70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jan Graczyński/East News

Dotknąć Auschwitz

W przypadku eksponowania odnalezionych przedmiotów staramy się iść tropem emocjonalnego odbioru, pokazać rzeczy codziennego, intymnego, rodzinnego użytku i w ten sposób sprawić, że stos walizek czy butów przestanie być stosem, ale gdzieś zza niego będzie się wyłaniać konkretny człowiek.

Marta Duch-Dyngosz: W styczniu obchodziliśmy 72. rocznicę wyzwolenia obozu. Co będzie z Auschwitz-Birkenau za kolejne 72 lata?

Piotr Cywiński: Nikt tego nie wie. Za 72 lata będziemy trzy pokolenia dalej. W moim przeko­naniu Auschwitz jest w tej chwili tak bardzo obecne w dyskursie publicznym z kilku względów, istotnych z perspek­tywy naszych doświadczeń i czasu, w którym żyjemy. Nie jestem pewny, czy te względy będą jeszcze aktualne za 72 lata. Pomijam rzeczy ewidentne, takie jak odchodzenie ostatnich ocalałych. Dziś mierzymy się przede wszystkim z falą pytań o przyszłość całej Europy. A ta Europa powstała w dużej mierze w kontrapunkcie do doświadczenia wojennego i Zagłady. To po II wojnie światowej, początkowo tylko na Zacho­dzie, pojawiły się dążenia do zbudo­wania na nowo stosunków między państwami czy społeczeństwami.

Dziś coraz bardziej widoczna jest potrzeba, aby państwa europejskie zaangażowały się w realne dramaty, które dzieją się na świecie i nie tylko budzą niepokój moralny, ale także rodzą konsekwencje migracyjne, ekonomiczne i polityczne.

Warto się w tej perspektywie zastanowić nad wysiłkiem wielu państw, także finansowym (w Polsce mało dostrze­galnym), aby setkom tysięcy młodych ludzi pokazać Auschwitz. Wiąże się on – jak przeczuwam, bo nie mam na to dowodów – z wielkimi pytaniami o przyszłość powojennego projektu, który miał doprowadzić i w dużej mierze doprowadził do stworzenia przestrzeni współpracy, a nie konfliktu. Trudno powiedzieć jak to będzie wyglą­dało za trzy pokolenia.

 

Co stanie się z miejscem jako takim? Jakie są szanse zachowania tego, co znajduje się dziś na terenie byłego obozu?

Dzisiejsze doświadczenie Auschwitz polega na współgraniu dwóch spu­ścizn. Po pierwsze, chodzi o relacje osób ocalałych: spisane, nagrane, sfilmowane. Oczywiście ich słowa nie mogą wybrzmieć w terenie czy na lekcjach historii bez jakiegokol­wiek komentarza. Większość wiedzy, którą mamy o Auschwitz, pochodzi nie z dokumentów esesmańskich, które w 90% zostały spalone, ale właśnie z relacji więźniów. To tysiące historii, bardzo subiektywnych i opowiada­nych ze szczególnej perspektywy, ale jednak uzupełniających się, tworzą­cych pewien całościowy obraz. Nie dysponujemy tego typu relacjami dla Bełżca czy innych miejsc pamięci. Po drugie, chodzi o doświadczenie autentyzmu namacalnego, fizycznego terenu. Z obecności tych dwóch spuścizn rodzi się dzisiejsze doświadczenie Auschwitz.

Relacje ocalałych to rzecz trwała – one pozostaną. Ich język może być – co najwyżej – postrzegany jako coraz bar­dziej archaiczny. Siłą rzeczy sposób opowiadania się zmienia. Dzisiaj wszystko musi być niezwykle emo­cjonalne. W przypadku namacalnej części byłego obozu trzeba mieć świa­domość, że to, co tu zostało zbudowane, powstało na krótką chwilę. Dotyczy to nawet kompleksów fabrycznych czy potężnych bloków na Lagererweite­rungu, gdzie znajduje się dzisiejsze osiedle Pileckiego. Wznosili je więź­niowie, którzy nie byli specjalistami od budownictwa, korzystali z materiałów pochodzących z czasów wojennych, zdobytych, zaadaptowanych. Całe Bir­kenau powstało jako coś przejściowego. To widać. Nawet jeśli plany rozbudowy obozu były nowelizowane do końca jego istnienia, to fakt wznoszenia na pod­mokłych łąkach baraków bez  fun­damentów pokazuje, że absolutnie nie chodziło o ich długie trwanie.

50 lat po wojnie to wszystko zaczy­nało się rozpadać. Dopiero na początku XXI w. dołączyli do nas na stałe pierwsi dyplomowani konserwatorzy, two­rząc zalążek tego, co mamy dzisiaj – Auschwitz-Birkenau to jedyny były obóz, który ma pracownię konserwatorską z prawdziwego zdarzenia. Dopiero wtedy zaczęły powstawać zręby myśli konserwatorskiej Auschwitz, która różni się w filozofii i zasadach pracy od tej sto­sowanej w przypadku katedr, zamków, muzeów sztuki. I gdy ta pierwsza ekipa zaczęła myśleć o priorytetach, o tym, co robić z tak różnymi obiektami jak dokumenty, walizki, buty, dzieła sztuki i zespoły budynków, okazało się, że zupełnie wykraczają one poza per­spektywę finansów publicznych moż­liwych do przekazania na rzecz jednej instytucji i poza sposób myślenia pań­stwa o konserwacji pewnego obiektu. Z decydentem ministerialnym można rozmawiać o perspektywie przyszłego roku lub najbliższych wyborów, ale nie o pracach, które trwają 25 lat. Stąd doszliśmy do wniosku, że mamy dwa wyjścia. Mogliśmy łatać, jak to robiono wcześniej, czyli namawiać dany rząd czy sponsora, by przekazał pewną sumę potrzebną na konkretny budynek czy ruiny. Tylko że tych budynków jest 155, a ruin 300. Mogliśmy też próbować rozwiązać problem całościowo, stwarzając bezpieczną i długotrwałą linię finanso­wania. Wybraliśmy drugą drogę. Mamy dziś Fundację Auschwitz-Birkenau, która jest w stanie przekazać na te potrzeby do parunastu milonów złotych rocznie. Pozwoliło to rozbudować ekipę konserwatorską. W tej chwili tworzy ją 30 specjalistów z różnych dziedzin, z bardzo różnym doświadczeniem.

 

Co jest takiego wyjątkowego w projekcie konserwatorskim obejmującym były obóz koncentracyjny i zagłady?

Po pierwsze, bardzo słaba struktura inicjalna, którą trzeba ratować. Weźmy przeciętny barak w Birkenau – postawiony przez więźniów z cegły rozbiór­kowej, wiejskiej, z domów, które znisz­czono w okolicy. Mury mają grubość cegły. To jak kurniki na wsiach, naj­słabsze budynki, jakie możemy sobie wyobrazić, bez fundamentów, stojące na wilgotnym gruncie, gdzieniegdzie mokrym, który zamarza, a potem taje. Po drugie, muzeum w zeszłym roku odwiedziło 2 mln osób, co z jednej strony jest bardzo pozytywne, z dru­giej zaś – wiadomo, że szkodzi. Po trzecie, w przeszłości struktura obozu była w różny sposób konserwowana. W latach 50. czy 60. podchodzono do niej jak do czegoś nowego, co ma zachować kształt. Dziś te mury są zde­formowane. W każdym innym przy­padku zapadłaby decyzja, aby je zbu­rzyć i postawić na nowo. A tego sta­ramy się nie robić, więc mury są pro­stowane. To nie jest tylko konserwacja techniczna, trzeba wziąć pod uwagę kwestie botaniczne, mikroorganizmy, które za sprawą wilgoci wchodzą w te struktury, itd. Jednocześnie próbujemy robić to tak, by maksymalnie zachować autentyzm. Nie możemy tu zastosować metody ze Starego Miasta w War­szawie czy z zamku w Malborku, gdzie de facto wszystko powstało od nowa. W Auschwitz staramy się zachować co się da. Paradoksalnie, jest to łatwiejsze w przypadku baraków drewnianych, bo drewno nawet po wielu dekadach zachowuje pewną zdolność do ada­ptacji do warunków zewnętrznych, z cegłą i zaprawą jest dużo trudniej, mogą popękać. W przypadku innych obiektów kształt nie musi być w swej esencji oryginalny, np. w zamkach dobudowuje się baszty, a to, co się zawali, podnosi się czy rekonstruuje. W Auschwitz chodzi o zachowanie autentyzmu w stanie możliwie pełnym, o uzupełnianie struktury tylko tam, gdzie jest to absolutnie niezbędne, tak żeby zderzenie zwiedzającego z miej­scem byłego obozu dziś, jutro czy poju­trze było wciąż czymś autentycznym.

 

Zastanawiam się nad autentycznością miejsca, na które nałożyła się historia muzeum, stając się, można powiedzieć, również jego częścią. Czy zasadą konserwacji byłego obozu jest zatrzymanie stanu, w którym obiekty znajdują się obecnie, i pokazanie upływającego czasu, czy jest to raczej próba dojścia do oryginalnej warstwy?

Historia powojenna mało nas interesuje. Nie jest naszą intencją, by zachowywać wtórne warstwy, decyzje sprzed lat. To samo dotyczy warstw, które dzisiaj nakładamy. O ile jest to możliwe, sta­ramy się to robić tak, by w przyszłości procesy te można było odwrócić.

 

Chodzi zatem o to, by zachować ten najbardziej oryginalny rys.

Tak. Natomiast często pojawia się pytanie, co jest oryginalne. Wymaga to nieraz bardzo wnikliwych badań. Obóz działał kilka lat, kiedy powsta­wały kolejne jego warstwy. Niekiedy doj­ście do pierwotnej płaszczyzny, którą chcemy pokazać, wymaga podjęcia trudnej decyzji – to jest nieuniknione. Przykładowo: ściany w blokach malo­wane były mniej więcej co rok. Niekiedy pod ostatnimi warstwami farby obo­zowej znajdują się wcześniejsze rysunki. Stosujemy generalnie zasadę primum non nocere. Chcemy zachować tyle, ile jesteśmy w stanie. Przy czym trzeba mieć świadomość, że o ile niektóre plany konserwacji za te 72 lata, które Pani postawiła jako wyzwanie, najprawdopodobniej uda się w pełni zrealizować, o tyle w przypadku innych można mówić jedynie o spowalnianiu pro­cesów niszczenia. Można to porównać do zdrowia człowieka. Po pierwsze, śmierć jest nieunikniona, po drugie, pod koniec życia pewne procesy gwał­townie przyspieszają. Obserwujemy to też w przypadku obiektów materialnych. Mamy przedmioty, co do których do dziś nie ma ustalonych metod konser­wacji. W latach 30. pojawiły się pierwsze, bardzo słabej jakości plastiki i rozmaite materiały kompozytowe. Na przykład szczoteczka do zębów z założenia jest czymś nietrwałym, kiedy się zużyje, po prostu ją wyrzucamy. Gdy przedmiot dzi­zrobiony jest z plastików pochodzących z początku historii tego materiału, to pod wpływem powietrza rozwarstwia się i rozpada. Z tym problemem zaczy­nają borykać się niektóre muzea tech­niki, które posiadają najwcześniejsze formy komputerów, gdzie obudowa też jest zrobiona z podobnych mate­riałów. Mogę powiedzieć, że z dzisiejszej perspektywy za 72 lata w zbio­rach nadal obecne będą szczoteczki do zębów z drewna, których jest w naszej kolekcji większość, ale jeśli chodzi o te z plastiku, to nie dam za to głowy.

 

W ubiegłym roku do muzeum wróciło ok. 16 tys. przedmiotów wydobytych w trakcie prac archeologicznych, które przeprowadzono pod koniec lat 60. w pobliżu ruin komory gazowej i krematorium III. Są to głównie osobiste rzeczy Żydów kierowanych bezpośrednio po selekcji z rampy na śmierć do komór gazowych. Przez niemal 50 lat leżały w pudłach w Polskiej Akademii Nauk. Jaka będzie rola tych rzeczy w miejscu pamięci? Trafią na nową wystawę?

Ich unikatowość polega na tym, że pochodzą z bardzo wczesnych wyko­palisk przeprowadzonych 20 lat po wyzwoleniu obozu. Z zasady nie prowadzimy wykopalisk na terenie miejsca pamięci. Natomiast jeśli z jakichś względów musimy wkopać się w ziemię, zawsze potrzebujemy nad­zoru archeologicznego, np. w miejscu, gdzie znajduje się mur rozbieralni kre­matoryjnej, któremu grozi deformacja, a w perspektywie kilku dekad zawalenie się, musimy wkopać elementy odcią­gowe, które zabezpieczą go przed dal­szym parciem gruntu. Nadal się zatem zdarza, że coś pozyskujemy z ziemi, jednak robimy to tylko wtedy, gdy nie mamy innego wyjścia. Rzeczy, które dziś „wychodzą” z ziemi, w wilgotnym gruncie przeleżały 70, a nie 20 lat, jak przedmioty, o których Pani wspo­mniała. Dlatego stan zachowania 16 tys. obiektów odzyskanych z Polskiej Aka­demii Nauk jest zupełnie inny. Korozja i rdza są zdecydowanie mniejsze.

Rzeczy te będą pokazywane na nowej wystawie głównej, nad którą w tej chwili pracujemy, na etapie nar­racji, gdzie dziś eksponujemy walizki. Obok nich chcemy zaaranżować ścianę z bardzo dużą liczbą przedmiotów, które w tych walizkach się znajdo­wały – nożyczki, pamiątki, porcela­nowe figurki, małe zabawki, szpulki nici. Dużo jest takich rzeczy codzien­nego użytku, które z jednej strony uzu­pełnią walizkę jako coś pustego, wypa­troszonego, rozerwanego i zniszczo­nego, a z drugiej strony ułatwią identy­fikację z ofiarą jako osobą. Oczywiście nie ma co się oszukiwać: można mówić tylko o identyfikacji anonimowej. Nato­miast moment gdy ktoś zobaczy przed­miot, np. porcelanowego kotka, takiego samego jak ten, który stoi u niego w domu albo u jego babci, ma szansę zbliżyć do ofiary. Tych rzeczy jest na tyle dużo i są na tyle różne, że każdy może rozpoznać coś odpowiadającego osobistej przestrzeni emocjonalnej. Od pewnego czasu planowaliśmy wyeks­ponować w ten sposób przedmioty, obmyślając kształt wystawy głównej. Napływ eksponatów, które zachowane są w tak dobrym stanie, umożliwił nam ich lepszy dobór.

 

Czy one będą bardziej zindywidualizowane niż dotychczas pokazywane przedmioty należące do ofiar?

Nie łudźmy się. Nie jesteśmy w stanie powiązać ich z konkretnym nazwi­skiem. Choć walizka sama w sobie nie jest czymś indywidualnym, to jednak w większości wypadków posiada infor­mację o personaliach właściciela. Cho­ciaż to też nie było zasadą. Nie każda walizka jest podpisana. W przypadku eksponowania tych odnalezionych przedmiotów staramy się iść tropem emocjonalnego odbioru, pokazać rzeczy codziennego, intymnego, rodzinnego użytku i w ten sposób sprawić, że stos walizek czy butów przestanie być stosem, ale gdzieś zza niego będzie się wyłaniać konkretny człowiek. Nawet w przypadku gdy nie jesteśmy w stanie go nazwać ani nadać mu twarzy, bo trudno powiedzieć, czyj był porcelanowy kotek. Ważne jest jednak, że był czyjś i ten ktoś na tyle go lubił, że postanowił wziąć go ze sobą w ostatnią podróż czy, jak mówiono Żydom, na przesiedlenie. To jest to, co chcemy w szczególny sposób wydobyć z tych rzeczy.

 

Czy można wyobrazić sobie Auschwitz-Birkenau bez oryginalnych baraków, ruin, przedmiotów?

Ludzie przyjeżdżają tu po to, by odbyć pewien rytuał przejścia. W wielu miejscach na świecie powstały próby stworzenia namiastki doświadczenia Auschwitz. Myślę o elementach wystaw Jad Waszem w Jerozolimie, Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie czy o Muzeum Pamięci Shoah w Paryżu. Tam, za pomocą różnych zabiegów muzealnych, pokazując np. przed­mioty, które są pars pro toto symbolem czegoś większego, lub dzięki zdję­ciom, makietom i innym metodom wystawienniczym, próbuje się wykre­ować pewne doświadczenie, ersatz tego, czym jest rytuał przejścia przez Auschwitz-Birkenau. Osoby, które odwiedzają takie instytucje, bardzo często trafiają tutaj, bo chcą zoba­czyć to, co jest autentyczne. Chcą przemierzyć tych 200 ha, zobaczyć, przemyśleć, skonfrontować się z tym miejscem. Jeśli ono by się wyjałowiło, to straciłoby ten charakter. Rozważmy przykład Treblinki – jest tam genialny w swej wymowie pomnik w środku lasu, gdzie trafia tylko 50–60 tys. osób rocznie, w większości grupy młodzieży izraelskiej. To samo jest w Ponarach pod Wilnem, gdzie w lesie znajdują się doły, w których dokonywano rozstrze­liwań i których nikt nie zasypał. Teraz powstaje tam muzeum, ale obok tego miejsca, w budynku erygowanym od podstaw. Ten sam problem jest w wielu innych miejscach reprezentujących Zagładę. W Auschwitz-Birkenau, po pierwsze, zachowało się bardzo dużo, Niemcy nie zdążyli wszystkiego zde­montować, spalić, wysadzić, a po drugie, stosunkowo wcześnie powstało muzeum, bo już dwa lata po wyzwo­leniu można mówić o pierwszych zabie­gach na rzecz jego powołania. Do tej pory udało się zachować dużo orygi­nalnej substancji.

 

Część rzeczy jest rekonstruowanych.

Dotyczy to niewielkich elementów. Oszalowanie wieżyczek w Brzezince jest powojenne. Drewno zostało roze­brane przez ludzi wracających do swoich całkowicie spustoszonych wsi; trudno się im zresztą dziwić. Struktura wieżyczek jest często autentyczna, w przeciwieństwie do zewnętrznych desek. Innym przykładem są druty. Trwałość takiego cienkiego, rozpiętego na zewnątrz drutu przy zmianach tem­peratury, mrozach albo upałach, inten­sywnych deszczach wynosi od siedmiu do dziesięciu lat. W związku z tym są one regularnie wymieniane. Nie trak­tujmy autentyzmu fetyszystycznie. Autentyzmem jest też zachowanie czytelności przestrzeni. Gdybyśmy nie rozpięli drutów i włączylibyśmy ich ostatnie kłęby do zbiorów, to prze­strzeń byłego obozu stałaby się nie­czytelna. Mielibyśmy w Brzezince las słupów, który nie byłby zorganizowany na poszczególne segmenty i przypomi­nałby trochę te kamienie z Treblinki, zatem przestrzeń bardzo trudną do odczytania. Stąd druty są zmieniane regularnie, właśnie dla zachowania autentyzmu.

 

Granice muzeum zmieniały się kilka razy. Dziś są one ściśle określone. Czy odpowiadają granicom byłego obozu?

Oczywiście nie, bo wówczas cały powiat trzeba by wpisać w granice muzeum. Auschwitz miało bardzo liczne podobozy. Jego strefa interesów, tzw. Interessengebiet, czyli przestrzeń zamknięta, kontrolowana przez eses­manów z załogi KL Auschwitz, wyno­siła ok. 40 km². Trudno wyobrazić sobie wycięcie tak dużego obszaru i zacho­wanie wszystkiego, co się na nim znaj­dowało. W latach 1945–1946 na łamach polskiej prasy odbyła się bardzo ciekawa i burzliwa dyskusja dotycząca miejsca po obozie. Uczestniczyli w niej głównie byli polscy więźniowie. Pojawiły się wtedy bardzo różne koncepcje – od zaorania i zapomnienia, jako że nikt nie jest w stanie opowiedzieć o tym doświadczeniu, po zbudowanie uni­wersytetu jako czegoś skrajnie odmien­nego, pozytywnego. Wygrała koncepcja, żeby stworzyć miejsce pamięci zorga­nizowane w formie muzealnej. Od początku przeważyła idea, że zachowa się Auschwitz I Stammlager oraz Bir­kenau, dlatego że te dwie części nie­jako wystarczają, żeby opowiedzieć o całości. Od początku znajdujemy się zatem w porządku symbolicznym, który został odwzorowany we wpisie na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO w 1979 r. Stwierdzono wtedy, że na Liście może znaleźć się tylko Auschwitz-Birkenau jako symbol wszystkich tego typu prze­strzeni. Oczywiście można zadawać sobie pytanie, czy nie warto przesunąć tych granic jeszcze o 300 m w tym miejscu czy o 200 m gdzie indziej. Nato­miast prawda jest taka, że im większa przestrzeń zostałaby wytyczona, tym szybciej zostałaby skazana na znik­nięcie i zniszczenie, bo i tak zacho­wanie 200 ha muzeum, 150 budynków, 300 ruin, kilometrów słupów, ogrodzeń, drutów, torów kolejowych jest zada­niem, które bardzo trudno porównać do wysiłków czynionych w przypadku innego zabytku. Łatwiej zachować katedrę czy piramidę niż były obóz Auschwitz-Birkenau.

 

Tak, tylko że w niektórych wypadkach poza tą symboliczną przestrzenią znalazły się dość istotne miejsca pamięci. Mam na myśli choćby miejsce po czerwonym domku – domu wysiedlonej polskiej rodziny, który znajdował się przy będącym w tym czasie w budowie obozie Birkenau i który został zaadaptowany na komorę gazową.

Oczywiście możemy mówić o miejscu po czerwonym domku, które zostało wykupione i upamiętnione bardzo późno. Trzeba mieć zresztą świado­mość, że mówimy o domniemanej loka­lizacji, o próbie rekonstrukcji. Nie wiemy z całkowitą pewnością, gdzie on stał. Tam już nic nie było, po wojnie polska rodzina, która wróciła, wybudowała w tym miejscu inny dom. Poza tą sym­boliczną przestrzenią pozostało nato­miast mnóstwo innych niepokojących rzeczy – popioły ludzkie wyrzucono do starorzecza Wisły. Wisła została wypro­stowana, a starorzecze, gdzie popioły nadal tkwią, zostało.

Różne osoby będą zresztą wska­zywać inne przestrzenie jako istotny element, bez którego trudno opowie­dzieć całość. Dla Kazimierza Albina istotnym elementem będzie kuchnia SS, bo tam pracował i stamtąd uciekł. Zachowując cały teren obozu, trzeba by usankcjonować wyrzucenie przez Niemców ludzi z ich domów. Należy pamiętać, że na potrzeby budowy Inte­ressengebiet ludność ośmiu wsi została wyrzucona ze swoich domów, pól, zagród itd. Chęć zachowania całości, tych 40 km², wymagałaby zalegalizowania lokalnych depor­tacji. Rodzi się zatem pytanie, gdzie są granice krzywd, które społeczność regionalna jest w stanie zaakceptować. Myślę, że po wojnie ta kwestia też odgrywała dużą rolę.

Zastanawia mnie złożoność symboliki granic miejsca pamięci. Geneviève Zubrzycki w swojej książce Krzyże Auschwitz zauważa, że Polacy wyraźnie odgraniczają obszar muzeum od jego otoczenia, Oświęcimia, natomiast dla Żydów teren byłego obozu wykracza znacznie poza obszar dzisiejszego miejsca pamięci.

Nie zgadzam się z tym podziałem. Po pierwsze, Polacy i Żydzi nie stanowią większości odwiedzających. Dyskusja nie toczy się na osi Polacy–Żydzi. Chodzi o coś dużo głębszego.

Jeśli porówna się przestrzenie w Europie czy na świecie w jakiejś mierze podobne do Auschwitz, to wszę­dzie można dostrzec dylemat wyty­czenia granicy między strefą śmierci a strefą życia.

Zobaczmy, co się dzieje w Drancy w Paryżu, gdzie znajdował się niemiecki obóz internowania, skąd transportowano Żydów do obozów zagłady, w tym do Auschwitz-Birkenau. Kilka lat temu utworzono tam miejsce pamięci, ale w obiekcie nieopodal, bo poobozowe budynki to zamiesz­kane dziś bloki. Zdecydowano, by nie tworzyć nowych napięć, usuwając stamtąd mieszkańców, wywodzących się w większości z Afryki Północnej. Innym przykładem są austriackie wille, które powstały na terenie Gusen, czy niemieckie wille w wysoce urba­nistycznym otoczeniu byłego obozu w Sachsenhausen. Jestem w stanie wskazać bardzo niewiele miejsc, gdzie tego napięcia nie ma. Przykładem może być były obóz zagłady w Tre­blince, gdzie wokół znajduje się las nasadzony po demontażu zabudowań. Nie jest zatem autentyczny i dlatego to napięcie nie jest tam tak widoczne. Ale np. w Stutthof koło Gdańska można mówić o napięciu pomiędzy obozem, który został upamiętniony w 20% ory­ginalnej przestrzeni, a powojennymi lasami pozostającymi w zarządzie Lasów Państwowych. Gdziekolwiek by postawić linię podziału, i tak pozo­stanie ona granicą między śmiercią a życiem i zawsze będzie boleć. Przej­ście przez nią zawsze jest trudne.

 

Jednak Auschwitz-Birkenau jest symbolem Holokaustu…

To nie zmienia faktu, że gdziekolwiek byśmy ją postawili, ta granica zawsze będzie szokować. Czy dzieci będą się bawić na podwórku 500 m od drutów czy 3 km od nich, zawsze pojawi się moment transgresji, który zastanawia i pobudza do pewnych emocji, czasem wyrażanych w sposób gwałtowny. Wychodząc z Auschwitz czy z Birkenau, ludzie mają trudność, by powrócić do normalnego świata. W związku z tym skupiają się na widocznych aspektach tego przejścia, odreagowując po prostcoś, z czym nie potrafią sobie poradzić. To zawsze będzie granica, która będzie przeszkadzać.

 

Czy można oswoić aurę byłego obozu koncentracyjnego i zagłady?

Nie. Nie da się.

 

Czyli nie można oddzielić tych dwóch światów?

Nie, nawet nie warto próbować. Jestem tu dyrektorem od ponad 10 lat. Kiedy objąłem to stanowisko, jedna z długoletnich pracownic powiedziała mi: „Teraz jeszcze myślisz, że się przyzwy­czaisz. Zobaczysz, że z czasem jest coraz trudniej”. Miała rację. Teraz to wiem. Albo wszystko, czym było, jest i pozostaje Auschwitz, przyjmuje się w całości i robi się temu potężne miejsce w głowie, które zostaje w nas na zawsze, albo stara się od tego uciekać, co jest od razu skazane na porażkę. Prędzej czy później to czło­wieka dopadnie. Poza tym próba budowania buforów nie wychodzi na dłuższą metę, bo zwariowałbym, gdybym udawał, że znajduję się gdzie indziej, niż jestem. Ludzie, którzy przy­chodzą do muzeum do pracy, albo bardzo szybko odchodzą, czasami już po kilku miesiącach, albo zostają na całe życie. Tutaj nie ma półśrodków.

 

Które miejsce na terenie byłego obozu dla Pana osobiście jest najważniejsze?

Każde z nich jest na swój sposób ważne. To się zresztą przez tę dekadę zmieniało. Zależy też od tego, czego się w danej chwili szuka i potrzebuje. Kiedy muszę przemyśleć jakiś trudny temat, to potrzebuję przejść się po tyłach Brzezinki, gdzieś w okolicach sauny czy białego domu, gdy nie ma już ludzi. To przestrzeń, gdzie panuje cisza, gdzie można samotnie trwać obok najtrud­niejszych przestrzeni, takich jak byłe doły paleniskowe. A jednocześnie wszechobecna tam żywa przyroda nasuwa myśli o czasie teraźniejszym i przyszłym. Nie jest też tak, że wie się już wszystko, choć czasami tak nam się wydaje. Zdarza się, że ktoś jest tu przewodnikiem i oprowadza po obozie 15 lat, i raptem wybucha płaczem, bo coś dociera do struny, która pozostała w nim do tej pory nietknięta.

Piotr Cywiński – Historyk, dr nauk humanistycznych. Od 2006 r. dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz- -Birkenau. Współtwórca i prezes Fundacji Auschwitz-Birkenau. Autor wielu książek, m.in. pięciu tomów z serii „Miejsce Prawdy”: Początki Auschwitz w pamięci pierwszego trans­portu polskich więźniów politycznych, Zagłada w pamięci więźniów Sonderkommando, Marsz śmierci w pamięci ewakuowanych więźniów Auschwitz, Sny obozowe w pamięci ocalałych z Auschwitz, Rampa w pamięci Żydów depor­towanych do Auschwitz. W latach 1996–2000 wiceprezes, a w latach 2000–2010 prezes war­szawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter