SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579
Konkurs na esej
Księga gości
Fundacja
|
 |
Czym jest polski kapitalizm?
Tadeusz Gadacz
|
Minęło już ponad dziesięć lat budowy polskiego kapitalizmu lub raczej kapitalizmu w Polsce. Minione dziesięciolecie skłania jednak nie tylko do refleksji nad jego kondycją, nad spełnionymi lub niespełnionymi oczekiwaniami, a może nawet wręcz rozczarowaniami. Obecny stan życia społecznego w Polsce, charakteryzujący się nasileniem niezadowolenia i wzrostem zwolenników partii radykalnej kontestacji, może rodzić wątpliwości, czy chodzi jedynie o kontestację władzy i jej polityki. Czy za krytyką władzy, bądź to prawicowej, bądź lewicowej, nie kryje się raczej krytyka tej postaci kapitalizmu, jaka obecnie rozwija się w Polsce? Wydaje się, że już same te znaki zapytania zachęcają do refleksji nad społecznymi, etycznymi, obyczajowymi aspektami kapitalizmu w Polsce czy też kondycją kapitalizmu w ogóle. Jaki zatem jest polski kapitalizm?
Wielu Polaków starszego i średniego pokolenia spodziewało się, że nowa rzeczywistość gospodarcza stworzy dla nich warunki życiowej stabilizacji. Szczególnie ci, którzy jeszcze kilkanaście lat temu przyglądali się dobrobytowi mieszkańców Austrii, Niemiec, Francji i ich zdobyczom socjalnym i stawiali dziecinne pytania: "Kiedy tak będzie u nas?". Kiedy zatem tak będzie u nas? A może tak już było, tylko nie u nas. Kapitalizm był kiedyś zakorzeniony. Przejawem jego zakorzenienia był między innymi etos mieszczański, wyrażający się w takich słowach, jak: "stąd" i "tu". Ktoś mógł być obcy, ale zakorzenił się i pozostał "tu". "Tu" pracował lub inwestował, "tu" oszczędzał, "tu" zbudował swój dom i rozwijał swoje dziedzictwo, które później przekazał następnemu pokoleniu. Budowa takiej stabilizacji była żmudna. Sama jednak struktura takiego zakorzenionego kapitalizmu dawała nadzieję na stabilizację, nadawała sens pracy, odkładaniu kapitału, hamowaniu nadmiernej konsumpcji ze względu na przyszłość. Tymczasem doświadczenie kapitalizmu w Polsce to doświadczenie całkowitego wykorzenienia. Nie tylko w tym sensie, że nie mówimy już, jak dawniej, o niemieckiej solidności, włoskiej estetyce czy francuskiej finezji, gdyż wielkie korporacje stały się międzynarodowe, ale przede wszystkim w tym, że wszystko jest płynne, niestabilne i przejściowe. Wartość pieniądza uzależniona jest od ruchów na giełdach, te od koniunktury gospodarczej, a ta od niestabilnej sytuacji politycznej. Kapitał, jeśli nawet jest inwestowany "tu", to pozostanie "tu" jedynie dotąd, dokąd będzie to ekonomicznie opłacalne. Niestabilność sytuacji tworzonej przez pracodawców kierujących się najchętniej zasadą chwilowego zysku, niechętnych nawet do częściowych ustępstw ze względu na zyski przyszłe, być może rodzi niestabilność w młodym pokoleniu, które także nie zakorzenia się "tu", gdzie pracuje, nie oszczędza i nie myśli o przyszłości. Jedyny program, jaki realizuje, to szybki zarobek, szybki odpoczynek, atrakcyjny urlop dostosowany do zmiennych mód. Jeśli nic nie jest pewne, ani praca, ani pensja, ani perspektywa i sens oszczędzania, jedynym sensownym programem wydaje się "carpe diem", życie chwilą. Natomiast średnie i starsze pokolenie pyta o etos kapitalizmu w Polsce. Czy ma on w ogóle jakiś etos? Czy właśnie przechodzimy kolejne etapy rozwoju kapitalizmu i potrzebujemy jeszcze dziesiątków lat pracy i niestabilności, by osiągnąć ten poziom stabilizacji i dobrobytu, jaki osiągnęły inne kraje zachodnie, czy też w ogóle nie możemy na to liczyć, ponieważ forma kapitalizmu w Polsce jest jego formą ostateczną? Czy zatem słuszne jest przeświadczenie, że Polska jest traktowana przez obcy kapitał jak dawne kolonie lub Dziki Zachód z okresu jego zasiedlania, kiedy także wszystko było przejściowe i tymczasowe; a skoro nie mamy dość własnego kapitału, musimy przejść przez fazę kolonializmu lub podboju; czy też tak to jedynie odbieramy, a zasada czystego zysku jest cechą kapitalizmu współczesnego? Czy zatem rozczarowanie starszego i średniego pokolenia nie wypływa stąd, że spodziewały się one po kapitalizmie solidnej, choć powolnej stabilizacji, a otrzymały szybką fluktuację? Że myślały na przykład o kapitalizmie austriackim, belgijskim, francuskim sprzed kilkunastu lat, a otrzymały współczesny kapitalizm amerykański?
Kolejne doświadczenie dyskomfortu związane jest z etyką pracy i pracodawców. Fluktuacja kapitału, który jedynie przejściowo jest "tu", powoduje, że inwestorzy nie muszą ograniczać możliwych zysków ceną wynikającą z zakorzenienia. Inaczej mówiąc, inną cenę płaci sadownik, który jest "stąd", którego rodzina była "tu" znana od wielu pokoleń i który musi na rynku zachowywać się tak, aby kiedyś nie musiały wstydzić się jego dzieci, a zatem sadzi drzewa, pielęgnuje je i cierpliwie czeka na owoce, jeśli nie dla siebie, to dla swych potomków. Inną cenę płaci ten, który tu przybył i licząc na szybki zysk, przyspiesza sztucznie wzrost owoców wiedząc, że jeśli więcej już nie uda mu się nabrać klientów, to może przecież zainwestować gdzie indziej, w inne, bardziej opłacalne branże. Kapitalizm w Polsce wydaje się raczej przypominać tego drugiego sadownika, któremu słowo cierpliwość jest całkowicie obce. Toczy się zatem gra o zyski, strefy wpływów, walka o rynek, w której etyka zostaje sprowadzona jedynie do rangi retorycznej gry. Wydaje się, że zanikają zasady etyczne, które niegdyś budowały kapitalizm, takie jak lojalność, zaufanie, szacunek dla pracy, uczciwość, wdzięczność. Należą one do starego języka. Nowy język to język gry, w którym pracodawca mówi: "liczymy na pana dalszy rozwój", a pracownik odczytuje to: "dopóki będzie to opłacalne dla firmy" itp. Gra się w różnych językach: lojalności, kompetencji, dyplomacji, układów, kariery. Najlepiej gra ten, kto szybko potrafi w zmiennej rzeczywistości odczytać, w jakim języku toczy się gra, i ją podjąć. Rodzi to jednak pytanie o wolność. Czy gracz może być człowiekiem autentycznym, a zatem wolnym? Kto jest więc bohaterem współczesnego kapitalizmu - czy nie "człowiek bez właściwości"?
Konflikt etyczny dotyczy jednak nie tyle "graczy" i "ludzi bez właściwości", a często także bez kompetencji, ile raczej rzetelnych i uczciwych fachowców, bez względu na to, czy są to uczciwe sprzedawczynie, które "zmuszane są" w supermarketach, o ile chcą pracować, do ciągłego podtrzymywania kurczaków "przy życiu", czy rzetelni dziennikarze, którzy "zmuszani są", o ile chcą pracować, do produkcji miałkiej intelektualnej papki. Konflikt ten nie rozgrywa się przy otwartej kurtynie, gdyż przysłonięty jest całą gamą eufemizmów ze szkoleń dla kadry zarządzającej w rodzaju "jakości adekwatnej". Skoro konsumenci chcą tanich kurczaków i intelektualnej papki, to należy im dać produkt jakościowo zgodny z ich oczekiwaniami. Czy jednak nie jest tak, że oczekiwania konsumentów dostosowują się do oferowanej im jakości? A co z tymi, którzy są zbyt uczciwi, by pracować?
Etyka w szczególny sposób zdaje się być obca klasie zarządzającej, członkom nadzorczych rad, zarządów, prezesom, którzy tworzą obecnie nowy rodzaj społecznej klasy, przekonanej o tym, że o wartości człowieka decyduje wielkość jego miesięcznej pensji i wypływających z kontraktów przywilejów. Stąd wzajemny szacunek, jakim darzą siebie, i brak szacunku dla innych. Działanie tej klasy wydaje się przeczyć wszelkim zasadom kapitalistycznego wolnego rynku, gdyż w sytuacji strat w przedsiębiorstwie redukcje najczęściej dotyczą szeregowych pracowników, a nie kadry zarządzającej, która bez względu na to, czy dzieje się to w spółkach skarbu państwa czy w przedsiębiorstwach prywatnych, przyznaje sobie wysokie premie. Nikt nie poddaje etycznej ocenie tego, co jest przecież przedmiotem kontraktów. Kadra zarządzająca wydaje się być także "nieśmiertelna", gdyż nawet wówczas gdy z określonych powodów utraci swe stanowiska, odradza się dzięki układom na innych stanowiskach, chyba że zdefrauduje miliony dolarów, co zdarza się coraz częściej nie tylko w polskich, ale i w obcych korporacjach przemysłowych.
Ostatnia kwestia jest być może najbardziej bolesna i najtrudniejsza. Dotyczy poczucia, że zasada nadmiernego zysku rodzi wyzysk. Wiele osób zdążyło się już przyzwyczaić do utraconych premii, likwidacji zapłaty za nadgodziny, do pracy w soboty, a także często w niedziele. Z trudem znoszą, broniąc stanowiska pracy, wciąż wzrastające wymagania. Niebezpiecznie jednak brzmią głosy ze strony tych, którzy wiedząc, o czym mówią, przypominają rękopisy ekonomiczno-filozoficzne Karola Marksa i opisaną tam przez niego alienację pracy i rodzaju ludzkiego.
Mam świadomość, że przedstawiony tu obraz jest przerysowany; że jest wielu uczciwych pracodawców kierujących się wobec pracowników zasadą lojalności; otaczających się raczej rzetelnymi fachowcami niż bizantyńskim dworem, który ma jedynie potwierdzać ich wielkość; nie kierujących się tylko zasadą natychmiastowych zysków, a zatem cierpliwych inwestorów myślących także o dalszej przyszłości. Jednak dużo niepokojących, a przedstawionych tu zjawisk zmusza do postawienia wielu radykalnych pytań. Czy osiągnęliśmy już kapitalizm, czy też znajdujemy się w okresie przejściowym, który stanowi mieszaninę dawnej nomenklatury komunistycznej z zasadami wolnego rynku? Czy kryzys, jakiego doświadczamy, jest kryzysem kapitalizmu, czy też kryzysem wartości etycznych i współczesnej kultury? Wreszcie trudno nie postawić pytania, szczególnie w kontekście niedawnej papieskiej pielgrzymki dp Polski, jaki wpływ na kształt polskiego kapitalizmu, szczególnie na etyczne postawy, ma lub może mieć społeczna nauka Jana Pawła II.
TADEUSZ GADACZ, ur. 1955, filozof, prof. dr hab., wykładowca Collegium Civitas, członek zespołu redakcyjnego "Znaku". Wydał m.in.: Wolność a odpowiedzialność. Rosenzweiga i Lévinasa krytyka heglowskiej wolności ducha (1990), Filozofia człowieka jako filozofia losu (2000), Rozumowe poznawanie Boga (2000), O umiejętności życia (2002).
|