70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gesty Rejtana

Trudno mi sobie wyobrazić, co czuł Jerzy Zawieyski – człowiek psychicznie kruchy, a ze względu na swą biografię szczególnie wyczulony na mechanizm wykluczenia – kiedy rzucano mu w twarz oskarżenie, że znalazł się „poza narodem”.

Gest posła Stanisława Stommy, b. redaktora naczelnego „Znaku”, który w 1976 r. – wstrzymując się od głosu – de facto zaprotestował przeciwko zmianom w Konstytucji PRL, został nie tylko opisany przez historyków, ale i uwieczniony przez fotoreporterów, co przyczyniło się do jego popularyzacji. I nadało mu nowy – ponadczasowy – sens. W jednym z niemieckich podręczników religii fotografia ta posłużyła do zilustrowania lekcji poświęconej odwadze cywilnej. To dramatyczne zdjęcie, przedstawiające Stommę głosującego inaczej niż reszta posłów, także i dziś bywa reprodukowane przez media, by pokazać, że polityk nie musi być konformistą. Całkiem niedawno np. posłużył się nim internetowy „ASZdziennik”, komentując postawę jednego z członków rządu, w przeszłości również związanego ze „Znakiem”, podczas głosowania nad tzw. reformą sądownictwa.

W  tamtym, pełnym oportunistów, PRL-owskim parlamencie Stanisław Stomma – opuszczony nawet przez kolegów z koła poselskiego, któremu przewodniczył – zachował się niczym Rejtan z obrazu Matejki. On sam byłby pewnie tym porównaniem zdeprymowany: ze skromności, ale i ze względu na pamięć o przyjacielu z ławy sejmowej, pisarzu Jerzym Zawieyskim (rocznik 1902), którego przemowę – wygłoszoną kilka lat wcześniej, w kwietniu 1968 r. – w wielu środowiskach odebrano właśnie jak gest Rejtana. Tak też – jako „czyn niemal »reytanowski« na tle obłędnego tańca »martwych dusz«” – ocenił ją kard. Wyszyński. „Składam hołd Twej odwadze obywatelskiej, bo to jest obrona publiczna praw narodu” – pisał do Zawieyskiego prymas. I dalej: „Mówiłeś nie tylko Ty sam, mówił naród, który chce być wolny”. Ważna część tego przemówienia dotyczyła konieczności prowadzenia dialogu społecznego, którego warunkiem jest „postawa szacunku dla cudzej odmienności, chęć zrozumienia cudzej racji, swoista transcendencja na drugiego człowieka, którego nie chce się pochłonąć, zagarnąć czy przeinaczyć, lecz z którym chce się wspólnie czegoś szukać”. Tragiczne, że przejmującym słowom pisarza towarzyszył rechot obecnych w sali sejmowej, tupanie, walenie w pulpity… A potem wylało się na niego morze pomyj. „To był sabat czarownic – notował w Dzienniku Jerzy Zawieyski. – (…) zorganizowana makabra obelg pod adresem Koła »Znak« i moim. [Niektóre] Wystąpienia (…) były tak ohydne, że na to brak słów”.

Trudno mi sobie wyobrazić, jak czuł się wtedy schorowany i podatny na depresję intelektualista, o którym Iwaszkiewicz pisał, że był „nazbyt wrażliwy, zbyt patetyczny, psychicznie wątły, nieco naiwny. Za uczciwy”. Co odczuwał ów człowiek – ze względu na swą biografię szczególnie wyczulony na mechanizm wykluczenia – kiedy rzucano mu w twarz oskarżenie, że znalazł się „poza narodem”? 14 kwietnia w swoich osobistych notatkach zapisał: „Jestem tak połamany, że ciągle płaczę”. Dalsze losy Jerzego Zawieyskiego opisał Marian Brandys, autor eseju Z dwóch stron drzwi. Pracownicy Sejmu (np. szatniarz) przestali mu się kłaniać, jeszcze nim stracił mandat poselski. Rok później (w kwietniu 1969 r.) „dopadła go choroba. (…) Wylew do mózgu poraził go częściowo paraliżem i odebrał mu mowę. (…)

18 czerwca 1969 r. – w środku nocy – wydostał się ze swego pokoju na korytarz i nadludzkim wysiłkiem, którego wprost pojąć nie mogli lekarze starający się później odtworzyć przebieg zdarzeń, dotarł do otwartych drzwi prowadzących na taras. Potem, podsunąwszy się pod samą balustradę tarasu, podciągnął się na nią i z czwartego piętra runął na asfalt ulicy. Zabił się na miejscu”.

Czy było to samobójstwo, co sugeruje powyższy opis, czy raczej nieszczęśliwy wypadek? A może polityczna zbrodnia (taka hipoteza pojawiła się już w wolnej Polsce)? Tego nie da się dziś chyba jednoznacznie rozstrzygnąć.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata