70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Feminizm nie tylko dla kobiet

Kobieta i mężczyzna są związani kontraktem miłości, tyle że umowa ta zawiera również zapis o podległości. Feminizm nie może więc kierować się polityką prostego antagonizmu, bo polityczność rodziny jest wewnętrznie bardzo skomplikowana, a tożsamość kobiety wiąże się ze wszystkimi rolami, które łączą ją z mężczyzną.

Mateusz Burzyk: Kampania społeczna Like a Girl (Jak dziewczyna), zorganizowana przez markę Always, dowiodła, że wyrażenie „robić coś jak dziewczyna” przywołuje obraz nieporadności, podczas gdy „robić coś jak mężczyzna” oznacza radzić sobie z czymś prawidłowo. W jaki sposób feminizm pomaga kobietom przepracowywać i przezwyciężać te normy i wartości, które przesiąknięte są wyobrażeniem o ich niższości wobec mężczyzn?

Eva Illouz: Feminizm dokonał już wiele, zwłaszcza w ciągu ostatnich 30–40 lat, walcząc z nierównością i jej wieloma utrwalonymi w kulturze reprezentacjami. Te ostatnie stanowią z całą pewnością najtrudniej uchwytną płaszczyznę feministycznych zmagań i sprawiają, że jest to jeden z najgłębszych w swej istocie projektów społecznych. Można co prawda – już się to zdarzało – nakręcić hollywoodzką superprodukcję z kobietą jako główną bohaterką, która dzierży broń i ratuje świat (także mężczyzn), ale to nie wszystko. Wystarczy posłuchać jednego z ostatnich komentarzy Donalda Trumpa, który otrzymawszy niewygodne pytanie podczas wywiadu na antenie CNN, zasugerował, że prezenterka dogryza mu, bo właśnie ma okres. To podobnie piętnująca forma jak uwaga, że „robi się coś jak dziewczyna” – wartościuje kobiece ciało jako gorsze od męskiego, a zasadza się na głęboko zakorzenionym stereotypie.

Ciało kobiety nie jest zamknięte w sposób tak definitywny jak męskie.

Ono produkuje wyciekającą krew menstruacyjną, jest penetrowane, daje życie. W starożytnych kulturach organizm zdolny do wchłaniania i wydzielania duchów, płynów czy materii był postrzegany jako pełen mocy i cudotwórczy. Jednak fakt biologicznej przenikalności kobiecego ciała można też łatwo wykorzystać, by kobietę poniżyć i napiętnować. Stwierdzenie „robisz coś jak dziewczyna” zawiera nieustannie niejawne odniesienie do ciała męskiego – ciała, które jest zawsze w porządku i na swoim miejscu, ciała silnego, którego nie naruszy nawet penetracja (owszem, możliwa, ale niewiążąca się z reprodukcją). Męskie ciało posiada implicite standard poprawnego funkcjonowania. Tego rodzaju biologiczną nieświadomość trudno naruszyć i przepracować. Przecież kobiety bywają zawstydzone przez miesiączkę, odczuwają dyskomfort, czasem poniżenie. Z jej powodu postrzegają swoje ciała jako gorsze. Właśnie dlatego feminizm musi pracować jednocześnie na kilku płaszczyznach: prawnej, ekonomicznej, wyobraźni społecznej oraz tej dotyczącej seksualności, prywatności i często intymnych relacji rodzinnych. W ten sposób pokazuje on, że nierówność na rynku pracy jest związana z płaszczyzną o wiele głębszą, bo umiejscowioną w fundamentalnej dla społeczeństwa instytucji, jaką jest rodzina. I choć nie odkrył tego feminizm, to w bardzo jasny sposób przebił się do świadomości społecznej, wykazując, że nie może być mowy o sprawiedliwej redystrybucji zasobów bez jednoczesnej rekonstrukcji struktury, na jakiej opierają się instytucja rodziny i społeczne stereotypy.

Dlaczego jednak potrzebujemy samego pojęcia feminizmu? Jest przecież wiele dziewczyn i kobiet, które chcą być traktowane na równi z mężczyznami, ale nie czują się feministkami – co więcej, nie lubią tego terminu, bo uważają go za agresywny.

Myślę, że problem z feminizmem jako pojęciem pokazuje, jak silny i głęboki jest męski wpływ na strukturę ludzkiej tożsamości. Feminizm to być może jedyny ruch, którego nazwa spotyka się z odrzuceniem grupy  będącej przecież szczególnym adresatem jego walki o równość i wolność. Dzieje się tak dlatego, że mężczyźni kontrolują w istocie społeczne krążenie idei i zbiorowych wyobrażeń, a także udało im się (również przy pomocy części kobiet) przedstawić feministki jako brzydkie, seksualnie sfrustrowane i agresywne. Funkcjonuje to dokładnie tak samo jak w rywalizacji republikanów i demokratów o urząd prezydenta w USA – gdy tylko ci pierwsi zdołali przedstawić drugich jako niepatriotów, to od razu sam termin „demokraci” stał się podejrzany.

Powodem, dla którego walka feministek jest szczególnie trudna, okazuje się fakt, że egzystencja kobiet, a szerzej rzecz ujmując, podział płciowy, opiera się na strukturze rodziny. Kobieta zawsze pozostanie żoną, matką, córką, siostrą, a rodzina z definicji (przynajmniej przez ostatnich 200 lat) jest instytucją miłości. I tu pojawia się problem nieobecny w przypadku jakiegokolwiek innego ruchu. Czarnoskóry niewolnik nie miał trudności z tym, by znienawidzić swojego białego pana. Jawny konflikt interesów występował też w przypadku walki klas między pracownikami i wykorzystującymi ich ponad siły właścicielami fabryk. Jednak w obrębie rodziny nie ma tak jasnej dystynkcji, a podległa pozycja kobiet przyjmuje formę usług dostarczanych mężczyźnie jako wyraz miłości: przygotowuję posiłek, prasuję i sprzątam nie dlatego, że jestem służącą, ale dlatego, że cię kocham, a ty kochasz mnie. Jesteśmy związani kontraktem miłości, tyle że umowa ta zawiera również zapis o podległości. Feminizm nie może kierować się polityką prostego antagonizmu, bo polityczność rodziny jest wewnętrznie bardzo skomplikowana, a tożsamość kobiety wiąże się z wszystkimi rolami, które łączą ją z mężczyzną. Dlatego feminizm powinien móc zaoferować jednocześnie politykę emancypacji i miłości, w której heteroseksualne relacje zostaną zrekonstruowane, począwszy od samych podstaw. W tym powiązaniu tkwi całe źródło problemów, z którymi feminizm musi się mierzyć – m.in. to, że grupa, w imieniu której występuje, nie chce się do niego przyznać.

 

Zwraca Pani uwagę, na konieczność rozważania problemów społecznych w ich powiązaniu z kwestiami gospodarczymi. Zauważa Pani np., że sposoby doświadczania miłości są uwarunkowane ekonomicznie (pieniądze są niezbędne, by kupić świece i kwiaty lub by wybrać się na romantyczną kolację). Czy zatem model businesswoman i celebrytki jest adekwatną figurą feminizmu w zglobalizowanej gospodarce wolnorynkowej?

Przede wszystkim celebrytki i businesswoman nie należą do tej samej kategorii. Te pierwsze używają swego ciała i piękna, by stać się sławnymi. Ale miss, aktorki, modelki, które zdają się mieć zarówno mnóstwo pieniędzy, jak i wspaniałe życie seksualne, reprezentują jedynie bardzo wąską grupę kobiet. Swoje bogactwo zawdzięczają temu, co nazywam kapitałem seksualnym, czyli zdolnością przekuwania swojej atrakcyjności na wyrażoną w pieniądzu wartość rynkową. W tym kontekście zgadzam się w zupełności z Naomi Wolf, że kapitalizm i kultura konsumpcyjna zawarły niepisany, aczkolwiek potężny sojusz z patriarchatem, sprowadzając powołanie kobiet do bycia piękną i seksualnie pociągającą. Problem bierze się stąd, że wysiłki zmierzające w latach 1960–1970 do emancypacji seksualnej i swobody w wyrażaniu siebie zostały niemal całkowicie sprowadzone do pojmowania mężczyzny i kobiety jako bytów seksualnych dostosowanych do wymagań kultury konsumpcyjnej.

Feminizm to nic innego jak obrona prawa każdej istoty ludzkiej do równości i szacunku.

Walczył on o rozszerzenie społecznej i kulturowej definicji kobiecości – o prawo do bycia uznaną za kobietę i intelektualistę lub pracownicę fizyczną. Prawdziwy mężczyzna może być jednym i drugim, bowiem ani praca fizyczna, ani intelektualna nie stanowi uszczerbku na wizerunku męskości. Natomiast gdy ekstremalnie zawęzi się znaczenie kobiecości do piękna i seksualności, to trudno myśleć o kobiecie intelektualistce lub pracownicy fizycznej. Pamiętam, że gdy dorastałam, jeden chłopak powiedział mi, że lubiłby mnie znacznie bardziej, gdybym była mniej inteligentna. W rzeczywistości powiedział mi wtedy, że moja inteligencja zagrażała mojej kobiecości, a także jemu samemu.

Feminizm musi poszerzać kanon piękna, przyjmować i promować te same kryteria oceny dla kobiet i mężczyzn. Jednowymiarowy kult kobiecej atrakcyjności i seksualności jest z tego punktu widzenia antyfeministyczny.

To wielka niesprawiedliwość, że mało przystojny, ale czarujący i bystry mężczyzna ma znacznie większe szanse na rynku (także rynku związków i małżeństw) niż tak samo atrakcyjna kobieta. Definicja męskości jest po prostu znacznie szersza, dlatego prawdziwego mężczyznę utożsamić można z wieloma rzeczami, a kobietę tylko z jedną.

 

Co z businesswoman?

Czy z czysto feministycznego punktu widzenia powinniśmy świętować sukces, dajmy na to, Sheryl Sandberg (dyrektorki wykonawczej Facebooka)? Czy ona i kobiety jej podobne są inspiracją dla ruchu feministycznego? Przede wszystkim większość z nich nigdy nie osiągnęłaby swojej pozycji bez feminizmu. Rządy, biura i firmy zaczęły zwracać uwagę na kwestię równouprawnienia kobiet na rynku pracy oraz powoływania ich na wysokie stanowiska, bo znalazły się pod rosnącą presją opinii publicznej. Zatem nawet jeśli niektóre businesswoman czują, że sukces zawdzięczają tylko swoim talentom, to wykazują się ignorancją na polityczny, społeczny i kulturowy kontekst, który stworzył dla nich feminizm. Odpowiednie środowisko społeczne jest niezbędne, by jakiekolwiek talenty zostały zauważone. Inaczej rzecz ujmując, być może są one wysoce uzdolnione, ale jest tyle genialnych kobiet, które nigdy nie zdołają się wybić tak jak one, że tłumaczenie swojego sukcesu tylko i wyłącznie talentem wydaje się co najmniej powierzchowne. To dlatego uważam, że wiele kobiet sukcesu – jeśli nie wszystkie – skorzystały na zmianach, które feminizm wniósł do świadomości społecznej. Nie używałabym jednak businesswoman jako modelu współczesnej feministki, bo feminizm to nie tylko emancypacja kobiet, ale szersza wizja sprawiedliwości i równości między wszystkimi ludźmi. Feminizm wcale nie zmierza do tego, by pewne kobiety były bogate, ale by dzieliły z mężczyznami jako partnerami i przyjaciółmi zasoby, które są na tym świecie.

 

Michel Foucault powiedział kiedyś, że dla wytworzenia normy społeczno-kulturowej nie trzeba wcale opresyjnej władzy; wystarczy trochę pornografii i reklama olejku do opalania, by system społeczny zaczął ją reprodukować. Przyjrzyjmy się w tym kontekście akcji słynnego duetu telewizyjnego Trinny i Susannah. Wydaje się, że szczerze chcą one pomóc kobietom, by przez zmianę aparycji stały się pewniejsze i silniejsze. Jednocześnie jednak wpychają je w dość wąsko zakrojoną normę. Czy bycie pięknym i atrakcyjnym jest wciąż niezbędne, by czuć się równym i niezależnym?

W przeciwieństwie np. do czarno- i białoskórych czy też Turków i Niemców, tożsamość kobiet ściśle wiąże się z tożsamością mężczyzn. I z tego powodu sytuacja jest psychicznie, politycznie i normatywnie znacznie bardziej skomplikowana. Z jednej strony feminizm  mówi: emancypacja, wolność, równość, a z drugiej – potężna machina kultury konsumpcyjnej, wytworzona  w oparciu o męskie spojrzenie, sugeruje, że seksualność jest niezwykle istotna dla tego kim się jest: ilu miałaś partnerów? jak bardzo jesteś atrakcyjna? To pytania formujące dziś definicję kobiecości. Mamy zatem dwa przeciwstawne kierunki. W XIX w. posługiwano się np. pojęciem charakteru, opisującego moralną zdolność poszczególnych jednostek. Dlatego wśród szlachetnie urodzonych Brytyjek używanie kosmetyków było zabronione. Postrzegano je jako coś dla niższych klas, tani substytut prawdziwego piękna, które płynie z ludzkiego charakteru. Były to czasy, w których kobiety miały w definiowaniu piękna znacznie więcej do powiedzenia; nie pozwalały mężczyznom określać w 100%, czym jest kobieca atrakcyjność i za pomocą jakich kryteriów powinny być oceniane. Ale w sytuacji gdy seks i seksualność są dosłownie wszędzie, znacznie trudniej budować inne wyobrażenie kobiecości niż to wytworzone za sprawą przemysłu reklamowego, modowego, kosmetycznego i pornograficznego.

 

Dotknęliśmy kwestii, która nie jest być może do końca tak jednoznaczna, ponieważ poprzez popkulturę, np. w wydaniu Beyoncé, samo pojęcie feminizmu może trafić do świadomości wielu młodych dziewczyn.

Kobieta, która znajduje się w samym centrum branży popkulturowej, modowej, kosmetycznej, dietetycznej i używa tego jako narzędzi do promocji feminizmu, przypomina zamożnego człowieka, który odwoływałby się do marksizmu, by wmawiać ludziom, że powinni się bogacić. Beyoncé jest symbolem kultury popularnej i wartości, które nie pomagają sprawie feminizmu. Z pewnością jednak feminizm może stać się częścią strategii marketingowej. Tradycyjna kobiecość nie ma się najlepiej, feminizmowi politycznemu nie wiedzie się za dobrze, więc tym, co ma szanse na zaistnienie, jest jego kompromisowe znaczenie, które ucieleśnia sobą Beyoncé: można wyglądać cudownie, mieć wspaniałe ciało i być jednocześnie częścią przemysłu popkulturowego oraz feministką… Mówi się w ten sposób kobietom, by pozostawały na rynku i posłużyły się swoją seksualnością jako środkiem do emancypacji. To nie to, czym feminizm być powinien. Zmierza on raczej do możliwości przekroczenia kategorii gender i postrzegania mężczyzn i kobiet jako bytów ludzkich – nieprzyklejonych zbyt mocno do płci kulturowej.

 

Ostatnia wydana w Polsce książka Pani autorstwa to błyskotliwa analiza światowego bestselleru Pięćdziesiąt twarzy Greya. Czy potrafi Pani wyjaśnić, dlaczego romanse są nadal popularne, mimo że feminizm tak bardzo już nas zmienił?

Mam swoją hipotezę. Romans obiecuje miłość i podpowiada kobiecie, jak rozszyfrować trudnego mężczyznę i jak sobie z nim poradzić. Trudność ta może przybierać różne formy – np. Edwarda Rochestera z Dziwnych losów Jane Eyre lub Christiana z Pięćdziesięciu twarzy Greya. Dzisiaj polega ona na tym, że mężczyzna nie potrafi już poświęcić się dla kobiety – pragnie jej seksualności, ale nie chce całej związanej z tym otoczki miłości. Dlaczego jednak kobieta pragnie miłości? Przyjmujemy to jako coś oczywistego, ale właściwie dlaczego? Ponieważ historycznie i socjologicznie rzecz ujmując, miłość to jedyne doświadczenie, w którym kobieta jest rzeczywiście równa mężczyźnie. Kiedy mężczyzna kocha kobietę, to nie tylko postrzega ją jako równą sobie, ale – przynajmniej w pewnej tradycji – wielbi ją, zapewniając odpowiedni status społeczny, tj. ontologiczne bezpieczeństwo, którego w inny sposób nie zyskuje. Miłość jest zatem dla kobiety sposobem na osiągnięcie społecznego uznania, bezpieczeństwa i pewności. Dostępem do tego, czego nie ma się czasem jako normalna obywatelka. To jest dla kobiet niezwykle ważne. Ponadto romans pozwala też wierzyć, że osobliwie przykry mężczyzna, który źle traktuje kobietę, jest w głębi serca dobry, kocha ją. Upokorzenie, którego jest się obiektem, byłoby tylko wierzchołkiem góry lodowej, za którym kryje się prawdziwa i głęboka miłość. To więc pewnego rodzaju fantazja, w której kobiety są w stanie odwrócić fundamentalną niesprawiedliwość i płynące z niej doświadczania, takie jak poczucie emocjonalnej niższości, zależność, bycie określonym przez kogoś innego. Wszystko to zostaje w cudowny sposób przekroczone i usunięte poprzez miłość. Możliwość obcowania z takim światem jest bardzo istotna, ponieważ wciąż znajdujemy się bardzo daleko od prawdziwej równości.


Eva Illouz – Scocjolog, prof. na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, wydała m.in.: Uczucia w dobie kapitalizmu (2010) oraz Hardkorowy romans: „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, bestsellery i społeczeństwo (2015).

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter