70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gnom

To nie Zacheusz jest prawdziwym bohaterem tej osobliwej baśni. Ma ona raczej bohatera zbiorowego, a są nim właśnie ci wszyscy, którzy „spijają każde słowo z ust Cynobra”, którzy w nieszczęsnym karle, upośledzonym fizycznie i duchowo, zaczynają widzieć geniusza i opatrznościowego męża stanu.

Gnom – to jest właśnie temat moich dumań godny!

Gnom tupiący nogami, to znowu pogodny,

Gnom liczący wytrwale komy i procenty,

Gnom swą misją dziejową ogromnie przejęty,

Gnom – gospodarz wspaniały, Gnom – narodu ociec,

Gnom – mąż stanu, Gnom – mędrzec, trudno zresztą dociec

ogromu zasług tego niezwykłego męża…

Janusz Szpotański, Gnomiada

 

Ernsta Theodora Amadeusa Hoffmanna w Polsce czytuje się rzadko. A szkoda. W jego opowieściach da się bowiem znaleźć wizje prawdziwie profetyczne. Proroków zaś warto czasem posłuchać. Mylą się często w szczegółach, ale istotę rzeczy widzą niekiedy ostrzej i wyraźniej niż potomni, a to właśnie dlatego że widzą ją jeszcze nieobciążoną zacierającymi kontur detalami. Kto wie: może to, co nazywamy „jasnowidzeniem”, to całkiem po prostu dar jasnego widzenia swojej współczesności, w której już się zaczyna destylować „diable eliksiry”, mające zatruć przyszłość – Heinrich Heine nie bez kozery nazwał jego prozę „krzykiem przerażenia w dwudziestu tomach”.

 

Epopeja obłąkania

Historia Zacheuszka cynobrem zwanego zaczyna się źle. oto w pewnym baśniowo idyllicznym księstewku rodzi się dziecko wyjątkowo pokraczne: zamiast pleców ma „harbuzowatą narośl”, a tuż pod piersią wyrastają mu „nóżki cienkie jak leszczynowe patyki”. Wśród „gęstwiny czarnych zmierzwionych włosów” da się dostrzec „długi spiczasty nos” i „parę czarnych błyszczących oczek”. Wszystko to sprawia, że chłopczyk wygląda niczym „rozcięta na dwoje rzodkiew” albo – przez „starcze rysy pomarszczonej twarzy” – korzeń mandragory. A „zamiast mówić, mruczy tylko i miauczy jak kot”. Gdy dorośnie, „z krótkim tułowiem i wysokimi pajęczymi nóżkami” będzie „przypominał nadziane na widelec jabłko, w którym wyrzezano gębę maszkary”. Wyrażającą na dodatek wieczne niezadowolenie ze świata. Pewnie dlatego gęba owa przeszywa jego mieszkańców „spojrzeniami pełnymi furii” i przemawia do nich „szorstkim, niskim i ochrypłym głosem”.

Nad nędzą malca ulituje się wróżka Rosabelverda i chcąc wynagrodzić go „za wszystko, czego mu macocha natura odmówiła”, wyposaży go w zdumiewający dar: „cokolwiek w jego obecności ktoś inny mądrze pomyśli, zrobi czy też powie, na jego pójdzie rachunek, w towarzystwie osób wykształconych, mądrych i dowcipnych sam również uchodzić będzie za wykształconego, mądrego i dowcipnego i w ogóle wszędzie uważać go będą za najdoskonalszego przedstawiciela gatunku, z którym znalazł się w konflikcie”. Doszedłszy do wieku młodzieńczego, Zacheusz przybywa do stolicy księstwa, Kerepes, gdzie wkrótce zaczynają się dziać rzeczy nad wyraz dziwne. Oto w wytwornym towarzystwie natchniony poeta odczytuje swój najnowszy utwór, który wywołuje entuzjazm publiczności. Ta jednak oklaskuje nie prawdziwego autora, lecz… Zacheusza. Podobny los spotyka sławnego skrzypka Sbiokkę, a nawet… miejscową śpiewaczkę operową. Potem Zacheusz rozpoczyna karierę polityczną. Udaje mu się uzyskać stanowisko tajnego referenta w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. O posadę tę ubiega się równocześnie niejaki referendarz Pulcher, więc trzeba przeprowadzić stosowny konkurs. Celujące odpowiedzi konkurenta przypisane zostają Cynobrowi, który rywalizację wygrywa. Wkrótce, po wyeliminowaniu kolejnych przeciwników, choć formalnie państewkiem rządzi książę Barsanuf, Zacheusz staje się postacią wszechwładną, która „może przeforsować wszystko, co zechce”. I – rzecz jasna – bożkiem tłumu: „Wszyscy (…) spijali każde słowo z ust Cynobra, który od czasu do czasu skrzeczał parę niezrozumiałych wyrazów, przyjmowanych za każdym razem przez całe towarzystwo głębokim »och«, pełnym najwyższego podziwu”.

Hoffmann wyraźnie starał się zniechęcić interpretatorów do nazbyt swawolnej egzegezy czy budowania pochopnych analogii. W przedmowie do Księżniczki Brambilli wyznaje: „Bajka: Zacheuszek, Cynobrem zwany (…) jest jedynie rozwinięciem pewnego całkowicie luźnego i oderwanego, żartobliwego pomysłu. Autor zdumiał się więc niemało, natknąwszy się na recenzję, w której ów żart, lekko rzucony ku powszechnemu uweseleniu, został w sposób wielce poważny a uroczysty przeanalizowany”.

Rzeczywiście, geneza dziełka wydaje się zgoła banalna. Zdaniem Franza Fühmanna inspiracją do jej napisania było zabawne wydarzenie podczas polowania, w którym w październiku 1812 r. wziął udział autor Złotego garnka. Hoffmann, niedzielny myśliwy, strzela do sarny, ale chybia. Stojący obok, zaprzyjaźniony z nim leśniczy trafia zwierzę, ale chcąc przyjacielowi sprawić przyjemność, jemu właśnie przypisuje celny strzał. Ktoś zgłasza co prawda nieśmiały sprzeciw, jednak zostaje zakrzyczany. Pisarz nie posiada się z radości i z dumą przyjmuje koronację liśćmi dębowymi. „Toż to nikt inny jak mały Zacheusz”, komentuje Fühmann.

Egzegeci nie dali się wszelako zniechęcić. „Zacheuszek – pisze Gabrielle Wittkopp- Ménardeau w monografii o Hoffmannie – to posępna alegoria wszelkich aberracji, w które popada społeczeństwo stadne, profetyczna inkarnacja obłędu, który wiek później miał pchnąć Niemcy na drogę zbrodni i upadku”. Przesada? Baśniowe państewko księcia Barsanufa bardziej przypomina Arkadię niż XX-wieczne systemy totalitarne. Mało tu miast, więcej „miłych wiosek”, „wonnych lasów”, „ukwieconych łąk” i „wesoło pluskających źródeł”. Za czasów księcia Demetriusza państwo istniało, rzec można, czysto teoretycznie, „nikt nie zauważał rządów i wszyscy byli bardzo z tego zadowoleni”. Potem sprawy się komplikują. Następca Demetriusza Pafnucjusz postanawia sobie wreszcie trochę porządzić. Pierwszym ministrem czyni niejakiego Andrzeja, dawnego kamerdynera. Za jego to namową Pafnucjusz wprowadza w państwie „oświecenie”, co polega na tym, że wypędza się z kraju wszystkie wróżki i wszystkich czarowników, a tych, którzy wyjechać nie chcą, pozbawia majątku i poddaje reedukacji. Ale że zupy nie jada się na ogół w takiej samej temperaturze, w jakiej się ją gotowało, sytuacja pod rządami Barsanufa z wolna się stabilizuje. Żadnego terroru, żadnych pogromów. Ot, drobiazgi. Komuś zlustruje się przodków, jak to czyni baron Praetekstus von Mondschein, by się przekonać, czy panna von Rosenschön jest godna przyjęcia do instytutu dla dobrze urodzonych panien, kogoś za głupstwo wtrąci do wieży, ściany – wiadomo – mają uszy, ale gdzie ich nie mają? Słowem, da się żyć. Ale zjawia się Zacheusz i kraj ogarnia nowa gorączka.

To jednak nie Zacheusz jest prawdziwym bohaterem tej osobliwej baśni. Ma ona raczej bohatera zbiorowego, a są nim właśnie ci wszyscy, którzy „spijają każde słowo z ust Cynobra”, którzy w nieszczęsnym karle, upośledzonym fizycznie i duchowo, zaczynają widzieć geniusza i opatrznościowego męża stanu. Sam Zacheusz nie jest co prawda całkiem bierny, gdy trzeba, zjawia się w stosownym miejscu i czasie, by podjąć działania zapewniające mu kolejny krok na drodze do władzy, nie protestuje też przeciwko spadającym nań zaszczytom, lecz przecież nie organizuje zbrojnego przewrotu, to inni wynoszą go na szczyt, decydenci i tłum – tłum porażony zdumiewającą ślepotą czy może raczej owładnięty szaleństwem.

Temu szaleństwu nie poddają się wszyscy. Ofiary gnoma zachowują na ogół trzeźwe spojrzenie. Niestety, niewiele to pomaga. Ich protesty zostaną zagłuszone oskarżeniami o – jakżeby inaczej – psychiczne niezrównoważenie bądź kierowanie się motywami niskimi i osobistymi: gdy Baltazar, poeta, któremu Zacheusz odbiera uznanie i aplauz publiczności, ośmiela się zaprotestować, słyszy od jednego z obecnych: „Jak możesz zachowywać się tak wariacko, powodowany jedynie pospolitą, zwykłą zazdrością?”. O „zazdrość”, „zawiść” i „nienawiść” oskarżony zostanie oczywiście także protestujący przeciwko jawnej niesprawiedliwości skrzypek Sbiocca. Świat staje na głowie. Tych, którzy widzą rzeczy takimi, jakie są, uznaje się za szalonych, ci zaś którzy obłędowi ulegają, wyznaczają nową normę, akceptowaną przez większość, a to ona, jak wiadomo, ustala standardy tego, co społecznie aprobowane. Chyba do żadnej z opowieści Hoffmanna nie stosuje się lepiej określenie, jakim jego prozę opatrzył Ludwig Börne: „epopeja obłąkania”.

Obłąkanie nie tłumaczy wszystkiego. W szaleństwie pojawiają się przebłyski metody. Najwybitniejszy w Kerepes intelektualista prof. Mosz Terpin gotów jest oddać Cynobrowi za żonę swą jedyną córkę Kandydę, choć przecież zachowuje resztki trzeźwego spojrzenia: „Gdy się tak niekiedy przyglądam temu człeczynie, odnoszę jakoś wrażenie, że trudno go nazwać prawdziwie ładnym”. Zwycięża przecież zimna kalkulacja: „Stanie się moim zięciem, dzięki któremu zdobędę łaski prześwietnego księcia Barsanufa i również piąć się zacznę po drabinie, po której mój miły Cynoberek już się wspina”. Ale i Kandyda czuje ku Zacheuszowi przemożną skłonność. Będzie się później tłumaczyć tajemniczymi czarami, które odebrały jej wolę i jasność spojrzenia, lecz czy można jej wierzyć? Nie od dziś wiadomo, że władza jest najsilniejszym z afrodyzjaków. A Zacheusz umie się odwdzięczyć. To za jego wstawiennictwem Terpin otrzymuje stanowisko „generalnego dyrektora wszelkich spraw przyrodniczych w całym kraju, przynoszące mu moc pieniędzy”. Mosz Terpin jest zapewne nie tyle prawdziwym uczonym, ile raczej jednym z nieprzeliczonych wyrobników nauki, którzy zawsze garną się w pobliże ministrów, niech nas to jednak nie pociesza.

Nawet najbardziej odrażająca władza potrafi przyciągnąć także kilka umysłów większego, choć nigdy nie największego, formatu. Każdy Hitler ma swoich Heideggerów.

Krajobraz polityczny księstwa jest ubogi. Brak tu wielkiego kapitału, skłóconych partyjek, brak prasy, która mogłaby sławić geniusz polityczny Zacheusza i demaskować nikczemność jego wrogów. Brak „służb” zakładających im teczki i przeglądających te założone przez poprzedników. Brak wreszcie i kościołów. Choć za symboliczną można zapewne uznać okoliczność, że Zacheusza wychowuje… miejscowy proboszcz. Pojawiają się za to teologowie, którzy zajmują się oczywiście tym, czym trudnią się zazwyczaj przedstawiciele tej profesji: tropieniem sekt. Toczą przy tym spory otwierające prawdziwe przepaści metafizyczne. Nie potrafią np. rozstrzygnąć, czy niejakiego Fabiana należy zaliczyć „do sekty krótkorękawowców, czy połowców”, zgodni są co do tego, że „obie sekty uznać należy za niesłychanie niebezpieczne, ponieważ głoszą całkowitą wolność woli i ośmielają się myśleć, co tylko zechcą”. Żaden kościół nie dyktuje jednak warunków politykom ani żaden hierarcha nie wydaje Cynobrowi certyfikatu potwierdzającego, że „żyje on bez wątpienia w stanie wiary w Boga”, jak w 1936 r. wydał go kanclerzowi Rzeszy kard. Faulhaber. Księstwo Barsanufa to księstwo oświecone.

To prawda: szaleństwo mieszkańców Kerepes wyrasta, zdawać by się mogło, na glebie „oświecenia”. Czyżby więc rację mieli ci, którzy twierdzili, że „droga w kierunku Kołymy i Auschwitz” ma swój początek w wieku świateł? Ale cóż to za oświecenie? „Wprowadzane” odgórnie przez niedouczonego księcia i kamerdynera awansowanego na ministra. Narzucone – głównie po to, by można sobie było przywłaszczyć cudze dobra – przez ludzi, którzy traktują je jako instrument władzy i w gruncie rzeczy nadal tkwią po uszy w dawnym zabobonie: wyganiają z kraju wróżki, ale przecież nie przestają wierzyć w ich czary. To nie oświecenie Kanta czy Lichtenberga, oświecenie krytycznego myślenia, nakazujące surowej kontroli poddawać każde twierdzenie rozumu i odkrywające przede wszystkim tegoż rozumu ograniczenia, lecz oświecenie Robespierre’a, intronizujące nowego Boga w miejsce starego, jedną religię zastępujące drugą, tak samo naznaczoną dawnym fanatyzmem.

 

Mały indyk

Idolom oszalałego tłumu przypisuje się niekiedy swoisty demonizm, jakąś tajemną moc, dającą im nad owym tłumem nieograniczoną władzę. Nie ma dowodów na istnienie Boga, powiada się czasem, ale Hitler, Stalin czy Pol Pot są dowodami na istnienie diabła. Nie dajmy się zwieść teatralnym maskom. Takie idole mają w sobie zazwyczaj „tyle demona” co Starski z Lalki: „ile trucizny w zapałce”. To rzadko postacie przypominające mrocznego, ale i wzniosłego szatana z Raju utraconego Miltona. Tomasz Mann chyba najtrafniej zdiagnozował fenomen kanclerza Rzeszy, nazywając go „niewydarzonym, wielokrotnie zawiedzionym beztalenciem”, „leniwym, niezdatnym do żadnej pracy”, „facetem, któremu nic się nie udawało”, „który niczego nie chciał się nauczyć, który nie ma także żadnych umiejętności czysto technicznych ani nie potrafi wykazać się fizycznie, co mężczyźni na ogół potrafią, nie umie ani jeździć konno, ani prowadzić samochodu czy samolotu, ani nawet spłodzić dziecka”. Współczesny widz ze zdumieniem ogląda Triumf woli, nie pojmując, jak ów dziwacznie uczesany nerwus, przybierający nienaturalne, nieporadnie wystudiowane pozy, mógł doprowadzać do ekstazy naród „myślicieli i poetów”. Charlie Chaplin nie napracował się chyba wiele, by go wykpić w Dyktatorze. Charyzma? Jakąż to charyzmę może z siebie wyemanować „niewydarzone, wielokrotnie zawiedzione beztalencie”? To raczej projekcja tłumu, który w gnomie widzi kogoś, kogo bardzo chce zobaczyć. Bez tłumu Cynober musi pozostać własną karykaturą: w political fiction Guido Morsellego Contro-passato prossimo, powieści rozgrywającej się po I wojnie światowej, wygranej przez państwa centralne, budujące w zgodzie z sąsiadami pokojową, zjednoczoną i oświeconą Europę, Hitler, przypadkiem spotkany przez jednego z bohaterów w pociągu, jest średnio uzdolnionym malarzem, który swoje rasistowskie obsesje usiłuje wyrażać w marnej klasy obrazach. Mieszaniną kompleksów i fobii, odpychającą, ale w gruncie rzeczy groteskową i nieszkodliwą. Nieudolnie próbując ukryć prowincjonalny akcent, mówi „żywo” i „sugestywnie”, najchętniej „o sobie”. Ale jego „patriotyczne”, pangermańskie i rasistowskie rojenia rozmówca trafnie sprowadza do właściwych proporcji: „Przypuszczam, że w Braunau w podobny sposób wypowiadają się handlarze bydłem”.

Nie inaczej jest z Cynobrem. Jego także nazwie ktoś w pewnym momencie „groźnym upiorem”. Ale ileż upiorności ma w sobie nieszczęśnik, który pędząc na koniu przez las, wypada nagle z za dużych na niego butów – oczywiście z ostrogami – i ląduje u stóp przypadkowych świadków? Albo rozkoszując się nienależnym aplauzem publiczności, puszy się „niczym mały indyk”? Demoniczny jest już raczej Medard z Diablich eliksirów, na którym ciąży tajemnicza klątwa i który hipnotyzuje wiernych swoimi kazaniami:

„Aby usłyszeć ojca Medarda, zbiegały się tłumy (…). Wraz z podziwem rósł mój zapał i moja troska o to, by nadać kazaniom większy ogień, okrągłość i potoczystość. I rosła moja władza nad słuchaczami”. Jednak i ta magia nie na wszystkich działa. Kto przyjrzy się kaznodziei trzeźwiejszym okiem, dostrzeże bez trudu jak u „próżnego aktora” „sztuczne, wyuczone miny i gesty”.

Bardziej niż złowrogim demonem Zacheusz wydaje się, jak Mannowski „brat Hitler”, nieszczęśliwym, kalekim człowiekiem, biorącym za swoje nieszczęścia odwet na całym „gatunku, z którym znalazł się w konflikcie”. „Zewnętrzne fizyczne odchylenia od normy – zauważa niemiecki psychiatra J.E. Meyer – eksponują jednostkę wobec zbiorowości i wpływają przez to w dużej mierze na jej zachowania społeczne”. Zaburzenia emocjonalne związane z niskim wzrostem mogą się ujawniać na dwa sposoby: „przez szczególny konformizm i nadmierne uzależnienie społeczne” albo jako „postawa agresywnego resentymentu, będąca odpowiedzią na społeczne lekceważenie”. I przytacza wnioski innego uczonego, Waltera von Baeyera: „W legendach i baśniach pojawia się – obok krasnali życzliwych, pracowitych i pogodnych – także postać złego karła, podstępnego, aroganckiego i ambitnego: dobrymi przykładami są Rumpelsztyk [z baśni braci Grimm – przyp. T.Z.] i mały Zacheusz E.T.A. Hoffmanna”.

Kontrast między ułomną, odpychającą fizycznością Cynobra a sukcesem, jaki odnosi, może osłabiać wiarygodność tej baśniowej metafory. W zbeletryzowanej biografii Hoffmanna, Die Frucht der bitteren Jahre Joachima Lindnera, wątpliwości takie wyrażają przyjaciele Hoffmanna wspominający pisarza: „»A mały Zacheusz – zapytał chytrze Hitzig – jak się ma rzecz z tymi, którzy (…) ciałem mali i brzydcy, sprawiają przecież wrażenie, jak gdyby byli kimś ważnym, i w ten sposób zyskują władzę i wpływy, tak iż mogą wyrządzać wielkie szkody?«. Hippel spojrzał nań badawczo: »W postaci małego Zacheusza nasz przyjaciel za bardzo popuścił wodze fantazji. Nie wyobrażam sobie, by taki odmieniec mógł kiedykolwiek dojść do władzy«”. Cóż… Jeśli historii można przypisać coś na kształt poczucia humoru, bywa to humor nieprzewidywalny. I nader złośliwy.

Nie wiemy, co Zacheusz myśli i czuje. Może nosi w sobie jakieś idee wyższego rzędu, choćby i obłąkańcze, ale nie potrafi ich nawet wyeksplikować, bo jego jedyny kontakt ze światem to chrapliwe dźwięki, jakie z siebie czasem niechętnie i burkliwie wydaje, wściekłe wyzwiska i inwektywy, które rzuca wokół siebie zduszonym głosikiem. Tylko czasem skrzekliwie podziękuje za wyrazy uznania. A jeśli już objawia się w nim jakieś diabelstwo, to jest to diabelstwo groteski, diabelstwo „i śmiesznych, i strasznych” rzygaczy, z przekorą montowanych przez średniowiecznych budowniczych na dachach czcigodnych katedr. To może jego największy dramat. Tak bardzo chciałby wzbudzać respekt czy wręcz lęk: „Jego ekscelencja jest wprawdzie niewielkiej postury – opowiada jeden z jego służących – lecz dzikości ma w sobie bardzo wiele, łatwo się też unosi i w gniewie nie panuje nad sobą, nie dalej jak wczoraj nagą szpadą przebił na wskroś zuchwałą mysz, która ośmieliła się skakać po jego pokoju”. Tymczasem, choć wyrządza ludziom autentyczne szkody, wśród tych, którzy opierają się czarom, budzi najczęściej śmiech, jak choćby wówczas gdy przez nieuwagę znajdzie się w pobliżu „rosłego Grzegorza”. Ale ten komizm zawiera w sobie i jakąś nutę tragiczną, dlatego Baltazar, pozytywny bohater baśni, napomina przyjaciela, by poniechał docinków pod adresem nieszczęśnika.

Właściwie powinniśmy mu współczuć, bo przecież to nie jego wina, że nie jest dzieckiem, lecz „pasierbem natury”. Ale jest jego winą, że marnuje szansę, jaką mu daje Rosabelverda, że daru, w który go wyposaża, nawet nie próbuje spożytkować ku dobru bliźnich, lecz obraca go wyłącznie ku własnej korzyści: ku wzmocnieniu swej władzy i zgubie współobywateli. Gdy już będzie po wszystkim, wróżka poczuje się zmuszona do smutnej refleksji: „Może niemądry to był pomysł mniemać, że piękny zewnętrzny dar, który ci dałam, całe wnętrze twej duszy oświeci i zbudzi w tobie głos podszeptujący, że nie jesteś tym, za kogo cię mają, lecz powinieneś dorównać temu, na którego skrzydłach (…) się unosisz. Lecz żaden wewnętrzny głos się w tobie nie ocknął. Ociężała, martwa twa dusza nie potrafiła wznieść się wyżej, nie pozbyłeś się głupoty, złości, nieokrzesania”.

Cechy demoniczne można tu przypisać wyłącznie owemu zbiorowemu bohaterowi, tłumowi wynoszącemu Cynobra na piedestał. Wytworne towarzystwo, gromadzące się w salonach Kerepes, będzie się później zmieniać w gromady „wściekłych drobnomieszczan”, rozglądających się za kimś, kto wreszcie „zrobi porządek”. Ale ich wybrańcy rzadko robią ten „porządek” własnymi rękami, rzadko sami je sobie brudzą. Ktoś za nich podpisuje najpaskudniejsze dokumenty, wtrąca do więzień przeciwników i heretyków nowej wiary, ktoś ich podgląda i podsłuchuje, ktoś odbiera im dobre imię w prasie, ktoś ich torturuje, ktoś zakłada im pętlę na szyję. Rację ma jeden z osadzonych w celi śmierci, opisanych w Archipelagu Gułag, gdy oznajmia współtowarzyszom niedoli: „Jedno tylko chcę zrobić – powiem temu katu: pamiętaj – tylko ty! nie sędziowie, nie prokuratorzy – ty jeden jesteś winien mojej śmierci – i żyj sobie teraz z tą myślą! Gdyby nie było was, dobrowolnych katów, to nie byłoby żadnych wyroków śmierci! I niech mnie sobie zabija, gad!”.

W nielicznych, którzy prawidłowo rozpoznają hierarchię zagrożeń, ów „zbiorowy bohater” budzi przerażenie większe niż sam Zacheusz. Upokorzony przez publiczność skrzypek Sbiocca wie dobrze, że „signorino Zinnober” to pokraczny karzełek, którego mógłby w każdej chwili chwycić za „pajęcze nóżki” i wrzucić „przez otwór F do kontrabasu”. Opuszczając Kerepes, „gdzie wszyscy ludzie poszaleli i które podobne się stało do wielkiego domu wariatów”, ucieka nie tyle przed wszechwładnym gnomem, ile przed „rozszalałym tłumem”.

Ten demonizm zbiorowości maskuje się czasem nader przebiegle. „Wściekły drobnomieszczanin” nie zawsze jest więziennym oprawcą, sprzedajnym dziennikarzem czy funkcjonariuszem Ministerstwa Prawdy. W naszej demokratycznej nowożytności wszystko zaczyna się przecież często od kartki wyborczej, tak jak od kartki wyborczej zaczęło się w już Niemczech w 1933 r. Wrzucanej do urny nie tylko przez krótko ostrzyżonych młodych ludzi w koszulach jednakowego kroju, ale i przez miłe starsze panie, na co dzień opiekujące się z czułością wnukami, wzorowych i odpowiedzialnych ojców rodzin, subtelnej urody dziewczęta, pełne marzeń o lepszym świecie, młodzieńców o jasnych czołach, gotowych umierać za ojczyznę, duszpasterzy o twardych zasadach i miękkim głosie, utrudzonych rolników, w swój jedyny wolny od pracy dzień wsłuchujących się z pokorą w głos danych im przewodników duchowych, inżynierów o szerokich szczękach i mocnym uścisku dłoni, wreszcie przez kolegów Mosza Terpina, intelektualistów spoglądających nie bez pewnej wyższości, lecz przecież i z troską na lud, który – jak to lud – trzeba wszak dopiero wychować. (Znamienne, że doskonale odporna na czar Zacheusza okaże się niepiśmienna chłopka – jego matka). Słowem, przez „zwykłych ludzi”, których żaden sąd nie uznałby za winnych jakiegokolwiek występku.

Tych zwykłych ludzi łączy jedno: pragnienie Dobra i Prawdy. Chcą, by ich kraj powstał z kolan, odzyskał godność i naprawił wszelkie krzywdy. A przede wszystkim – ukarał krzywdzicieli. Gdzież tu demonizm?

Czy jest coś złego w łaknieniu sprawiedliwości albo woli powstania z kolan? „I zło chce nas jedynie uszczęśliwić”.

 

Radosne zakończenie?

Każdy czar kiedyś pryska. Pryska i czar Zacheusza. Spiskowcy odkrywają jego tajemnicę: „połyskujące ogniście pasmo włosów” na czubku głowy, i podczas uroczystości zaręczyn wszechwładnego dostojnika z Kandydą wpadają znienacka do sali balowej, wyrywają mu ów czarodziejski kosmyk i ciskają w ogień. Łuski opadają z wszystkich oczu. I oto już „jeden pyta drugiego: »A skądże się tu wziął ten mały pokurcz? Czego chce ten potworek?«”. Gnom musi ratować się ucieczką do swojego pałacu, ale i tam ściga go rozwścieczony tłum, ciskający „w nieszczęsnego ministra kamieniami, owocami, warzywem, co kto miał pod ręką”. Cynober zaszywa się w swej siedzibie, a gdy rebelia mija, kamerdynerzy próbują go odnaleźć. Bezskutecznie. Aż wreszcie któryś spostrzega, że „z pięknego srebrnego naczynia z uszkiem, stojącego zawsze w pobliżu toalety, gdyż minister niezmiernie je sobie cenił jako kosztowny podarunek księcia, wystają małe, chudziutkie nóżki”. Reanimacja topielca nie daje rezultatów. Przywołany lekarz nadworny uroczyście diagnozuje: „Zmarł z przerażenia, że może umrzeć”. Teraz czas naprawiać szkody. Kto ma się szczęśliwie ożenić, ten się żeni, komu należy się stanowisko, niezwłocznie je otrzymuje, a i prof. Mosz Terpin odnajduje się szczęśliwie w nowej rzeczywistości. I tak oto baśń o Zacheuszku, Cynobrem zwanym znajduje swój, jak zapewnia autor, „na wskroś radosny koniec”. Czyżby?

Zakończenie znacznie mniej „radosne”, za to bliższe rzeczywistości, dopisze do tej historii Viktor Klemperer, autor sławnej Lingua Tertii Imperii. W rozdz. XVIII analizuje on kilka szokujących przypadków „wiary” w Fuhrera, ślepej i wiernej niczym fanatyczna wiara w Boga. Co ciekawe, wśród „wierzących” znajdują się nie tylko prości robotnicy, ale i intelektualiści, wyrzekający się całkowicie wszelkiego krytycyzmu wobec obiektu swych uniesień. Klemperer opisuje to zjawisko jako „religijną psychozę”, a jej źródeł doszukuje się w katolicyzmie, co w kontekście wrogiej chrześcijaństwu postawy III Rzeszy uznaje za swoisty paradoks. Na koniec opowiada o powojennym już spotkaniu z jednym ze swych dawnych uczniów. Ów młody człowiek był szeregowym członkiem NSDAP, nie dopuścił się żadnych zbrodni, ale mimo to nie uzyskał rehabilitacji. Gdy Klemperer wyraża zdziwienie tym faktem, jego rozmówca wyznaje: „Bo się o to nie starałem i nie mogę się o to starać. (…) W niego, w NIEGO ciągle jeszcze wierzę”.

Kto wie jednak, czy nie byłoby lepiej i bezpieczniej uznać baśń Hoffmanna za pozbawioną zakończenia?

W epilogu do Kariery Arturo Ui, dramatu opowiadającego podobną historię, Brecht słusznie przestrzega wszystkich, którzy pochopnie uwierzą, że utopienie Zacheusza oznacza „koniec historii”:

„(…) niechaj do głowy

Triumf przedwczesny ludom nie uderza —

Płodne wciąż łono, co wydało zwierza”.

W rozczłapane buty Cynobra zawsze może się znów ktoś wślizgnąć. Nie bez powodu popularny rosyjski program satyryczny Kukły, nadawany przez telewizję NTV w latach 1994–2002, jako Hoffmannowskiego Zacheusza sportretował kiedyś… Władimira Putina. Jednak wbrew obiegowemu przekonaniu nawet znajomość historii wcale nie chroni przed jej powtórzeniem. Rozradowany tłum nowych obywateli Kerepes zawsze gotów jest obwieścić gromko, że tamten Zacheusz był co prawda zdrajcą narodu, satrapą, złodziejem, łajdakiem i potworem, ale nasz to inkarnacja czystego dobra, geniusz polityczny, wielki strateg, charyzmatyczny trybun, porywający tłumy. A uczeni socjologowie i psychologowie społeczni przyglądają się tym nowym wiarom i „religijnym psychozom” z taką samą bezradnością, z jaką student Baltazar, jedna z ofiar gnoma, usiłuje dociec przyczyny nieszczęść, które nań spadły, ale jedyna odpowiedź, jaka mu przychodzi do głowy, to „ponura tajemnica” i „zły czar”. Niewiele wskazuje na to, by współcześni badacze społeczeństw byli w stanie dostarczyć lepszych rozwiązań tej zagadki.

_

Źródła cytatów:

E.T.A. Hoffmann, Zacheuszek, Cynobrem zwany, tłum. M. Kurecka, w: tenże, Opowieści, Warszawa 1962.

E.T.A. Hoffmann, Księżniczka Brambilla, w: tenże, Opowieści, dz. cyt.

E.T.A. Hoffmann, Diable eliksiry, tłum. L. Eminowicz, Warszawa 1958.

V. Klemperer, LTI. Notatnik filologa, tłum. J. Zychowicz, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1989.

T. Mann, Brat Hitler, tłum. Z. Rybicka, w: Wobec faszyzmu, wybór i oprac. H. Orłowski, Warszawa 1987.

J. Lindner, Die Frucht der bitteren Jahre, Berlin 1990.

G. Wittkop-Ménardeau, E.T.A. Hoffmann: mit Selbstzeugnissen und Bilddokumenten aus d. Franz. übertr. von J.F. Wittkop, Reinbek bei Hamburg 1989.

F. Fühmann, »Klein Zaches genannt Zinnober«. Ein Nachwort, w: tenże, Fräulein Veronika Paulmann aus der Pirnaer Vorstadt oder Etwas über das Schauerliche bei E.T.A. Hoffmann, Rostock 1979.

J.E. Meyer, Zur Psychologie des hypophysären Zwergwuchses, „Archiv für Psychiatrie und Zeitschrift für die gesamte Neurologie” 1967, nr 209, s. 275–289.

W. von Baeyer, Zur Psychologie verkrüppelter Kinder und Jugendlicher, „Zeitschrift für Kinderforschung” 1928, nr 34, 229–292 (cyt. za: J.E. Meyer, Zur Psychologie verkrüppelter Kinder und Jugendlicher, dz. cyt.).

S.J. Lec, Myśli nieuczesane wszystkie, Warszawa 2007.

G. Morselli, Contro-passato prossimo, Mediolan 1987.

A. Sołżenicyn, Archipelag GUŁag 1918–1956: próba dochodzenia literackiego, t. I, tłum. J. Pomianowski, Warszawa 1990.

B.Brecht, Kariera Arturo Ui, tłum. R. Szydłowski i W. Wirpsza w: tenże, Dramaty, t. III, Warszawa 1962.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata