70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gościmy sercem, nie tylko jedzeniem

W siermiężnym PRL-u nasze malutkie zwykle mieszkania pełne były gości. Wpadali sąsiedzi, koledzy z pracy, przyjeżdżała zamiejscowa rodzina, znajomi z wakacji. Nierzadko oddawaliśmy własne łóżko osobom, które znaliśmy bardzo słabo (np. poznanym w pociągu). Trudno dzisiaj jednoznacznie powiedzieć, czy był to efekt braku dostępnej (finansowo i estetycznie) przestrzeni publicznej, czy motywowała nas potrzeba dawania wsparcia, a może hedonistyczna radość z przebywania z ludźmi.

Przez całe dekady gościnność była wyrazistym elementem polskiej tradycji i tożsamości, z sympatią zauważanym przez cudzoziemców. Lubiliśmy myśleć o sobie jako ludziach towarzyskich i gościnnych, a katolicka tradycja nakazuje podczas wigilijnej kolacji przygotować dodatkowy talerz dla niespodziewanego gościa, spóźnionego wędrowca i przynajmniej powtarzać, że „gość w dom – Bóg w dom”.

Dzisiaj jesteśmy jednym z najmniej towarzyskich społeczeństw Europy. Przez całą ubiegłą dekadę międzynarodowe badania Europejskiego Sondażu społecznego wykazywały, że rzadziej od nas spotykają się w celach towarzyskich z rodziną, znajomymi i przyjaciółmi tylko Cypryjczycy i Węgrzy.

Odgradzamy się od innych ludzi, gdzie tylko możemy. I nie jest to jedynie sprawa codziennego zagonienia ani pracoholizmu, bo wysokie parawany stawiamy przecież także, odpoczywając na plażach. Czyżby ludzie przestali nam być potrzebni i dlatego nie interesują nas ani oni sami, ani wspólne z nimi przebywanie? Czy niechęć wobec przyjmowania uchodźców jest także tego dowodem?

W jakiejś mierze tak, ale nie jest to ani jedyne możliwe wyjaśnienie, ani też prawidłowość odnosząca się do wszystkich Polaków. Wiadomo – w każdej sferze układania sobie życia są poważne różnice indywidualne. Przyjrzyjmy się więc pokrótce temu, jak różni badacze społeczeństwa wyjaśniają towarzyskość i gościnność oraz ich deficyty, jakie widzą konsekwencje braku kontaktów z innymi ludźmi, a także, jak różne potrzeby można realizować poprzez gościnność.

Najprostsze wyjaśnienie odwołuje się do zaproponowanego przez Ronalda Ingleharta rozróżnienia wartości materialistycznych od samoekspresji, czyli dotyczących wyrażania siebie, rozwoju swego potencjału i tożsamości. Zdaniem wielu socjologów kontakty społeczne zaspokajają postmaterialistyczną potrzebę ekspresji siebie, a w dzisiejszej Polsce wartości materialistyczne, jak np. sukces w pracy i awans ekonomiczny, są wyżej cenione niż wartości samoekspresji. Nie w pełni mnie to przekonuje, ponieważ wiadomo, że towarzyskość i gościnność nie są tylko realizacją jednej potrzeby – ekspresji siebie – ale mogą także zaspokajać inne, w tym także materialistyczne czy związane z nastawieniem na sukces życiowy. Poza tym wyniki różnych badań nad wartościami Polaków nie są spójne. Na przykład socjologowie Jadwiga Koralewicz i Marek Ziółkowski twierdzą, że „w dzisiejszej Polsce (…) ciągle dominuje orientacja »materialistyczna« czy też, inaczej mówiąc, »pragmatyzacja świadomości«. Dla Polaków najważniejszy jest zatem sukces w pracy oraz gwarancja odpowiedniego standardu materialnego”[1]. W tym samym czasie psycholog Paweł Boski w badaniu Ojczyzna a Europa[2] pokazuje, że najwięcej Polaków (68%) uznało za specyficznie polską wartość „gorące spieranie się, kłótnie w sprawach politycznych, z których niewiele wynika”, oraz „niechęć i nieufność wobec tych, którzy osiągnęli jakiś większy sukces życiowy” (60%). Trudno uznać te wartości za materialistyczne. W tym samym badaniu 39% wskazuje jako polską wartość „utrzymywanie i pielęgnowanie długoletnich, serdecznych przyjaźni”. Może więc na gościnną otwartość na innych zamyka nas nie materializm, ale nieufność wobec każdego, kogo dobrze nie znamy. Pielęgnujemy (przynajmniej niektórzy z nas) wieloletnie przyjaźnie, czasem przez dekady nie włączamy nowych osób do kręgu bliskich, bo ze starymi przyjaciółmi „znamy się jak łyse konie”; niczego nie musimy przed nimi udawać ani udowadniać. Rozumiemy się bez słów.

 

Japonia a USA

Przyjacielska gościnność jest dla mnie wyrazem chęci zrobienia czegoś dobrego dla przyjaciela, przejawem uwagi i zainteresowania oraz troski o jego potrzeby. Moi przyjaciele wiedzą, że lubię czarne rodzynki, mam uczulenie na pewne przyprawy, przepadam za pasztetem, którego nie umiem sama zrobić. Wiedzą, jaką muzykę lubię, a jakiej nie znoszę. Otwierają swój dom i serce na wszystkie moje potrzeby, które są w stanie zaspokoić. Nie robią tego, by pokazać, co mają i co potrafią. Raczej goszczą przyjaciół, bo lubią z nimi być i okazywać im bliskość, sympatię, przywiązanie. Buduje to silną więź i potrzebę odwzajemnienia, gotowość do pomocy w każdej sprawie.

Ale przyjaciół i ich gościnności nie można nadużywać. Gdy goście stają się stałymi rezydentami, zmienia się relacja między nimi a gospodarzami. Aby zostać dłużej w nie swoim domu, trzeba zaakceptować takie jego reguły, których we własnym – z różnych powodów – nie przestrzegało się. Nie każdy to potrafi lub chce zrobić. Lecz wtedy musi liczyć się z tym, że może przyjaciół stracić. W normalnej sytuacji dobre relacje między ludźmi trwają wtedy, gdy istnieje sprawiedliwa wymiana ponoszonych kosztów (różnego rodzaju wkładów, oczywiście nie tylko materialnych, ale także takich jak poświęcony innym czas, energia, rezygnacja z własnych preferencji czy gustów) i nagród (radości z kontaktu, uczenia się nowych rzeczy, wdzięczności goszczonego, poczucia kompetencji społecznej). Naruszenie tej zasady skutkuje zerwaniem, a nawet rodzi wrogość. W stanach nadzwyczajnych, takich jak np. katastrofa naturalna (powódź, trzęsienie ziemi) czy ucieczka z kraju ogarniętego wojną, ofiary zwykle nie mają wystarczających zasobów, by natychmiast odwzajemnić otrzymaną pomoc. Badania przekonują jednak, że nawet wtedy osoby, które otrzymały wsparcie w trudnej sytuacji, starają się robić coś dla innych ludzi. Czynią tak chociażby dlatego, że chcą podtrzymać więzi, ale także i po to, by móc myśleć dobrze o sobie.

Czy moi przyjaciele byliby podobnie gościnni wobec nieznajomego? Jestem pewna, że głodnego nakarmiliby do syta. Ale nie znając jego upodobań, głębszych potrzeb i chwilowych pragnień – raczej nie sprawiliby mu wielkiej przyjemności. Dlatego na nakarmieniu by nie poprzestali, lecz staraliby się go poznać.

Choć polskie życie na ogół toczy się wśród swoich to czasem jednak chcemy także oswoić kogoś z zewnątrz lub pokazać się komuś „obcemu” z jak najlepszej strony. Jedną z form tego oswajania jest goszczenie w swoim domu. Wtedy gościnność przejawia się pokazywaniem tego, co – w swoim mniemaniu – mam najlepsze, raczej bez względu na to, czy jest to potrzebne i najlepsze dla gości. Może być także pokazywaniem swojej zamożności, siły czy wpływów. I chociaż goście są raczeni mlekiem i miodem przy stole zastawionym suto najmodniejszymi daniami, to najczęściej nie ma w tej gościnności – mimo starań i dużych nakładów gospodarzy – ani ciepłej przyjaźni, ani uciechy sarmackiej uczty, której celem jest dobra i huczna zabawa. Zamierzonym efektem takiej gościnności może być nie tylko pokazanie siebie, ale także lepsze poznanie kogoś nowego. Jednak aby tak się stało, nie wystarczy zastawiony po brzegi stół. Trzeba dać możliwość gościom, by pokazali trochę swojego wnętrza, by ujawnili szczyptę głębszych (czy mniej podstawowych) potrzeb, które właśnie my (a może tylko my) – gospodarze – możemy zaspokoić.

Większość badaczy zgadza się, że gościnność może wynikać z różnych potrzeb goszczącego. W klasyfikacji syndromów wartości przedstawionej przez międzykulturowego badacza wartości Shaloma Schwartza[3] grzeczność jest najbardziej związana z szerszą wiązką wartości „dobroci”, zawierającej także przyjaźń i jej pielęgnowanie. Ale może być też elementem syndromu wartości „tradycji”, mieszczącej w sobie grzeczność i szacunek dla zwyczajowych norm i zachowań, jak również „hedonizmu”, czyli wartości nastawionych na czerpanie radości z życia, na przyjemności, ale i zdobycie uznania społecznego. Paweł Boski[4] postrzega polską gościnność (związaną z ponoszeniem dużych nakładów przez osoby goszczące) jako element sarmatyzmu, pokazując społeczne kojarzenie jej z akceptacją twierdzenia „żyje się raz i z gestem”. Dodaje także, iż sarmackie biesiadowanie toczyło (i toczy) się wśród swoich.

W zależności od tego, gdzie jednostka (ale i szersza wspólnota) lokuje gościnność i jakie indywidualne potrzeby zaspokaja bycie gościnnym, mamy do czynienia z różnymi formami gościnności, co w zarysie starałam się już pokazać. Warto także dodać, że nawet wtedy gdy gościnność jest dla nas wyrazem głębokich więzi przyjaźni, to istnieją poważne różnice kulturowe w jej realizacji, wynikające z lokalnie ukształtowanej wersji przyjaźni. Zwróciło na to uwagę dwoje badaczy, Shinobu Kitayama i Hazel Markus[5]. Ich badania, prowadzone w USA i w Japonii, dowodzą, że amerykański model przyjaźni jest konsekwencją kulturowej dominacji Ja-niezależnego, poczucia własnej wartości i sposobu funkcjonowania w demokratycznych instytucjach. Wyraża się to w przekonaniu, że „Ja jestem zadowolony z siebie i z życia; komunikuję to innym, którzy cieszą się z tego i afirmują, wyrażając przy tym własne dobre samopoczucie, także oczekując afirmacji”. W skróconej wersji można tę zasadę przyjaźni wyrazić sloganem I’m OK, you are OK. Natomiast w dalekowschodnim stylu funkcjonowania człowiek wyraża samokrytycyzm, a w zamian dostaje współczucie bądź wsparcie. To raczej, a nie dobre „wewnątrzosobowe” samopoczucie, buduje więzi interpersonalne i dobre uczucia między ludźmi. Dla Japończyka przyjaciele są bardziej towarzyszami niedoli niż osobami afirmującymi odniesione sukcesy. Gościnność amerykańska służy więc goszczącemu i gościom głównie do potwierdzania ich dobrego (przynajmniej pokazywanego w ten sposób) samopoczucia; narzekanie nie przystoi ani gospodarzowi, ani gościom. Gościnność dalekowschodnia zaś może leczyć rany, owocować zyskiwaniem współczucia.

Goszczenie swoich

Jak z tego punktu widzenia można patrzeć na polską gościnność? Nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony badania nad funkcjami narzekania, prowadzone od połowy lat 90. XX w. przez zespół Bogdana Wojciszke, pokazują, że narzekanie na różne dziedziny życia zbliża partnerów interakcji, czyni ich wzajemnie bardziej atrakcyjnymi i kompetentnymi, przedłuża ich relację. Potoczne obserwacje pozwalają zauważyć, że spotykamy się często także po to, by wspólnie ponarzekać: na rząd, dostęp do opieki lekarskiej, na szefa itp. Z drugiej strony – kolejna, tym razem z 2015 r., Diagnoza Społeczna pokazuje, jak bardzo wzrósł procent Polaków zadowolonych z życia i niemających powodów do narzekania. A może jest tak, że nasze gorsze samopoczucie wyrażamy, będąc w gościnie u przyjaciół, a wobec badacza – człowieka obcego – wypowiadamy amerykańskie I’m OK? W społecznej ocenie skuteczność, osiąganie zamierzonych celów, współczucie, uważność w stosunku do innych są dzisiaj mniej cenione. Czy zmieniamy się, podążając w kierunku indywidualistycznej amerykańskiej wersji przyjaźni i związanej z nią formy gościnności? Na pewno nie wszyscy. A może – właśnie w procesie indywidualizacji i przywiązywania większej wagi do skutecznego wpływania na nasze życie – nauczyliśmy się, że będąc gośćmi naszych przyjaciół, nie warto koncentrować się na własnych nieszczęściach, bo oni o nich już wiedzą? Zapraszają nas, by było nam i im przez kilka godzin inaczej, lepiej. I że mogą więcej nas nie zaprosić, jeżeli zatrujemy im nastrój naszym narzekaniem.

Wyniki kolejnych sondaży na temat stosunku Polaków do uchodźców są czasem komentowane jako przejaw niegościnności, odejścia od tradycyjnej polskiej wartości. Moim zdaniem gotowość do przyjęcia w naszym kraju ludzi uciekających przed wojną i terrorem z tradycyjną gościnnością nie ma większego związku. Tradycyjnie – gościnność dotyczyła „swoich” lub tych, których do naszego kręgu chcieliśmy zaprosić. Jeżeli rzeczywiście miała (ma?) związek z sarmatyzmem i hedonizmem, to przecież te potrzeby trudno zaspokoić w kontakcie z przerażonym, zmęczonym, głodnym uchodźcą.

Katolicka tradycja religijna zachęca do udzielenia schronienia także obcemu przybyszowi, ale – jak często u nas bywa – wartości deklarowane, świąteczne odbiegają od realizowanych. Przyjęcie uchodźców to dla mnie raczej kwestia udzielenia pomocy potrzebującym – także za cenę jakiegoś wysiłku: materialnego, organizacyjnego, zmiany pewnych przekonań, uprzedzeń, stereotypów.

Przekonuje mnie taki model wyjaśniający gotowość do podejmowania zachowań prospołecznych, który uwzględnia nie tylko osobistą odpowiedzialność za pomoc drugiemu człowiekowi, ale także szacowanie własnych możliwości skutecznego udzielenia pomocy. Dziesiątki badań dowodzą, że większe poczucie własnych kompetencji odnośnie do udzielenia pomocy znacząco zwiększa jej prawdopodobieństwo. Dlatego oczekiwałabym od różnych instytucji więcej rzetelnych informacji o tym, co Polska może skutecznie zrobić, by przybywający do nas uchodźcy mogli bezpiecznie wśród nas żyć, a również o tym, co każdy z nas może zrobić, by tak się stało – by ci przybysze mogli żyć między nami, w sąsiedztwie, a nie w zamkniętych obozach. Straszenie odmiennością kulturową, religijną, chorobami, jakie ze sobą mogą przynieść – to poważny błąd, zniechęcający do pomocy i do kontaktu. Informacje o codziennym życiu, zwyczajach, potrzebach i wartościach uchodźców ułatwiłyby zwykłym ludziom spojrzenie na nich jako nie tylko różnych, ale także podobnych do nas, zwyczajnych ludzi z problemami podobnymi do naszych. Wtedy z mniejszą trudnością przychodziłoby nam widzieć w nich naszych gości, z którymi kontakt mógłby być dla nas rozwijający, miły, z różnych powodów pożyteczny. Bo goszczenie to budowanie więzi poprzez uwagę poświęconą drugiemu człowiekowi. Nie wystarczy jedynie podać mu dobre jedzenie i przygotować miejsce do spania.


[1] J. Koralewicz, M. Ziółkowski, Mentalność Polaków: sposoby myślenia o polityce, gospodarce i życiu społecznym 1988-2000, Warszawa 2003, s. 231.

[2] Projekt badawczy Ojczyzna a Europa. Psychologiczne studia nad tożsamością narodową i europejską finansowany przez Komitet Badań Naukowych, grant H01F05408. Badania realizowano w latach 1999–2001.

[3] Sh. Schwartz, Mapping and Interpreting Cultural Differences Around the World, w: Comparing Cultures. Dimesions of Culture in a Comparative Perspective, red. H. Vinken, J. Soeters, P. Ester, Leiden, 2004.

[4] P. Boski, Kulturowe ramy zachowań społecznych: podręcznik psychologii międzykulturowej, Warszawa 2009.

[5] S. Kitayama, H.R. Markus, The Pursuit of Happiness and the Realization of Sympathy: Cultural Patterns of Self, Social Relations, and Well-Being, w: Subjective Well-Being Across Cultures, red. E. Diener, E. Suh, Cambridge 2000.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata