70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

rys. M.Wolna/fot.Schleyer/Ullstein Bild/BE&W

Oceniał rzeczy trafnie, ale za mało empirycznie

Zygmunt Bauman był przenikliwym obserwatorem życia społecznego, ale jego pracom brakowało – jak na mój gust – wystarczającej podbudowy empirycznej.

Kształciłam się w Stanach Zjednoczonych, ucząc się amerykańskiego podejścia do socjologii, co oznacza, że przywiązuję dużą wagę do sposobu, w jaki zbiera się dane empiryczne. To jedna z przyczyn, ze względu na które nie przywoływałam go w swoich pracach tak często, jak bym mogła i pewnie powinnam była.

Zygmunt posiadał to, co nazywa się „przebłyskami geniuszu” i zdolnością tworzenia „wielkich idei”. Bardzo szybko dostrzegał clou zjawisk społecznych. Ja pracuję zupełnie inaczej: interesuje mnie wyjaśnianie mechanizmów – to, jak rzeczy działają. Konkluzje, do jakich dochodziliśmy, były często bardzo podobne, ale Zygmunt osiągał je znaczniej szybciej – bez całej masy empirycznej roboty, którą ja czułam się zobligowana wykonywać. Był też bardziej skoncentrowany na samej idei niż na zrozumieniu, jak do niej doszliśmy, co z kolei zdecydowanie mocniej pociąga mnie. Był więc bardziej diagnostą rzeczywistości społecznej, podczas gdy ja zaliczam siebie do świata socjologii akademickiej. Różnica między nami wynikała być może także ze względów pokoleniowych: Zygmunt był wyzwolony od rygorów uniwersyteckiego pisania i często zabierał głos jako publiczny intelektualista. Ja zaś staram się przestrzegać instytucjonalnych reguł akademii. Niemniej w pełni zgadzam się z wieloma jego podstawowymi rozpoznaniami, takimi np. jak analiza konsumpcji, a zwłaszcza z oceną, że zasadnicza zmienność obserwowana w konsumpcji wynika z trwałej niestabilności aktorów społecznej i rynkowej gry. Zygmunt miał także rację, uważając, że ta niestabilność układa się w miarodajny wzór.

Bauman miał dar do wynajdywania bardzo nośnych metafor i dzięki nim był zdolny opisać właściwości więzi społecznych.

Jednakże jego genialne metafory (np. płynność) służyły mu częstokroć do zbyt wielu rzeczy i w konsekwencji zyskując popularność, traciły analityczną klarowność. Metaforyka nie zastąpi też pracy badawczej skoncentrowanej na historycznych i ekonomicznych mechanizmach pokazujących, „jak” doszło do tego, że żyjemy w płynnych czasach i „dlaczego” to się stało.

Baumanowi udało się też bardzo trafnie opisać nową hierarchię społeczną – podział na tych, którzy są zdolni do przemieszczania się, podróżują dużo i z łatwością, oraz tych, którzy są przywiązani do określonej wspólnoty lub miejsca. Myślę, że to rozróżnienie dobrze oddaje nowe „linie tektoniczne”, które dzielą społeczeństwa. Nie wiem, czy mógł przewidzieć, jak mocny opór postawią ludzie osiadli i jak głębokie będzie ich wyalienowanie w stosunku do nomadów. Ponad połowa obywateli USA nie posiada paszportów, nigdy nie podróżowała, a nawet nie ma na to ochoty; jest związana z tradycją, lokalnym otoczeniem i swoim narodem – ci ludzie są kompletnie zdystansowani wobec klasy globalnej: maklerów z Wall Street, biznesmenów, naukowców, artystów czy dziennikarzy. Bauman rozumiał jednak, że to kluczowy podział. W tym kontekście jedna z jego ostatnich książek – Obcy u naszych drzwi, wydaje mi się bardzo przenikliwa.

Bauman, tak samo jak Ulrich Beck, prawidłowo zdiagnozował zmianę struktury społecznej nowoczesnego społeczeństwa: rozpad tożsamości i ram narodowościowych jako części nowego wspaniałego świata. Był przy tym dużo bardziej sceptyczny niż Beck. Znacznie lepiej – jak sądzę – rozumiał, że płynna miłość to nie tylko wolność i wspaniała zdolność do improwizowania; wiedział też, że nacjonalizm może stanowić ogromną siłę przyciągającą dla ludzi osiadłych i że strach to potężne paliwo w demokratycznej polityce. Być może było tak, bo Bauman żył w czasach Shoah, Beck nie. Z kolei Beck (prawdopodobnie ze względu na wpływ, jaki wywarła na niego żona) był dużo bardziej świadomy znaczenia zagadnień genderowych – kobiecej pracy i jej kondycji w nowoczesności – do których Bauman nie przywiązywał uwagi.

Spotkałam Zygmunta dwukrotnie: podczas debaty w ramach Einstein Forum i w Tel Awiwie. Nie pamiętam, by za pierwszym razem doszło między nami do jakieś poważnej wymiany myśli, ale uderzył mnie wówczas sposób, w jaki wpatrywał się w siedzącą na widowni żonę. Było to niezwykłe, wyglądali na mocne małżeństwo –  tak bardzo szukali swojej obecności. Gdy miałam go spotkać drugi raz, nie sądziłam, że słyszał o mnie lub że kojarzył moje nazwisko, nie wspominając o czytaniu moich prac, ale okazało się, że mnie znał i czytał, a w dodatku był ujmująco uprzejmy, mimo że – jak wspominałam – moje prace nie honorowały go należycie. Promieniował witalnością i dobrodusznością, co w niewielkim stopniu korespondowało z jego pesymistycznymi niejednokrotnie diagnozami. Mając świadomość mroku, który nas otacza, podchodził do drugiego człowieka w sposób bardzo wspaniałomyślny. Zapamiętałam z tych spotkań, że jego intelektualna i ludzka siła świetnie ze sobą współgrały.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter