SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579
Konkurs na esej
Księga gości
Fundacja
|
 |
Tu zaszła zmiana
Dariusz Nowacki
|
Czym jest dzisiaj opinia literacka i kto ją tworzy? Co decyduje o ewentualnym sukcesie książki i czy to zawsze musi być sukces komercyjny? Kto lub co ma wpływ na gust i zachowania czytelników?
Na pewno coraz mniej ma do powiedzenia krytyk literacki, ponieważ zmieniła się rola i przekształciły funkcje samej krytyki jako ważnej - przynajmniej do niedawna - instytucji życia literackiego. Precyzyjniej rzecz ujmując - głos krytyka ginie pośród innych głosów. Ów głos nie posiada już mocy sprawczej czy rozstrzygającej, gdyż zupełnie inne czynniki i okoliczności wpływają na czytelnicze mody, rankingi i hierarchie. Dziś chyba nie jest możliwe to, co jeszcze jakiś czas temu zdarzało się nie tylko od wielkiego dzwonu, kiedy to jedna entuzjastyczna recenzja pióra powszechnie szanowanego krytyka literackiego uruchamiała lawinę zachwytu, przemieniając daną nowość wydawniczą w rodzaj lektury obowiązkowej. Dziś jest zgoła inaczej: o powodzeniu przedsięwzięcia pisarskiego decyduje wpływowy patronat medialny, skuteczna kampania reklamowa, wyrazisty wizerunek pisarza (pisarki), utrwalony w szerokiej świadomości przez media elektroniczne oraz wysokonakładową prasę. Cóż po krytyku literackim w tej sytuacji? Można oczywiście ubolewać, że duże domy wydawnicze czy największe ogólnopolskie księgarnie wysyłkowe, sporządzając swoje katalogi, wspierają się autorytetem aktorów na co dzień występujących w telenowelach, że lapidarna fraza "warto przeczytać" podpisana nazwiskiem gwiazdy popularnego serialu więcej znaczy niż najdłuższe analizy i rozbiory któregoś z profesjonalnych krytyków. Można, ale czy akurat mnie, który sam na co dzień uprawiam tę dyscyplinę, wypada?
Głos krytyki literackiej chyba nigdy nie był aż tak marginalizowany jak obecnie. Stał się on - by tak rzec - w pełni "autonomiczny", tyle że jest to "autonomia", która wcale nie cieszy. Bez trudu mógłbym w tym miejscu wymienić pół tuzina znakomitych współczesnych pisarzy, o których krytyka wypowiada się ciepło i z uznaniem, a mimo to (a może właśnie dlatego?) dokonania tych twórców znane są tylko nielicznym, ich książki podziwiają jeno znawcy zagadnienia wespół ze znajomymi artysty. Sława środowiskowa, jaką cieszą się ci autorzy, wydaje się szczelnie odizolowana od sukcesu rynkowego i medialnego. Wszelako nie znaczy to, że świetni pisarze, których mam tu na myśli, tworzą wyłącznie dzieła trudne, eksperymentalne, przeznaczone dla koneserów. By powiedzieć o czymś konkretnym i dać jakąś ilustrację, wskażę na Zmierzchy i poranki, ostatnią powieść Piotra Szewca. Na temat tego dzieła - jakże klasycznego, jeśli idzie o formę literacką - napisano kilkanaście nad wyraz życzliwych recenzji, pochwałom i komplementom nie było końca. Czy to jakoś wpłynęło na losy tej książki, zmieniło sytuację pisarza? Nic na ten temat nie wiem.
Cóż, pewnie byłby to wniosek zbyt radykalny, podszyty prowokacją, ale wiele wskazuje na to, że superlatywy raczej szkodzą, niż pomagają książce. Jeśli przyszłoby zaufać w tym względzie Katarzynie Grocholi, której książki biją w ostatnich sezonach rekordy popularności, to kto wie - może tak właśnie sprawy się mają. Oto bowiem w jednym z wywiadów pisarka z rozbrajającą szczerością zauważyła: "Im gorsze recenzje, tym książka lepiej idzie". Po czym - niby żartem - zachęciła rozmawiającą z nią dziennikarkę: "Może pani napisze coś złego?". Nawet gdyby założyć, iż w rzeczy samej był to tylko niewinny żarcik, to jednak w ostatnich latach doszło do wyraźnej zmiany, polegającej z grubsza na tym, że negatywne recenzje ("coś złego") przestały być groźne, a przestały dlatego, gdyż inne (nowe) bodźce wpływają na zachowania czytelników, w tym na decyzję najważniejszą - o zakupie książki. Żeby się o tym przekonać, wystarczy - dajmy na to - prześledzić "dzieje recepcji" Samotności w Sieci, bestsellerowej powieści Janusza L. Wiśniewskiego sprzed dwu sezonów. Na swoich stronach internetowych autor ten prowadzi bardzo szczegółową "kronikę sławy" wspomnianego utworu. Kilka charakterystycznych wyimków stamtąd zaczerpniętych (z pominięciem nazw własnych): "klub X umieszcza w swojej ofercie", "portal Y umieszcza na swojej stronie i organizuje konkurs", "fragmenty czytają w radiu", "tygodnik Z poleca". Nadto czytamy tam o przeróżnych "wejściach na listę", o tym, że ten czy ów magazyn ilustrowany poprosił o wywiad, tamten czy inny portal zaprosił na czat, ktoś wspomniał przy okazji, wymienił w młodzieżowej audycji telewizyjnej itd., itp. Tak właśnie rozgrywa się dziś tę partię: "Kup książkę i wygraj zestaw kosmetyków ufundowanych przez
" - głosi ulotka reklamująca Nigdy w życiu! Katarzyny Grocholi.
Jeśli nawet pobieżnie naszkicowaną tu sytuację uznamy za normalną dla rynku i obrotu książką-towarem, to przyjdzie stwierdzić, że krytyka literacka nie była na nią w żaden sposób przygotowana. Powszechny początkowo (wczesne lata 90.) optymizm, przekonanie, że uda się pogodzić obowiązki komiwojażera, popularyzatora i obrońcy wartości artystycznych, ustąpił najpierw rozczarowaniu, a później poczuciu bezradności. Jak się okazało, hierarchie literackie są ustanawiane gdzieś poza nami (poza mną), w przestrzeni, do której jako krytycy nie mamy (nie mam) dostępu. Hierarchie literackie są ustanawiane gdzieś poza krytykami. Decydują interesy wydawnicze oraz potrzeby prasy wysokonakładowej zainteresowanej ogłaszaniem kolejnych wydarzeń, by w ten sposób potwierdzać swój prestiż oraz kulturotwórczą rolę. Ale i w tej materii sporo się zmieniło i zmienia nadal. Najwygodniej posłużyć się tym oto - symbolicznie przeze mnie ujmowanym - przykładem.
W roku 2003 tzw. Paszport "Polityki" w dziedzinie literatury, niezwykle nośne medialnie wyróżnienie, przyznano, jak wiemy, Dorocie Masłowskiej, dziewiętnastoletniej debiutantce, autorce Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną. Mniejsza w tym momencie o rangę artystyczną tego wystąpienia. Zajmuje mnie co innego. Mianowicie myśl o pierwszym laureacie nagrody artystycznej "Polityki" w tej samej kategorii, a był nim - uhonorowany pośmiertnie w roku 1993 - Teodor Parnicki. Cóż za piękna i dająca do myślenia klamra spina dekadę! Wielki pisarz o niekwestionowanym autorytecie i dorobku, a dziesięć lat później - młodzieżowa gwiazdka (być może) jednego sezonu, klasyk, pisarska znakomitość oraz "dzikie dziecię", której medialna sława wybuchła na podobieństwo supernowej. Tak byśmy ów fenomen opisali w dawnym języku. W nowszym zaś języku pojawiłyby się na pewno takie pojęcia, zaczerpnięte ze słownika marketingu, jak "nośność", "przełożenie" czy "wartość", oczywiście wszystkie one uzupełnione przymiotnikiem "medialny". Jest zatem według mnie czymś wielce symptomatycznym, iż popularny, wpływowy tygodnik, budując swój prestiż i manifestując swą kulturotwórczą misję, uznał za zużyte - a więc pozbawione "nośności", "przełożenia" czy "wartości" - tradycyjne wyznaczniki autorytetu (literatury). I żeby być dobrze zrozumianym: bynajmniej nie mówię, że to upadek. Mówię, że tu zaszła zmiana. Dopowiem też przy okazji: jeśli nawet zdarza się, iż recenzenci wątpią w rzeczywistą wartość głośnych książek i pospiesznie wylansowanych autorów, to w ostatecznym rachunku - powiększając medialny szum - i tak działają na rzecz ich sukcesu. Najlepszym tego dowodem wystąpienia poważnych krytyków zamieszczone na łamach poważnych pism (m.in. "Tygodnik Powszechny", "Rzeczpospolita") kwestionujące tezę o wybitności i zjawiskowości debiutanckiej powieści Masłowskiej.
Hierarchia artystyczna oparta na kryterium rynkowego i medialnego powodzenia jest faktem. Muszą się z tym liczyć również ci, którzy taki stan rzeczy kwestionują. Ale nawet jego zwolennicy nie powinni tej hierarchii przyjmować na wiarę. Oczywiste to dyrektywy, że trzeba nieustannie wracać do pytania o mechanizmy powodzenia, odmitologizować narzucaną nam świadomość, nie ufać właśnie temu, co się wydaje oczywiste. Problem jednakowoż polega na tym, że sprzeciw wywołuje zazwyczaj - jak przed chwilą zauważyłem - skutki odwrotne do zamierzonych.
Rzecz chyba nie w kontestacji, na nic tupanie nóżką czy wykrzykiwanie, że król jest nagi. Nie warto także bez końca rozpamiętywać, jak to w końcówce lat dziewięćdziesiątych zabrakło krytyce literackiej ducha oporu i dlaczego nie staje go nadal. Trzeba raczej poszukać dla siebie (dla krytyki literackiej w ogóle) nowego miejsca. Poszukać? Ono już jest! Nie od dziś przecież wiadomo, że najlepszą odpowiedzią na minimalizację jest maksymalizacja. Skoro bowiem krytyka literacka została w dużej mierze zwolniona z funkcji służebnych, jej rola informacyjna wyraźnie zmalała, a wpływ na czytelnicze mody i hierarchie ograniczony został niemal do zera, to jedyną słuszną reakcją powinna być właśnie maksymalizacja zadań. Mam tu na myśli sytuację, w której krytyka literacka staje się zarazem krytyką kultury, czyli pewną sumą krytycznych gestów wycelowanych w nieporównanie szersze i ciekawsze zjawiska niż "sama literatura" bądź "tylko literatura". Pojedynczy, znany z imienia i nazwiska krytyk pozostałby, rzecz jasna, partnerem tak dla pisarza, jaki i dla tego czytelnika, którego stać na samodzielność, ale - niejako prymarnie - dołączyłby do grona analityków współczesności. O tyle zaś warto dać się namówić na przekroczenie własnej kondycji krytycznoliterackiej, o ile całkowicie pewne jest, że na zatłoczonej i rządzącej się swoimi bezwzględnymi prawami scenie medialnej nikt już w tej chwili krytykowi literackiemu miejsca nie ustąpi. Bo tu - a może raczej: tam - zaszła zmiana.
DARIUSZ NOWACKI, ur. 1965, krytyk literacki, adiunkt w Instytucie Nauk o Literaturze Polskiej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, redaktor dwumiesięcznika "Opcje" i kwartalnika "FA-art". Wydał: Zawód: czytelnik. Notatki o prozie polskiej lat 90. (1999).
|