70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dyskretny smutek prowincji

Aleksandra Boćkowska po raz kolejny mierzy się z niedawną historią. Po książkach na temat luksusu oraz mody zabiera czytelnika do ostatnich tygodni i miesięcy istnienia PRL. Z dzisiejszego punktu widzenia Polska Jaruzelskiego, Kiszczaka i Rakowskiego jest chyba bardziej egzotyczna od najodleglejszych tropików.

Można wybierać to znacznie więcej niż tylko opowieść o wyborach z 4 czerwca 1989 r. Owszem, poświęcono im wiele uwagi: poznajemy członków komisji wyborczych, mężów zaufania, ich codzienne rytuały w tym niecodziennym dniu. Widzimy młodych zajętych układaniem sobie własnego życia i starszych, nierzadko zniechęconych do jakiejkolwiek aktywności. Podstawą jest tu mnogość: począwszy od tych głęboko zaangażowanych w kampanię wyborczą Solidarności, skończywszy na tych, którzy wybory zbojkotowali lub pochłonięci swoimi obowiązkami, w ogóle ich nie dostrzegli. Ale wybory to przede wszystkim wytrych, punkt wyjścia umożliwiający pokazanie malowniczej panoramy realiów, marzeń i rozczarowań. W efekcie otrzymujemy książkę będącą barwnym freskiem na temat schyłkowego PRL, złożonym z kilkudziesięciu indywidualnych historii.

Większość badaczy powie, że rok 1989 to kulminacja pokojowej rewolucji, dzięki której ponure gmaszysko systemu komunistycznego zapadało się pod własnym ciężarem. Boćkowska jednak nie zadowala się tym, co przyjęte i ustalone. Wychodzi z założenia, że przecież doświadczenie tego niezwykłego dnia jest znacznie bogatsze i nie mieści się w jednym zdaniu czy nawet w jednej dominującej narracji o zwycięstwie Solidarności nad komuną. Chwała jej za to. Trzydzieści lat po końcu komunizmu w najlepsze trwa przecież nad Wisłą polityczna młócka, w której rok 1989 pełni funkcję kluczowego argumentu. W zależności od upodobań mówi się o nim jako o cudzie demokracji albo też o początku zdrady i zarzewiu wszystkich klęsk, jakie spadły w kolejnych latach na III Rzeczpospolitą. Można wybierać wydaje się stanowić odtrutkę, pokazując nam rzeczywistość w pełnej skali barw, nie unikając mało efektownych szarości.

Wydarzenia polityczne dają ramę tej opowieści. Tu i ówdzie przewijają się zatem premier Mieczysław Rakowski czy minister Czesław Kiszczak, a także Janusz Onyszkiewicz i Lech Wałęsa. Ich wypowiedzi i polityczne działania są komentowane nie tylko w rozmowach, jakie Boćkowska prowadziła po latach, ale także w cytowanych świadectwach z epoki.

Kapitalnym elementem książki są obszernie cytowane fragmenty dzienników z lat 1988–1989, pochodzące w znacznej mierze ze zbiorów Ośrodka KARTA. Przypominają one listy z odległego kraju, pokazujące księżycową rzeczywistość, w której sklepy są puste, ulice szare i brudne, a frustracja absolutnie wszechobecna.

Czy jednak polityka była w rzeczywistości ostatnich lat PRL wszechobecna? Owszem, miała przemożny wpływ na realia, ale tak naprawdę codzienność działa się gdzieś daleko od sali obrad Okrągłego Stołu czy obrad Sejmu PRL.

System był już wyraźnie mniej represyjny, niechętnie wsadzał do aresztów czy odwoływał się do pałek ZOMO, choć ciągle miał ambicje ingerowania w życie obywateli. Doświadczenie upokorzenia płynącego z nieustannej zależności od dobrej lub złej woli urzędniczej jest chyba jednym z najbardziej uderzających. Widać to właściwie u wszystkich rozmówców Boćkowskiej, niezależnie od tego, czy identyfikowali się z opozycją, czy byli członkami partii komunistycznej. Skomplikowany system zależności powodował, że w oficjalnej rzeczywistości, tak politycznej, jak ekonomicznej, na dobrą sprawę nic nie było na serio. Dramatyczna niewydolność ekonomiczna, wsparta księżycowymi przepisami, powodowała, że dom budowano tylko z „załatwionych” materiałów, zaś farbę drukarską zdobywano jedynie na czarnym rynku. W efekcie oficjalna rzeczywistość PRL, ot, choćby serwowana widzom Dziennika telewizyjnego, była jedną wielką blagą, w którą nie wierzyli nawet sami spikerzy.

Opowieść Boćkowskiej można odczytywać przynajmniej na kilku płaszczyznach. Tam gdzie przedstawia ona indywidualne historie ludzi, rekonstruuje ich plany, emocje czy nadzieje, tam jest bezkonkurencyjna. Nawiasem mówiąc, z takiego spojrzenia skorzystać mogą znakomicie historycy, bo chyba najwyższy czas, żeby w wydarzeniach z 1989 r. dostrzec coś więcej niż odhumanizowany proces polityczny, z opozycją i władzą w roli głównej. Ale nie w każdej płaszczyźnie Można wybierać jest tak samo przekonujące. Kiedy autorka próbuje dawać generalne oceny, wtedy coś zaczyna zgrzytać. Rok 1989 to dla niej wartość, jakiej należy bronić, także przed rozmaitego rodzaju atakami, które w dobrej lub złej wierze biorą w obronę tych, co czują się przegranymi transformacji. Oczywiście ma do tego prawo, ale w efekcie trudno pozbyć się wrażenia, że jej książka tych ostatnich traktuje protekcjonalnie.

Nie brakuje u Boćkowskiej przykładów osób, które w 1989 r. zaczęły swoją karierę: biznesową czy polityczną, często samorządową. Ale właściwie nie ma tu miejsca dla tych, dla których ten rok przyniósł załamanie, okazał się czarną dziurą, jaka pochłonęła całe ich dotychczasowe życie, niczego nie dając w zamian. Frustracja wyrażana po latach brzmi może nieprzekonująco, a może nieefektownie. A tymczasem nie brakuje rodaków, którzy wprost powiedzą, że przełom polityczny przyniósł im dramatyczne konsekwencje. Boćkowska takie głosy dawkuje homeopatycznie. To prawda, że nieco równoważy huraoptymistyczną opowieść o endemicznie polskim uwielbieniu wolności, wskazuje, że skala dostosowania się Polaków do księżycowej rzeczywistości była ogromna. Ale końcowy efekt zdumiewa i rozczarowuje. „Ludzie łatwo przestają widzieć swój sukces” – pisze nieco zgryźliwie, komentując gorzkie wywody jednego z rozmówców. Czy to naprawdę wszystko, co wnikliwa reporterka może powiedzieć o źródłach „czarnej legendy” roku 1989?

Skończywszy czytać książkę Boćkowskiej, zdałem sobie sprawę, że wyczuwam w niej jeszcze inny fałszywy ton. To prawda, że wyjechała ona na prowincję, poszukując niewarszawocentrycznego doświadczenia roku 1989. Ale czy rzeczywiście udało się je zrekonstruować? Ze znakomitej Duchologii polskiej Olgi Drendy wiemy, że Polska małych miast z przełomu lat 80. i 90. wcale nie była przygnębiającą krainą, w której królowały jedynie szarość i brud. Ba, w niejednym miasteczku było wówczas więcej życia niż dziś! Swoiście rewizjonistyczna interpretacja nie zainspirowała jednak Boćkowskiej. Szkoda. W efekcie bowiem trudno uciec od myśli, że opisuje ona Polskę prowincjonalną tak, jak widziały ją wielkomiejskie elity.

Aleksandra Boćkowska

Można wybierać. 4 czerwca 1989

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, s. 288


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter