70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gimnastyka duszy

Udowodniono, że właściwe nawyki wpływają na nasz dobrostan. Psychologowie przekonują jednak, że jego osiągnięcie to efekt świadomej pracy nad sobą. A to wymaga wysiłku wypływającego z przekonania, że jesteśmy istotami sensotwórczymi i zdolnymi do przekraczania samych siebie.

Dominika Kozłowska: Czy dzisiejsze formy duchowości, inspirowane tradycją Zachodu, Wschodu i osiągnięciami współczesnych nauk, mają jakieś wspólne cechy?

ks. Jacek Prusak: Na gruncie psychologii znajdziemy ich najwięcej w tzw. psychologii pozytywnej, nowej i dynamiczniej rozwijającej się gałęzi psychologii akademickiej. Psychologia pozytywna uważa, że istnieje sześć cnót zwanych cnotami wyższego rzędu: mądrość, odwaga, człowieczeństwo, sprawiedliwość, umiarkowanie, transcendencja, a każda z nich połączona jest z zaletami charakteru. Regularne praktykowanie cnót pozwala kształtować charakter.

Czy między medytacją lub modlitwą również odnajdujemy podobieństwa?

W psychologii podkreśla się, że są one treningiem umysłu. Psychologia pozytywna zwraca uwagę na to, że mamy najczęściej dwa błędne wyobrażenia dotyczące funkcjonowania naszego umysłu, zwłaszcza w sferze emocjonalnej: pierwsze polega na wierze, że nie można nic zrobić (tacy się urodziliśmy), drugie na przekonaniu, że sama wola i intencja wystarczą (trzeba naprawdę bardzo chcieć, a jeśli to nie działa, to znaczy, że nie chcieliśmy wystarczająco mocno). Pomiędzy takim fatalizmem a perfekcjonizmem istnieje „trzecia droga”: tym, co się najbardziej liczy, jest regularny trening w kultywowaniu pozytywnych odczuć emocjonalnych, wspieraniu ich i wzmacnianiu, kiedy się przydarzają.

Czy negatywne myśli i odczucia również poddajemy treningowi?

W tym jesteśmy prawdziwymi ekspertami! Ze względu na to, co psycholodzy określają jako inklinację negatywną (negativity bias), zadręczamy się negatywnymi myślami i emocjami (smutek, uraza, pesymizm), odbywamy więc trening umysłu, ale w zakresie negatywnym. W ten sposób, nie będąc tego świadomymi, wzmacniamy ścieżki neuronowe smutku, urazy, pesymizmu i przygotowujemy je, by włączały się coraz szybciej, systematyczniej i bardziej autorytarnie w obliczu każdego wydarzenia w naszym życiu. Jak mawiał John Milton, parafrazując Marka Aureliusza, „Umysł jest dla siebie siedzibą, może sam w sobie przemienić piekło w niebiosa, a niebiosa w piekło”.

Pozostawieni sam na sam ze sobą zmagamy się najpierw z niechcianymi myślami.

Być może bardziej niż kiedyś nasz umysł potrzebuje detoksu, bo staliśmy się „wirtuozami rozproszeń”. Okazuje się, że pozostawieni sami ze sobą, nie czujemy się komfortowo. Większość naszych myśli dotyczy przeszłości lub przyszłości, zwiększania przyjemności i zmniejszania bólu. W „Science” ukazały się na ten temat ciekawe badania przeprowadzone przez Timothy’ego Wilsona z uniwersytetu w Virginii i jego współpracowników z Uniwersytetu Harvarda, które pokazały, że większość z nas tak bardzo boi się swoich myśli i emocji, że woli narazić się na fizyczny ból niż na bezpośrednie przebywanie z własnymi przeżyciami. W eksperymentach, o których mówię, udział wzięli ochotnicy w wielu od 18 do 77 lat. Mieli pozostać ze swoimi myślami na niedługi czas – od 6 do 15 min, bez telefonu komórkowego, gazet ani innych rzeczy, na których mogliby skoncentrować uwagę, a więc w tym przypadku się rozpraszać. Wyniki pokazały, że niezależnie od wieku badani nie czerpali z tego czasu przyjemności, a nawet oceniali go jako nieznośny.

Aż 67% mężczyzn i 25% kobiet wolało zaaplikować sobie małą dawkę szoku elektrycznego, aby przerwać tę krótką sesję i zabić nudę, niż w milczeniu analizować własne myśli i odczucia.

Ból fizyczny był bardziej „strawny” niż dyskomfort psychiczny. Trafnie przewidział to Pascal, który zastanawiając się nad kondycją człowieka, napisał: „Odkryłem, że całe nieszczęście ludzi pochodzi z jednej rzeczy, to jest, że nie umieją pozostać w spokoju i w izbie”.

I tu z pomocą może przyjść trening, np. wspomniana modlitwa lub medytacja?

Niezależnie od tego, jaką formę modlitwy czy techniki medytacji bierzemy dziś pod uwagę, relaksujące jest to, co powtarzalne i co pozwala wyeliminować niechciane myśli. Można więc mówić o „gimnastyce duszy”. Chodzi w niej o świadome dążenie do koncentrowania uwagi w sposób nieanalityczny, a więc zmianę automatycznych procesów myślowych. Nie jest to walka z myślami, tylko wzmacnianie uwagi. Medytując, konfrontujemy się z unikaniem nawykowym, a więc naszą naturalną tendencją do tego, aby z poczuciem dyskomfortu radzić sobie, blokując, unikając go, zaprzeczając mu lub uśmierzając go. Nie chcemy bowiem być tu, gdzie jesteśmy, i nie chcemy być tacy, jacy właśnie jesteśmy.

Dlaczego błądzenie myślami jest dla nas niekorzystne?

Kiedy bada się na chybił trafił zawartość umysłów dużej liczby osób w różnych momentach dnia – co sprawdzili Matthew A. Killingshworth i Daniel T. Gilbert na grupie prawie 5 tys. ochotników w różnym wieku obserwowanych przez kilka tygodni – to w jednym przypadku na dwa okazywało się, że są one pochłonięte mentalnym błądzeniem, a więc myśleniem o czymś innym niż o aktywności, której się w tej chwili poświęcali. Poza tym, im bardziej umysł błądzi, tym mniejsza jest szansa na szczęście. Okazało się także, że nawet jeśli emocje odczuwane w momentach kiedy nasz umysł jest gdzie indziej, są przyjemne, to nigdy nie są bardziej przyjemne niż wtedy, kiedy jesteśmy skoncentrowani na tym, co robimy. Badacze ci doszli do wniosku, że „umysł, który błądzi, jest umysłem nieszczęśliwym” („Science” 2010, nr 330). Szereg badań pokazuje, że skutecznym antidotum jest właśnie medytacja.

Jak w świecie nadmiaru zachować poczucie wolności i wewnętrzną równowagę?

Zacznijmy od pogłębienia opisu sytuacji. Badania na mieszkańcach Zachodu pokazują dwie sprawy. Po pierwsze, większość pracujących z dużych miast przyznaje, że czuje się albo zestresowana, albo znudzona. Nie jest to nowe doświadczenie, ojcowie pustyni wiele uwagi poświęcali stronie afektywnej, stanom, które określali mianem „demona południa”: zmęczeniu, znużeniu, zniechęceniu, pustce. Również stoicy rozwijali techniki pozwalające radzić sobie z acedią.

Niepokojące jest jednak to, że poczucie zaabsorbowania (flow), które jest jednym z wyznaczników psychologicznego dobrostanu, bywa sporadyczne, a praca to przecież jeden z imperatywów naszej cywilizacji.

Choć pracujemy coraz więcej, zaledwie co piąta osoba doświadcza takiego stanu choć raz dziennie, a ok. 15% ludzi nie czuje się zaabsorbowanych tym, co robi. Przyczyn tej sytuacji jest wiele, ale ostatecznym jej źródło to narcyzm zachodniej kultury. To my sami jesteśmy architektami naszego nieszczęścia, bowiem utożsamiliśmy osiągnięcie sukcesu z sensem egzystencji. Dlaczego mamy epidemię depresji i dlaczego większość osób ze schizofrenią to mieszkańcy wielkich, uprzemysłowionych miast? Nie sposób już dłużej ignorować wpływu czynników kulturowych na kształt psychicznych i duchowych problemów tej części świata. Większość z nas nie potrafi uwolnić się od szukania przyjemności, potwierdzania swojej wartości i nastawienia na sukces.

Co można by więc zmienić?

Pierwszy z kroków to budowanie dobrych nawyków. Otóż zostało udowodnione, że dobre nawyki wpływają na nasz dobrostan. Psychologowie pozytywni przekonują, że dobrostan wymaga świadomej pracy nad sobą. Automatyzmy są konsekwencją nawyków, a nawyki świadomej pracy. To wszystko zaś zasadza się na przekonaniu, że jesteśmy istotami sensotwórczymi i zdolnymi do przekraczania samych siebie. A najskuteczniejszym sposobem budowania poczucia sensu jest praca na rzecz tego, co nas przekracza i co ma dla nas wartość.

Czym nawyki różnią się od nałogów?

Arystoteles mawiał, że „dobro człowieka polega na działaniu duszy w zgodzie z cnotą”. Potwierdza to psychologia pozytywna, która przez dobre nawyki rozumie ogół wysiłków, jakie czynimy, by zachowywać się zgodnie z naszymi wartościami poprzez rozwijanie cnót. Dobre nawyki to cnoty, nałogi to nasze ograniczenia, błędnie rozpoznane dobro, które hamuje naszą wolność.

Dlaczego łatwiej o złe niż o dobre nawyki?

Cierpienie emocjonalne jest częścią życia, ale mamy tendencję do zaostrzania swoich problemów, na co składa się kilka mechanizmów psychologicznych. Psychologia pozytywna podkreśla, że możemy wiele dowiedzieć się o cierpieniu psychicznym i nałogach, jeśli zastanowimy się nad swoją reakcją na zmiany i „ślepym lgnięciem” do przyjemności. Zgodnie z inklinacją negatywną reakcje na zagrożenia i przykre doznania są szybsze, silniejsze i trudniejsze do pohamowania niż reakcje na szanse i przyjemności. Uogólniając to wszystko, można powiedzieć, że źródłem większości form cierpienia psychicznego jest jego unikanie, czyli to, co już pojawiło się w naszej rozmowie jako unikanie nawykowe. Mając wybór, większość z nas decyduje się na zachowanie, dzięki któremu poczuje się lepiej, a nie to, które sprawi ból. Problem polega jednak na tym, że większość rzeczy, które pomagają nam szybko poczuć się lepiej, na dłuższą metę powoduje, że czujemy się dużo gorzej. Dlatego nałóg to potrzask dla naszego bólu, bo staje się protezą, a nie lekarstwem.

W jaki sposób praca nad sobą, nad dobrymi nawykami angażuje silną wolę?

Cnota wstrzemięźliwości wymaga takich zalet charakteru jak samokontrola, rozwaga, skromność i pokora. Zdaniem psychologów pozytywnych, zwłaszcza Ray F. Baumeistera i Julie J. Exline, u podstaw większości cnót leży samokontrola jako wewnętrzny, ograniczający mechanizm, który określają mianem „moralnego muskułu”. W oparciu o swoje badania nad siedmioma grzechami głównymi pod kątem samokontroli doszli do wniosku, że cnoty są wynikiem pozytywnego wykorzystywania (ćwiczenia) samokontroli, natomiast grzech i nałogi mają często związek z deficytem samokontroli. Kiedyś sądzono, że silna wola jest kwestią osobowości: przychodzimy na świat z silną lub słabą. Podobnie jak z inteligencją – jeśli urodziłeś się mądrym, takim pozostaniesz, jeśli głupim – to edukacja nie zrobi z ciebie geniusza. Baumeister przekonuje natomiast, że wola nie jest bytem spekulacyjnym, lecz strukturą, którą można rozwijać. Ma podstawy biologiczne, ale można ją porównać do muskułu. Do uzyskania efektu potrzebny jest odpowiedni poziom energii (glukozy) oraz ćwiczenia. Bez energii ciało nie funkcjonuje, ale bez treningu mięśnie się nie rozwiną, zbyt duży wysiłek prowadzi z kolei do ich przeciążenia (zakwasy). Zasoby siły woli są ograniczone, ale wola jest muskułem, który można rozwijać.

Ćwiczenie woli nie jest zatem metaforą?

Nie wystarczy jedynie opieranie się pokusie, bo umiejętność odmawiania to tylko jedna ze składowych siły woli. Oprócz siły „nie chcę” ważna jest również siła „chcę” zrobić coś teraz, a nie przekładać na później, mimo że jakaś część naszej osoby tego unika. Poza tym, aby skutecznie sprawować samokontrolę, trzeba umieć odnajdywać motywację za każdym razem, kiedy jest to potrzebne, a zdolność takiego odnajdywania to siła „pragnę”. Tak więc na skuteczną samokontrolę składa się umiejętne wykorzystanie sił „chcę”, „nie chcę”, „pragnę”.

Kształtowanie nawyków wiąże się zatem z umiejętnością samokontroli. Jaki jej rodzaj stymuluje nasz rozwój, a jakie są przejawy jej toksycznej potrzeby?

Walter Mischel przeprowadził w latach 60. słynny „test pianki” (marshmallow test), który testował poziom silnej woli u dzieci. W eksperymencie sprawdzano, czy dziecko potrafi odroczyć bezpośrednią gratyfikację, czyli zjedzenie pianki, na rzecz przyszłej, przynoszącej więcej korzyści. Tylko 30% dzieci biorących udział w badaniu Mischela potrafiło poczekać 15 min, aby otrzymać dodatkową piankę. Dwadzieścia lat później uczony rozesłał do rodziców, nauczycieli i opiekunów kwestionariusze, które miały pomóc odpowiedzieć na pytanie, jak dzieci z jego badania radzą sobie w życiu. Wyniki pokazały, że te, które umiały odroczyć gratyfikację, w późniejszym wieku osiągały lepsze rezultaty podczas egzaminów, miały mniejsze problemy z zachowaniem, a także skuteczniej radziły sobie ze stresem. Dodatkowo nie miały problemów z koncentracją oraz utrzymywaniem przyjaźni. Co więcej, wiemy też, że wysoki poziom samokontroli zmniejsza ryzyko nałogów lub zdrad w związku. To jest pozytywna strona samokontroli.

A co ze stroną negatywną?

Wiąże się z przekonaniem, że wszystko zależy ode mnie i wszystko koncentruje się na mnie. W wersji patologicznej objawia się to jako skrupulanctwo związane z perfekcjonizmem czy pracoholizm. Problem polega na tym, że współczesna kultura premiuje takie właśnie zachowania. Niezdrowym dla nas przejawem kontroli jest np. nieumiejętność odpoczywania, odłożenia na bok pracy. Wielu ludzi nawet w dni wolne nie potrafi wyłączyć komórki, bo zawsze może zadzwonić szef, albo można poprawić projekt, zareagować na jakieś wydarzenia. Taka potrzeba kontroli wynika z lęku, że się nie sprawdzimy, że inni okażą się lepsi. Ludzie dziś nie przestają pracować, zmieniają jedynie miejsce pracy.

Rozmawialiśmy już o silnej woli oraz błędnym jej wykorzystaniu. A co psychologia mówi o słabej woli?

Z psychologicznego i kognitywistycznego punktu widzenia słabość woli, w filozofii określana jako akrazja, nie polega na tym, że ktoś robi coś innego niż to, czego tak naprawdę chce najbardziej. Wiadomo bowiem, że ludzki umysł nie ma jednego centrum sterowania i że należy się spodziewać sprzecznych, ścierających się ze sobą pragnień. Nie jest prawdą, że wygrywa to, które jest najbardziej rozsądne czy domaga się tego najdłużej, ale to, które w momencie podejmowania decyzji było „najgłośniejsze”. Akrazja wydaje się więc normalną i przewidywalną trudnością, przynajmniej jeśli chodzi o zachowania, które musimy rozwinąć w wieku dorosłym, ponieważ nie nabyliśmy ich w pierwszych latach życia. Psychologia pozytywna podkreśla jednak, że kiedy już postanowimy się zmienić, wszystko jest kwestią obwodów w mózgu, odruchów i powtarzanych praktyk; kwestią czasu trwania, utrzymania kursu oraz okresowego odstąpienia od oceniania się pod kątem osiągniętych rezultatów. Jak wyjaśnia Christophe André, „fakt, że mamy z czymś problem, nie oznacza, że jest to niemożliwe, z ludzkiego punktu widzenia lub naszego własnego, lecz tylko, że jest to trudne”. Nie świadczy to natomiast o tym, że wszystkie deficyty samokontroli można nadrobić.

Dlaczego pracoholizm jest dziś tak powszechnym zjawiskiem?

Bo w świecie korporacji „jak odpuszczasz, to przegrywasz”. Amerykanie np. wymieniają brak siły woli jako pierwszą i najważniejszą przyczynę w realizacji zamierzonych celów w drodze po sukces (american dream). Jak ludzie o takim trybie myślenia nie pracują, to doskwiera im uczucie pustki, są spięci, mają poczucie niepewności. Praca staje się ucieczką, a weekend koszmarem. W psychologii stosuje się już określenie „weekendowej depresji”. Warto tu przypomnieć to, co mówi uczeń Viktora Frankla, lekarz, psycholog i psychoterapeuta Alfried Längle: uzależniony od sukcesu nie szuka spełnienia, lecz zaspokojenia, ponieważ jego działania pozostawiają go z poczuciem wewnętrznej pustki. Pracoholizm jest próbą jej zagłuszenia, stłumienia, która jednak kończy się fatalnie. Poza tym jesteśmy zaprogramowani przez naturę na nieustanne porównywanie się z innymi, więc uczucie nieprzystosowania do otoczenia może zatruwać nam życie. Jako ludzie nigdy nie osiągamy stabilnej pozycji w hierarchii społecznej, więc jesteśmy nastawieni na polerowanie swojego wizerunku, nawet jeśli w ten sposób się kaleczymy.

Czego o samokontroli możemy nauczyć się od AA? Ten największy niereligijny zinstytucjonalizowany ruch na rzecz zwiększenia samokontroli i duchowego uzdrowienia jest dziś zarazem jedną z najbardziej skutecznych szkół samorozwoju.

W ruchu AA droga uleczenia, a zatem odzyskania samokontroli, dokonuje się – paradoksalnie, jak mogłoby się wydawać – poprzez utratę kontroli. Pierwszy krok polega na przyznaniu, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że nie kierujemy już własnym życiem. Samokontrola przestaje być na usługach mechanizmów obronnych, a siła woli wykorzystana jest w trzeźwieniu, które wykracza poza unikanie kontaktu z alkoholem, a staje się postawą wobec życia opartą na praktyce cnót. Sekretem skutecznej samokontroli jest bowiem umiejętność kierowania własną uwagą.

Jak rozwijać umiejętności bycia sam na sam ze sobą w kulturze, w której dominującą i utożsamianą z sukcesem postawą jest ekstrawertyzm – koncentracja na wrażeniu i wpływie, jaki wywieramy na innych, a nie na naszych myślach, przeżyciach, duchowych dyspozycjach?

Pierwsza rzecz to sprawa, którą chrześcijaństwo i judaizm zawsze podkreślało: dzień święty należy święcić. Przekładając tę zasadę na język świecki, nie można być w pracy siedem dni w tygodniu. Wszystkie cywilizacje uznawały, że życie powinno się składać z czasu pracy i odpoczynku. Rytm 8 / 8 / 8 miał swoje początki w duchowości chrześcijańskiej – równy czas na pracę, sen, modlitwę. Taki jest również nasz naturalny rytm biologiczny. Niedawno w Kalifornii przeprowadzono ciekawy eksperyment z udziałem osób cierpiących na bezsenność, którym nie pomagała klasyczna terapia. Wysunięto pomysł, aby takich ludzi zabrać na kilka dni na pustynię. Podczas wyjazdów zabroniono im korzystania z telefonu i Internetu. Okazało się, że jeśli ktoś do późnych godzin nocnych spędza czas przed komputerem, jego mózg jest tak przebodźcowany i „prześwietlony”, że w efekcie nie może zasnąć. Po kilku nocach pod gwieździstym niebem pustyni, w rytmie naturalnego cyklu dnia i nocy uczestnicy eksperymentu zaczęli zasypiać bez problemu.

Druga kwestia to konieczność uświadomienia sobie, po co się pracuje. Czy praca jest dla nas źródłem rozwoju czy jedynie gromadzenia kapitału i dążeniem do sukcesu? Skoro dla ogromnej większości ludzi praca jest przede wszystkim źródłem stresu, a nie pozytywnego zaangażowania, pozwalającego zapomnieć o sobie, a więc podstawą dobrostanu psychicznego, nasza codzienność staje się walką z własnym cieniem. W zachodniej kulturze pytania, po co pracujesz i ile jesteś w stanie dla pracy poświęcić, są naprawdę kluczowe. Trzecia sprawa wiąże się z poprzednią: musimy pamiętać, że najbardziej rozwija nas to, co pozwala nam przekraczać samego siebie. To oznacza zaangażowanie się w sprawy, które nie dotyczą jedynie nas. Można do tego zaliczyć np. umiejętność rozwijania hobby. To zabawa, coś, czego nie chcemy spieniężać, co robimy bezinteresownie i dla przyjemności.

Hobby jest jednym z bardzo silnych buforów pozwalających ochronić poczucie duchowego dobrostanu i integralności. Ludzie, którzy nie mają hobby, cały czas pracują.

Czwarta sprawa to kultywowanie wewnętrznego spokoju poprzez znalezienie czasu na wyciszenie i świadome bycie „tu i teraz”. Nie muszę wszystkiego widzieć, słyszeć, wiedzieć; nie muszę śledzić całego świata ani cały czas mu przypominać, że istnieję.

Będziemy wtedy szczęśliwi?

Przestaniemy funkcjonować na autopilocie „nieświadomi na fali nawykowych odruchów” – jak ujął to buddyjski pisarz Stephen Batchelor. W psychologii pozytywnej istnieją trzy podejścia do szczęścia. W pierwszym, stworzonym przez Sonię Lyubomirski, jego formuła to S = P+W+D, gdzie S to szczęście, P = poziom biologiczny (a więc wpływ naszego temperamentu i genów oraz aktualny stan naszego ciała, np. czy jest chore, czy zdrowe), W = warunki życia (miasto czy wieś, praca ciężka czy lekka, demokracja czy dyktatura, samotny czy z rodziną), a D = rozmyślne działania człowieka zwiększające jego dobrostan. W drugim, zaproponowanym przez Martina Seligmana S = P+Z+S, gdzie P = emocje pozytywne, Z = zaangażowanie (zdolność do bycia obecnym w tym, co przeżywamy), a S = sens (nadawany temu, co robimy, wychodzący poza przyjemny lub nieprzyjemny charakter naszego zajęcia w danej chwili). W trzecim, sformułowanym przez Christophe André, S = Dx Ś, gdzie D = dobrostan (odczuwanie przyjemności lub emocji pozytywnych), a Ś = świadomość (uświadomienie sobie tego odczucia, bycie obecnym w tym, co się wtedy dzieje). Pierwszy model jest najbliższy aktualnym danym naukowym dotyczącym składowych naszej zdolności do szczęścia. Drugi stara się pogodzić dwie wielkie tradycje szczęścia, hedonizm (odczuwanie przyjemności z życia) z eudajmonizmem (znajdowanie w nim sensu), trzeci jest najprostszy do zastosowania – w każdej chwili można go wykorzystać, aby przemieniać swój dobrostan, ilekroć go doświadczamy, w szczęście.

A gdzie w tym wszystkim jest duchowość?

Szukając relaksu, wyciszenia, ludzie coraz chętniej zwracają się ku duchowości, ale w wersji soft: takiej, która zapewni spokój, odpoczynek, sprawi, że poczują się dobrze sami ze sobą. Skupienie się tylko na tym prowadzi jednak do zjawiska określanego jako „syndrom wellness”. Im dłużej się tym zjawiskom przyglądam, tym bardziej jestem przekonany, że to jedynie „kosmetyka ego”. Ale to wcale nie znaczy, że wszystko jest złe. Trzeba jedynie pamiętać, że prawdziwa duchowość prowadzi do tego, by o sobie zapomnieć, a nie by stawiać siebie w centrum. Dużo mówiłem o medytacji, ale ponieważ ta najczęściej kojarzy nam się ze Wschodem, warto chrześcijanom przypomnieć o Ćwiczeniach duchowych św. Ignacego z Loyoli, które w duchu religijnym wprowadzają we „wszelkie sposoby przygotowania i usposobienia duszy do usunięcia wszystkich uczuć nieuporządkowanych, a po ich usunięciu – do szukania i znalezienia woli Bożej w takim uporządkowaniu swego życia, żeby służyło dla dobra i zbawienia duszy”. Praktyka tych ćwiczeń uczy samokontroli, uważności, koncentracji i wyciszenia oraz rozwija wiele z cech charakteru potrzebnych do wdrożenia w swoim życiu cnót nadrzędnych. Integruje osobowość i prowadzi do dobrostanu, który nie przemija.

_

Jacek Prusak SJteolog, dr psychologii, psychoterapeuta, publicysta, prorektor Akademii Ignatianum w Krakowie, redaktor „Tygodnika Powszechnego”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata