70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Fahrenheit 451

To musiało się prędzej czy później stać. Przez całe lata, kiedy wyjeżdżałam na urlop, obliczałam dokładnie, ile będę tego potrzebować.

Byłam pewna: każdej z nich więcej niż raz. Co najmniej półtora raza. To gwarantowało, że przyjemność – mówiąc wprost – uderzy w żyły. Czasem jednak nieunikniona okazywała się dwukrotna, a nawet trzykrotna konsumpcja.

Najbardziej lubiłam te gęste, mocne, o pełnym bukiecie. Czytałam ich etykiety, szybko nauczyłam się rozpoznawać skład. Bez żalu rezygnowałam z lekkich i słodkawych. Zazwyczaj mnie mdliły. Zresztą do walizki trafiały rzadko, raczej przypadkiem.

Wybierałam polskie. Dopiero po latach nauki polubiłam angielskie, niemieckie i włoskie.

Przy dłuższych wyjazdach pojawiał się problem logistyczny (limit kilogramów). Chowałam je więc w torbach u znajomych, przemycałam po kilka sztuk w bagażu podręcznym. A ilekroć ograniczałam ich liczbę lub – o zgrozo – jak tamtego lata w Rzymie – zupełnie z nich zrezygnowałam, organizm reagował od razu.

Objaw pierwszy pojawił się dokładnie w dniu odstawienia. Rozdrażnienie.

Zaraz potem – niepokój. Mogłabym przysiąc, że czułam drżenie całego ciała (akurat!). Według specjalistów niewykluczone były zaburzenia rytmu serca. (To oczywiste: tęskniłam do nich). Do tego ciągłe rozmowy o nieistniejących postaciach (pojawił się król Lear), stworach (czas orków i hobbitów), a nawet płomieniach (strażak Guy Montag z powieści Raya Bradbury’ego. Zamiast gasić pożary, pali książki. Papier zaczyna płonąć w temperaturze 451 stopni Fahrenheita).

Próbowałam z tym walczyć, skupić uwagę na czymś innym. W Rzymie co najmniej raz dziennie wspinałam się na wzgórze Celio. Chodziłam do starego zakładu lutniczego, patrzeć, jak robi się wiolonczele. Spacer śladami Berniniego, arrasy w Muzeach Watykańskich. Byle nie myśleć. Byle nie pożądać.

Najgorsze były noce. Kilka starych plików tekstowych w telefonie uspokajało na krótko. Nadal tęskniłam do zaginania rogów, notatek na marginesach rozmazanych od ślinionego palca szukającego właściwego fragmentu.

Stało się jasne: to nałóg.

„Książka jest wrogiem numer jeden” – powtarzano w świecie strażaka Guya Montaga. (Bardzo to współczesne, jeśli pomyśleć o wynikach badań czytelnictwa).

Sam Guy przekonywał swoją sąsiadkę Klarysę: „Książki to śmieci. Są nieciekawe. Unieszczęśliwiają ludzi. Książki niepokoją. Przez nie ludzie stają się aspołeczni”. Klarysa zadała mu wtedy pytanie: „Czy jest pan szczęśliwy?”. „Jestem”. Jak bardzo się mylił, zrozumiał po przeczytaniu pierwszej w życiu książki: Davida Copperfielda.

Montag postanowił w końcu uciec ze swojego świata. Trafił do lasu pełnego ludzi książek.

„Na zewnątrz włóczędzy, w środku biblioteki”. Żeby ocalić ukochane lektury, uczyli się ich na pamięć. Byli więc Duma i uprzedzenie Jane Austin (dwa tomy w dwóch braciach bliźniakach), Korsarz Byrona czy Alicja w Krainie Czarów. Montag stał się Opowiadaniami fantastycznymi Edgara Allana Poe.

Myślę, że mogłabym być każdą książką Wiesława Myśliwskiego. Albo Czarnym ogrodem Małgorzaty Szejnert.

Moja przyjaciółka Kasia – reportażem Andrzeja Mularczyka. Wszystko jedno którym, już dziś zna na pamięć duże fragmenty.

Mój przyjaciel Tomasz nie wie wprawdzie, kim chciałby być. Wie za to, kim być nie chce – Przedwiośniem Żeromskiego. Trzy strony opisu drgającego listka na wietrze to nawet dla niego (jest bardzo cierpliwy) ponad siły.

Pani, którą zapytałam o to na przystanku autobusowym, zapewniała, że najbardziej odpowiada jej Lalka Prusa. (Wzruszona losem Wokulskiego. „Kto dziś potrafi tak kochać”). Dodała, że książki czyta wszędzie i bez wstydu, publicznie. Podkreśliła to dwukrotnie.

Krytyk literacki Marcel Reich Ranicki książki czytał przy biurku, pod krawatem. Mówił, że z szacunku dla literatury.

„Czy pani wie, jaki jest mój ulubiony ptak? – zapytał mnie w 2009 r., rozmawiałam z nim do gazety – Dzika kaczka Ibsena, żurawie Ibikusa z ballady Schillera. Nie zachwyca mnie świat, którego nie daje się literacko objąć. Krajobraz nabiera dla mnie znaczenia tylko wtedy, kiedy mogę zobaczyć go w kontekście literackim. Rządzą mną słowa. Bo czymże byłaby góra Lorelei, gdyby nie to, że Heine o niej pisał?”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter