Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000  Rocznik 2001
- styczeń, nr 548

 Fundacja


Gdzie byliśmy? Gdzie jesteśmy? Dokąd idziemy?

Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Znak, nr 01/2001 (548)
NOWY WSPANIAŁY McŚWIAT

Bartłomiej Dobroczyński



   Tekst poniższy powstał w związku z zaleceniem Jürgena Habermasa, według którego nauki hermeneutyczno-krytyczne powinny "ingerować w proces komunikacji społecznej", po to aby ujawniać różnorodne niebezpieczeństwa rodzące się w jego trakcie i uwrażliwić na nie tych wszystkich, którzy nie byli ich wcześniej świadomi. Jako że jestem psychologiem i nauczycielem akademickim, przyjmuję, że zalecenie owo dotyczy mnie w znacznym stopniu.
    Zanim przystąpię do sedna sprawy, muszę podkreślić, że zamiarem moim nie jest krytykowanie ani konkretnych osób, ani konkretnej gazety, ani nawet samego pomysłu, o którym chciałbym napisać - gdyż doskonale wiem, że w pewnym sensie nie sposób się dzisiaj spodziewać czegoś innego. Nie chciałbym także, żeby poniższy tekst został uznany za ideologiczny, a jego autor za rozpanikowanego konserwatystę, który boi się efektów demokratycznych przemian minionej dekady. Cel tego tekstu ująłbym następująco: jest to skromny głos w obronie bezinteresowności.
    Przejdźmy do rzeczy. Jakiś czas temu ze zwykłej ciekawości postanowiłem zapoznać się z ukazującym się co piątek komiksowym zeszytem będącym dodatkiem do jednej z największych polskich gazet codziennych, czytanym czasem przez mojego dziesięcioletniego syna. W trakcie lektury doznałem przykrego wstrząsu.
    Otóż od razu rzuca się w oczy, że znakomita większość historyjek pomieszczonych w inkryminowanym zeszycie to w warstwie słownej i obrazowej manifesty amerykańskiej kultury masowej. Bohaterami historyjek są pies Goofy, Kaczor Donald, Gumisie, Sknerus, Diodak itd. To jednak błahostka. Wiadomo przecież nie od dziś, że jesteśmy wręcz osaczeni przez produkty amerykańskie, a zatem są one w pewnym sensie "naturalnym środowiskiem" naszych dzieci. Znacznie ważniejszy jest fakt, że w omawianym wydawnictwie trudno natrafić na historyjkę bezinteresowną, która służyłaby tylko rozrywce, samemu poznaniu lub choćby tak charakterystycznemu dla "dawnych" bajek - moralnemu pouczeniu. W większości przypadków - są wyjątki, ale nieliczne - mamy do czynienia z subtelną manipulacją, polegającą na tym, że komiksowa fabuła, gra czy zabawa w rzeczywistości służą jako wehikuły do prowadzenia systematycznej, bo ciągnącej się z zeszytu na zeszyt... kampanii reklamowo-marketingowej. W niemal każdej historyjce pojawia się logo firmy, która - pod pozorem zabawy edukacyjnej - de facto się reklamuje. Po drugie zaś, treść historyjki jest zazwyczaj tak skonstruowana, aby zachęcać do kupowania produktów tejże firmy.
    Oto przykłady: w zabawie polegającej na odnalezieniu "co należy do kogo" materiałem poglądowym są lalki Barbie i samochody Hot Wheels, natomiast całość rozpoczyna i wieńczy informacja o tym, że owe zabawki można otrzymać w zestawach Happy Meal - oczywiście w restauracjach McDonald’s. Wszystkie charakterystyczne loga wymienionych firm są w owej zabawie wyeksponowane. Samo zadanie jest natomiast kompletnie pozbawione sensu, bo samochody, które mają być rzekomo własnością lalek, to w istocie wyścigowe bolidy formuły A - i konia z rzędem temu, kto potrafi wykazać, że istnieje psychologiczne prawdopodobieństwo, iżby kiedykolwiek kobieta w typie Barbie (jeśli takie coś w ogóle istnieje!) mogła stać się wielbicielką takich potworów - nie wspominając już o chęci ich nabywania. Widać więc wyraźnie, że cel marketingowy całkowicie przesłania tu nie tylko zamiar rozrywkowy, ale i zdrowy rozsądek. W historyjce Przygody twistującego słonia Twisti szybko okazuje się, że wcale nie chodzi o żadne przygody, tylko o reklamę napoju jogurtowego o smaku malinowym. W jednym z dialogów małpia mama powiada do niesfornego małpiątka: "Jedz banany, bo nie urośniesz!", małpiątko zaś narzeka: "Ciągle tylko banany i ananasy! Chciałbym spróbować czegoś innego...". Lecz "spoza kadru" pojawia się sugestia korekty, której powinien dokonać autor historyjki: "Nie pisz »czegoś innego«, tylko napojów Twisti...". "Autor" odpowiada usłużnie: "Miałem właśnie zamiar o tym napisać". Małpiszon udaje się następnie do - cytuję - "pobliskiego twistimarketu", nabywa tam pewną ilość napojów, wypija je i wyrasta do monstrualnych rozmiarów. Wtedy pojawia się przed nim agent, który zwraca się doń tymi słowy: "Przybywam z Hollywood. Mam dla pana angaż do głównej roli w filmie King Kong". Na dole oczywiście logo reklamującej się firmy.
    Ważną częścią zeszytu są konkursy i zagadki z nagrodami. Jak można się domyślić, one także stanowią podstawę szerszej kampanii promocyjnej firm produkujących wyroby dla dzieci. Jeśli mamy już do czynienia z tekstami o charakterze edukacyjnym, to i tak nie są one wolne od elementu reklamowego. Kiedy na przykład pojawia się wyliczanka mająca przypomnieć dzieciom słowa, które "na pewno znały, zanim przystąpiły do nauki języka angielskiego", okazuje się, że nie są to żadne neutralne wyrazy typu: park, sport, parking czy hotel - ale zupełnie inne... Choćby takie: "video, Game Boy, walkman, Donald Duck, Hollywood, hamburger, Disneyland, USA, hot dog, disco dancing, Sky Channel, skateboard". W innej historyjce pojawia się nowe niezrozumiałe dla dziecka słowo: skonsumować. Poniżej zamieszczono więc definicję: "KONSUMOWAĆ - jeść, spożywać coś, a także użytkować zakupione produkty, towary. KONSUMPCJA - jedzenie, spożywanie posiłków, a także użytkowanie towarów przez ich nabywców".
    No i co z tego wynika? - mógłby spytać ktoś sceptyczny. Przecież podobnymi rzeczami karmieni są także i ludzie dorośli. W gazetach, programach radiowych i telewizyjnych również roi się od reklam, kampanii promocyjnych, niedwuznacznych zachęt do kupowania i inwestowania. Taki jest świat czasów Microsoftu i Fukuyamy: próżne żale, po co się buntować?
    Wiadomo jednak, że ogromna część oddziaływań edukacyjno--wychowawczych, jakie wobec dzieci podejmują dorośli, sprowadza się w istocie do przekazania im wiedzy na temat otaczającego nas świata i rządzących nim reguł. Od zarania dziejów służyły temu celowi bajki, zabawy, przypowieści, a także branie udziału - na miarę możliwości dziecka - w czynnościach dorosłych, co sprowadzało się najczęściej do pomagania w pracach domowych i gospodarczych. Ważną rolę w tym przekazie pełniła oczywiście religia. Wiadomo zaś, że obraz świata i jego dziecięce rozumienie, które kształtują się w trakcie takich wczesnych oddziaływań, są bardzo trwałe, bo dzięki swemu przedrozumowemu, zasadniczo emocjonalnemu charakterowi naturalnie wtapiają się w tkankę osobowości dziecka i tylko z największą trudnością poddają się zmianom czy krytycznej analizie. Właśnie z tego powodu tak wiele organizacji społecznych, religijnych czy państwowych pragnie mieć efektywny wpływ na kształt edukacji już najmniejszych dzieci.
    Patrząc w tym kontekście na nieszczęsne historyjki komiksowe, trzeba powiedzieć sobie bez ogródek: służą one kształceniu mentalności konsumenta, "produkują" jednostkę, dla której podstawowym celem życiowym - jej "światopoglądem" - jest kupowanie, posiadanie i używanie różnorodnych dóbr. Może to i lekka przesada, ale pierwsze - smutne - skojarzenie, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu obszernych fragmentów inkryminowanego wydawnictwa, dotyczyło lektury Nowego wspaniałego świata - słynnej antyutopii Aldousa Huxleya. W wykreowanym przez niego świecie wpajano dzieciom - także od najwcześniejszych lat - przekonanie, że nie może być mowy o szczęściu czy przyjemności, jeśli nie wiąże się to z wydawaniem pieniędzy. Mój smutek wynikał z prostego założenia: jeśli te zeszyty przedstawiają prawdziwą wizję świata - jest to bardzo smutny świat, jeśli zaś jest to wizja niepełna i jednostronna - to jest on także niewesoły... Dziecko dowiaduje się bowiem, że życie sprowadza się do realizacji następujących zaleceń: kupuj natychmiast, kupuj bez przerwy i bez zastanowienia. Kupuj w domu, w sklepie, w supermarkecie, w Internecie i przez telefon. Dobra Nowina tego świata ma swoich kapłanów i kapłanki: to lalki Barbie i bohaterowie filmów Disneya; kościoły to McDonaldy, prefiguracją zaś świętych pism stają się poprawnie wypełnione i podpisane przez rodziców kupony konkursowe.
    Tym, co najbardziej przygnębiające w takiej kampanii perswazyjnej, jest swoiste zunifikowanie świadomości, które spoza tego wszystkiego chyłkiem wyziera. Już Tocqueville obawiał się, że demokracja stworzy ludzi, którzy - przy całej swej wyjściowej niepowtarzalności i indywidualizmie - nie będą się od siebie różnić w zasadniczy sposób. Czasami odnoszę wręcz wrażenie, że tego rodzaju oddziaływania na dzieci przyczyniają się wydatnie do powodzenia ogólniejszego procesu odeuropeizowania kultury, zachodzącego na niespotykaną wcześniej skalę. Oprócz urynkowienia niemal wszystkiego - od Kaplicy Sykstyńskiej po Lhasę - drugim ważnym jego symptomem jest postępująca trywializacja i upraszczanie sensów kulturowych: wiadomo powszechnie, że japońskie i amerykańskie wersje Muminków, Pinokia, Kubusia Puchatka etc. są bardziej nachalne, naładowane akcją, sztucznie doprawione humorem i przemocą i mniej subtelne od oryginałów, pozbawione ich poezji i zamyślenia. Starsze dzieci i dorośli też nie są w lepszej sytuacji: wystarczy zapoznać się z serialami "opartymi na greckiej mitologii", na przykład o "przygodach" Herkulesa... W wyniku tych wszystkich operacji dokonuje się nie tylko trywializacja kultury, ale także i jakieś spłaszczenie człowieka, a ściślej - człowieczeństwa. Człowiek dorosły ma jednak - choć coraz mniejszą - możliwość wyboru. Dziecko natomiast jest bezbronne: nie potrafi sobie zrobić w głowie "przypisu", że jest to tylko jedna z wielu możliwości kulturowych, że przecież są jeszcze prawdziwe mity greckie, prawdziwy Alexander Alan Milne i prawdziwa Tove Janson. I błagam, niech nikt nie wystąpi w tym momencie z "nadzwyczaj mądrą uwagą", że to dorośli powinni dbać o pożywkę duchową dla swoich dzieci. Spytam do razu: jak to zrobić? Przecież, mówiąc nieco metaforycznie, Myszka Miki czai się wszędzie i nie sposób nad nią zapanować. Z drugiej strony rodzic, który odseparuje dziecko od telewizji, reklam, komiksów i wszystkiego, co się z tym wiąże, też je na swój sposób skrzywdzi, bo uniemożliwi mu kontakt z rówieśnikami, którzy w tym zakresie nie są ograniczani. A telewizja cały czas wypluwa z siebie setki zachęt nawołujących: spróbuj, odkryj, kupuj, bo bez tego nie jesteś nic warty, nie będziesz szczęśliwy, kochany, nie będziesz ani extra, ani cool, ani nawet super. Najtwardszy by się załamał.
    A teraz coda. Istnieje słynne, bluźnierczo-szydercze, a zarazem melancholijne dzieło niemieckiego surrealisty Maxa Ernsta zatytułowane Wniebowstąpienie Myszki Miki. W radykalny sposób pokazuje ono upadek tradycyjnych wartości w kulturze Zachodu. Otóż disneyowskiemu Pseudo-Mesjaszowi, unoszącemu się z pełnym odrazy wyrazem mysiego pyska w plastikowe błękity, Ernst przeciwstawia indiańską drewnianą lalkę - katchina. Ta piękna i tajemnicza rytualna figurka znajduje się jakby pod ziemią - tak jak podziemne były rytuały jej twórców, odbywane w celu przywołania deszczu, zwiększenia plonów, uleczenia wspólnoty. Nad drewnianą lalką unosi się złota maska - ni to księżyc, ni to słońce - dopełniająca dzieło archaicznym, naznaczonym politowaniem uśmiechem. Z całości emanuje żal za czymś utraconym nieodwołalnie i bezpowrotnie...
    Muszę przyznać, że i mnie jest żal tej świętej potęgi zaklętej w małą indiańską lalkę, tak jak emanującej z niej magii i poezji, których całkowicie brak w tych niewinnych przecież w istocie książeczkach. Ale też wcale się nie obrażam: nie mam nic przeciwko egzystencji Myszki Miki czy chęci sprzedania jak największej ilości jogurtu malinowego. Ja tylko coraz bardziej lękam się sytuacji, w których - pod pozorem niewinnej zabawy - wmawia się mojemu dziecku, że dzięki jakiemuś gryzoniowi czy zestawom plastikowych zabawek osiągnie szczęście, a może nawet dostąpi Wniebowstąpienia.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI, ur. 1958, dr psychologii. Wydał: Ciemna strona psychiki. Geneza i historia idei nieświadomości (1993), New Age (1997).

   1998-2000 Verbanet s.c.