70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Łukasz Ogrodowczyk/Agencja Gazeta

Cicho, coraz ciszej

Kobiety od dawna są obecne w teologii. Ile z nich może jednak kontynuować badania naukowe? Ile zostaje wykładowczyniami albo zaczyna pracę w instytucjach kościelnych? Ile wreszcie – to zdarza się najczęściej – wybiera posadę nauczycielki religii?

Anna Mateja: Dlaczego Pani Profesor znalazła się w Niemczech? Dlaczego zdecydowała Pani – czy też za Panią zdecydowano – by porzucić Wydział Teologiczny Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu na rzecz Instytutu Teologii Katolickiej Uniwersytetu Koblencja-Landau?

Elżbieta Adamiak: To była moja decyzja. Na uniwersytecie w Poznaniu zajmowałam stanowisko adiunkta, co po habilitacji umożliwiało prowadzenie samodzielnej pracy. Doszłam jednak do wniosku, że moja uczelnia nie zapewni mi dalszego rozwoju, ponieważ Wydział Teologiczny w Poznaniu – gdzie pracowałam przez 16 lat od chwili jego reaktywacji na uniwersytecie w 1998 r. – przestał być miejscem prowadzenia wolnych badań naukowych. Naturalnie, w kadrze profesorskiej były i są osoby otwarte, ale przeważał kierunek „niewychylania się”.

Co było źle widziane? Pewne tematy albo konkretna metoda naukowa ? Czy może chodziło o atmosferę, która mówiła sama za siebie?

Odpowiedź na te pytania nie będzie możliwa bez przypomnienia pewnej historii. Zacznę od tego, że wprowadzenie teologii na świecką uczelnię stało się możliwe dzięki współpracy trzech ludzi: ordynariusza poznańskiego abp. Juliusza Paetza, dziekana Papieskiego Wydziału Teologicznego w Poznaniu ks. prof. Tomasza Węcławskiego i rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza prof. Stefana Jurgi. Cieniem na historii wydziału położyła się do dziś niewyjaśniona całkowicie sprawa zarzutów, jakie pojawiły się w 2002 r. wobec abp. Paetza o molestowanie seksualne kleryków – czyli naszych studentów. Konsekwencją tamtych wydarzeń są dramatyczne decyzje, które podjął ks. Węcławski, odchodząc ze stanu kapłańskiego i z Kościoła katolickiego, później zmieniając nazwisko. Na uroczystości rocznicowe powstania wydziału prof. Tomasz Polak nie został zaproszony, mimo że 20 lat temu był jego dziekanem założycielem. Był jednak na nich obecny abp Paetz. Ten fakt mówi sam za siebie…

Dzięki działalności naukowej i ogromnemu zaangażowaniu osobistemu ks. prof. Węcławskiego na Wydziale Teologicznym i wokół niego pojawiło się wielu młodych teologów i teolożek. Dla nich tamte wydarzenia były wielkim rozczarowaniem. Cała sytuacja, zaledwie przeze mnie naszkicowana, była niesłychanie skomplikowana i po ludzku trudna dla każdej osoby związanej z teologią w Poznaniu: dla kadry wydziału, dla studentek i studentów. Wpłynęła też na osoby decydujące o rozwoju Wydziału Teologicznego, co znalazło odbicie w sposobie organizacji studiów i w inwestycjach budowlanych.

Proszę o przykład.
W pierwszych latach istnienia wydziału studentów dzielono na grupy, biorąc pod uwagę ich kolejność alfabetyczną na liście słuchaczy danego roku. W efekcie na zajęciach współpracowały ze sobą takie osoby świeckie, które przygotowywały się do przyjęcia święceń kapłańskich, takie, które były na drodze życia konsekrowanego (tu było więcej kobiet niż mężczyzn), i takie, które miały inne plany życiowe. Mówię, rzecz jasna, o zajęciach obowiązkowych dla wszystkich studiujących, a nie o tych, które przygotowywały do posługi kapłańskiej, w jakich uczestniczyli już tylko niektórzy. Rozczarowania i napięcia, które miały miejsce na wydziale po 2002 r., doprowadziły do tego, że kryterium podziału stało się planowane przyjęcie święceń kapłańskich.

Jak rozumiem, chodziło o to, żeby oddzielić przyszłych księży od ludzi świeckich. W jaki sposób te zmiany dotknęły bezpośrednio Panią Profesor?

Po pewnym czasie wykluczono mnie z prowadzenia ćwiczeń z klerykami. Mogłam co prawda prowadzić zajęcia dla nich w innych sekcjach wydziału, np. w seminarium duchownym ojców oblatów w Obrze albo na studiach podyplomowych UAM dla księży, ale w zwykłym, najbardziej powszechnym trybie – nie. Takie bariery pojawiły się za sprawą atmosfery wytwarzanej przez coraz bardziej dominującą grupę księży profesorów z Wydziału Teologicznego. Czasami – choć zdarzało się to bardzo rzadko – tę przewagę dawano mi odczuć w osobistych rozmowach.

Problemy, o których mówię, co muszę wyraźnie podkreślić, rozgrywały się na poziomie strukturalnym. Na wydziale nie brakowało bowiem osób, z którymi do dziś się przyjaźnię i mam dobry kontakt.

W pewnym momencie zadałam sobie pytanie, ile wewnętrznej energii chcę inwestować (bądź tracić) w pozyskiwanie uznania dla bliskich mi kierunków myślenia.

A jeśli się na to zdecyduję, ile pozostanie mi sił na dalszy rozwój naukowy? Znajomość języka i różnorodność kontaktów naukowych zaprowadziły mnie do Niemiec. Nie było to proste – procedury konkursowe na stanowiska profesorskie w tym kraju są dość skomplikowane.
— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter