SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579
Konkurs na esej
Księga gości
Fundacja
|
 |
Zasada nadziei
Mark Lilla
|
Od razu zaznaczam, że nie jestem zwolennikiem wojny w Iraku. Sprzeciwiam się jednak jeszcze silniej tym wszystkim w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej, którzy protestują przeciw tej wojnie z pobudek, które uważam za niegodziwe. Oto powody mojego sprzeciwu.
Najbardziej powszechny zarzut stawiany przez przeciwników wojny głosi, że jest ona cyniczną przykrywką dla ekonomicznego i politycznego imperializmu Stanów Zjednoczonych, wyrażającego się w dwóch słowach: ropa i ziemia. Gdyby to była prawda! Wszystkie narody mają swoje uzasadnione potrzeby, wśród których jest także miejsce dla poszukiwań zasobów energii oraz sojuszników. Nic w tym złego, jeśli pozwoli się, by takie potrzeby nadawały kształt polityce zagranicznej. Można sobie także wyobrazić, że w skrajnym przypadku ich zaspokojenie wymagać może podjęcia działań zbrojnych. Ale poza przypadkami skrajnymi ta zdrowa troska o narodowe potrzeby i interesy służy raczej powściąganiu polityki zagranicznej i dostarcza realnych powodów, by unikać konfliktów zbrojnych. Gdyby administracja Busha rzeczywiście zainteresowana była przede wszystkim zagwarantowaniem sobie rezerw ropy naftowej, nie zależałoby jej na zakłócaniu globalnego rynku ani na destabilizacji krajów (takich jak Arabia Saudyjska), które dały się już poznać jako godni zaufania dostawcy. Tym samym, gdyby administracja amerykańska zainteresowana była wyłącznie długoterminowym wpływem politycznym w krajach Bliskiego Wschodu, zrobiłaby wszystko, by uniknąć jakiegokolwiek otwartego konfliktu z radykalnymi odłamami islamu.
Nie taka jest strategia administracji Busha. Jej podejście ma charakter, by posłużyć się językiem teologii, eschatologiczny i mesjanistyczny. Od czasu zakończenia zimnej wojny i pomyślnej demokratyzacji Europy Wschodniej zdążył dojrzeć w Waszyngtonie nowy republikański establishment od spraw zagranicznych, który zastąpił realistyczną szkołę kierowaną niegdyś przez Henry Kissingera. Ów nowy establishment, który od czasu wydarzeń 11 września zdominował politykę administracji Busha, wierzy w potrzebę agresywniejszego niż dotychczas potwierdzania amerykańskich wpływów w świecie z uwagi na politykę zagraniczną i wewnętrzną. Wierzy jednak także - i to jest istotna nowość - że nic nie służy lepiej interesom Ameryki jak zaangażowanie w amerykańską misję historyczną, w więc w globalny proces demokratyzacji. Nowy establishment pragnie pozbyć się Saddama, którego uważa za wrogiego Ameryce tyrana; zarazem jednak stawia sobie bardziej jeszcze dalekosiężny cel - demokratyzację zaprzyjaźnionej Arabii Saudyjskiej, a więc coś, czego szkoła Kissingera nigdy nie wzięłaby pod uwagę. Amerykańska lewica nie dostrzegła tego rewolucyjnego zwrotu w strategii republikanów, nie próbując nawet zrozumieć, że prawicowy rząd kieruje się dzisiaj ideami, a nie interesami. Z tego samego powodu fakt ten umknął także uwadze polityków zachodniej Europy, zwłaszcza Niemców, którzy przemierzają Stany Zjednoczone autobusami Greyhound i chętnie odwiedzają murzyńskie kościoły, ale pozostają rozmyślnie obojętni na amerykańskie debaty ideologiczne.
Strategia administracji Busha opiera się na dwóch mesjanistycznych założeniach: że demokracja w świecie arabskim jest możliwa oraz że jest pożądana. Demokratyczny Bliski Wschód jest możliwy, twierdzi w wywiadzie dla "The New York Times" zastępca sekretarza obrony Paul Wolfowitz, ponieważ odwrotne założenie trąciłoby rasizmem. Jest pożądany, przekonują z kolei nowi republikanie, ponieważ demokracje Bliskiego Wschodu stałyby się naturalnymi sprzymierzeńcami demokratycznych Stanów Zjednoczonych. Obydwa założenia są w moim przekonaniu nierealne. Po prostu nie znajdziemy na świecie przykładów kultur nienowoczesnych lub niby-nowoczesnych, które stałyby się nagle żyzną glebą dla rządów liberalno-demokratycznych. Przykłady Iranu i Algierii powinny skłonić nas do zastanowienia, czy narody o silnych tendencjach islamistycznych zdolne są pozostać przy demokracji i w przyjaźni z USA, jeśli formalne przejawy tej demokracji, takie jak wolne wybory, zostaną wprowadzone, zanim nacje te zdążą się unowocześnić. Wątpliwości takie byłyby oczywiste dla starego republikańskiego establishmentu. Nowy natomiast lekceważy je, ponieważ zdają mu się defetystyczne i - co gorsza - niedemokratyczne.
Gdyby wojna w Iraku rozpatrywana była jako lokalna operacja mająca na celu zdetronizowanie uzurpatora, który w oczywisty sposób zagraża zarówno nam, jak i tym, którzy go otaczają, skłonny byłbym ją poprzeć. Odrzucam jednak kryjącą się za tą wojną strategię, której ostatecznym celem ma być trwała reorientacja amerykańskiej polityki zagranicznej i przygotowanie nowego, demokratycznego milenium na Bliskim Wschodzie. To jakieś szaleństwo.
Jest to jednak szaleństwo demokratyczne. I z tego powodu odczuwam pewną sympatię wobec najgłębszych aspiracji, jakie za nim stoją. Choć wypaczone i doprowadzone do przesady, pozostają zamiarem szlachetnym. Nic natomiast szlachetnego nie znajduję w krytycznym nastawieniu zachodnioeuropejskich intelektualistów i polityków, które mają swoje źródła w cynizmie i obojętności. Jakkolwiek naiwne i prowincjonalne byłyby motywy, jakimi kieruje się administracja Busha, wyrastają one z nadziei - nadziei pokładanej w demokracji, autodeterminacji i wolności. A nadzieja ta, choć w pewnych przypadkach źle ulokowana, rozbrzmiewa w świecie i kojarzona jest z ideą Ameryki, nie zaś zachodniej Europy. Kiedy Ronald Reagan wołał w Berlinie: "Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur", Europa Zachodnia śmiała się i przewracała oczami. Nie śmiali się Polacy i Czesi - i dziś popierają oni wojnę w Iraku, bo wciąż podzielają prostą wiarę Reagana w demokrację.
W co wierzy Europa Zachodnia? Sądząc z jej działań - a właściwie ich braku - wierzy w pieniądze, z pewnością bardziej niż Amerykanie. Europejczycy wierzą w Unię Europejską, która zapewni im silną gospodarkę i niezbyt wysoki budżet obronny, tak że zarobki mieszkańców Europy Zachodniej pozostaną dostatecznie wysokie. Owszem, wierzą także w pomoc obcych krajów, w pracę organizacji pozarządowych, w Międzynarodowy Trybunał - wszystko to są rzeczy godne podziwu. Pomagają złagodzić ludzkie cierpienia, ale jeśli chodzi o zapobieganie im - są bezsilne. Nie podejmują walki z tyranią, nie dają nadziei na to, by narody mogły samodzielnie określać swoje własne cele. By o to walczyć, potrzeba czegoś więcej niż pieniądze, potrzeba idei, zaangażowania, być może także krwi. Politycy Europy Zachodniej z pewnością będą twierdzić, że ich własne krwawe dzieje nauczyły ich unikać wojen za wszelką cenę - prawda jest taka, że teraz próbują się ukryć za swoją historią. Jak ku swej wiecznej hańbie pokazała zachodnia Europa na Bałkanach, jej mieszkańcy i jej rządy nie godzą się płacić jakiejkolwiek ceny za cudzą wolność polityczną.
Patrzę więc na tę wojnę z mieszanymi uczuciami. Sprzeciwiam się jej, ale bez gniewu. I delektuję się - wyznam szczerze - paradoksem, że oto prawdziwych uczniów Ernesta Blocha, autora Zasady nadziei, spotkać dziś można nie w amerykańskich kampusach, nie we Frankfurcie nad Menem, ale w Waszyngtonie.
Tekst napisany na zamówienie tygodnika "Die Zeit".
Tłum. Michał Bardel
MARK LILLA, profesor filozofii w Committee on Social Thought Uniwersytetu w Chicago, członek komitetu honorowego Ośrodka Myśli Politycznej w Krakowie. Wydał m.in.: G.B. Vico: The Making of an Anti-Modern (1993), The Reckless Mind. Intellectuals in Politics (2001).
|