SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
-
styczeń, nr 536
-
luty, nr 537
-
marzec, nr 538
-
kwiecień, nr 539
-
maj, nr 540
-
czerwiec, nr 541
Fundacja
Księga gości
Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej
księgi gości.
Dziękujemy!
|
 |
W kwietniowym numerze "Znaku" opublikowaliśmy esej Krzysztofa Dorosza Myśl wysoka - styl wysoki, któremu towarzyszyła dyskusja z udziałem Elżbiety Wolickiej, Ryszarda Krynickiego, Henryka Markiewicza, Mieczysława Porębskiego, Stanisława Rodzińskiego, Mariana Stali, Karola Tarnowskiego, Łukasza Tischnera i Adama Wiedemanna, a także artykuły Teresy Walas, Andrzeja Osęki, Piotra Śliwińskiego i Michała Pawła Markowskiego. Poniżej zamieszczamy odpowiedź Krzysztofa Dorosza na zarzuty Polemistów.
O CENTRALI RYBNEJ I METAFIZYCE NEGATYWNEJ
Krzysztof Dorosz
|
Pewnego razu w mieszkaniu Antoniego Słonimskiego zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się natarczywy kobiecy głos.
- Czy to centrala rybna?
- Nie - odpowiedział poeta zgodnie z prawdą.
- Nie? To dlaczego pan podchodzi do telefonu?
Logika tego stwierdzenia była zniewalająca - zanotował później Słonimski. - Rzeczywiście, jeżeli nie jestem centralą rybną, nie powinienem podchodzić do telefonu.
Ta anegdota przypomniała mi się przy lekturze niektórych wypowiedzi autorów polemizujących z moim esejem Myśl wysoka - styl wysoki zamieszczonym w kwietniowym numerze "Znaku" oraz z tekstem Adama Zagajewskiego z 65 numeru "Zeszytów Literackich". Jedni snuli uczone dywagacje, inni imputowali nam intencje dalekie od rzeczywistych i potępiali nas za grzechy wcale nie popełnione. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że dostawaliśmy cięgi przede wszystkim za to, że nie myślimy kategoriami naszych polemistów. Nic w tym zresztą osobliwego. Jakże często przedmiot dyskusji zmienia się na naszych łamach w mentalną plamę Rorschacha, na którą zainteresowani rzutują swoje własne kryteria poprawności intelektualnej. Ot, na przykład, Adam Wiedemann, zarzuca nam, że chcemy "uciec od dotkliwości świata", Elżbieta Wolicka twierdzi, że piszę "filipikę przeciwko kulturze masowej", a Teresa Walas oburza się, że zajmuję postawę skrajnie niehermeneutyczną". Niehermeneutyczną? Ha, cóż z tego? Wszak nie jestem "centralą rybną".
Dyskusja na temat fundamentalnych wartości i kierunków kultury wychodzi poza zaklęte koło heremeneutyki i sytuuje się w tak zwanej "przestrzeni aksjologicznej", gdzie zasada "credo ut intelligam" z konieczności rzeczy stoi ponad wymogami czystej interpretacji. Z odczytania nagiej faktyczności czy z interpretacji sensów, które jako sensy właśnie zostały w XX wieku zakwestionowane, nie trysną wartości - ani moralne, ani estetyczne. Tymczasem, zdaniem Teresy Walas, postawa hermeneutyczna to najwyraźniej Bardzo Dobra Rzecz. Zapewne. Ale nie w każdym salonie.
Adam Wiedemann, elegancko nie odmawiając mi "pewnych racji", wyraża zdecydowane wątpliwości, czy istnieje jakikolwiek sposób realizacji moich postulatów, "nie mówiąc już o ich egzekwowaniu". Ależ zgoda. Dzielę te wątpliwości. Dlatego właśnie nie formułowałem w swoim tekście żadnych postulatów, a tym bardziej nie mówiłem o ich egzekwowaniu. Widać mój polemista pominął ostatnią część eseju, gdzie bardzo wyraźnie podkreślam znaczenie wolności. Podkreślam dlatego, że wolność uważam nie tylko za jedną z fundamentalnych wartości, ale za fundament wartości w ludzkim świecie. Wiem doskonale, że egzekwowanie czegokolwiek wbrew naszej woli staje się nieuchronnie zniewoleniem. Wiem, że wartości mogą powstać tylko w wyniku naszych nieskrępowanych decyzji. Dlatego nie mogłem i nie chciałem wdawać się w żadne konkrety, nie mogłem i nie chciałem puszczać wodzy praktycznej wyobraźni i zastanawiać się nad możliwościami realizacji bliskich mi ideałów. Tymczasem wszyscy moi polemiści pominęli ów wolnościowy akcent mojego tekstu, zarzucając mi brak zakorzenienia, błądzenie w chmurach i tęsknotę za przeszłością. Znów więc okazało się, że nie jestem "centralą rybną".
Tylko Marian Stala nawoływał, choć bez większego skutku, by zastanowić się, o co naprawdę chodzi mnie i Zagajewskiemu, w którego myśl usiłował się wczytać Piotr Śliwiński. Ale ten sam Marian Stala zarzuca mi pragnienie wyrugowania zła ze sztuki. "Bądźmy sprawiedliwi - przychodzi mi w sukurs profesor Markiewicz - Dorosz pisze nie o eliminacji, a o przywróceniu właściwych proporcji". Istotnie. Odnośny rozdział mojego tekstu nosi tytuł "Zachwianie równowagi między dobrem a złem". Przywołuję tam słowa Hamleta, który powiada, że człowiek to "tylko kwintesencja prochu" - słowa, które stały się jednym z przewodnich haseł naszej współczesnej kultury - i przypominam, że ten sam Hamlet nazwał człowieka arcydziełem i koroną stworzenia.
A skoro o Hamlecie mowa, warto zacytować biorącego udział w redakcyjnej dyskusji Mieczysława Porębskiego, który mówi, że "styl wysoki może się objawiać nawet w kłębowisku ciemności". Niewątpliwie. Jednym z najlepszych tego przykładów w kulturze europejskiej jest właśnie Szekspir. W szekspirowskim "kłębowisku ciemności" objawia się nie tylko wysoki styl, ale wysoka myśl. Przedstawiona przez niego ciemność (a tej nam przecież nie szczędzi) jawi się wobec światła, zło - w kontekście dobra, a zbrodnie, przemoc i horror ludzkiego życia - na tle metafizycznego horyzontu. Pod warunkiem, że nie narzuca się Szekspirowi dwudziestowiecznych interpretacji, w których Hamlet, Król Lir czy Makbet są opowieściami o bezsensownym świecie, gdzie niepodzielnie rządzi wielki mechanizm absurdu i zła. Zwracam również uwagę moim polemistom, którzy zarzucają mi idealistyczne mrzonki o świecie dobrych duszków, że w moim tekście waloryzuję zło, którego przeżycie rozsadza ramy naturalistyczno-realistycznej kultury i otwiera drogę ku wymiarowi metafizycznemu...
Dość. Nie zamierzam przeprowadzać dokładnej egzegezy własnego tekstu, by dowieść, że nie jestem "centralą rybną". Nie zamierzam tego czynić zwłaszcza na benefis Teresy Walas, która popadła w stan takiej irytacji, że nie tylko ciska intelektualne gromy na moją głowę, ale odsądza mnie od czci i wiary, formułując moralne zarzuty godne dużo gorszej sprawy. Ich lista jest długa, ich treść pełna jadu, ich kontekst pełen zgorszenia. Oto więc zarzuca mi Teresa Walas obłudę, "retoryczną teatralizację dyskursu", "lekceważące zamknięcie się na cudze doświadczenie", przemawianie "wzburzonym głosem guwernantki", a zarazem "prokuratorski ton", ahistoryzm, tendencyjność, normatywizm, filisterstwo, doktrynerstwo, miotanie obelg, trzymanie się kurczowo regresywnej utopii, zacietrzewienie, posunięcia "moralnie podejrzane" i "skłonność do niezupełnie czystych zagrań". Cóż, mam poważne wątpliwości, czy ten stek wyzwisk należy do zupełnie "czystych zagrań" i czy mieści się w dobrych polemicznych obyczajach kultury europejskiej. Przypomina mi raczej styl "filozofowania" Włodzimierza Iljicza Lenina i jego rozlicznych uczniów, którzy pałając "słusznym gniewem", określali swoich przeciwników mianem już to "zaplutych karłów reakcji", już to "psów łańcuchowych imperializmu". Na szczęście te kwieciste epitety, wtłaczane niegdyś w głowy obywateli PRL, nie są już dzisiaj de rigeur. W artykule Teresy Walas jest nawet kilka ciekawych rzeczy, o których można by porozmawiać, są one jednak zbyt zaplątane w "oskarżycielski ton rozhisteryzowanej guwernantki", która zapałała chęcią mordu, by można było podejmować merytoryczną dyskusję.
Równie oskarżycielski jest krótki tekst Michała Pawła Markowskiego, który porusza kwestię zależności między stylem niskim a wysoką myślą. Także w tym wypadku dyskusja nie jest możliwa, ponieważ autor przyjął na siebie rolę nie tylko oskarżyciela, ale również sędziego i wykonawcy wyroku. Jego wypowiedź, najwyraźniej wzorowana na prastarej zasadzie "Roma locuta causa finita", na szczęście nie posiada mocy wykonawczej, wówczas bowiem zamiast pisać te słowa płonąłbym pewnie na stosie. Markowski z niezachwianą pewnością siebie stwierdza, że mój esej "poświęcony jest w gruncie rzeczy kwestii decorum" i nazywa go "prawdziwą skarbnicą klisz ťspirytualistycznychŤ". Zalicza mnie do "ideologów pośledniego gatunku", wytykając, że - poza Tillichem - powołuję się na myślicieli drugiego czy "trzeciego rzędu". Zaiste, imponujący jest ten filozoficzny ranking. Nie pozostaje mi nic innego, jak pogratulować autorowi niepośledniej władzy sądzenia graniczącej z nieomylnością. Wypada zarazem żałować, że skoro tylko Tillich zasłużył na jego wyróżnienie, jako myśliciele drugiego i trzeciego rzędu poza nawiasem znaleźli się przywołani przeze mnie Plotyn, Mistrz Eckhart, św. Bonawentura czy Grzegorz z Nyssy. Cóż, tako rzecze Michał Paweł Markowski.
Zostawmy jednak na boku polemiczne utarczki i spróbujmy uchwycić istotę naszego sporu. Mam wrażenie, że jest nią afirmowana przeze mnie "metafizyka pozytywna". To ona wydaje się wzbudzać wrogie reakcje moich polemistów. To ona prowokuje oskarżenia o tęsknotę za przeszłością i marzenia o konserwatywnej utopii, ucieczkę od świata i rzeczywistości. To ona jawi się jako coś tak nierealnego i niepokojącego, że uczestnicy dyskusji w "Znaku" wydają się odczuwać przed nią głęboki lęk. Zapewniają mnie i siebie, że nie jest ona w ogóle potrzebna, że wystarczają "perspektywy metafizyczne" (Henryk Markiewicz) lub "niepokój metafizyczny" (Karol Tarnowski). Łukasz Tischner chwali "metafizyczne pytania", a zdaniem Mariana Stali same przebłyski myślenia, "u którego źródeł stoi klasyczne równanie: BYT = PIĘKNO = DOBRO = PRAWDA" to już "naprawdę bardzo dużo". I tu właśnie się nie zgadzamy. Ja uważam, że to jeszcze bardzo mało.
Metafizyka bowiem to sfera arche, czyli pierwszych zasad. Kiedy w Prologu do Ewangelii św. Jana czytamy, że "na początku było Słowo" (po łacinie in principio), często zapominamy, iż "początek" dotyczy nie tyle czasu, co rzeczywistości poprzedzającej czas i stworzenie. W wymiarze religijnym ów początek to właśnie metafizyka. Inne religie wyrażają to inaczej, ale sens jest podobny. Metafizyka dotyczy najwyższej, ostatecznej rzeczywistości, która "jest" ponad bytem. Z czysto ludzkiego punktu widzenia metafizyka to intuicja rzeczywistości niestworzonej, czyli Logosu, i wywodząca się z wiary intuicyjna wiedza o archetypach bytu, czyli tzw. logoi, na Zachodzie określanych czasem mianem semines rationales. W sensie mistycznym metafizyka to doznanie Boga lub przynajmniej piękna, dobra i prawdy jako zasad konstytuujących byt. W perspektywie filozoficznej natomiast metafizyka to nauka, której celem jest określenie prawdziwej istoty rzeczy: sensu, struktury i zasad wszystkiego, co istnieje.
Tych kilka wymienionych powyżej "haseł" uprzytomni być może czytelnikowi, że przeżycia rozpaczy, brzydoty świata, pustki i egzystencjalnego lęku dalekie są od intuicji rzeczywistości ostatecznej i doznania Boga. Waham się nawet, czy można je zakwalifikować do "metafizyki negatywnej". Nie chcę negować wartości niepokojów czy perspektyw metafizycznych. W stosunku do postawy scjentystycznej, zamkniętej na wszelkie przebłyski transcendencji, to bardzo wiele. Ale tęsknota metafizyczna ma w sobie coś z tęsknoty do miłości. Niespełniona i niezaspokojona, pozostanie "tworem z mgły i atramentu" i nie znajdzie sobie miejsca. Nie wystarczą jej ani niejasne "niepokoje", ani doświadczenie trwogi czy bezsensu.
Otwiera się tutaj pytanie, jedno z najważniejszych dla naszej kultury, postawione przez Mariana Stalę: "Czy można dojść do wartości metafizycznych drogą negatywną?" Tak, myślę, że to jest możliwe, ale szalenie trudne. Negatywne doświadczenia mogą (Deo volente) doprowadzić człowieka do niebios, ale do tego trzeba nie lada wyobraźni, woli i wiary. I ciągłych trudnych wyborów. O ileż łatwiej przyjąć, że rozpacz i bezsens jest wszystkim, co nas otacza. O ileż łatwiej pozostać w "bałwochwalstwie pustki", o którym wspomina Piotr Śliwiński. Sądzę, że zbyt łatwo zadowalamy się pustką, a nawet znajdujemy dla niej usprawiedliwienie. Nieraz w rozmowach z przyjaciółmi słyszałem - a nawet kiedyś sam skłonny byłem tak myśleć - że ciemność i rozpacz naszych czasów jest jak ciemna noc duszy opisywana przez mistyków. Nie można tego wykluczyć, ale trzeba pamiętać o jednym: ciemna noc duszy była etapem drogi, która miała swój początek, swoje przeznaczenie i wymagała ogromnych duchowych kwalifikacji, przede wszystkim czystego serca. Nie była przypadkowym zbłądzeniem w ciemnym lesie ani po prostu utratą wiary i sensu.
Podobnie rzecz ma się z nicością, która nie jest bynajmniej jednoznaczna. Jest nicość mistyków, dla których świat jest niczym ze względu na pełnię Boga. Ale jest też nicość "zwykła", przepastna i ciemna, w którą człowiek wpada jak w otchłań. Nie wolno mieszać jednej nicości z drugą. Nie wolno też pochopnie twierdzić, że rozpacz jest przeżyciem metafizycznym prowadzącym człowieka prostą drogą do Boga. Wprawdzie chrześcijaństwo jest wiarą szczególną, która doświadcza Boga ukrzyżowanego i wie, że po śmierci następuje zmartwychwstanie. Ale nie po każdej śmierci. Chrześcijaństwo wie również, że Bóg przychodzi do człowieka, kiedy ten jest ad nihilum redactus, czyli obrócony wniwecz - kiedy jest opuszczony przez ludzi, kiedy utracił sens życia, kiedy jest pogrążony w rozpaczy. Z czego bynajmniej nie wynika, że im gorzej, tym lepiej: że przyśpieszymy nasze zbawienie, żyjąc brakiem nadziei, celebrując rozpad wartości i napawając się absurdem świata. Chrześcijaństwo jest bowiem religią wolności i Łaska nie działa automatycznie. Człowiek musi się na nią otworzyć. Jeśli postanowi zamknąć się w swojej pustce, a w ludzkich poczynaniach widzieć głównie zło, nic się nie zmieni i żadna droga negatywna, żadna trwoga i niepokój nie doprowadzą go do wartości metafizycznych.
Na koniec sprawa utopii. Piotrowi Śliwińskiemu mój szkic wydaje się "namiętną adoracją świata, który przeminął". Nic podobnego. Nigdy nie adorowałem przeszłości. Konserwatywny powrót do niej zawsze uważałem za zgubny; gdyby miał stać się projektem społecznym, byłby katastrofą dla naszej wolności. Sądziłem tylko, że ze świata, który przeminął, można zaczerpnąć pewne inspiracje. Wbrew temu, co pisze Śliwiński, nie czuję się również winny wyrażania pium desiderium w postaci: "ludzkość musi powrócić do wiary". Starałem się tylko kreślić pewne możliwości kultury, mając głęboką świadomość, że możemy je przyjąć lub odrzucić. Akceptuję natomiast zarzut tęsknoty do świata, którego nie ma. Nie sądzę wszelako, by było w tym coś zdrożnego. Śmiem twierdzić, że wiele z tego, co cenne i twórcze, powstaje z tęsknoty do świata czy światów, których aktualnie nie ma. I to nie tylko w sferze sztuki czy kultury. Dość przypomnieć polską opozycję demokratyczną lat siedemdziesiątych. Czyż fundamentem jej działań nie była tęsknota za światem, który przecież w Polsce nie istniał? I czyż mało było "realistów", którzy szydzili z idealistycznych mrzonek działaczy opozycyjnych, perswadując im, że komunizm jest i trwać będzie stulecia. Zdaniem owych realistów wystarczał zapewne "niepokój świadomości społecznej" i "dalekie perspektywy polityczne".
Wiem doskonale, że punktem wyjścia, czy to w działaniu, czy w wyobraźni, jest aktualnie istniejąca rzeczywistość. Nie wynika z tego jednak, byśmy nie mieli jej przekraczać. Zwłaszcza, że dawno minęły czasy oświeceniowego optymizmu, kiedy Alexander Pope mógł napisać "Whatever is, is right". Tymczasem głównym grzechem mojego szkicu okazała się mentalna próba przekroczenia kondycji współczesnej kultury. Dalszym poważnym uchybieniem była niezgoda na uznanie za metafizykę tych przeżyć naszych czasów, które są wynikiem jej dotkliwego braku. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jedno i drugie wywołało poważny niepokój niektórych moich polemistów, innych zaś wprowadziło w stan nieokiełznanego rozjuszenia.
KRZYSZTOF DOROSZ, ur. 1945, dziennikarz, eseista. Autor Masek Prometeusza (1989).
|