Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000  Rocznik 2001
- styczeń, nr 548
- luty, nr 549

 Fundacja


Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Znak, nr 02/2001 (549)
KRÓLEWSKI PŁASZCZ FRANZA K. (II)

Krzysztof Dorosz



Kafka na nowo odkryty

   Jedni interpretatorzy Kafki usiłowali przebić się przez jego ciemność i pod nią znaleźć nadzieję, metafizykę i samego Boga, inni ciemność waloryzowali, sławiąc Kafkowski "świat bez złudzeń", jeszcze inni ignorowali ją, koncentrując się na literackiej maestrii autora Procesu i Zamku. Lecz mało kto wszedł w jądro tej ciemności, tak jak zrobiła to Anna Bolecka w niedawno wydanej książce pod tytułem Kochany Franz1. Ta kunsztownie skonstruowana powieść w listach jest gestem miłosnym wobec Kafki. Autorka wyciąga do niego rękę, od czasu do czasu usiłując wydobyć go z ciemności. Nie wyprowadza go jednak w rzeczywistość mu obcą. Pozostawia go w ciemnym świecie, rozświetlając tylko jego mrok. Obejmuje swego bohatera piękną, często poetycką prozą i łagodzi ostre kanty Kafkowskiej psychiki, jakby harmonijnie brzmiącymi listami chciała scalić boleśnie poszarpaną materię jego Dzienników. Suchą i pozbawioną uczuć pedanterię jego oszczędnego stylu przemienia w osobiste wyznania Franza, kobiet, które go kochały, przyjaciół.
    W przeciwieństwie do biografów, skazanych na przedzieranie się między Scyllą faktów a Charybdą psychologicznej interpretacji, Bolecka nie opowiada losów Kafki, lecz tworzy ich artystyczną figurę. Głęboko, a zarazem dyskretnie, wchodzi w uwarunkowania życia swego bohatera, pokazuje jego ból, jego klęski, jego niespełnienie. I wszędzie, gdzie tylko możliwe, tak by nie przekroczyć granic wyznaczonych życiem i wrażliwością Kafki, wydobywa na powierzchnię żywe drgnienia tej opancerzonej psychiki, tworząc swoją książką magiczne zwierciadło, w którym odbijają się niewidoczne dla zwykłych śmiertelników promienie światła. Do Kochanego Franza Bolecka podchodzi z czułością i pełną akceptacją, dostrzega w nim to, co najlepsze. Pokazuje Kafkę nie tylko cierpiącego, lecz również tańczącego, nie tylko zamkniętego w poczuciu winy, lecz także szukającego miłości i Boga. Słowem, pokazuje Kafkę żywego. Kafkę?
    Jej Kochany Franz nie jest Franzem Kafką. Wystarczy przeczytać kilkanaście stron powieści, by się o tym przekonać. Więcej tutaj harmonii niż dysonansów, w melancholię Kafki wdziera się spontaniczna radość, a z rozpaczą raz po raz splata się nadzieja. Obrazy pełne ciemności i zaduchu, dobrze znane z Procesu czy Zamku, nierzadko ustępują tu miejsca obrazom pełnym powietrza i światła. "Poczułem, że i ja wędruję tak, uparcie, z jakąś niekończącą się nadzieją - pisze Franz Boleckiej - za źródłem ciepła, za światłem, które jest poza mną, nieuchwytne jak drżąca plama na deskach podłogi, dalekie i tak bliskie, że wystarczy położyć twarz w tym blasku i sycić się nim aż do ostatniej kropli" (s. 201)2. To nie jest głos Kafki, udręczonego, wiecznie niepewnego, porażonego absurdem własnego życia. To głos człowieka szukającego ostatecznego sensu, zdolnego do radości, otwartego, kogoś, kto "zrozumiał, że nie chodzi o to, żeby przyglądać się odbiciu swojej twarzy, lecz zejść tam, w dół studni, jak w głąb siebie, i czerpać z wnętrza" (s. 207). Zarazem Kochany Franz jest przekonany, że przeznaczono mu tylko błądzenie po pustyni, że rozpacz to jego jedyna nadzieja i pociecha, że wszystkie nasze strachy są tylko lękiem przed nicością. Milena widzi w nim "ťnieŤ powiedziane własnemu ciału, życiu, światu" (s. 246), "niszczące poczucie winy, które on w sobie chroni, nieomal karmi je własnym ciałem" (s. 244).
    Jest więc Kochany Franz postacią niewątpliwie Kafkowską, utkaną z Kafkowskiej materii psychicznej, Kafkowskiego obrazowania. Jest w nim los Kafki, są w nim jego problemy i lęki, są w nim jego nastroje, jego widzenie świata, nawet jego słowa. Ale jest w nim coś więcej. Nie tylko poczucie, że "wszystko jest strachem", lecz również świadomość, że strach jest "tęsknotą za czymś, co jest czymś więcej od wszystkich rzeczy budzących strach" (s. 252). Jest w nim nie tylko nihil, lecz również esse. Franz pisze do przyjaciela: "żyję nad ciemnością, z której wynurza się ciemna siła, kiedy tylko zechce, i nie bacząc na moje skomlenie, niszczy moje życie" (s. 258). Ze swoim poczuciem winy znalazł się w świecie oskarżycieli, zimnym, skostniałym, pozbawionym miłości (s. 240). Jednocześnie w tę ciemność wpada światło; zimową martwotę, choć na krótką chwilę, przenika życie:
    Musiałem tak stać na śniegu dość długo, nie czując upływu czasu, i nagle zobaczyłem drzewo pełne zielonych liści, kwiatów, wiosennego szumu, świergotu ptaków, ale to ja byłem tym drzewem, czułem nieomal pod palcami gładkość własnej kory; korzenie, którymi mocno tkwiłem w ziemi, wchłaniały życiodajną wilgoć. Przyłożyłem ucho do pnia i, jak w dzieciństwie, usłyszałem szmery, to drzewo gadało, a może raczej był to szum mojej własnej krwi, głos mojego wnętrza, tajemniczy, niejasny, ale coraz donośniejszy, domagający się odpowiedzi, spełnienia czy sam nie wiem czego. Pomyślałem, że drzewo rozkwitłe w środku zimy to może być samo Drzewo Życia, to, któreśmy odrzucili, z któregośmy jeszcze nie jedli, to, które nie dzieli, nie rozróżnia... (s. 211).
    Na Kochanego Franza Anna Bolecka patrzy z przenikliwym współczuciem, wydobywa zeń i światło, i mrok. W zimowej bieli, która w jego świadomości stała się znakiem obcości i wygnania, pozwala mu na moment zachwycić się rozkwitłym Drzewem Życia, nie pomijając zarazem beznadziejnej diagnozy jego losu: "Moja choroba jest tylko nieprzeżytym, wzgardzonym życiem, na które się umiera" (s. 199). Spogląda na niego oczami Mileny, która widzi lęk Franza nie tylko przed przemocą, lecz również przed życiem; czuje, jak w każdej chwili szykuje się do ucieczki, ponieważ cały czas patrzy na niewidzialnego wroga (s. 247); wie o demonach, które go dręczą, i o jego poczuciu winy. Milena chce go wydobyć z "leśnej nory", do której się schronił, próbuje mu dodać otuchy, ratować ich związek, ale bez skutku. Boleśnie wyczuwa w nim "martwotę śmierci za życia" (s. 245), ale nie chce się z nią pogodzić, świadoma, że prawdziwa istota Franza leży dużo głębiej. "To nie była prawda! Trzeba było zbliżać się do niego krok po kroku, odkrywając wciąż nowe zasłony, za którymi kryła się jego dobroć, mądrość, jego czystość. Ukrył ją, opancerzył się, zacisnął swoje wnętrze jak pięść gotową do ciosu" (s. 245).
    Czy w postaci Kochanego Franza Bolecka idealizuje Franza Kafkę? Być może. A być może tylko szuka tej najlepszej cząstki prawdy o nim. Chce, jak Milena, zbliżać się do niego krok po kroku, odkrywając wciąż nowe zasłony, i dochodzić do jego ukrytej istoty. Chce ujrzeć go wolnym od niszczycielskiego działania oskarżycieli, zobaczyć go, choćby na chwilę, jakim był, czy mógł być, naprawdę. Nie jest to zadanie łatwe. Kafka był człowiekiem skrytym, który mocno zaryglował swoje wnętrze. Mimo licznych biografii, mimo psychologicznych analiz wchodzących bardzo głęboko w jego życie, nadal wiemy o nim w gruncie rzeczy niewiele. Jego los wydaje się tak samo niejasny jak jego niedokończone powieści czy nowele. Są w nim luki i puste miejsca, które każdy wypełnia inaczej; są w Kafce mroczne uczucia, zagadkowe myśli i wieloznaczne słowa, które nie poddają się ani prostym, ani skomplikowanym interpretacjom. Był prawdziwym pisarzem, wieloznaczność była jego żywiołem. Był jednocześnie wrażliwym dzieckiem epoki, która straciwszy poczucie sensu, próbuje posuwać się wieloma drogami naraz. Ceną za te wędrówki bywa wieloznaczność, nieraz przekształcająca się w pustkę.


Królewski płaszcz i władza Oskarżyciela

    Jedno z najważniejszych pytań dotyczących i losu, i pisarstwa Franza Kafki to pytanie o charakter przeżytej i opisanej przez niego pustki. Czy jest to pustka czystej rozpaczy czy pustka oczekiwania na Boga? Erich Heller przychyla się ku pierwszej możliwości, Anna Bolecka ku drugiej. Jej Franz powiada: "Żyjemy w przenikliwie zimnym świecie. Nasz świat jest pozbawioną objawienia nocą. Jest to noc oczekiwania. Oczekujemy teofanii, o której powiedzieć możemy niewiele: znamy tylko jej miejsce, a miejsce to nazywa się wspólnota" (s. 254). Kochany Franz zatem to Kafka rozświetlony od wewnątrz: zamknięty w pustce, lecz wytrwały w oczekiwaniu; świadomy swego nieprzeżytego życia, lecz zwrócony ku światłu; pogrążony w poczuciu winy, lecz przeniknięty nieskończoną nadzieją. To Kafka, którego Anna Bolecka prowadzi przez ciemność i otula królewskim płaszczem. Ale Franz nie ma dość siły, by wydostać się z mroku, nie jest w stanie zapanować nad swoim nieudanym życiem i królewskiego płaszcza nie potrafi nosić. Jest przede wszystkim Franzem Kafką, reprezentantem naszej chorej na brak nadziei epoki. Królewski płaszcz jest tylko jego niespełnionym powołaniem, zapowiedzią pełni w pustce, szansą daną mu w "chaosie, w upadku, w byciu na niby" (s. 213).
    W symbolicznych obrazach mitu i baśni każdy człowiek jest potencjalnie królem. Królewska władza jest symbolem świadomości i panowania nad wewnętrznym chaosem powodowanym przez ślepe i pozbawione rozumu elementy ludzkiej duszy. Utożsamiana ze stwórczą mocą Bóstwa, królewska władza człowieka spełnia się w całkowitym rozwoju jego życiowych możliwości. Symbolicznie rzecz biorąc, król jest istotą podwójnie wolną: wolną zarówno od zewnętrznych zagrożeń stwarzanych przez ewentualnych najeźdźców, jak i od wewnętrznych wrogów i prześladowców. Ta wolność nie jest darem niebios czy przywilejem społecznym, opiera się na autentycznej władzy przysługującej każdemu człowiekowi i potrzebnej mu w procesie przekraczania siebie, który stanowi o jego duchowym rozwoju.
    Ani Kafka, ani Kochany Franz z powieści Anny Boleckiej nie posiadają tej władzy. Porażeni stawianymi im przez tajemnicze siły zarzutami, przyjęli na siebie nieokreśloną winę i zostali zamknięci w wewnętrznym karcerze. "Oddałeś swoją królewską władzę już w dzieciństwie - mówi Franzowi jego przyjaciółka Greta - wierzysz, że słusznie powołano cię przed sąd, a teraz uginasz się pod ciężarem niezawinionych win" (s. 170). Kiedyś sama Greta nie potrafiła wyzwolić się spod upokarzającego ojcowskiego panowania. Umiała tylko uciekać w fantasmagoryczną przestrzeń, głuchą, kamienną i wypełnioną chłodem. Dopiero tam stawała się królową: widziała siebie w królewskim płaszczu i koronie na głowie (s. 124). Tam ojciec nie miał nad nią władzy, a ona czuła się "naprawdę wolna". Naprawdę wolna? W kamiennej, martwej przestrzeni?
    Nie, Greta nie była wolna, tak jak nie był wolny Franz, który przed przemocą chronił się w pokutnych ceremoniach - w przestrzeni, skąd nikt go nie wezwie, gdzie nikt go nie zobaczy, gdzie jest tylko prochem. Oboje świadomi są swojej królewskiej władzy, ale poza krajobrazem dzieciństwa i światem marzeń nie potrafią i nie chcą jej zachować. "Każdy z nas był przecież dawno temu dzieckiem - pisze Franz do Felicji - nosił królewski płaszcz, czuł się wyniesiony, stawał się potężny. Świat widział jak w raju o poranku pierwszego dnia" (s. 102). Lecz dziecko naturalną koleją rzeczy zostało z raju wygnane przez dorosłych, którzy przemocą odebrali mu jego świętość i szaleństwo (s. 102), w zamian dając normalność. Normalność chcieli mu dać po prostu z rodzicielskiej miłości, ale Franz nie był w stanie przyjąć tego daru. W jego odczuciu bowiem "każda miłość to forma przemocy" (s. 102).
    "Ja nie potrafię odczuwać bliskości" - wyznaje przyjacielowi (s. 69). "Obawiam się każdego, kto zbliża się do mnie na odległość wzroku, nie chcę go znać" - oświadcza Felicji (s. 110). Choć pisany do niej list kończy słowami "bądź ze mną", aż nadto wyraźnie mówi, że jego poczucie winy jest "stokroć silniejsze niż miłość" (s. 110). Miłości zaś lęka się, ponieważ widzi ją nie jako siłę, "która poszerza nasze istnienie" (s. 111), lecz jako "spotęgowanie siebie poprzez zawładnięcie innym" (s. 111). Jest tak wrażliwy, tak wewnętrznie słaby, tak kruchy, że każda relacja z Drugim jest relacją przemocy i stanowi dla niego śmiertelne zagrożenie. "Lękam się, że człowiek, drogi i kochany, lecz pomimo to inny, obcy, odbierze mi tę z trudem zdobytą odrębność, tę odrobinę siły potrzebnej do życia" (s. 110-111). Dlatego nie jest w stanie zapanować nad własnym chaosem. Może tylko uciekać - w światy wyobrażone, w ciemność, gdzie nikt go nie widzi, wreszcie w śmierć.
    Dla Franza królewski płaszcz istnieje tylko w dzieciństwie, spełnienie tylko w przeszłości. Przemoc zraniła go tak bardzo, że wyrzeka się wszelkiej władzy, nawet nad samym sobą. Woli być oskarżonym niż oskarżycielem. Staje się w dosłownym sensie tego słowa ofiarą, bierną, bezwolną, w ciągłej ucieczce przed swymi prześladowcami. Nie chce rządzić, wydawać rozkazów; nie chce mieć nad kimkolwiek przewagi ani być dla nikogo ciężarem. Nie chce ani stać, ani siedzieć, tylko leżeć. Bo jedynie ten, "kto leży - z głową wtuloną w miękki mech - nie rozkazuje, nie włada i nie uciska ziemi" (s. 154). Mimo bólu, który sprawia mu każdy przejaw władzy, nie zadaje sobie trudu, by się z niej wyzwolić. Ponieważ z góry zakłada, że władza "nie podlega prawu, które sama ustanowiła", cały czas pozostaje w kręgu ojcowskiej dominacji. "My mieliśmy wypełniać rozkazy i podlegać prawu, które jego nie obowiązywało - opowiada przyjacielowi - gdyż on stawiał się ponad własnym prawem" (s. 112).
    Przeciw tej autokratycznej władzy Franz zaczął się buntować. Ale był to bunt dziecięcy i niemy, rozpaczliwy opór stawiany w gruncie rzeczy nie samej ojcowskiej potędze, lecz jej zewnętrznym przejawom. Był to bunt człowieka, który z czapką w ręku stoi przed władzą, by zyskać jej względy. Może cierpieć pod jej brzemieniem, może jej nawet szczerze nienawidzić, lecz nie przyjdzie mu do głowy kwestionować ani jej wyroków, ani jej istnienia. Franz nigdy nie przestał wierzyć, że "ten, kto jest sądzony, a zatem w jakiś sposób prześladowany, niewątpliwie musi być winny" (s. 113). Poczuciem winy i rzucaniem na siebie oskarżeń wywalczył sobie - jak twierdzi - prawo ofiary, istoty prześladowanej, a więc niewinnej (s. 113). W tym leżała jego paradoksalna taktyka obronna. Paradoksalna i jakżeż nieskuteczna: prowadziła nie tyle do przełamania, ile do pogłębienia sfery ojcowskiej przemocy, a w ostatecznym rachunku do samozniszczenia. Franz nie rzucił ojcu wyzwania, nie wypowiedział mu walki, lecz sam sobie zadawał ciosy, aby wzbudzić jego litość. "Jednak władza nie zna litości - pisał - gdyż władza dąży do spełnienia Prawa. Widząc, jak sam siebie karzę, ojciec utwierdzał się tylko w pewności, że jestem winny. Kara sankcjonowała winę" (s. 113).


Powrót do świata sprzed upadku

    Ale czy władza nie zna litości dlatego, że dąży do spełnienia Prawa? Czy bunt Franza tylko dlatego okazał się nieskuteczny? Czy też dlatego, że ojcowską władzę przeżywał w sposób głęboko dwuznaczny? Nie tylko go odpychała, lecz również przyciągała; wydawała się zarówno okrutna, jak i opiekuńcza, była nie tylko piekłem, lecz również niebem. Franz mówi o tym wystarczająco jasno, kiedy opowiada o szczelinie, jaką dostrzegł w gmachu ojcowskiej potęgi: "Zbyt wcześnie spojrzałem przez tę szczelinę, a to, co zobaczyłem, przeraziło mnie i sprawiło, że raz na zawsze poczułem się wypchnięty z rajskiego kręgu" (s. 111). Ojciec zatem reprezentował świat sprzed upadku, gdzie człowiek mógł Najwyższą Istotę darzyć dziecięcą ufnością, gdzie "kochać - znaczyło być posłusznym" (s. 112). Dlatego zapewne Franz poniósł klęskę w zmaganiach z ojcem. Poniósł klęskę, bo widocznie chciał ją ponieść; w jego świadomości posłuszeństwo aż po ukorzenie się przed niewytłumaczalną przemocą skojarzone jest z rzeczywistością sprzed upadku. "Może dzięki temu, że poddajemy się prawom i sądowi, które są dla nas nieprzeniknioną tajemnicą - tłumaczy swojej przyjaciółce Grecie - wciąż jeszcze przebywamy w Raju, choć sami o tym nie wiemy" (s. 170).
    W psychologicznym wymiarze świat sprzed upadku to świat niewinnego dzieciństwa, gdzie istota ludzka nie musi jeszcze wybierać między dobrem a złem ani podejmować żadnych decyzji, świat bezpieczny i prosty. Z takiego świata przerażony życiem Franz albo nigdy nie wyszedł, albo zawsze pragnął doń powrócić. Zapłacił za to ogromną cenę. Ten bowiem, kto matkę czy ojca widzi w rajskim ogrodzie, nigdy nie stanie się dorosły. Usiłując w nim pozostać i uniknąć wygnania, Franz musiał podporządkować się ojcowskiej władzy. Ta zaś uwięziła go w nieustannym poczuciu winy i kazała żyć w głębokim lęku przed wewnętrznymi i zewnętrznymi prześladowcami. Znalazł się nie w raju, lecz w domenie wiecznego Oskarżyciela i stracił samego siebie.
    Oskarżony, nie mógł sięgać po swój królewski płaszcz, mógł o nim tylko skrycie marzyć. Królowanie nie oznaczało dla niego dojrzałości i panowania nad sobą, ale ucieczkę ku dzieciństwu i światu iluzji. Rezygnując z wszelkiej władzy, Franz rezygnował również z walki. Pozostawała mu tylko ucieczka i "samozniszczenie", które, zgodnie z paradoksem ofiary, "miałoby być jedynym możliwym aktem ocalenia" (s. 330). Uciekał przed Mileną, w której Maks widział życiodajną siłę. "Los w osobie M. - pisał do Franza - wyciąga do ciebie rękę. Wybór między życiem a śmiercią należy do ciebie" (s. 249). Franz jednak wybrał śmierć. Lęk przed przemocą - tą, której doznajemy od innych, i tą, która tkwi w nas samych - okazał się silniejszy od życia. Samobiczowanie było przybieraniem barw ochronnych. Była to wiara, rozpaczliwa i w gruncie rzeczy iluzoryczna, że samooskarżenie chroni przed oskarżeniami innych, a cios zadany samemu sobie, wyprzedzi ciosy zadawane przez świat.
    Królewski płaszcz, którym Bolecka otula swego bohatera, spada z jego ramion, jest tylko jak kojący obraz świetlistej plamy światła na podłodze, kiedy Franz obserwuje "psa grzejącego się w cieple chłodnego jesiennego słońca i jego wędrówkę za światłem, którego źródło promieniowało daleko, poza nami" (s. 201). Podobnie jak ów pies, Franz wędruje za światłem, lecz biernie i bez przekonania. "Ty widzisz świat zanurzony w pustce - woła zniecierpliwiona jego apologią ofiary Greta - człowieka na stosie gruzów, w niekończącym się upadku, pogrążonego w rozpaczy, ale natura nie wierzy w upadek. Zobacz, jak leśny bluszcz porasta butwiejący pień drzewa, jak każdą ruinę prędzej czy później, okryje gęsta trawa, jak rozkwita pustynia, kiedy spadnie deszcz..." (s. 330). Lecz ani słowa Grety, ani jej miłość nie są w stanie wyprowadzić Franza z błędnego koła kata i ofiary. Nie wyprowadza go stamtąd również Anna Bolecka. Rozświetlając mrok życia Kafki, ukazując jego nierozpoznane blaski, pozwala zarazem ciemności zagarnąć światło. Drzewo Życia rozkwita tylko na chwilę, nadzieja, nawet nieskończona, budzi się na krótko, radość, choć prawdziwa, jest ulotna.
    "Trwaj - w ostatnich chwilach życia Franz przypomina sobie słowa skierowane niegdyś do samego siebie - czekaj, aż przeniknie cię słońce, które nagle wypłynie, nadstaw się pod deszcz, niech cię przeszyją żelazne strugi..." (s. 299). Nic z tego. Franz - jak mówi Milena - "powierzył się śmierci" (s. 288). "Martwy nie może być zraniony, nie może też ranić innych" (s. 288). Nie potrafił przyjąć żywiołowego uczucia Mileny ani mistycznej miłości Grety. Natomiast ta zmysłowa kobieta była w stanie wziąć w siebie wewnętrzny chłód Franza. Czuła jego inność, czuła zarazem jego tożsamość ze sobą. "Czy wiesz, Franz, że ja jestem tobą?" - napisała do niego w liście (s. 127). Jedyna spośród związanych z nim kobiet, uświadomiła sobie, "że kochać kogoś to znaczy odnajdywać w drugim to, co w nas najlepsze" (s. 126). Dlatego mogła - świadomie lub nieświadomie - sparafrazować jedno z najbardziej mistycznych powiedzeń św. Pawła i, myśląc o Franzu, o jego obcości w bliskości, powiedzieć: "Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Inny" (s. 324). Tymczasem on, choć wyraźnie w niej zakochany, wybiera Felicję. Nad żywioł zmysłowego uczucia, nad możliwość harmonii i pełni przedkłada abstrakcyjną wspólnotę małżeństwa, której w dodatku się lęka. Dlaczego?


Prawo i Legendy

    Odpowiedź jest prosta. Franz pozostaje w sferze prawa, które go więzi. Małżeństwo reprezentuje wspólnotę, wspólnota jest domeną ojca, ojciec zaś reprezentuje prawo i posiada moc wydawania wyroków. Greta pochodzi ze świata legend i baśni, Felicja z realnego świata porządku i prawa. Franz wie, że "legendy mają w sobie to, co wilgotne, dzikie i nieoswojone. W nich się można zanurzyć - mówi - bo legendy są z wody, a prawa są z pustyni. Dwadzieścia lat zgłębiałem to, co należy do świata Praw, ale potrzebowałbym czterdziestu, a te nie będą mi dane, aby dotrzeć do Legend" (s. 277). Do Legend nigdy nie dotarli - ani Franz, ani sam Kafka. Dlatego powstały Wyrok, Proces i Zamek, dlatego Felicja, nie Greta, była "prawdziwą narzeczoną". Prawdziwą wobec prawa i wobec samotności Franza. Wspólnota bowiem, wspólnota małżeńska nade wszystko, była dla niego najwyższym, choć abstrakcyjnym, dobrem. Najwyższym, bo przeczuwał w niej możliwość przełamania swojej samotności, pogodzenia się ze sferą Innego, zaspokojenia pragnienia pełni; abstrakcyjnym, bo dalekim, niewyobrażalnym, złowrogim. Wspólnota była jednocześnie sferą miłości i przemocy, teofanią i śmiertelnym zagrożeniem.
    Bolecka wiele miejsca w swojej książce poświęca żydowskiemu teatrowi, który dla Franza stał się źródłem życiowej inspiracji, magicznym miejscem, gdzie wchodził w kontakt ze wszystkim, co było jego głębią i prawdą. Pośród wielu dramatów, fars i melodramatów w teatrze postanowiono kiedyś zagrać sztukę pod tytułem Fałszywa narzeczona. Jest to skomplikowana i wzruszająca historia o zaręczynach młodego człowieka, wrażliwego i uczonego, z "czystą dziewicą, która go kocha" (s. 30). Zaręczyny odbywają się oczywiście zgodnie z wolą ojca, który drżącemu przed jego władzą synowi nakazał zostać kupcem, mimo iż ten "chciałby się poświęcić studiowaniu Księgi" (s. 30). Wygląda na to, że młody człowiek nie kocha wybranej dla niego panny, ale jest najwyraźniej pogodzony z losem. Tymczasem w sztuce pojawia się "fałszywa narzeczona", przyjaciółka "czystej dziewicy", która tak gorąco uwodzi bohatera, że ten przysięga jej miłość. Chór śpiewający za sceną nie pozostawia widzom moralnych wątpliwości: "Gdy raz posłuchasz fałszywego dźwięku dzwonka i pójdziesz za jego głosem..." (s. 34).
    Natomiast uważny czytelnik Kochanego Franza zada sobie pytanie, czy aby prawdziwa narzeczona nie jest w gruncie rzeczy narzeczoną fałszywą. Przecież owa "czysta dziewica", przeznaczona młodemu człowiekowi jakoby przez Boga i ludzi, jest emanacją ojcowskiej władzy i społecznego obyczaju. Jest tworem nie miłości, lecz zasad, nie Legend, lecz Prawa. Podobnie Felicja. Nie została wprawdzie narzucona Franzowi przez ojca, ale przez nieco abstrakcyjne marzenie, w którym więcej niż autentycznego uczucia było tęsknoty za wspólnotą i poczucia powinności wobec ideału małżeństwa. "Już od dawna Franz zdaje sobie sprawę - zauważa psychoanalityk Hugo - że kocha Felicję nie tę rzeczywistą - z krwi i kości - lecz tę w Masce Miłości" (s. 179-180). "Prawdziwa" narzeczona zatem, na scenie i w życiu, pochodzi ze sfery zbiorowej prawdy narzuconej autentycznemu ja bohatera. Narzeczona "fałszywa", przyjaciółka "czystej dziewicy" w żydowskim teatrze, podobnie jak Greta, przyjaciółka Felicji zaręczonej z Franzem, uosabia impuls prawdziwej miłości, obejmującej i ciało, i duszę. Jest zwiastunem pełni między kobietą a mężczyzną, nie urzeczywistnionej wprawdzie, ale autentycznej. W przeciwieństwie do narzeczonej "prawdziwej" jest drgnieniem życia i promieniem światła; symbolizuje wyjście z labiryntu winy, któremu patronuje autorytet ojców.
    Autorytet ojców jest pusty. Dlatego swoim ciężarem dławi nie tylko Franza, lecz również Gretę, Milenę, aktora Loeba i cały świat powieści Anny Boleckiej. Dlatego opiera się na przemocy, nie na mądrej królewskiej władzy. Nie jest ani rozumny, ani zrozumiały: działa na podstawie tajemniczego i niepojętego prawa, którego sens przestał być już czytelny. W słynnym Liście do ojca Kafka podkreśla, że nie był pewien ani jednej rzeczy i potrzebował od każdego momentu potwierdzenia swego istnienia. Czuł się "prawdziwie wydziedziczonym synem"3. Wątki wydziedziczenia i wygnania często pojawiają się w wynurzeniach bohaterów Kochanego Franza. Prawie nikt z nich nie jest na swoim miejscu, prawie każdy czuje się wykorzeniony z fizycznej czy duchowej przestrzeni. Tak często widzą siebie ludzie, którzy pozostają w sferze oddziaływania pustego autorytetu. Jeżeli natomiast autorytet prawa, tradycji czy religijnej wiary jest nośnikiem sensu, tworzy więź między wszystkim, co człowieka poprzedza, a jego codziennymi poczynaniami i najważniejszymi decyzjami. Pozwala zakorzenić się odpowiedzialności.
    Ani Kafka, ani Kochany Franz nie potrafili wziąć odpowiedzialności za swoje życie. W tym leżała ich niedojrzałość. Jej źródła były głębsze niż rodzinne relacje i patologiczne rysy osobowości. Nie wyjaśni tej niedojrzałości strachliwość, przewrażliwienie czy neurastenia. Jednym z fundamentów odpowiedzialności jest wolność, innym zdolność współżycia z ludźmi, jeszcze innym wiara, która pozwala łatwiej znosić świadomość grzechu i zła. Natomiast kiedy wiary brak, kiedy w kulturze czy w życiu jednostki powstaje rozbrat między symbolami i dogmatami a teofanicznymi przeżyciami, które były ich podstawą, grzech i jego świadomość stają się labiryntem, skąd nie ma wyjścia. Prawo zaś, zamiast objawiać wolę Boga czy odsłaniać człowiekowi wartości, zmienia się w mur oddzielający go od sensu. I wówczas staje się po prostu fasadą libido dominandi, czyli przemocy4. Przemoc ze swej strony zniewala człowieka i niszczy w nim poczucie odpowiedzialności.
    Wróćmy do Kochanego Franza i zatrzymajmy się na chwilę przy symbolicznej historii Loeba, aktora żydowskiego teatru, po trosze uczonego w Piśmie, po trosze kabalisty, człowieka ponoć grzesznego i upadłego. Loeb uczynił to, na co Franz nie mógł się zdobyć - przeciwstawił się ojcu. Zerwał z nim i z reprezentowaną przez niego żydowską tradycją religijną. Odszedł z rodzinnego domu, by zostać aktorem i bez skrępowania zanurzyć się w zaczarowanym języku jidysz, który ogarnął go "niczym żywa ciepła fala" (s. 42). Jidysz był dla Loeba znakiem i miejscem prawdziwej wspólnoty, gdzie nikt nie musi wstydzić się swojej odmienności; dla Franza - odblaskiem świętości i źródłem wiary, która pokonuje lęki i sprawia, że człowiek nie czuje się z niczego wykluczony (s. 42). Ale w świecie Kafki i w świecie powieści Boleckiej każde zerwanie z tradycją ojców jest grzechem, powtórzeniem nieposłuszeństwa pierwszych rodziców, które doprowadziło do ich wygnania. "Grzech zaczął się wtedy - wyznaje Loeb - kiedy po raz pierwszy poszedłem do żydowskiego teatru i uwiodła mnie słodka melodia żargonu" (s. 44). "Wchłaniając jidysz płynący ze sceny żydowskiego teatru, jak pokarm potrzebny mi do życia, szykowałem własne wygnanie" (s. 43).
    Loeb daje do zrozumienia, że ucieczka z rodzinnego domu do żydowskiego teatru, choć oznaczała wygnanie, nie była wyborem śmierci, lecz życia. Wprawdzie wbrew woli ojca zdecydował się zostać aktorem, ale tym samym nie zerwał owocu z drzewa wiadomości dobrego i złego: "Moja pokusa nad pokusami nie była pożądaniem wiedzy, ale uczestnictwa" (s. 43). W historii Loeba odbija się los Franza. Wynika z niej jasno, choć nie bezpośrednio, że świat ojca, zanurzonego w żydowskiej tradycji rabina, nie był mimo pozorów światem wspólnoty i żywej wiary. Był to najprawdopodobniej zimny i martwy świat powtarzanego od stuleci obyczaju, świat niezrozumiałego prawa i pustego autorytetu, który dysponował już tylko władzą karania za grzechy, nie zaś siłą przekonywania. Dlatego Loeb stamtąd uciekł, grzesząc przeciw tradycji. Lecz grzech w tym przypadku, podobnie jak fałszywa narzeczona, okazał się głosem życia. Nie był grzechem prawdziwym, ponieważ jako wina zadekretowany został przez pusty autorytet, w ostatecznej instancji przez Oskarżyciela.
    Teatr w powieści Anny Boleckiej należy do sfery Legend, nie Prawa. Ten teatr - pisze Franz do przyjaciela - "porywa mnie prostotą i głębią swojej mądrości. W nim jest talmudyczna melodia ścisłych pytań, zaklęć i objawień" (s. 33). Z teatrem związane są ważne postaci książki, przede wszystkim Loeb, którego "sztuka wypływa z tych źródeł, gdzie religijność jest wielką potrzebą serca" (s. 10). Mimo iż Loeb mieni się człowiekiem upadłym, jest jednym z duchowych mistrzów Franza. Wprowadza go w tajniki Talmudu i kabały, uczy mistycznych ćwiczeń i wskazuje drogę ku Bogu. W teatrze Loeba Franz czuje się "przebudzonym Żydem" (s. 14). Z teatrem pośrednio związana jest również Dora. Wprawdzie aktorką zostaje dopiero po śmierci Franza, kiedy wraz z zespołem teatralnym emigruje do Palestyny, ale jeszcze za jego życia ujawnia swój talent. Śpiewa i tańczy, a jej głos i ruch całego jej ciała wyczarowują świat żydowskiej tradycji.
    Dora, podobnie jak Loeb, dusiła się w tej tradycji i uciekła ze swego rodzinnego miasteczka. Pozostała w niej jednak w tajemniczy sposób zakorzeniona i z żydowskiej religijności wyniosła to, co żywe. W świetle Prawa i Dora, i Loeb, jako odszczepieńcy, są w sferze "fałszywej narzeczonej", w świetle Legend natomiast reprezentują prawdę i życie. Podobieństwo między nimi jest uderzające. Dora ma głos śpiewny "o tonach tak głębokich, jakby przemawiała przez nią cała mądrość dawnych proroków" (s. 264); ich zapomniane głosy przywodzi Franzowi na myśl synagogalne brzmienie mowy Loeba (s. 20-21)5. Oboje są zwiastunami żywej przeszłości, wysłannikami świata Legend, który w naznaczonej Prawem "ziemi jałowej" Franza stanowi możliwość duchowego i uczuciowego odrodzenia. Niestety tylko możliwość, niezrealizowaną jak wiele innych. Teatr, miłość, poszukiwanie Boga są zaledwie krótkimi przebłyskami światła w życiu sparaliżowanym śmiertelną chorobą.
    Teatr jest tylko teatrem - brutalnie przypomina Franzowi jego przyjaciel Maks - "to nie działo się naprawdę" (s. 206). W "nieprzeżytym, wzgardzonym" przez Franza życiu nie tylko świat żydowskiego teatru nie był prawdziwy. Prawdziwe nie było ani narzeczeństwo z Felicją, ani romans z Gretą, ani plany wyjazdu do Palestyny. Prawdziwe były tylko wina i przemoc. Nawet Greta, która emanującej z Franza wizji pustki i śmierci usiłuje przeciwstawić swoją wizję odradzającego się życia, zostaje naznaczona jego chorobą. Ta młoda kobieta, która kiedyś "kochała ciepło, południowe kraje, słońce" (s. 120), później już widzi świat "jako otchłań, która niechybnie nas pochłonie" (s. 314). Po nieudanym romansie z Franzem, po tajemniczej śmierci jego i jej dziecka traci wszelką nadzieję i w końcu - jak pisze jej dawny przyjaciel Wolf - udaje jej się "uciec w śmierć" (s. 315).


Słabość Początku, potęga Winy

Przebłyski światła, które rozświetlają życie Franza, przychodzą na ogół z przeszłości. Z przeszłości wynurza się żydowski teatr, gdzie "odzywa się poezja tak dawno zapomnianych, ukrytych na dnie naszej duszy obrazów" (s. 29), z przeszłości taneczno-śpiewne zaklęcia Dory wydobywają świat ginącej żydowskiej tradycji, z przeszłości płynie inspiracja wyjazdu do Ziemi Obiecanej, z przeszłości wreszcie czerpie soki miłość Grety do Franza. "Byliśmy jak w dalekiej, zapomnianej przeszłości - notuje Greta w pamiętniku - kiedy wszystko było prawdziwe, bliskie, pulsujące żywą krwią" (s. 323). W powieści Anny Boleckiej mamy zatem do czynienia z wizją par excellence konserwatywną: prawda i dobro istnieją przede wszystkim in illo tempore, sfera jasnego, pełnego życia Początku przeciwstawiona jest pogrążonej w mroku i dotkniętej umieraniem teraźniejszości. Niewiele jednak z tego wynika. Z dawnego czasu dochodzą wprawdzie promienie światła, ale nie rozświetlają one ciemności, nikogo i niczego nie pobudzając naprawdę do życia. Miłość Grety do Franza pozostaje nie urzeczywistniona, zrodzone z niej dziecko umiera, żydowski teatr jest tylko pięknym, choć budzącym głębokie echa, obrazem, królewski płaszcz symbolem nierealnej przestrzeni marzeń z krajobrazu dzieciństwa, schronieniem przed okrutną władzą Ojca.
    Ta ułomna wizja konserwatywna wydobywa bolesną prawdę o Kafce. W jego "nieprzeżytym" i "wzgardzonym" życiu, z wyjątkiem literatury tak nietwórczym, nie było miejsca ani możliwości na realizację marzeń ze sfery Początku. Gdyby nawet ta sfera istniała w nim tak wyraźnie jak w świadomości Kochanego Franza, zostałaby w niej zapewne zniszczona i pogrzebana. Kafka był przecież człowiekiem, który tak stłumił swoją wolę życia i pozwolił poczuciu winy pustoszyć własne wnętrze, że wszystko, czego się dotknął, prędzej czy później umierało. Oskarżyciel i Prześladowca obezwładnili go i niemal całkowicie nim zawładnęli. Kiedy żył miłością Dory, kiedy wreszcie poczuł bliskość i oddanie kochającej go kobiety, był już "umówiony" ze śmiercią. To tylko jeden z wielu paradoksów jego życia.
    Te paradoksy przeniknęły w świat Kochanego Franza, budując jego sens i strukturę. Dlatego czasami tak trudno znaleźć w nim drogę pośród sprzeczności, które wydają się jednocześnie coś tworzyć i niszczyć, utrudniając jego zrozumienie. Problem przemocy i ojcowskiej władzy, na przykład, pokazany jest z tak różnych stron, tak wiele zawiera sprzecznych i znaczeniowo niejasnych elementów, że nie sposób uchwycić jego istoty. Wiadomo oczywiście, że przemoc jest złem, które niszczy życie Franza. Ale czy przemoc wypływa tylko z ojcowskiej dominacji? Czy Franz pada ofiarą pustego autorytetu ojca czy własnej słabości? Czy wyrzekając się wszelkiej władzy, stępia jej ostrze czy, przeciwnie, stwarza zewnętrznym i wewnętrznym agresorom dogodne pole działania i zaprasza ich do ataku - to wszystko nie jest bynajmniej jasne.
    Równie zawikłana jest sprawa winy. Franz jest jednocześnie winny i niewinny. Winny wzgardzenia życiem, niewinny, ponieważ świadomość winy została mu narzucona siłą. Winny wyobcowania z ludzkiego świata, niewinny, ponieważ ten świat zadawał mu zbyt głębokie rany. W kategoriach religijnych winny odrzucenia Łaski, a zarazem niewinny, ponieważ padł ofiarą Oskarżyciela. Bez względu jednak na to, czy odrzucenie Łaski jest aktem wolnej woli czy rezultatem przemocy, zazwyczaj prowadzi człowieka do miejsc, gdzie nie dociera Dobro, czyli do piekieł. Na tym zresztą nieodmiennie koncentrują się, czasami udane, czasami nieudane, zabiegi Oskarżyciela. U Kafki dopiął on swego, tworząc wraz z nim labirynt myśli i uczuć, pozbawiony ciepła i współczucia, oddany w pacht nieubłaganym prześladowcom. Z tego labiryntu nie ma wyjścia. Nie ma również wyjścia z labiryntu paradoksów Kochanego Franza.
    Pragnąc zachować wierność rzeczywistości Franza Kafki, Bolecka nie chce stawiać kropek nad "i". Jej powieść, pod pewnymi względami bliższa poezji niż prozie, jest "kolista" i wymaga kilkakrotnej lektury. Każde nowe odczytanie przynosi nowe znaczenia. Wzbogacają one mikrokosmos Kochanego Franza, lecz nie zawsze go wyjaśniają i porządkują. Sprzeczności i paradoksy pozostają, mnożą się i pogłębiają. Ale w tej ciepłej, delikatnie miłosnej prozie jest ich znacznie mniej niż u samego Kafki, gdzie wieloznaczny i zimny obraz świata ukształtowany jest przez głębokie niezdecydowanie. Kiedy Kafka dawał Maksowi Brodowi rękopis Procesu w kopertach, z których każda zawierała jeden rozdział powieści, a na 16 rozdziałów tylko 9 było skończonych6, nie czynił tego zapewne z chęci spłatania przyjacielowi figla, lecz właśnie z niezdecydowania. Poza winą, udręką i przemocą nie znał właściwie życia i go nie rozumiał.
    Ani świat Kafki, ani świat Kochanego Franza nie są spięte klamrą sensu; zbyt wiele w nich miejsc niedookreślenia, zbyt mało rozstrzygnięć. Ten pierwszy wydaje się w znaczenia ubogi, nawet ascetyczny; ten drugi - bogaty i wybujały. Skąd ta różnica? Światem Kafki rządzi wina i rozpacz, światem Kochanego Franza - miłość do głównego bohatera. I tu zapewne tkwi podstawowy sens tej pięknej powieści, tu leży źródło pulsującego w niej życia. Bo czy jej właściwym bohaterem jest na pewno Franz czy uczucie i współczucie autorki wobec niego? Królewski płaszcz wprawdzie spada z jego ramion, ale Bolecka próbuje go nim okryć. Pełen lęku i sparaliżowany w swoich uczuciach Franz, który nie tylko cofa się przed życiem, ale niszczy je z niepojętym okrucieństwem, jest dla niej mimo wszystko kochany. Żadna biografia nie przybliżyła mi tak Kafki, nie pokazała tak intymnie jego dramatu i cierpienia. Bolecka potraktowała go nie jak "proroka", którego każde słowo jest święte, ponieważ objawia pustkę czy śmierć Boga, lecz jak żywego człowieka, któremu trzeba pomóc. Gest to kobiecy w najlepszym tego słowa znaczeniu, a zarazem po prostu ludzki, być może bardziej twórczy niż swoista "beatyfikacja" Kafki dokonana przez Maxa Broda czy teologiczne tour de force Gershoma Scholema, wielkiego znawcy kabały, który w Kafkowskiej "ziemi jałowej" chciał zobaczyć objawienie Boga.


KRZYSZTOF DOROSZ, ur. 1945, eseista. Wydał Maski Prometeusza (1989).


Przypisy
    1 Warszawa 1999.
    2 Kochany Franz, op. cit. Wszystkie numery stron podane w nawiasach odnoszą się do tego wydania.
    3 List do ojca, Warszawa 1979, s. 40.
    4 Zob. Eric Voegelin, The Ecumenic Age, Baton Rouge 1974, s. 254-265.
    5 Można się domyślać, że żydowski teatr jest dla Franza nie tylko znakiem powrotu do źródeł żywej tradycji dawnych proroków, stanowi również możliwość dotarcia do warstwy głębokich uczuć ukrytych pod pancerzem rozumu. Teatr jest szczególnym "pierwiastkiem muzycznym" Kochanego Franza. Warto więc odnotować, że zdaniem Bohdana Pocieja, wybitnego muzykologa i filozofa muzyki, muzyka naszej kultury ostatnich piętnastu wieków "wywodzi swoją myśl, teorię, koncepcję, dyscyplinę i formę z Grecji; natomiast to, co emocjonalne, ekspresyjne, ekstatyczne - ze Wschodu, głównie z tradycji żydowskich śpiewów synagogalnych". Zob. Bohdan Pociej, Muzyka wobec trzech porządków, "Znak" nr 439, grudzień 1991, s. 110.
    6 Zob. Ritchie Robertson, Kafka: Judaism, Politics and Literature, Clarendon Press, Oxford 1987, s. 87-88.

   1998-2000 Verbanet s.c.