70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. z archiwum autora

Dziennik Kairosu: Ognisko

Bywało, że wyobrażał sobie w takich chwilach, że jest ostatnim człowiekiem na Ziemi, który nie wie, że świat właśnie się skończył.

Kajetan Rost ciągle jeszcze myślał, że można tam wrócić. Że jest dokąd. To dlatego któregoś dnia powiedział:

– Chodź, synku, pojedziemy nad rzekę.

Myślał wtedy jednak przede wszystkim o sobie.

Dzień wcześniej wsiadł do miejskiego autobusu, dwie kobiety siedzące przed nim przez kilka przystanków rozprawiały, jaka to śliczna pogoda tej jesieni. Kaj musiał wysiąść. Wiedział, że jeszcze jeden przystanek i przeistoczyłby się w jednego z tych wariatów, którzy nagle, ni z tego, ni z owego, zaczynają obcym ludziom wygłaszać nieskładne kazania.

Był październik, od dziesięciu dni temperatura nie spadała poniżej piętnastu stopni. Świeciło słońce, nie padał deszcz. To nie było normalne. Kaj zaczął nawet wychodzić do pracy nieco wcześniej niż zwykle, żeby nacieszyć się porannym chłodem.

O szóstej rano było jeszcze tak, jak z grubsza powinno być jesienią. Zimno, szaro i wilgotno. Wiedział jednak, że w ten sposób pielęgnuje jedynie własne złudzenia. Bo potem wychodziło słońce, a on jeszcze przed poranną kawą musiał sobie przewieszać ciepłą kurtkę przez ramię.

Dlatego pomyślał, że wyprawa nad rzekę to dobry pomysł. Chciał wrócić tam, gdzie jeszcze jest w miarę normalnie. Tak, zdawał sobie sprawę, że prawdziwej natury już nie ma. Ale ciągle wierzył, że można się zbliżyć do tego, co z niej zostało. W mieście łatwo było te jej relikty przeoczyć. „Znajdą przyjemne miejsce – myślał – nazbierają chrustu, rozpalą małe ognisko, upieką ziemniaki”. Zabrali scyzoryk, prowiant, małą łopatkę i wyruszyli. Na prawy brzeg rzeki chcieli się przeprawić jednym z promów, by nadać wyprawie posmak przygody, ale promy od jakiegoś czasu już nie pływały. Powodem był niski stan wody i ryzyko ich ugrzęźnięcia na mieliźnie. Któregoś dnia obserwowali przecież z bulwarów mały prywatny wycieczkowiec rzeczny, który zarył dnem kadłuba w piaszczystą łachę i nie mógł się z niej wydostać. Na jego dachu cały czas trwała impreza, podczas gdy kapitan biegał z rufy na dziób i z powrotem, próbując wydostać jednostkę z pułapki. Pomogła dopiero motorówka policyjna z mocnymi silnikami.

Kajetan nie mógł pozbyć się wrażenia, że imprezujący na dachu ludzie nie zwrócili nawet uwagi, że coś się stało. Choć oczywiście nie mógł mieć żadnej pewności – obserwował ich z bardzo daleka.

Po tej stronie brzeg rzeki był zarośnięty. Rost skierował się na północ ścieżką biegnącą między drzewami. Jechał szybko, omijając jedynie głębsze dziury, tak aby fotelik, w którym siedział jego syn, nie bujał się zbyt gwałtownie.

W końcu znaleźli odpowiednie miejsce, ukrytą w zaroślach niewielką polankę nieopodal jednego z mostów i piaszczystej plaży. Rost zdarł butem darń i zaczął wygrzebywać w ziemi niewielki dołek na ognisko. Szary żwir i nadrzeczny piach były tu przemieszane z kawałkami szkła, kapslami po piwie, niedopałkami i fragmentami plastiku. Rost pomyślał, że trafili po prostu pechowo na miejsce, w którym ktoś zakopał śmieci. Przenieśli się więc kilkanaście metrów w inną stronę, znaleźli inną lukę w zaroślach, założyli nowe obozowisko. Rost znów zaczął kopać.

I znowu znalazł to samo. Żwir, szkło, kapsle, śmieci, niedopałki.

Po raz kolejny zmienił miejsce i z jeszcze większym zapałem wbił łopatkę w grunt.

To samo.

– Tata? Nie będzie ogniska? – usłyszał za plecami znajomy głosik i dobrze wiedział, jaką minę by zobaczył, gdyby odwrócił głowę w tamtą stronę.

– Będzie synek. Wszystko będzie – rzucił – chodź, znajdziemy jakiś chrust.

Weszli między drzewa poszukać uschniętych gałęzi i patyków. Chodzili ze wzrokiem wbitym w ziemię, znajdowali jedynie puste butelki, fragmenty przyniesionych tu kiedyś przed rzekę pralek czy telewizorów. Jak okiem sięgnąć, Kajetan widział też połamane w brutalny sposób gałęzie. Zrobili to najpewniej ci, którzy stracili cierpliwość do szukania chrustu na ziemi. Część gałęzi zwisała smętnie, ich oprawcy nie dali im rady, więc porzucili robotę w połowie.

Rost zaciskał pięści. Chciał stąd uciekać, ale wiedział, że taki scenariusz nie wchodzi w grę. Nie mógł zawieść syna. W końcu w zaschniętym nadrzecznym murze znaleźli trochę suchych zakurzonych patyków. Ułożyli z nich miniaturowy stosik i podpalili. Smużka siwego dymu powędrowała prosto w niebieskie niebo. Pachniała tak jak dym z tych wszystkich ognisk, przy których Rost w młodości siadywał gdzieś tam w lasach, naprawdę z dala od cywilizacji.

Bywało, że wyobrażał sobie w takich chwilach, że jest ostatnim człowiekiem na Ziemi, który nie wie, że świat właśnie się skończył.

Teraz zobaczył tego kogoś w swoim synu zajadającym beztrosko pieczonego ziemniaka.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter