70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Oliwia Brzykcy/Agencja Gazeta

Dom, ośrodek czy centrum?

Wiadomo, czym powinny zajmować się szkoła czy ośrodek pomocy społecznej, lecz to, co należy do zadań domu kultury, nie jest jasne. Z jednej strony należy pamiętać o tradycji domów ludowych, a z drugiej – idei gwarantowanego dostępu obywatela do edukacji kulturowej. Nie chodzi tylko i wyłącznie o czytanie książek, grę na instrumencie czy udział w przedstawieniu teatralnym, ale też o prowadzenie rozmów, bycie razem, wspólne działanie, czyli czynności kulturotwórcze.

Joanna Mikulska: W raporcie Zoom na domy kul­tury Towarzystwa Inicjatyw Twór­czych „ę” z 2009 r. symbolem kon­serwatywnego domu kultury stała się paprotka. Czy odwiedzając domy kultury, ciągle możemy ją tam spotkać?

Joanna Orlik: Odpowiem przewrotnie. Będąc np. w Ikei czy Leroy Merlin, możemy się przekonać, że paprotki ze względu na swoje antysmogowe właściwości zaczęły być na nowo modne. To skrót myślowy, ale chcę pokazać, o co chodzi. Po trans­formacji zachłysnęliśmy się nie­znanym. Teraz natomiast jest czas, aby znowu zauważyć miejsca, z których wyrośliśmy, zatrzymać się nad tradycyjnymi formami, spoj­rzeć na nie na nowo i z sympatią, docenić je.

Co dokładnie wydarzyło się w ostatnich latach w domach kultury?

Przede wszystkim bardzo skorzy­stały one ze środków unijnych. Po zalepieniu przez samorządy dziur w chodnikach zaczęto myśleć o domach kultury. Powstało wiele świetnych miejsc z dogodną infra­strukturą, które mają bardzo duże możliwości, nie tylko techniczne. Jednak na poziomie oferty mery­torycznej wciąż pozostaje wiele do zrobienia. W grupie dyrek­torów domów kultury, organizacji pozarządowych oraz instytucji kul­tury rozmawiamy o tym od 2009 r., kiedy odbył się Kongres Kultury Polskiej. Stwierdziliśmy, że nie wyartykułowano na nim wystar­czająco mocno tematu animacji kultury. Zaczęliśmy się spotykać, aby zgłębić ten temat na własną rękę. Gospodarzem spotkań został Małopolski Instytut Kultury w Kra­kowie, którego jestem dyrektorką, a grupa od miejsca spotkań przy­jęła nazwę Forum Kraków. Chcie­liśmy sprawdzić, czy istnieje mode­lowy dom kultury, przepis na ide­alny program działania. Spotyka­liśmy się z dyrektorami progresyw­nych domów kultury albo miejsc, które mają charakter animacyjny, choć formalnie nie są domami kultury. Prezentowali swoje podej­ście do tego, czym jest według nich animacja, na czym polega ich misja i praca, po co w ogóle takie miejsca istnieją. Po tych spotka­niach okazało się, że określenie cech modelowego domu kultury jest niemożliwe.

Dlaczego?

Problem pojawia się już na poziomie definicji, która jest na tyle szeroka i pojemna, że właściwie nie istnieje. Jeśli bierzemy pod uwagę GUS, to operujemy kilkoma poję­ciami: domy kultury, centra kul­tury, ośrodki kultury, ale określenie klarownej różnicy pomiędzy tymi miejscami jest bardzo trudne. Część z nich służy głównie dzieciom i mło­dzieży, część ma za zadanie inte­grować pokolenia, część pobudza oddolne ruchy. Są też miejsca o pro­filu artystycznym. Większość pełni naraz kilka funkcji. Dodatkowo ist­nieją np. młodzieżowe domy kul­tury, które prowadzone są w oparciu o inną ustawę, działają w systemie oświaty, a nie kultury.

Poza tym nie­które z tych dodatkowych funkcji są dla samych tych ośrodków dosyć problematyczne np. istnieją domy kultury, które prowadzą wyłącznie działania promocyjne, lub domy kultury, które mają baseny lub stawy rybne.

Nie śmiej się – tych połączeń jest bardzo dużo.

Jak to się dzieje, że one w ogóle są możliwe?

Organizatorem domów kultury są samorządy. Bardzo dużo zależy od ich sposobu rozumienia potrzeb kultury. To nie dla wszystkich ważny temat – znamy miejsca, gdzie kultura rozwija się wspaniale, ale znamy też takie, gdzie dom kul­tury jest ostatnią sprawą, o której się rozmawia. Oczywiście, o ile wcześniej nie został zamknięty. Dom kultury – w przeciwieństwie do biblioteki – nie musi istnieć w każdej gminie w Polsce.

To znaczy, że istnienie domu kultury jest dobrą wolą samorządu?

Tak. I chwała tym samorządom, które o swoje domy kultury dbają. Jednak relacja pomiędzy domem kultury a samorządem często bywa bardzo trudna. Zdarzają się między nimi napięcia. Samorząd wychodzi czasem z założenia, że skoro płaci, to powinien mieć wpływ na pro­gram, czyli to, co się dzieje w danej instytucji. Tymczasem ustawa tego zabrania. „Ręczne sterowanie”, nie­zgodne z ustawą, niestety, często się zdarza, szczególnie w małych ośrodkach. Dyrektor domu kultury nie podejmuje wtedy decyzji samo­dzielnie lub wspólnie ze swoim zespołem, ale realizuje zadania, które zleca samorząd. Niektórzy dyrektorzy są odważni i chcą, by kultura była niezależna, autono­miczna. Wtedy zaczyna się konflikt, który z reguły nikomu nie służy. Czasami też problem ma pod­łoże czysto obiektywne, po prostu samorząd nie ma innego podmiotu, któremu w prosty sposób mógłby coś zlecić, dlatego że wszystkie pozostałe jednostki samorządowe posiadają dookreślone zadania. Tu wychodzi ta płynność definicyjna domu kultury. Wiadomo, czym powinny zajmować się szkoła czy ośrodek pomocy społecznej, lecz to, co należy do zadań domu kultury, nie jest już bynajmniej jednoznaczne.

Jak można stworzyć spójną i klarowną definicję?

Trzeba na ten temat rozmawiać. Na pewno domy kultury wymagają dookreślenia zakresów meryto­rycznych – w Polsce mamy ok. 2 tys. domów kultury. Mieszkańcy miejsc, gdzie one działają, powinni mieć dostęp do porównywalnej oferty. Wymaga to też dyskusji w szer­szym środowisku, bo jednak dom kultury – jako instytucja – musi mieścić się w ściśle określonych regułach, realizować jednoznaczne, klarowne zadania publiczne. Konieczne jest też wyciągnięcie wniosków z programów prowa­dzonych przez Narodowe Centrum Kultury, takich jak „Dom Kultury+” i „Bardzo Młoda Kultura”. Czasy się zmieniają, nowe problemy wychodzą na pierwszy plan, domy kultury nie mogą sobie pozwolić na to, by funkcjonować na starych zasadach. Był taki moment, kiedy pojawił się pewien rodzaj napięcia pomiędzy organizacjami pozarzą­dowymi a domami kultury.

Wtedy gdy organizacje nauczyły się pisać projekty, zdobywać pieniądze i przejęły część lokalnych działań, które realizowały domy kultury?

Dominowało wówczas przeko­nanie, że organizacje pozarzą­dowe są nowoczesne, zwinne, tanie, łatwo się adaptują i znają potrzeby odbiorców. A domy kultur y mają budżety histo­ryczne i 50. edycje tego samego przeglądu. Myślę, że już doro­śliśmy i widzimy, iż obie for­muły są potrzebne, bo każda z nich wnosi coś innego. Samo środowisko organizacji poza­rządowych okrzepło na tyle, aby zobaczyć, że działanie metodą projektową, gdy szybko kończy się finansowanie i za każdym razem musimy zaczynać od początku, ma również liczne wady. A proces polegający na cią­głości, gdzie dziecko, które cho­dziło na warsztaty w wieku lat siedmiu, może kontynuować tę naukę mając osiem lub dziesięć, jest wtedy niemożliwy do prze­prowadzenia. Na mapie lokalnych działań koniecznie musi znaleźć się miejsce dla jednych i drugich. O tym, jak te rzeczywistości połą­czyć, rozmawiamy m.in. na ini­cjowanych przez Forum Kraków NieKongresach Animatorów Kultury.

Skąd pomysł na tę przekorną nazwę?

Pierwsza potrzeba była taka, aby uciec od słowa „kongres”, bo kon­gres animatorów brzmiał jak np. kongres ginekologów. Strasznie nudno, prawda? A przecież ani­matorzy to wolni ludzie, kreatywni, niezależni, poszukujący. „Kongres” nie pasował. Jednak potrzebowa­liśmy spotkania, które miałoby rangę. Stanęło więc na „niekon­gresie”. Jest taki model budowania spotkań, który nazywa się zbiorczo unconferences. To koncepcja z ducha myślenia krytycznego wobec tradycyjnych rozwiązań konferencyjnych, gdy zaczynają one być dla nas niesatysfakcjonu­jące. Pomysł na to, w jaki sposób inaczej zgromadzić ludzi, zorganizować przestrzeń, zaproponować takie aktywności, żeby uczest­ników włączyć do współtworzenia wydarzenia. Taka idea nam przy­świecała, gdy myśleliśmy o spo­tkaniu animatorów kultury.

I udało się to zrobić niekonwencjonalnie?

I NieKongres odbył się w 2014 r. w dosyć oficjalnym otoczeniu – Cen­trum Sztuki FORT Sokolnickiego w Warszawie. Zbierał ludzi, którzy z różnych powodów określają siebie mianem animatorów kultury, próbował tę różnorodność opisać, pogrupować i stworzyć jakieś śro­dowiska. Chcieliśmy się poznać i policzyć, podjąć najważniejsze dla nas tematy. Natomiast II NieKon­gres był całkowicie niekongresowy: został zorganizowany na łące, w od początku wybudowanym mia­steczku namiotowym, ze sceną w postaci autobusu, na którego dach wchodziło się po schodach. Odbył się w 2016 r. w Lubiążu w ramach Europejskiej Stolicy Kultury. Wnioski i rekomendacje z pierwszego wciąż były aktualne, za to na samo spotkanie mieliśmy zupełnie inny plan. Staraliśmy się pokazać Slot Art Festival, duże wydarzenie animacyjne w woje­wództwie dolnośląskim. NieKon­gres odbywał się w tej samej miej­scowości, po drugiej stronie drogi, naprzeciwko Slot Artu. Chcieliśmy zaspokoić potrzebę międzyludz­kiego spotkania – ta łąka, trawa, miasteczko namiotowe. Trochę nie było wiadomo, czy uda się odna­leźć w takiej rzeczywistości. To było nieco szalone. Pokazaliśmy, że mamy w sobie obie te strony: stra­tegiczną, poważną, ale też anima­cyjne szaleństwo, które w naszym zawodzie jest bardzo potrzebne.

Gdzie odbędzie się III edycja?

W tej chwili trwają przygotowania. Jako Forum Kraków dążymy do tego, aby NieKongresy odbywały się regularnie. Chcemy stworzyć nawyk. Zależy nam, by ta praca mogła być spokojna, systema­tyczna, realizowana z większym namysłem. Mamy nadzieję, że wkrótce będzie można oficjalnie ogłosić szczegóły III NieKongresu animatorów kultury, ale w tym momencie nie mogę nic zdradzić.

To wróćmy jeszcze do modelu domów kultury. Mówiłaś, że jednym z efektów rozmów w ramach Forum Kraków była konkluzja, iż trzeba ten model wymyślić na nowo. Jak, poza kon­kretną definicją, ma on wyglądać?

Konieczne są pamięć o prze­szłości i myślenie o przyszłości. Trzeba mieć z jednej strony z tyłu głowy tradycję domów ludowych, a z drugiej – ideę gwarantowanego dostępu obywatela do edukacji kul­turowej, posługując się określeniem Marka Krajewskiego. Nie chodzi tylko i wyłącznie o czytanie książek, grę na instrumencie czy udział w przedstawieniu teatralnym, ale też o prowadzenie rozmów, bycie razem, wspólne działanie, czyli czynności kulturotwórcze, które pozwalają nam na lepsze poznanie siebie samego i innych oraz na lepszą komunikację. Domy kultury to instytucje publiczne, powinny służyć rozwojowi społecz­ności, w których działają i oczy­wiście odpowiadać na potrzeby mieszkańców.

Jak odnaleźć balans pomiędzy edukowaniem a „słuchaniem” mieszkańców?

To trudny wątek, sprowadzający się do odpowiedzi na pytanie pod­stawowe: czy mamy prawo gdzieś iść i mówić ludziom, jak mają żyć? Oczywiście nie mamy takiego prawa.

Ale mamy prawo wierzyć, że coś jest wartościowe, i chcieć się tym dzielić, przekonywać, poka­zywać, opowiadać o tym zachęca­jąco. I musimy mieć odwagę, aby to robić.

Ludziom, naturalnie, może się to nie spodobać, mogą tego nie wybrać, ale jeżeli my nie odwa­żymy się proponować, to na pewno nic się nie wydarzy. W końcu na tym właśnie polega rola animatora. Inaczej przez cały czas będziemy odtwarzać te same wzorce. Odwaga eksperymentu, szukania nowych rozwiązań jest w pracy animatora kultury bardzo potrzebna.

A co zrobić, jeśli pracownikom domów kultury nie starcza odwagi, aby coś proponować, albo nie mają czego proponować?

To prawda, bycie odważnym jest wymagające. I niektórym osobom pracującym w domach kultury brakuje odwagi, żeby robić rzeczy nowatorskie. Ale w większości przypadków w domach kultury pra­cują ludzie działający z ogromną pasją i zaangażowaniem. A trzeba pamiętać, że praca w domu kultury jest bardzo często słabo płatna, a jednocześnie cały czas jest się wystawionym na ocenę. Jeśli dom kultury chce pracować wtedy, gdy ludzie mają czas, musi to robić w soboty i niedziele, po południu… To instytucja obwarowana różnego rodzaju przepisami związanymi z wydatkowaniem środków publicz­nych. Pracownicy domów kultury, których znam, zazwyczaj dzielą się taką opowieścią: wszystkim bardzo zależy, wszyscy bardzo chcą, ale wskazują na liczne ograniczenia, których pokonanie wymaga dużo energii. I mimo wszystko robią coś wartościowego! I nie będzie tajem­nicą to, że bardzo często do pomocy angażują członków własnej rodziny. Sam wolontariat jest oczywiście świetną rzeczą, ale tutaj zwyczajnie wynika on z tego, że na wszystko brakuje pieniędzy.

Co jest w takim razie ważne w kształceniu pracowników domów kultury?

Podam przykład Laboratorium Edukacji Kulturalnej. To dwu­letni program dla warszawskich dzielnicowych domów kultury realizowany w ramach Warszaw­skiego Programu Edukacji Kul­turalnej. Zaprogramowaliśmy go w taki sposób, aby wzmocnić pra­cowników. Wyszliśmy od auto­diagnozy. Warsztaty odbywały się w siedzibie domu kultury. Zazwy­czaj do rozmowy zaproszony był cały zespół – pracownicy etatowi, ale też współpracownicy, zaprzy­jaźnione organizacje pozarzą­dowe. Później odbywał się warsztat z komunikacji. Cechą polskich instytucji, nie tylko instytucji kul­tury, jest to, że nie rozmawiamy ze sobą, wykonujemy pracę, do której zostaliśmy zaangażowani, nato­miast nie wiemy, jak o niej roz­mawiać, jak ją uprościć, unowo­cześnić, jak sprawić, aby była bar­dziej efektywna. Nie mamy tego w kulturze organizacyjnej, więc warsztat z kompetencji komunika­cyjnych zazwyczaj bardzo się przy­daje. Trzecie spotkanie dotyczyło planowania. To tylko początek, bo nie można zmienić instytucji w sześć dni, ale na pewno można było sobie uświadomić, nad czym warto pracować. Do drugiego etapu programu domy kultury delegowały po pięciu pracowników z każdej placówki. Polegał on na warszta­tach wyjazdowych – tak aby pra­cownicy z różnych instytucji mieli szansę się lepiej poznać. Dotyczył czterech tematów: budowania koalicji, rzecznictwa – to trudny termin, w przypadku domów kul­tury chodzi głównie o umiejęt­ność rozmowy np. z samorządem w języku, który będzie dla niego jasny i komunikatywny, nowych technologii – odpowiedzi na pytanie, kiedy ich użycie ma sens, i wreszcie wskaźników używanych w sprawozdawczości domu kul­tury. Dodatkowo przedstawiciele każdego z naszych ośrodków mogli spotkać się z projektantem wnętrz, aby poznać jego opinię o tym, co i w jaki sposób można w swojej przestrzeni zmienić. Ostatni etap to bardziej specjalistyczne szkolenia. Każdy dom kultury mógł wybrać trzy z dziesięciu proponowanych tematów. Zaplanowaliśmy m.in. szkolenie z trendów w kulturze, z promocji i marketingu, z narzędzi animacyjnych czy bardzo kon­kretny warsztat o tym, jak sobie radzić z trudnym klientem, czyli takim, który przychodzi na imprezę plenerową i zakłóca porządek publiczny. Program skonsultowany został z uczestnikami, pracownicy domów kultury mieli możliwość wskazania, na czym w szczegól­ności im zależy. Czekamy na ewa­luację, ale już teraz wiadomo, że olbrzymim plusem całego działania było to, iż ludzie zwyczajnie mogli się poznać.

Oni się wcześniej nie znali?

Nie! To jest kolejna cecha pra­cowników domów kultury, że to są bardzo często samotne wyspy. Nie ma znaczenia, czy pracują w gminnych ośrodkach kultury czy w instytucjach miejskich, dzielnicowych. Nie ma formatów, okazji, nie ma zwyczaju, żeby wymieniać się doświadczeniami. Ktoś musiałby wyjść z inicjatywą, wziąć na siebie odpowiedzialność organizowania takich spotkań. To, że Forum Kraków działa przy MIK, ma duże znaczenie. Wiadomo, kto jest gospodarzem. Na szczęście powstają podobne fora. Funkcjo­nują: Stowarzyszenie Dyrektorów Samorządowych Instytucji Kul­tury i Wielkopolska Rada Kultury, powstało Zachodniopomorskie Forum Kultury, Forum Anima­torów Kultury Województwa Ślą­skiego, Forum Kultury Mazowsze czy Wędrujące Forum Kultury Dolnego Śląska. Tych platform kilka już działa, teraz należy myśleć nad tym, jak je wzmacniać i rozwijać.

A jaką masz receptę dla osób, które pracują w małych gmin­nych domach kultury lub miej­skich, w miastach do 10 tys. miesz­kańców, bo takich jest w Polsce najwięcej. Jak mogą się rozwijać?

Coraz bardziej rozbudowana i atrakcyjna jest oferta rozmaitych szkoleń związanych z rozwojem wewnętrznym. Z całą pewnością warto, aby pracownicy domów kul­tury, nawet jeśli nie czują, że mają wsparcie swojego dyrektora czy organizatora, starali się z takich szkoleń korzystać. Może zmienią choć trochę swój sposób myślenia, spotkają podobnych sobie, cieka­wych ludzi. Gdy ma się wsparcie w innych, którym też się chce, wtedy nie walczy się w pojedynkę, łatwiej jest szukać nowych roz­wiązań.

_

Joanna Orlik – Dyrektorka Małopolskiego Instytutu Kultury, dr literaturoznawstwa, założycielka i pierwsza redaktorka naczelna kwartalnika „Autoportret. Pismo o Dobrej Przestrzeni”. Pracowała m.in. dla Stowarzyszenia Willa Decjusza w Krakowie, Związku Miast Polskich oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Inicjowała powstanie Forum Kraków, zrzeszenia osób działających na rzecz animacji kultury, oraz ruchu krakowskich Obywateli Kultury.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter