70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Kazimierz Popławski

Estonia po rosyjsku

Jeśli w Europie mówi się o Estonii, to najczęściej w kontekście dwóch tematów – o niesamowitym sukcesie modernizacji kraju albo o licznej mniejszości rosyjskojęzycznej. Ta pierwsza kwestia sprawia, że niewielki kraj nadbałtycki jest wynoszony pod niebiosa. Natomiast niemal każda wzmianka o mniejszości złowieszczy wojnę. Między tymi dwoma skrajnościami jest mniej spektakularne, ale prawdziwe codzienne życie.

Moje podróże do Estonii mają swoją historię – od dekady co roku tam wyjeżdżam, przysłuchuję i przyglądam się ludziom, najczęściej w stolicy.

W Tallinnie mieszka 435 tys. mieszkańców. Trochę mniej niż w Gdańsku, trochę więcej niż w Szczecinie. Są porty, plaże, widok na morze, jest hanzeatycka historia, są zabytki, blokowiska. W estońskiej stolicy głosy rozkładają się jednak trochę inaczej. Gdyby zapomnieć o gremialnie przybywających tutaj turystach, przede wszystkim z Finlandii, wówczas na ulicach niemal naprzemiennie słychać język estoński i rosyjski. Są oczywiście dzielnice, gdzie przeważa estoński, są też okręgi głównie rosyjskojęzyczne – jak chociażby Lasnamäe, której estetykę i skład etniczny kształtowała polityka sowiecka. Jest też kosmopolityczna enklawa – Vanalinn, a więc Stare Miasto, gdzie latem przebywają głównie turyści.

Moje ulubione miejsce na przemyślenia to Linnahall. Miejska hala widowiskowa z widokiem na morze zbudowana w czasach sowieckich. Typowa architektura poprzedniej epoki – morze szarego betonu i setki stopni. (Dokąd miały zaprowadzić te schody?) Widać stąd Patarei – dawne koszary i więzienie, widać też porty, monument Maarjamäe, plażę na Piricie, wieżę telewizyjną i bloki na Lasnamäe. Nie sposób natomiast dostrzec już letniej rezydencji Kadriorg zbudowanej dla ukochanej Katarzyny przez cara Piotra Wielkiego zaraz po pozbawieniu Szwedów Inflant (początek XVIII w.).

Niemal całe stołeczne wybrzeże, będące jednocześnie północną granicą miasta, zostało zagospodarowane przez Rosjan – albo w czasach carskich, albo sowieckich. Tak samo sowietyzacją dotknięta została północ Estonii – umiarkowaną krańce zachodnie, całkowitą wschód: Haapsalu w piątej części, Tallinn pół na pół, Narwa właściwie całkowicie. W kraju rosyjskojęzyczni stanowią ok. 30% ludności – są to głównie Rosjanie, ale także Ukraińcy, Białorusini, Ormianie, a nawet Finowie czy Polacy.

Śledząc niektóre analizy i doniesienia, można odnieść wrażenie, że obie społeczności są sobie obce, a mieszkańcy przygranicznej Narwy czekają na potknięcie tallińskiego rządu, by wrócić na łono sowiecko-rosyjskiej ojczyzny.

Gdy siedziałem kiedyś na Linnall, słyszałem, jak miejscowe dzieciaki rozmawiają – estońskojęzyczne po estońsku, rosyjskojęzyczne po rosyjsku, i wszystkie, żeby się między sobą porozumieć, po angielsku. Czy między Estończykami i rosyjskojęzycznymi jest taki „angielski” most, nić porozumienia i fundament pod jedno społeczeństwo pozbawione barier językowych, ideologicznych, politycznych i ekonomicznych?

 

Rummu – spotkanie sowietów z NATO

W położonej kilkadziesiąt kilometrów na południowy zachód od Tallinna niewielkiej miejscowości Rummu w czasach sowieckich działał zakład karny i w jego granicach kamieniołomy. Po odzyskaniu przez Estonię niepodległości dla ogromnej tiurmy zabrakło „gości”, a tym samym robotników. Płot otaczający popadające w ruinę budynki więzienne został podwyższony o drut kolczasty, a zapomniane wyrobisko stopniowo zapełniło się wodą. Teraz lazurowe wody sztucznego jeziora i otaczający je księżycowy krajobraz przyciągają setki turystów. W tym roku lato w Estonii było wyjątkowo chłodne, toteż znalazło się niewielu amatorów kąpieli i skoków do wody z górnych pięter wystającego ponad lustro wody budynku. Ze żwirowej hałdy rozciąga się przepiękny widok na lasy i łąki, a kompleks więzienny i chruszczowki w „wolnej” części Rummu nie przestają intrygować. W tej „wolnej” części miejscowości w ciągu ostatnich trzech dekad zmieniło się niewiele. Bloki być może trochę poszarzały, a na miejscowym magazinie o nazwie „Duett” wisi nieco wyblakły banner polskiego czołowego producenta wędlin. W środku towary głównie rosyjskie, ale też estońskie, ukraińskie, czeskie. Sama nazwa sklepu odnosi się być może do składu etnicznego miejscowości, bo jak mówi właściciel i ekspedient w jednej osobie, „Estońcy i Ruskie tutaj pół na pół”. Po sąsiedzku leży wieś Ämari, która również wydaje się należeć do kategorii „pół na pół”. Kilka szarych bloków, a za nimi dawne lotnisko sowieckie, gdzie dziś lądują natowskie myśliwce patrolujące bałtycką przestrzeń powietrzną.

W Rummu, zniecierpliwiony oczekiwaniem na autobus (w niedzielę nie jeździ ich zbyt wiele), wyciągam rękę i minutę później siedzę w czarnej skodzie octavii Taaviego. Obok niego żona i córeczka.

„Dojadę z wami do Tallinna?” – pytam. Niestety, nie jadą tak daleko. Taavi wraca z Padise, gdzie oglądał dom, który chciałby kupić, a teraz jedzie odwiedzić siostrę w Keili. Podrzuci mnie na tamtejszy dworzec kolejowy, to kilkanaście minut drogi, co pozwala na krótką rozmowę o pracy i życiu w Estonii. „Rummu to jedna z wielu posowieckich szarych osad bez perspektyw. Padise jest dużo ładniejsze – słusznie zauważa Taavi, a ja pytam, czy łatwo o taki dom w Estonii. – Pracuję w branży budowlanej. W Estonii pracodawcy oficjalnie płacą minimalne wynagrodzenie na konto bankowe, a resztę przekazują w kopercie. Trudno w takiej sytuacji planować przyszłość. Przy tak niskiej »legalnej« pensji niełatwo uzyskać kredyt na dom czy samochód, a pieniądze można zbierać latami. Rząd powinien coś z tym zrobić – narzeka Taavi. – Jestem rodzinnym typem człowieka, pragnę mieć to, co powinna posiadać rodzina – dom, samochód, wygodne życie – bez żadnych zbytków, ale nie chcę na to czekać w nieskończoność. Od kilku lat pracuję w Finlandii”.

Minimalne wynagrodzenie w Estonii to 390 euro. Według oficjalnych statystyk poza granicami kraju żyje obecnie ponad 100 tys. Estończyków, co dla państwa liczącego ok. 1,3 mln mieszkańców stanowi ogromną liczbę.

Główny kierunek emigracji to Finlandia – z Tallinna do Helsinek jest zaledwie ok. 80 km przez Zatokę Fińską, a języki i kultury estońska i fińska są bardzo zbliżone. Zasadnicza różnica to właśnie wynagrodzenie. Inne kierunki emigracji to Wielka Brytania i pozostałe kraje nordyckie. Podpytuję o „saksy” w Finlandii, o to, jak mu się wiedzie, o życie zagranicą.

„Finlandia jest blisko. Tam pracuję oficjalnie, tu mieszkam i trochę dorabiam, jeśli jest zlecenie. Mogę funkcjonować między dwoma krajami. Kocham Estonię, nie chcę stąd wyjeżdżać, tutaj mam całą rodzinę i wszystkich znajomych, a po pięciu latach pracy w Finlandii mogę kupić w tym miejscu dom” – tłumaczy. Pytam o rodzinę. „Właściwie wszyscy nadal tutaj mieszkają i pracują. Radzą sobie. Może nie jest źle, nie narzekam. Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiał”.

 

Keila – Stalin zabronił mieszkać w ojczyźnie

Na peronie w Keili, w oczekiwaniu na jeden z nowych pociągów kursujących po estońskich torowiskach, rozmawiam z Galiną. Siedemdziesięcioletnia emerytka mieszka w pobliskim Valingu, z Keili wraca z niedzielnymi zakupami.

„Dostaję 300 euro emerytury, te pieniądze nie wystarczają mi na życie, opłaty, leki. Muszę dorabiać. Sprzątam w sklepie… 300 euro… a mam wyższe wykształcenie! – emerytka podnosi głos z nieskrywanym rozczarowaniem.  – Z wykształcenia jestem finansistką, kiedyś zarządzałam zakładem rybnym. Przetwórstwo ryb, ikra. No cóż, trzeba sobie jakoś dawać radę”.

300 euro w ustach estońskich emerytów pojawia się dość często.

W Narwie spotkam Romana, który otrzymuje trochę więcej, ale mimo to prosi mnie o drobne, bo życie ploche. Może dlatego że ewidentnie nie stroni od butelki? W Estonii te butelki pomagają biednym przetrwać – obowiązuje podobny system recyklingu opakowań jak w Niemczech, więc przy koszach często można spotkać bezdomnych, ale także starsze, nawet przyzwoicie ubrane osoby, które zbierają, a potem sprzedają butelki oraz puszki.

Galinę z Romanem łączy nie tylko niska emerytura, ale także podobna historia rodzinna. Roman to Russkiji czelowiek, którego ojciec był Ukraińcem, a matka Estonką. Dopytuję Galinę o przodków.

No, ja Russkaja, mówię po rosyjsku. Nie umiem po estońsku. Mam estoński paszport, estońskie obywatelstwo, urodziłam się tutaj, podobnie jak moi rodzice. Dziadkowie, rodzice matki, przybyli z Karelii, ja toże Karelka. Nie mówię po fińsku, ale rozumiem. Stalin nie pozwolił dziadkom mieszkać w Karelii”.

To, co wydaje się paradoksem – przyjęcie za ojczysty języka Stalina, który wygnał przodków z własnej ziemi – wśród rosyjskojęzycznych nie należy do rzadkości. Co było takiego atrakcyjnego w sowieckiej kulturze, że pomimo traum ludzie się asymilowali?

Zaskakujące, że i Taavi, i Galina mają świetne wspomnienia związane z Polską. On kilka dni wcześniej wrócił z rodzinnego zwiedzania Warszawy, emerytka opowiada o dawnych podróżach i wychwala wielkomiejskość polskiej stolicy. Później w Narwie spotkam Romana i Milanę, którzy kiedy usłyszą, że jestem z Polszy, z entuzjazmem wykrzyczą bratia Slavianie!

 

Sillamäe – nieistniejące miasto

14-tysięczne Sillamäe to jedno z dawnych sowieckich miast zamkniętych. Inne to Paldiski, Narwa oraz częściowo Tartu. Moskwa „zamykała” je najczęściej ze względu na bazy i instalacje militarne lub strategiczne zakłady przemysłowe. Dodatkowo w kopalniach łupków bitumicznych w regionie Wschodnia Wironia czy w portach wzdłuż północnego wybrzeża – m.in. w Tallinnie czy Muudze – zatrudniano przede wszystkim „pewniejszych” imigrantów z innych części Kraju Rad.

W Sillamäe działały zakłady chemiczne produkujące pręty paliwowe i materiały nuklearne na potrzeby elektrowni jądrowych w całym Związku Sowieckim, natomiast w Paldiski znajdowała się baza treningowa atomowych łodzi podwodnych. Sillamäe nie widniało na mapach Związku Sowieckiego, nie miało również kodu pocztowego. Co ciekawe, żeby wynagrodzić mieszkańcom „niedogodności”, miejscy planiści dbali o jakość przestrzeni publicznej – ogromne tereny zielone, szerokie aleje i bulwary oraz architektura z elementami neoklasycystycznymi, którą nazwano później retrospektywizmem. Sillamäe „otworzono” w 1991 r., a więc po odzyskaniu przez Estonię niepodległości; Paldiski w 1994 r., po opuszczeniu kraju przez armię rosyjską.

Rosyjskojęzyczne miejscowości i osiedla w większych miastach to owoc tej polityki oraz wpływu kilku innych czynników (chociażby wyższego standardu życia w repu blikach bałtyckich niż innych częściach Związku Sowieckiego). Kiedy miasta powróciły na mapy, zniknęli obywatele nowego kraju. Po odzyskaniu niepodległości Estończycy ogłosili ciągłość swojej państwowości i przywrócili prawo międzywojenne (podobnie postąpili Łotysze). Na tej podstawie powojenni przybysze zostali nazwani imigrantami. Na początku lat 90. XX w. co trzeci mieszkaniec Estonii był takim „imigrantem”, w sumie ok. 500 tys. osób. By otrzymać obywatelstwo, musiały przejść procedurę naturalizacyjną – zdać egzamin z języka, historii i ustawy o obywatelstwie. Dla człowieka, który wyrósł na łonie matuszki Rosiji i Sowieckiego Sojuza, to upokarzające, by zdawać egzamin w tak niewiele znaczącej Estonii. Z tej półmilionowej imigranckiej społeczności zdecydowana większość pozostała w kraju – ok. połowy przystąpiło do egzaminów i zdało je, ponad 100 tys. żyje w Estonii z paszportem innych krajów, a bez żadnego obywatelstwa nadal pozostaje ok. 83,5 tys. osób. Ta ostatnia grupa stale się zmniejsza – przede wszystkim z przyczyn naturalnych oraz za sprawą emigracji, głównie na Zachód.

 

Narwa – niebieski, szary lub czerwony paszport

Narwa przywitała mnie zaskakująco… Hymnem estońskim odgrywanym na znajdującym się w centrum miasta przejściu granicznym z Rosją. Myślałem sobie w duchu, że to próba estonizacji Rosjan już od pierwszych kroków stawianych po demokratycznej europejskiej stronie dawnego Związku Sowieckiego. Hymn był jednak odgrywany ze względu na zakończenie rozbudowy i otwarcie przejścia granicznego (były także przemowy, kwiaty i wstęgi). Tych inwestycji, zwłaszcza w porównaniu z inwestycjami podczas mojej poprzedniej wizyty w mieście, jest dużo więcej – wzdłuż rzeki otwarto promenadę, modernizowane jest miejskie kąpielisko. Wszystko vis-à-vis Inwagorodu położonego już po rosyjskiej stronie granicy.

Narwę z Iwangorodem łączy szary betonowy most. Między jego filarami płynie rwąca rzeka Narwa. Po obu stronach, na wysokich skarpach, górują twierdze. Można by powiedzieć, że patrzą wrogo na siebie już od czasów średniowiecza, gdyby miejscowi nie mówili o nich ciepło „nasze zamki”. Po stronie estońskiej zamek wzniesiony został jeszcze przez Duńczyków, a ten po stronie rosyjskiej jest pamiątką po Iwanie III Srogim.

Licząca 58 tys. mieszkańców Narwa to także żywy obraz estońskiej polityki obywatelskiej. Ok. 47% mieszkańców posiada paszport estoński. 15% to bezpaństwowcy.  36% mieszkańców miasta, a w całym kraju 92 tys. osób posługuje się paszportem Federacji Rosyjskiej. Jest też trochę obywateli innych państw. Kolor niebieski – obywatelstwo estońskie, kolor szary – obywatelstwa brak, kolor czerwony – obywatelstwo rosyjskie. Wspomniani wcześniej „imigranci” to przede wszystkim dwa ostatnie kolory. Ich status to nie tylko wynik polityki rządu czy dumy, ale również kwestii praktycznych. Nieobywatele – a więc bezpaństwowcy i obywatele innych krajów – żyją na zasadach identycznych jak obywatele estońscy: uczą się w państwowych szkołach, korzystają z publicznej opieki zdrowotnej, bez problemów mogą prowadzić działalność gospodarczą i legalnie podejmować pracę. Różnice pojawiają się dopiero, gdy wymagana jest znajomość języka estońskiego. Oficjalnie urzędy obsługują mieszkańców kraju po estońsku (wyjątkiem są miejscowości, w których uznane mniejszości stanowią ponad połowę mieszkańców), nieobywatele pod warunkiem ośmioletniego domicylu mogą głosować w wyborach lokalnych, ale już nie w parlamentarnych czy w eurowyborach, nie mogą też kandydować. Dla wielu bezpaństwowców poważnym argumentem przeciw ubieganiu się o obywatelstwo są kwestie wizowe – z szarym paszportem swobodnie mogą poruszać się po Unii Europejskiej i są objęci ruchem bezwizowym do Rosji. Paszport estoński pozwala podróżować po Unii Europejskiej, ale do Rosji już tylko z wbitą do niego wizą. Według części osób to zbędne formalność i koszt.

Wędrując wspomnianą wcześniej nadrzeczną promenadą, spotkałem Aleksandra (lub jak mówi do niego matka – Saszę). Trzydziestokilkulatek jest prawnikiem w Tallinnie. Mówi po angielsku z estońskim akcentem. Rozmawiamy o tym, jak się żyje jemu oraz jego rodzicom, emerytom.

– Wyjechałem z Narwy osiem lat temu. Mam dobre stanowisko, pracuję w sądzie w Tallinnie.

– A więc musisz mieć obywatelstwo?

– Tak, mam obywatelstwo. Rodzice przyjechali do Narwy 40 lat temu – mama z Kraju Krasnodarskiego, a ojciec z Ukrainy. Nie mają estońskiego obywatelstwa, jedynie rosyjskie, więc ja musiałem zdać egzamin.

Ze względu na zapisy w estońskiej ustawie o mniejszościach narodowych tylko samorządy, gdzie mniejszość stanowi 50% mieszkańców, mogą wprowadzić język mniejszościowy jako pomocniczy. Choć w Narwie rosyjskojęzyczni stanowią 96% mieszkańców, to nie mają statusu mniejszości, bo mniej niż 50% wszystkich mieszkańców miasta posiada estoński paszport (a więc ma prawo należeć do mniejszości etnicznej). Dopytuję Aleksandra, czy brak znajomości języka nie nastręcza rodzicom problemów.

„W komunikacji werbalnej nie ma problemu, bo w urzędach i tak pracują osoby rosyjskojęzyczne. Problem pojawia się, kiedy trzeba złożyć lub otrzymuje się pismo urzędowe, które zawsze jest po estońsku”.

Niebieskiego paszportu nie posiada też Milana, którą spotkałem następnego dnia, spacerując po wysokich klifach wzdłuż rzeki Narwy.

„Nie potrzebuję estońskiego paszportu – mówi Milana, ma nie więcej niż 40 lat. – Nie chcę się już uczyć estońskiego, a z szarym paszportem mogę wjeżdżać do Rosji bez wizy i podróżować po Europie bez ograniczeń. Zresztą, wiesz, to nie nasza wina, że my nie mówimy po estońsku. Zanim Estonia wybiła się na niepodległość, nikt tutaj nie wiedział, co to Estonia, co to język estoński. Nie było nauczycieli. Tutaj wszyscy mówią po rosyjsku, dopiero w ostatnich latach przyjechało trochę estońskojęzycznych obywateli”.

Narwa przed II wojną światową była jednym z najpiękniejszych miast w basenie Morza Bałtyckiego. Szwedzcy królowie planowali utworzyć w tym miejscu drugą, wschodnią stolicę swojego imperium. Miasto liczyło 3,5 tys. głównie barokowych zabytków. W czasie wojny, przed nadchodzącym frontem sowieckim, Niemcy ewakuowali mieszkańców. W wyniku radzieckich bombardowań Narwa została obrócona w ruinę. Nowa władza ją „zamknęła” – miała pełnić funkcje, które ostatecznie powierzono Sillamäe. Chociaż plany się zmieniły, zabroniono dawnym narwianom powrotu, a nowych zakwaterowano w chruszczowkach. Dzisiaj w mieście jest zaledwie kilka budynków przypominających o jego dawnej świetności, równie niewielu jest Estończyków.

„Mówi się, że to Rosjanie zniszczyli miasto – opowiada Milana, patrząc na Iwangorod – ale czytałam, że i Niemcy mieli w tym swój udział; zaminowali Narwę w trakcie odwrotu. – Za jej wzrokiem podąża rozmowa.  – Dwa lata temu pracowałam w Iwangorodzie, dla Koreańczyków, w fabryce podzespołów dla Hyundaia. Koreańczycy to straszni ludzie. Praca ciężka, reżim okropny, a dostawałam 11 tys. rubli. Mniej niż minimalna płaca w Estonii. Moja mama pracuje na kasie w Maximie i dostaje 300 euro. W sumie pozwala to żyć tylko z miesiąca na miesiąc”.

Dopytuję o perspektywy. Może do Tallinna, do Petersburga, za granicę? „Szwagier jest w Anglii, ma żonę Angielkę, ale ja boję się wyjeżdżać, nie znam języka. Moja kuzynka zakochała się i wyjechała do Rosji, mieszka pod Petersburgiem. Mówi, że gdyby mogła, to wróciłaby do Estonii. Tutaj obowiązuje prawo, jest porządek. Tam, żeby wyrobić dokumenty czy coś załatwić, najprostsze i najpotrzebniejsze sprawy, trzeba czekać miesiącami. Kiedyś mieszkałam trochę w Iwangorodzie, co roku spędzaliśmy tam wakacje. Życie to jednak coś innego niż wakacje, poza Moskwą i Petersburgiem w Rosji panuje bieda. Lepiej na ten kraj patrzeć, niż tam mieszkać. Mnie tutaj jest dobrze”.

Pytam, kim się czuje jako posiadaczka szarego paszportu: „Mój ojciec jest Estończykiem, pochodzi spod Tartu, ale też nie ma obywatelstwa – jego dokumenty spłonęły, a estońskiego zdążył w Narwie zapomnieć. Matka jest Białorusinką. No ja Russkaja – opisuje meandry pochodzenia rodziny. – Z szarym paszportem nie mogę głosować w wyborach krajowych, tylko w lokalnych, ale kogo interesowałaby polityka. Nie chcę tylko NATO w Estonii. Widziałeś, jaką wojnę Amerykanie wywołali na Ukrainie?”.

Szukając przy ul. Puszkina, głównej arterii miasta, przystanku autobusowego, skąd odjadę do Narva-Jõesuu, zaczepiam Anię. Licealistka odpowiada płynną angielszczyzną, potwierdza moje przypuszczenia odnośnie do numeru i czasu odjazdu autobusu. Dziewczyna mówi także po rosyjsku i estońsku. Jak dla niemal wszystkich w Narwie rosyjski jest jej językiem ojczystym. Estońskiego uczy się głównie w szkole.

„Estoński to oficjalny język kraju, więc trzeba go znać. Poza tym w szkole mamy przedmioty po estońsku, np. historię czy geografię”. Dopytuję, czy estoński nie jest dla niej jak język obcy. Przecież niewiele osób tutaj posługuje się estońskim. „Jest trochę osób, które mówią po estońsku. Uczę się od pierwszej klasy, a poza tym chcę wyjechać na studia do Tallinna, więc muszę go znać”. Pytam o plany na przyszłość: – Nie chcę zostać w Narwie. To małe miasto, jak w każdej małej miejscowości niewiele się tutaj dzieje, perspektywy są wąskie. Chcę wyjechać. – Może do Petersburga lub do Moskwy? – Nie, raczej nie, no, ewentualnie jeśli nie uda się  w Tallinnie, to mogłabym spróbować w Petersburgu. Mam tam kuzynkę. Ale nie chcę wyjeżdżać do Rosji.

 

Narva-Jõesuu – gdzie wypoczywały elity

Narva-Jõesuu, lub jak mówią Rosjanie, Ust-Narova, to nadmorska miejscowość uzdrowiskowa, w której niegdyś wypoczywały petersburskie elity. Z Narwy nad morze jest 14 km, wzdłuż tej trasy stoją pomniki ku czci czerwonoarmistów, żołnierzy estońskich walczących o niepodległość kraju, są też dwa cmentarze – żołnierzy niemieckich i rosyjskich. Wsiadam do autobusu, 20 min później słyszę huk gnanych przez wiatr i rozlewających się po długiej na kilka kilometrów plaży fal.

Jest wietrznie, ale słonecznie. Wskakuję do wzburzonego morza. Woda ma temperaturę niewiele niższą od powietrza. Później w zbiorze Władza, wyobraźnia i pamięć Leonida Donskisa (2015) czytam o persko-islamskim koncepcie „ketmanu”, który Czesław Miłosz odniósł do życia intelektualistów pod totalitaryzmem sowieckim. Miłosz, być może trochę usprawiedliwiając się, tłumaczył pozorną uległość i przyswojenie systemu, by przeczekać i wrócić do prawdziwej, niezbywalnej tożsamości. Czy rosyjskojęzyczni mieszkańcy Estonii chcieliby do czegokolwiek wracać?

Robi się późno. Wracam do centrum uzdrowiska, by złapać autobus powrotny. Tam spotykam Julię, właścicielkę kwatery Bed & Breakfast, gdzie zdecyduję się wynająć pokój. Spaceruje z dwuletnią córeczką i mężem Kiriłem. Chwilę rozmawiamy.

„Dziennikarze piszą, że tu w Narwie będzie następna Ukraina, ale to nieprawda, nic takiego się tutaj nie wydarzy” – stanowczo stwierdza Julia.

Jej jednoznacznie proestońską postawę klasyfikuję jako wyraz ambicji, podobnie jak w przypadku Ani czy Saszy. Julia ukończyła studia na uniwersytecie w Tartu, pięć lat spędziła w Stanach Zjednoczonych, po powrocie ukończyła także miejscowy college.

Pomimo tego, co mówi, na ulicach Narwy bez problemu można zobaczyć samochody dekorowane wstążkami  św. Jerzego. Te same pomarańczowo-czarne barwy, pod którymi „małe zielone ludziki” ratują mieszkańców Krymu i Donbasu przed Ukrainą. W mieście i na przedmieściach łatwo dostrzec zadbane gwiazdy, sierpy, młoty na pomnikach, fasadach czy też samochodach. Jakby dla równowagi, na większości autobusów powiewają niebiesko-czarno-białe flagi estońskie. Pomimo to moje podstawowe „dzień dobry”, „poproszę bilet” i „dziękuję” wypowiedziane po estońsku pozostają bez odpowiedzi, rozgadany po rosyjsku kierowca milknie.

Julia jest dumna, kiedy podkreślam, jak bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie zmiany w mieście. Nie było mnie w Narwie siedem lat. Rozmawiamy o planach odbudowy budynków pamiętających szwedzkie czasy, a zniszczonych w wyniku sowieckich bombardowań w czasie II wojny światowej.

Życie w Estonii, jak przystało na mały północnoeuropejski kraj, płynie wolno. W kwestiach tak ważnych jak obywatelstwo być może za wolno. Budzi to pytania i negatywnie odbija się na partycypacji wszystkich mieszkańców kraju w odzyskanych prawie ćwierć wieku temu demokratycznych wolnościach. Jednak tak długo jak polityka pozostaje na drugim planie, tak długo to problemy dnia codziennego kształtują życie – bez względu na język ojczysty. Ani emeryci otrzymujący niewysokie uposażenia, ani młodzi – którzy znają przede wszystkim rzeczywistość niepodległej Estonii i kierują swoje ambicje w kierunku Zachodu – nie chcą rezygnować ze swojego życia na rzecz złudnych obietnic. Paradoksalnie, im bliżej Rosji – tak geograficznie, jak i kulturowo – tym większa świadomość „oferty” wschodniego sąsiada. Ze względu na wyroki historii społeczeństwo estońskie nadal nie należy do najbogatszych, ale funkcjonuje w oparciu o jasne reguły i, co jeszcze ważniejsze, daje perspektywy realizacji marzeń i ambicji.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter