się zakończy. Wcześniej sytuacja zawsze wygląda dość rozpaczliwie.

Ale jeśli teraz spojrzymy na kryterium takiego działania i jeśli powiem, że jest nim cnota charakteryzująca jakieś działanie, to w przypadku polityki owym kryterium będzie raczej wirtuozeria niż cnota. A więc pytanie brzmi: czyjak w trakcie działania okazuje się, że światło zostaje rzucone na coś innego? Czy inspirująca zasada, której nie możemy nigdy uznać za skutek, ma szansę rozbłysnąć i w ten sposób stać się przykładem na później? Tak odwaga Achillesa staje się przykładem dla następnych pokoleń. W ten sposób uczymy się o tych cnotach. To dotyczy oczywiście wszystkich innych wielkich przykładów w historii polityki.

Ale znów – te sprawy są bardzo odległe od religii, przynajmniej takiej, jak ja ją rozumiem. Mamy teraz religię, by tak rzec, bez Chrystusa, a chrześcijaństwo w ujęciu Pawła zniknęło. Osobiście nie jestem bardzo… mówiłam, że nie jestem chrześcijanką. Nie czujęsię lojalna wobec Chrystusa, mogę się czuć lojalna wobec Jezusa, bo to, co on czynił, całe jego życie, logoi i wszystkie przypowieści rzeczywiście stały się godne naśladowania. Gdy ktoś pytał: „Co mam czynić?’, on odpowiadał: „Chodź i naśladuj mnie”.

Jednak chociaż Jezus lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, czym jest działanie, to nie wiedział, czym są instytucje. Chyba Luter powiedział, że słowo Jezusa ciągle wprawia świat w drżenie. Czułam owo drżenie bardzo wyraźnie, gdy papieżem był Roncalli.

A zatem – tak mogłoby być, ale nie zapominajmy, że nie ma religii bez Boga. A to jest cały wymiar ludzkiego życia, który nie jest polityczny. Nie jest ani prywatny, ani publiczny. Jest całkiem poza tym podziałem. I byłoby czystą głupotą twierdzić, niezależnie od tego, o jaką denominację chodzi, że ten wymiar może nam coś nakazać – że możemy z niego wywieść normy postępowania, jak Dziesięć Przykazań. Wątpię w to nie dlatego, że wątpię w Dziesięć Przykazań – przeciwnie, uważam, że są całkiem dobre! – ale dlatego, że ludzie przestali wierzyć. A wiecie dobrze, że prawienie kazań nie pomoże. Najskuteczniejsze kazania zawsze dotyczyły ognia piekielnego. Zapomnieć o tym w owym miłym idealizmie Kościołów chrześcijańskich, przeżywających obecnie kryzys – to byłoby zbyt łatwe. Pamiętajcie, aby nie ułatwiać sobie zbytnio życia! Dziękuję bardzo.

 

Tłumaczyli: Michał Jędrzejek i Elżbieta Kot

 

Copyright © 2018 by The Literary Trust of Hannah Arendt and Jerome Kohn

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

[1] Uwagi te stanowią odpowiedź Arendt na referaty i dyskusję o jej twórczości z udziałem filozofów i myślicieli religijnych: Alana Andersona, Williama Everetta i Ronald Delattre’a, która odbyła się podczas 14. corocznej konferencji Towarzystwa Etyków Chrześcijańskich w Richmond (Virginia) 21 stycznia 1973 r.

[2] Ta etymologia występuje u Laktancjusza, według Cycerona religia pochodzi od relegare – odczytywać ponownie – i oznacza zdolność odczytywania tego, co związane z boskością (przyp. tłum.).

[3] Angelo Giuseppe Roncalli był papieżem Janem XXIII od 1958 r. do śmierci w roku 1963. Por. H. Arendt, Chrześcijanin na tronie Piotrowym, w: taż, Ludzie w mrocznych czasach, tłum. A . Wołkowicz, Gdańsk 2013.

[4] Rękopis nie jest tu całkiem jasny. Arendt prawdopodobnie ma na myśli to, że zbytnia koncentracja na środkach niszczy cele, co w przypadku gry na flecie jest najmniej prawdopodobne.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter