70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wspomnienie: Sobór i jego ludzie

Wystarczyła zapowiedź Jana XXIII, że rozpoczyna przygotowanie drugiego w historii watykańskiego soboru, i od razu zapragnęliśmy stać się w „Znaku” pismem soborowym.

Postrzegaliśmy to wydarzenie jako szansę na odnowienie kontaktów z odwieczną istotą chrześcijaństwa. Chcieliśmy na rzecz tego pracować. Przede wszystkim byliśmy przekonani o konieczności udostępniania dokumentów soborowych. Tak powstał szereg numerów z lat 1965–1967, np. nr 128-129 z dekretem o ekumenizmie, nr 143 z deklaracją o wolności religijnej lub nr 148 złożony właściwie w całości z konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym. Nie brakowało przy tym sporów, np. z ekspertami kurii krakowskiej o słowa subsistit in w odniesieniu do relacji między Kościołem historycznym a Kościołem Chrystusa. Czy mianowicie Kościół rzymskokatolicki jest Kościołem Chrystusa (jak chciał pewien krakowski teolog), czy też Święty Kościół trwa (subsistit in) w Kościele rzymskim, ale niekoniecznie się w nim zamyka,  bo to by oznaczało utożsamienie Kościoła Chrystusa z jedną ziemską instytucją historyczną.

***

W ówczesnej sytuacji politycznej nie było pewne, czy władze PRL pozwolą nam na uczestnictwo w Soborze. Mnie udało się tam dotrzeć. Po długich staraniach otrzymałam paszport na wizytę u ojca w Anglii. A tam przyjaciółka Anita Jones dała mi pieniądze na dalszą podróż – do Watykanu. W Rzymie właściwie każdy z kościołów tworzył obsługujące dziennikarzy i innych zainteresowanych centrum informacji. Było w czym wybierać. Ale w moim odczuciu istotne były także – a zapewne przede wszystkim – żywe ogniska powstawania opinii i okołosoborowych poszukiwań. W tym przodował holenderski ośrodek IDOC (Międzynarodowe Centrum Dokumentacji), który animował dr Leo Alting von Geusau. Przychodzili tam zarówno nieco groźny, bardzo profesorski Joseph Ratzinger, jak i charyzmatyczni Latynosi, np. abp Helder Camara, a także inni ojcowie soborowi (nawet nie wiem dziś, komu oficjalnie przysługiwał ten piękny tradycyjny tytuł). Dla mnie trwałym drogowskazem myślenia teologicznego stał się poznany tam wówczas flamandzki dominikanin prof. Edward Schillebeeckx.

***

Doświadczenia relacjonowania soboru, przekazywania jego atmosfery, ówczesne dyskusje wzbudziły we mnie pragnienie dokształcenia się w teologii, tak by lepiej zrozumieć ruch biblijny, liturgiczny i ekumeniczny… Chciałam także mieć dalszy kontakt z odnową, która przecież wciąż się dokonywała. Wszystko to łączyło się dla mnie z postacią Schillebeeckxa i kręgiem jego uczniów.

W moich staraniach o dalsze studia teologiczne nie przeszkadzał już tak bardzo fakt, że byłam osobą świecką i kobietą. Udało mi się wyjechać na Zachód – do Louvain, a właściwie do Leuven, bo ta flamandzka nazwa miasteczka uniwersyteckiego stała się dla mnie ważniejsza. Szybko zaczęłam się uczyć flamandzkiego (języka bardzo zbliżonego do używanego w Holandii niderlandzkiego), bo w nim mówił, wykładał i pisał Schillebeeckx (choć znał on oczywiście także sąsiedzki francuski).

W Leuven był też klasztor Dominikanów, poniekąd macierzysty dla Schillebeeckxa. Ale gdy się do niego udałam, okazało się, że mój mistrz myślenia teologicznego przeniósł się już na stałe do Holandii, na uniwersytet w Nijmegen. Poznałam tam za to kilku jego młodszych uczniów.

***

Po dłuższym namyśle rezygnuję z próby przedstawienia tu raz jeszcze treści, które udało mi się zaczerpnąć z książek Schillebeeckxa, i rozmów z nim. To zadanie ponad moje obecne możliwości! Mogę tylko zachęcać do zajrzenia do opracowań lub tłumaczeń, które przygotowałam swego czasu dla „Znaku” (np. nr 169–170 z 1968: Edward Schillebeeckx, teolog spotkania, nr 272–273 z 1977: Tajemnica nieprawości i tajemnica zmiłowania). Mam wrażenie, że ich problematyka jest wciąż żywa. Dowodzi tego drukowany w tym numerze artykuł Piotra Napiwodzkiego, który nawiązuje do moich wcześniejszych publikacji i odświeża je.

Powtórzę jednak, co teraz nadal myślę i czuję ze wzmożoną intensywnością. To pewien motyw przewodni, wywodzący się z wiosny soborowej i z ówczesnych intuicji Schillebeeckxa. W ślad za wielkimi nauczycielami flamandzki teolog stwierdza: Bóg nie konkuruje z człowiekiem! Jesteśmy bezpieczni. Nasz Bóg jest po stronie człowieka. To proste zdanie warte jest kontemplacji. Znajdowało ono zresztą wyraz nie tylko w refleksji teologicznej, ale i w jego osobistym oddziaływaniu na innych. Pamiętam w tym kontekście taką scenę. Gdy wracaliśmy z uczniami Schillebeeckxa z Antwerpii, gdzie miał odczyt, do Leuven, doszło do niegroźnego wypadku. Zaproponowaliśmy wówczas kierowcy, który popełnił błąd, że go zmienimy, ale on odmówił. Powołał się na często powtarzane przez Schillebeeckxa słowa: nie można się poddawać, trzeba próbować dalej. Trzeba wierzyć w człowieka.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter