70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. De Agostini/Getty

Donikąd

Miejsca istnieją, dopóki patrzą na nie wolni ludzie. Inaczej stają się okaleczone.

Na myśl o miejscach, których z jakichś powodów nie można odwiedzić, przyszły mi do głowy popularne w Internecie rankingi. Piętnaście najdziwniejszych lotnisk, dziesięć najdroższych krajów, dwudziestu najgroźniejszych bandytów… Właścicielom portali idzie oczywiście o klik­nięcia. I ja, głupi, klikam w to nieraz, bo ciekawią mnie na przykład twarze, a w szczególności oczy morderców. Kiedyś miałem wątpliwą przyjemność wysłuchania mądrości pewnego znanego PR-owca ze stolicy, który przekonywał zebranych, że w takich egzemplifikacjach (nadużywał tego słowa) warto postawić na liczbę nieparzystą, bo wtedy wykazujemy się kreatywnością. A więc siedem najdłuższych tuneli, dziewięć najgłupszych rankingów… Kto odpowie kiedyś za idiotyzmy machiny opartej na wskaźnikach kli­kalności, za nadużywanie cierpliwości czytelnika? Że to się w końcu zmieni, drodzy pijarowcy – wątpliwości nie mam: wystarczy prześledzić coraz żywsze oburzenie czytelników pod podobnymi zestawieniami, zmuszającymi do „przewi­jania” obrazków z krótkimi opisami, zamiast ciągłej lektury. Rankingu więc na pewno nie będzie.

W drugiej kolejności pomyślałem o masywie Ahaggar. I już nie mogłem się od tych wspomnień uwolnić.

2. Oj, wybrałbym się znów w Ahaggar. Ileż razy mnie to pragnienie ogarniało – pojechać znów do Algierii, na samo południe, w te schłostane wiatrem górzyska, w pejzaż tak martwy, że zaczynasz się sobie uważniej przyglądać, kulić pod skałą w obawie, że może jesteś na tej pustyni ostatnim rezerwuarem życia, jedynym dowodem na jego istnienie.

Pustynia absolutna: nie widziałem tam, zaręczam, kępki trawki. Niżej, u podnóża gór – owszem. Tam rozpo­ściera się kamienisto-piaszczysta Sahara z ciernistymi krzewami, dziećmi z kanistrami wyłaniającymi się z pustki do cna wybielonej światłem. Ale w masywie Ahaggar powyżej dwóch, trzech kilometrów nad poziom morza bardziej zło­żone formy życia skapitulowały.

Jeszcze z dziesięć lat temu przyjeżdżały tam grupy spragnionych przygody turystów, głównie z Francji. Obowiązkowym punktem programu było wejście o wschodzie słońca do pustelni położonej wysoko na przełęczy na pła­skowyżu Assekrem.

I ja tak zrobiłem. Było zimno, jak to nad ranem na pustyni. Z kierunku, z którego miało nadejść ciepło, nadzieja na rozgrzanie zgrabiałych palców, wiał lodowaty wiatr. Wspinałem się kruchym zygzakiem drogi prowadzącej do pustelni. Francuzi dopiero się zbierali, dużo niżej. Gdy zbliżałem się do kamiennego budynku, ujrzałem jakby oczekującego na mnie człowieka. Przetarłem oczy ze zdumienia, bo był najwyraźniej blondynem. Może to anioł, przeszło mi przez myśl, przecież one zwykle objawiały się na pustyniach. Gdy znalazłem się jeszcze bliżej, zrozumiałem, że to zakonnik. Stanąłem przed nim. Uśmiechnął się dosyć sucho, podał mi rękę i przedstawił się: „Zbyszek”.

Już wiedział, że kręcę się po okolicy. Informacja na pustyni jest ceniona, a przez to precyzyjna. Zresztą dla­czego ten uprzejmy, wymizerowany Polak siedział w tym piekielnym miejscu? Dlaczego tę okolicę upodobał sobie Karol de Foucauld, zabity w 1916 roku w pobliskim Taman­rasset, twórca reguły zakonnej przyszłego zgromadzenia Małych Braci Jezusa, do którego należał Zbyszek i dwóch jego współbraci z Assekrem?

Teraz rozumiem: przez Ahaggar, przez jego czystość, która za chwilę jawi się jako diaboliczność – jak pustynny miraż, który pozwala lepiej zrozumieć dwoistość swojej własnej duszy. W każdym razie Zbyszek rozmowny nie był. Pamiętam dobrze jedno – pracował skupiony na imadle zainstalowanym tuż na skraju zbocza, nad stro­mizną. Pogrążał się w fizycznej pracy, po bożemu – bez tego obsesyjnego pragnienia kontroli jej efektów, bez zer­kania na zegarek. Przynajmniej tak to wyglądało. A słońce podnosiło się zza zadzierzystych, jakby spopielonych grzbietów i światło rysowało wzdłuż nich wyraźną fosfo­ryzującą obwódkę. Wiatr ucichł, a kotlina dzieląca nas od najbliższego masywu wypełniała się lekkim światłem jak zasilane źródlaną wodą jezioro w oazie. Czarne, osłonięte od światła prekambryjskie turniczki straciły wyraz i wyda­wało się, że gdy słońce wznosi się, one więdną – jak rośliny.

Wróciłbym tam, ale tym razem nie samolotem, który leci przez ciemność i w ciemności ląduje, ale lądem – od Algieru, przez uwieszoną na skałach starożytną Konstan­tynę, a potem na południe do Timimun u podnóża Wiel­kiego Ergu Zachodniego, przez Ajn Salih, aż po Ahaggar brunatny jak skamieniałe serce. Pojechałbym na płaskowyż Tasili Wan Ahdżar i raz jeszcze przespałbym się pod gwiaz­dami różowawymi, wykwitłymi na niebie gęsto jak listki tamaryszku, u podnóża malowideł skalnych, wykonanych przez naszych przodków parę tysięcy lat przed tym, jak na zaoranym przez człowieka polu wzeszło pierwsze proso.

Ileż to razy zerkałem na doniesienia z Sahelu i spraw­dzałem, co się tam dzieje? Im bardziej marzyłem, by raz jeszcze ujrzeć to wyostrzające zmysły spiętrzenie ziemi, tym silniej docierało do mnie, że szybko to nie nastąpi. Najpierw pogranicze malijsko-algierskie opanowało skrzydło Al-Kaidy w Maghrebie. Zaczęły się porwania. Turyści przestali tam przyjeżdżać. Pamiętam maile od jednej z miejscowych agencji podróży z rozpaczliwymi pytaniami o datę kolej­nego przyjazdu, z nieszczerymi zapewnieniami o bezpie­czeństwie. Ale potem było już tylko gorzej.

Z wnętrza kontynentu ruszyła fala pierwszych uchodźców. Ci wsiadali na ciężarówki w Nigrze i szlakiem dawnych karawan przemierzali Saharę przez Libię aż na brzeg dzielącego ich od Europy morza. Pewien człowiek w Jordanii opowiadał mi o tych uciekinierach. Mówił – wy w Europie nie zdajecie sobie sprawy, że ci ludzie nigdy nie widzieli morza. Jak wyobrażasz sobie kosmos? To wszystko ułomne, naiwne wizje. Nawet w smartfonach morze wygląda jak wielkie jezioro. A daleko to jezioro? Daleko. Wszędzie jest daleko. Po drugiej stronie pustyni. Jadą więc. A potem wycieńczeni, ograbieni z pieniędzy stają nad tym jeziorem. I odwrotu nie ma. Za nimi jest wojna.

Wtedy podróżowałem po górach Ahaggar z Ahmedem, Tuaregiem z Tamanrasset. Tamanrasset zapamiętałem jako spore, ubogie, płożące się miasto z białymi krawężnikami przy jezdniach charakterystycznych dla krajów frankofońskich w Afryce. Czuć tam było oddech wnętrza Sahary. Było spokojniej, nie tak furiacko jak na bazarach w Maroku. Maroko to ledwie skraj wielkiej pustki. Jest tam jeszcze miejsce na cwaniactwo. Na suku w Tamanrasset było cicho i spokojnie. W ścinających mroczne korytarze promie­niach wibrowały roziskrzone, jakby płonące cząstki kurzu. Mężczyźni w błękitnych turbanach siedzieli na matach oparci o chłodne mury. Ubrane na czarno kobiety handlu­jące zieleniną miały surowe, czerstwe twarze i przyglądały się obcym z niepokojem. Były chude i kościste. Kręciły się obok nich kozy, zupełnie jak w oazach. Ahmed był pięknym mężczyzną po czterdziestce, ze starannie przystrzyżonym kruczoczarnym wąsem. Przypominał mi, proszę wyba­czyć, samego Alibabę. Przypadliśmy sobie do gustu. Wołał do mnie z rosyjska, trochę niepoprawnie – „Andrej”. Uczył mnie pustyni. Po paru dniach w wielbłądzim siodle posta­nowiłem uprać sobie spodnie i nie miałem ich na czym powiesić. Ahmed ryknął swoim tubalnym śmiechem, wziął je ode mnie i po prostu rozłożył na wydmie. „Ale przecież będą całe w piasku” – zwróciłem mu uwagę. Uśmiał się ze mnie. O świcie były suche i bez ziarnka piasku na materiale. Gdy żegnaliśmy się, uściskaliśmy się jak bracia. Im człowiek starszy, tym jakoś trudniej o żarliwe znajomości i przyjaźnie. Na szczęście to się jeszcze zdarza.

Minęło parę lat. Ahmed co jakiś czas do mnie dzwonił. Mniej więcej co parę miesięcy. Był mi wdzięczny, bo wysłałem mu pocztą śpiwór, o którym marzył. Pracował jako przewodnik z turystami, więc mu się przydał. Był tylko jeden problem – tkwiliśmy przy słuchawkach dobre parę minut, zupełnie się nie rozumiejąc. Trudno było załapać jego angielski w bezpośredniej rozmowie, przez telefon było to niemożliwe. Po prostu wydawaliśmy do siebie plemienne okrzyki z pozdrowieniem i rozłączaliśmy się, gdy któraś strona uznała, że już wystarczy. Kiedy ruszyła pierwsza fala uchodźców, zaczął dzwonić częściej. Z into­nacji głosu i tempa wypowiadanych słów zrozumiałem, że dzieje się coś niedobrego. Któregoś dnia zaczął krzyczeć do słuchawki – wiedziałem, w czym może brać udział. Byłem bezradny. W ogóle go nie rozumiałem. Wysyłałem SMS-y. Nie odpisywał, tylko wściekle dzwonił. Pewnego razu o dru­giej w nocy. Krzyczałem: „Co się dzieje? W Libii? Na Lampe­dusie?”. Słyszałem tylko „Andrej, Andrej!” i silne podmuchy wiatru. W końcu telefon zamilkł. Ahmed, gdzie jesteś?

3. Zamieszkujący część Sahelu Tauregowie, podzieleni sztucznymi granicami państw, to dumny naród z własnym językiem. Kolonizujący tę część kontynentu Francuzi bali się ich jak ognia. Tuaregowie znacznie opóź­nili ten proces. Ahmed wyjeżdżał często do krewnych w Mali i Nigrze, na południu. Niger był moim kolejnym pla­nowanym kierunkiem, ponieważ co roku odbywa się tam Taghlamt, jedna z ostatnich tradycyjnych karawan solnych na Saharze. Ależ to jest widok! Widziałem w National Geo­graphic Channel i na wielu zdjęciach. Setki objuczonych wielbłądów, jak przed wiekami, wyrusza dwa razy w roku w bielmo pustyni Tenere, by dotrzeć do kopalni soli w Bilmie i wrócić z towarem, z jeszcze bielszymi, oślepiającymi pły­tami tego kruszcu. Wędrują o wodzie i garstce daktyli dziennie po osiemnaście godzin na dobę. Druga z ocala­łych karawan, Azalai, przemierza pustkowia Mali. Jeszcze kilka lat temu atrakcją turystyczną dla łowców przygód było spotkanie z Tuaregami w jednej z oaz, a nawet dołączenie do nich na kilka dni. Oczywiście kosztowało to majątek. Islamiści odcięli i te okolice. Licząca blisko dwa tysiąclecia tradycja przetrwa pewnie jeszcze parę lat i zastąpią ją osta­tecznie samochody.

Bojownikom z Al-Kaidy czy później z Państwa Islam­skiego udało się w erze smarfonów zbudować zręby współczesnego jądra ciemności, terytorium zakazanego, do któ­rego można dostać się co najwyżej w przebraniu, zupełnie jak z początkiem XIX wieku, epoki romantycznych ekspe­dycji na Wschód, gdy Johann Ludwig Burckhardt odkrywał Petrę w dzisiejszej Jordanii. Tylko kto przez ostatnie lata odważył się na taki numer? Nikt. Niemiecki dziennikarz Jürgen Todenhöfer, któremu jakimś cudem kalif w Mosulu udzielił pozwolenia na przyjazd, znalazł się tam chyba jako jedyny obcokrajowiec, pod ścisłą ochroną. Inni dziennikarze przypłacili brawurowe decyzje życiem. Los wielu zakład­ników jest nieznany, choćby Brytyjczyka Johna Cantliego, który przez parę lat, wychudzony, występował w propagan­dowych filmach ISIS, opowiadając całkiem przekonująco o urokach życia w kalifacie. Bojownicy niszczyli skarby cywilizacji, jak Palmyrę w Syrii, rozłupali młotami muzea w Iraku i do dziś, co świetnie widać na mapach konfliktu, kurczowo trzymają się kolebki cywilizacji – doliny Tygrysu, w ogóle rzek. Mieliśmy na świecie przez parę lat drugą Kam­bodżę i wzbudzało to nieproporcjonalnie nikłe zdziwienie. Przypominało to przecież wirtual, grę, do której przyłą­czali się zwykle równie odrealnieni zawodnicy z Europy, jak choćby bohater dokumentu Norwega Påla Refsdala Dugma: The Button – Brytyjczyk, dziwak przypominający z tą swoją młodzieńczą brodą kolejne wcielenie Harry’ego Pottera, w jednej ze scen czytający zachodnie portale jak backpacker, który przypadkiem znalazł się z nieaktualnym już przewodnikiem Lonely Planet w kolejnym kraju.

Państwu Islamskiemu przylepiono nadużywane określenie „tak zwane” jako tworowi niezaakceptowanemu przez społeczność międzynarodową. Nie zmienia to faktu, że kalifat posiadał swoje terytorium, walutę i instytucje egzekwujące swoje prawo. Na przykład nabijając ludzkie głowy na placach miast i demonstrując je dzieciom. Armie tego świata były przez lata bezradne wobec grupy oszo­łomów utrzymujących się z ropy i grabieży. Nawet organizatorzy ekscytujących wypraw w strefy konfliktów i do dzielnic slumsów omijali tę czarną dziurę. Omijają – przecież w dniu kiedy piszę ten tekst, pogubieni, naćpani chłopcy z ISIS nadal okupują syryjską Rakkę i wiele innych miast na terenie Syrii i Iraku.

Czasy gdy dziennikarze na najbardziej krwawych frontach, akceptowani przez strony konfliktu, kwaterowali w wygodnych hotelach, odeszły do przeszłości razem ze zniszczonymi przez barbarzyńców zabytkami – świadkami pięknych wydarzeń sprzed paru tysięcy lat, gdy w dorzeczu Tygrysu i Eufratu zboże wzeszło obficiej i ludzie skupili się w pierwszych miastach białych jak ta saharyjska sól, postawili pierwsze świątynie, zigguraty, zapełniali pismem tabliczki klinowe, dzieci poszły do szkoły, i pewnie niejeden uwierzył, że po wiekach tułaczki robi się w końcu na świecie jakoś ludzko.

Wojny, jak ta na Bliskim Wschodzie, kasują starą historię. Zawłaszczają miejsca.

Miejsca istnieją, dopóki patrzą na nie wolni ludzie. Inaczej stają się okaleczone. Zostają tylko armijni siepacze i ci najbardziej bezradni, cywile, jak mieszkańcy syryjskiego Aleppo, których opu­ścili władza i potencjalni sojusznicy. Koczowali w swoim mieście przez sześć lat, ryzykując przekroczenie ulicy, bo z minaretów strzelali rosyjscy blond snajperzy. Najpierw zrzucał na nich bomby Asad, a potem Rosjanie. Nad Syrią zgasło światło. Rodzice patrzyli w to pustynne, rozniecone niebo i opowiadali dzieciom, że czasem spadają z niego nie tylko pociski. Wierzyli, że do nich przyjdziemy. Wyobrażali nas sobie pewnie jako poczciwych ludzi, którzy w takich okolicznościach rzucają wszystko i wyruszają na ratunek. Niestety, mieli tylko nasze smarfony, którymi nagrywali swoje ostatnie chwile na YouTube.

Na mapach zanieczyszczenia sztucznym światłem Syria to wciąż czarna kanciasta plama. Wojciech Szu­mowski, dokumentalista, który spędził w tym miejscu prawie dwa miesiące w czasie największego oblężenia, nie mógł chyba nazwać swojego filmu inaczej niż Aleppo. Notatki z ciemności. Aleppo już nie ma. Odbudowane, będzie nowym miastem, naznaczonym piętnem rzezi, odwrotu arabskiej wiosny, długich zimowych deszczów, które w zauł­kach, gdzie nie dotarli ochotnicy z miotłami i szlauchami, spłukiwały z ulic ludzkie kciuki, uszy i oczy. Za parę lat będzie można pewnie pojechać do odbudowywanego miasta. Po tym starym pozostanie tylko nazwa, słowo, samo w sobie puste, obojętne, odnajdujące często swoje desygnaty już nie w obrębie materii, a w ludzkiej pamięci, ciągle niedostrojonej.

4. Miejsca – konfiguracje przestrzeni – zagarnia sprawnie sam czas, bez pomocy ludzi. Czas potrafi skruszyć nawet wielki statek wyrzucony na piachy pustyni w Namibii. Nie – zasypać, lecz skruszyć. Stalowe straszydła, podziurawione tam gdzie czas najsprawniej dobrał się do materii, po prostu znikają. Rdzewieją, rudy pył wzlatuje w powietrze. Wysychają jeziora. Strzępią się góry, erodują, pękają, odpadają prekambryjskie turniczki w górach Ahaggar. W 2011 roku przechadzałem się z żoną pod słynnym łukiem skalnym na plaży Legzira w Maroku, w pobliżu miasta Sidi Ifni. Wydawał się, przynajmniej w geo­logicznym sensie, wieczny. We wrześniu 2016 roku żona obwieściła mi, że runął – niemal ze łzami w oczach, bo spędziliśmy tam ładne chwile. Znikają te miejsca, którym tak łatwo przypisujemy mylnie właściwość wieczności. Słońce wypali kiedyś Ziemię i ta wyparuje.

Tylko dyktatorzy i ich reżimy mają na ten temat inne zdanie. Wierzą, że ich myśl oprze się czasowi, i w pewnym stopniu im się to udaje. Potrafią zakonserwować miejsca na czas ludzkiego życia, na parę pokoleń. Globtroterzy ciągną do takich krajów. Kochają Kubę. Gdzieś tam w głowie błyśnie niejednemu myśl – niechże po tej soczystej wyspie do końca świata jeżdżą te garbusiki i chevrolety szerokie jak stodoły i niech się ich szybkość nie zmienia, niech sobie po wieczne czasy suną elegancko pustymi autostradami, przy których stoją całe grupy miejscowych, łapiąc okazję. Podróżnicy zawsze chętnie odwiedzali kraje rządzone przez dyktatorów, bo ci łudzą nas, że w gruncie rzeczy nic się nie zmienia, a cały ten zachodni rollercoaster, w którym się kręcimy, to tylko przynosząca zysk zabawa.

Ale przecież dawnej Kuby już nie będzie. Pojawi się nowa Kuba, a więc świat zupełnie przeobrażony. Podobnie Birma. Ostatni raz – po bodaj ośmiu wyjazdach od 2008 roku – pojawiłem się tam w 2013, a więc w chwili gdy po pół wieku marazmu pod rządami junty postępowały prode­mokratyczne zmiany. Birmańscy generałowie mieli jednak mniej szczęścia niż ich sojusznicy z Korei Północnej. Przy­szło im, mianowicie, rządzić w klimacie sprzyjającym roz­kładowi. Jeszcze bardziej niż na Kubie. Zamiast pomników starej cywilizacji zobaczyłem rozchwierutane ruiny, roślin­ność wdzierającą się do okien, wyzierającą spomiędzy cegieł, ściany wymoszczone puchem egzotycznych mchów. Opie­rało im się tylko złoto na kopułach tysiącletnich pagód. Szczerze życzyłem moim birmańskim znajomym wolności, bo sam bez niej bym umarł, a jednocześnie cieszyłem się ze swojej własnej, na chwilę tam odzyskanej – pozba­wiony przez reżim zasięgu w telefonie. Znów nasiąkałem czasem jak gąbka, zupełnie jak w dzieciństwie na wsi. Przy­latywałem do Rangunu rok, pół roku po ostatnim pobycie, wysiadałem z taksówki z lotniska przy Sule Pagoda Road i gdy widziałem brodatego muzułmańskiego sprzedawcę łakoci, siedzącego na plastikowym różowym taborecie w tej pozycji co przed rokiem, czułem, że wszystko znajduje się na swoim miejscu. Władza mogła już tylko patrzeć, jak czas robi swoje albo spróbować mu się oprzeć z pomocą innych, z zagranicy. W końcu więc otwarto kraj. Wszystko ruszyło, zakotłowało się, zadudniło. To już nie była moja Birma.

Kraje reżimowe wyrywają przybysza ze zobojęt­nienia. Tępiąc wolną myśl, zmuszają do refleksji. Koreań­czycy z Północy bronią dostępu do swoich cudów przyrody, choćby Gór Diamentowych. Koreański reżim osiągnął coś znacznie więcej: skutecznie odsunął to skojarzenie. Czy ktoś na myśl o Korei Północnej wyobraża sobie jej przyrodę, usłane kwiatami doliny? Wulkan Pektu-san? Wodospady w Ku˘ mgang-san, jezioro Samil-po? Czy myśląc o Arabii Saudyjskiej, kolejnej krainie zakazanej dla turystów, kon­templujemy majestat największej piaszczystej pustyni na świecie – Ar-Rub al-Chali?

Tyrani nie pozwalają obcym zadeptać swoich włości. Podróżnicy to ubóstwiają.

Działa tu też zwykłe prawo popytu i podaży. No bo przecież miejsce, aby je dostrzec, musi być widać. W dobie ofert linii lotniczych, które gotowe są przewieźć nas na drugi kontynent za równowartość trzech burgerów, o takie okolice coraz trudniej. Masa ludzka obrasta kolejne miejsca, zalepia je, przestają być widoczne – duszą się, znikają. By dać się poznać, miejsce potrzebuje oddechu, przestronności. Dlatego tak często spoglądam na stare fotografie i obrazy. Wyobrażam sobie moją okolicę, patrząc na XIX-wieczny obraz doliny Prądnika w muzeum w Pieskowej Skale, gdy wąwozami u podnóży wapiennych maczug wydeptano dopiero ścieżkę prowadzącą do zasnu­tego mgłą Ojcowa, w którym wieczorem paliły się światła naftówek w chałupach pod wydętym cielskiem zbocza z zębatym grzbietem. Poszedłbym w Tatry z Chałubińskim albo ze Staszicem, gdy na halach można było spotkać tylko gazdów i przespać się przy ogniu w wyziębionych szałasach. Z tego samego względu chciałbym mieć znów nieopodal domu najprawdziwszą pustynię, jaką była Pustynia Błę­dowska: biała jak Tenere w Nigrze, rozłożysta na tyle, że z trudem można było dojrzeć drgającą w upale linię sośniny po drugiej stronie, z przecinającą ją oazą rzeki Białej Prze­mszy, fatamorganą i burzami piaskowymi zasypującymi pobliskie chaty po okna – bo pobyt w głuszy, gdy wiatr spo­kojnie przesypuje ziarnka piasku przez wydmę, uwrażliwia na najdrobniejsze postępujące zmiany i uodparnia na iluzje, którym powszechnie ulegamy. A mieć takie cucące sanktuarium pod domem – to byłoby coś!

Na szczęście są jeszcze fotografie i literatura. Są też rezerwaty przyrody, dzięki którym miejsca wyjątkowe zachowują godność i znikają trochę wolniej. Gdy pewnego majowego poranka grzęzłem po pas w mokrym śniegu na grzbiecie Ornaku w Tatrach, spoglądałem na łuszczastą szreń na bocznej grani Starorobociańskiego, pogodziłem się z myślą, że miejsca jak na tych wszystkich nowo odkry­tych słonecznych globach, istnieją i bez nas, obserwatorów. Tylko jakoś smutniej.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter