70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. Patrycja Podkościelny

Fahrenheit 451

To musiało się prędzej czy później stać. Przez całe lata, kiedy wyjeżdżałam na urlop, obliczałam dokładnie, ile będę tego potrzebować.

Byłam pewna: każdej z nich więcej niż raz. Co najmniej półtora raza. To gwarantowało, że przyjemność – mówiąc wprost – uderzy w żyły. Czasem jednak nieunikniona okazywała się dwukrotna, a nawet trzykrotna konsumpcja.

Najbardziej lubiłam te gęste, mocne, o pełnym bukiecie. Czytałam ich etykiety, szybko nauczyłam się rozpoznawać skład. Bez żalu rezygnowałam z lekkich i słodkawych. Zazwyczaj mnie mdliły. Zresztą do walizki trafiały rzadko, raczej przypadkiem.

Wybierałam polskie. Dopiero po latach nauki polubiłam angielskie, niemieckie i włoskie.

Przy dłuższych wyjazdach pojawiał się problem logistyczny (limit kilogramów). Chowałam je więc w torbach u znajomych, przemycałam po kilka sztuk w bagażu podręcznym. A ilekroć ograniczałam ich liczbę lub – o zgrozo – jak tamtego lata w Rzymie – zupełnie z nich zrezygnowałam, organizm reagował od razu.

Objaw pierwszy pojawił się dokładnie w dniu odstawienia. Rozdrażnienie.

Zaraz potem – niepokój. Mogłabym przysiąc, że czułam drżenie całego ciała (akurat!). Według specjalistów niewykluczone były zaburzenia rytmu serca. (To oczywiste: tęskniłam do nich). Do tego ciągłe rozmowy o nieistniejących postaciach (pojawił się król Lear), stworach (czas orków i hobbitów), a nawet płomieniach (strażak Guy Montag z powieści Raya Bradbury’ego. Zamiast gasić pożary, pali książki. Papier zaczyna płonąć w temperaturze 451 stopni Fahrenheita).

Próbowałam z tym walczyć, skupić uwagę na czymś innym. W Rzymie co najmniej raz dziennie wspinałam się na wzgórze Celio. Chodziłam do starego zakładu lutniczego, patrzeć, jak robi się wiolonczele. Spacer śladami Berniniego, arrasy w Muzeach Watykańskich. Byle nie myśleć. Byle nie pożądać.

Najgorsze były noce. Kilka starych plików tekstowych w telefonie uspokajało na krótko. Nadal tęskniłam do zaginania rogów, notatek na marginesach rozmazanych od ślinionego palca szukającego właściwego fragmentu.

Stało się jasne: to nałóg.

„Książka jest wrogiem numer jeden” – powtarzano w świecie strażaka Guya Montaga. (Bardzo to współczesne, jeśli pomyśleć o wynikach badań czytelnictwa).

Sam Guy przekonywał swoją sąsiadkę Klarysę: „Książki to śmieci. Są nieciekawe. Unieszczęśliwiają ludzi. Książki niepokoją. Przez nie ludzie stają się aspołeczni”. Klarysa zadała mu wtedy pytanie: „Czy jest pan szczęśliwy?”. „Jestem”. Jak bardzo się mylił, zrozumiał po przeczytaniu pierwszej w życiu książki: Davida Copperfielda.

Montag postanowił w końcu uciec ze swojego świata. Trafił do lasu pełnego ludzi książek.

„Na zewnątrz włóczędzy, w środku biblioteki”. Żeby ocalić ukochane lektury, uczyli się ich na pamięć. Byli więc Duma i uprzedzenie Jane Austin (dwa tomy w dwóch braciach bliźniakach), Korsarz Byrona czy Alicja w Krainie Czarów. Montag stał się Opowiadaniami fantastycznymi Edgara Allana Poe.

Myślę, że mogłabym być każdą książką Wiesława Myśliwskiego. Albo Czarnym ogrodem Małgorzaty Szejnert.

Moja przyjaciółka Kasia – reportażem Andrzeja Mularczyka. Wszystko jedno którym, już dziś zna na pamięć duże fragmenty.

Mój przyjaciel Tomasz nie wie wprawdzie, kim chciałby być. Wie za to, kim być nie chce – Przedwiośniem Żeromskiego. Trzy strony opisu drgającego listka na wietrze to nawet dla niego (jest bardzo cierpliwy) ponad siły.

Pani, którą zapytałam o to na przystanku autobusowym, zapewniała, że najbardziej odpowiada jej Lalka Prusa. (Wzruszona losem Wokulskiego. „Kto dziś potrafi tak kochać”). Dodała, że książki czyta wszędzie i bez wstydu, publicznie. Podkreśliła to dwukrotnie.

Krytyk literacki Marcel Reich Ranicki książki czytał przy biurku, pod krawatem. Mówił, że z szacunku dla literatury.

„Czy pani wie, jaki jest mój ulubiony ptak? – zapytał mnie w 2009 r., rozmawiałam z nim do gazety – Dzika kaczka Ibsena, żurawie Ibikusa z ballady Schillera. Nie zachwyca mnie świat, którego nie daje się literacko objąć. Krajobraz nabiera dla mnie znaczenia tylko wtedy, kiedy mogę zobaczyć go w kontekście literackim. Rządzą mną słowa. Bo czymże byłaby góra Lorelei, gdyby nie to, że Heine o niej pisał?”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata