SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
-
styczeń, nr 536
-
luty, nr 537
-
marzec, nr 538
-
kwiecień, nr 539
-
maj, nr 540
-
czerwiec, nr 541
-
lipiec, nr 542
Fundacja
Księga gości
Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej
księgi gości.
Dziękujemy!
|
 |
NAZYWAĆ KŁAMSTWO PO IMIENIU
Andrzej Zoll
|
Sprawa Dariusza Ratajczaka, wykładowcy uniwersytetu opolskiego, któremu postawiono zarzut "kłamstwa oświęcimskiego", skłania do szerszej refleksji nad problemem granic wolności słowa. Jak zobaczymy, wiąże się on bowiem z kształtem naszej cywilizacji i przyszłością porządku demokratycznego.
Wolność wypowiedzi, w tym prawo jednostki do zabierania głosu w sprawach publicznych i do krytyki organów władzy, to bez wątpienia jeden z fundamentów demokratycznego państwa prawnego, wartość, którą trzeba chronić z wielką pieczołowitością. Ale trzeba od razu dodać, że nie jest to wartość absolutna. Wolność słowa stanowi jedno z dóbr uczestniczących w "obrocie prawnym", dóbr, pomiędzy którymi często dochodzi do konfliktów. Powstaje zatem problem hierarchii wartości. Czy jesteśmy w stanie zbudować abstrakcyjną hierarchię dóbr i raz na zawsze wyznaczyć w niej miejsce wolności słowa? Myślę, że to niemożliwe. Istnieje chyba tylko jedna wartość, która zawsze musi zwyciężyć, a wszystkie inne muszą być jej podporządkowane: godność człowieka. Jest ona źródłem wszystkich wolności i praw. W związku z tym jeżeli dochodzi do konfliktu między jakąś wolnością a godnością człowieka, to wolność ową musimy poświęcić. Takie stwierdzenie nie wystarcza jednak, by mówić o istnieniu bezwzględnej hierarchii, która dyktowałaby prawnikom jednoznaczne rozwiązania. Zawsze skazani jesteśmy na rozwiązywanie konkretnych przypadków i konkretnych konfliktów wartości.
W ten właśnie sposób ujmuje to system prawny przyjęty w Polsce. O wolności wypowiedzi mówi Konstytucja, która zakazuje cenzury prewencyjnej i ograniczania wolności słowa, chyba że chodzić będzie o inne wartości konstytucyjne. A zatem już w samej Konstytucji zawarty jest wspomniany konflikt między wartościami. Chroni się w niej bowiem zarówno wolność wypowiedzi, jak prywatność lub cześć innej osoby. Konflikt zakorzeniony jest także w aktach prawa międzynarodowego, takich jak konwencja europejska o ochronie podstawowych praw i wolności człowieka; w art. 10 mówi ona o wolności wypowiedzi, ale z drugiej strony zwraca uwagę, że można ją ustawowo ograniczyć, jeżeli tego wymaga dobro publiczne, moralność publiczna lub dobro innej osoby. Podobne ograniczenia przewiduje międzynarodowy pakt praw politycznych i obywatelskich. Bardzo rozwinięte w tej materii jest również orzecznictwo Międzynarodowego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Muszę powiedzieć, że w orzecznictwie tym wolność wypowiedzi jest postawiona być może aż zbyt wysoko. Dotyczy to zwłaszcza ochrony czci i prywatności osób publicznych. Z całą pewnością osoba publiczna musi w koszty swej działalności wliczyć to, że wystawia się na krytykę, że również jej życie prywatne (które w przypadku innych osób jest chronione) poddane będzie ocenie publicznej. I w tej dziedzinie powinny jednak, moim zdaniem, istnieć pewne ograniczenia. Art. 213 Kodeksu Karnego dopuszcza prawo do krytyki pod dwoma warunkami: że zarzut jest prawdziwy oraz że stawiany jest w interesie społecznym. Ale wprowadzone zostało tu bardzo znamienne ograniczenie. Nie można mianowicie krytykować sfery życia prywatnego i rodzinnego (chyba że chodzi o ochronę młodocianego przed demoralizacją lub ochronę życia czy zdrowia drugiej osoby). W prawie karnym istnieje zatem tabu: życie prywatne.
Czy pola wyjęte spod zakresu wolności wypowiedzi istnieją również w innych dziedzinach? Moim zdaniem odpowiedź brzmi twierdząco. Istnieje już zresztą odpowiednia regulacja prawna: przepis z ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, mówiący o tak zwanym "kłamstwie oświęcimskim". (Piszę "tak zwanym", gdyż w istocie chodzi nie tylko o kwestionowanie zbrodni Holocaustu, ale o zafałszowanie wszelkich zbrodni popełnionych przez systemy totalitarne, zarówno w mutacji faszystowskiej, jak komunistycznej. Równie zasadnie wolno zatem mówić o "kłamstwie katyńskim"). Tak więc w tym przypadku tabu prawne chroni wartość, jaką dla tożsamości narodowej - a nawet szerszej: tożsamości cywilizacji europejskiej - przedstawia spuścizna, w której zawarte jest ostrzeżenie przed groźbą totalitaryzmu. Jest to tak poważne ostrzeżenie, iż w imię jego ochrony i przekazania następnym pokoleniom ustawodawca zdecydował się ograniczyć wolność wypowiedzi.
Czasem stawia się pytanie, czy tego typu przestępstwa jak "kłamstwo oświęcimskie" da się w ogóle zdefiniować i czy w związku z tym należy je ścigać. To prawda, że bardzo trudno rozstrzygnąć, gdzie przebiega granica między wolnością naukową (na przykład weryfikacją ustaleń co do ilości ofiar Oświęcimia) a kłamstwem podlegającym ściganiu. Trudność wytyczenia tej granicy nie podważa jednak sensowności wprowadzenia tabu chronionego prawnie; istnieje przecież wiele sytuacji, w których granice między zachowaniami dozwolonymi a niedozwolonymi są dosyć płynne. W przypadku "kłamstwa oświęcimskiego" sedno sprawy jest akurat stosunkowo łatwe do uchwycenia. Duże znaczenie pełni tu kryterium umyślności ze strony znawcy; aby pociągnąć go do odpowiedzialności, trzeba wykazać, że osoba negująca zbrodnię Holocaustu czyni to w złej wierze, dąży nie do ustalenia faktów, lecz do zafałszowania spuścizny stanowiącej o tożsamości cywilizacyjnej.
Tak właśnie było w przypadku broszury Dariusza Ratajczaka. Przestudiowałem ją bez większego zainteresowania, gdyż jej poziom naukowy jest żenująco niski, ale nawet na podstawie dość pobieżnej lektury można wychwycić charakterystyczne momenty. Już na wstępie autor tłumaczy, dlaczego w pracy brak przypisów. Wytłumaczenie brzmi wręcz nieprawdopodobnie: autor deklaruje, że dysponuje nimi "na telefon". Nawet w najbardziej popularnonaukowej publikacji taki argument jest całkowicie kompromitujący i posłużenie się nim dowodzi braku warsztatu naukowego. Mamy tutaj do czynienia z materiałem, co do którego autor z góry zakłada, że nie poddaje się on weryfikacji naukowej. Jest to poważna przesłanka, którą sąd musi wziąć pod uwagę przy ocenie intencji.
Istnieje jeszcze jeden argument, który wysuwa się przeciwko ściganiu "kłamstwa oświęcimskiego". Twierdzi się mianowicie, że w szczególnych warunkach społeczeństwa postkomunistycznego, po pięćdziesięciu latach łamania praw człowieka, bardziej demoralizująco wpływa na społeczeństwo ograniczanie wolności słowa niż tolerowanie jej nadużyć; nadużycia te zwalczać należy nie drogą prawną, lecz przez stosowanie ostracyzmu społecznego. W moim przekonaniu takie rozumowanie oznacza, po pierwsze, uleganie mechanizmowi wahadła: od zniewolenia przerzucamy się w niekontrolowaną i nieodpowiedzialną wolność. Ja chciałbym zatrzymać to wahadło i mówić o wolności w granicach odpowiedzialności. Prawo ma być ostatecznością, ale jest ono w stanie pełnić rolę ultima ratio tylko w sytuacji, gdy ostracyzm społeczny rzeczywiście działa. Niestety, jesteśmy społeczeństwem, które w dużym stopniu zatraciło zdolność samokontroli i samooczyszczania. Dotyczy to wielu dziedzin. Wielokrotnie zdarzało się, że osoby zamieszane w rozmaite afery, osoby, przeciwko którym toczyły się sprawy karne, stawały do wyborów parlamentarnych i wygrywały je... Osoby, o których powszechnie wiadomo, że biorą łapówki, są dobrze przyjmowane w salonach elit politycznych. Ostracyzm społeczny nie funkcjonuje nawet w kręgach akademickich, gdzie toleruje się ludzi sprzeniewierzających się zasadom etyki zawodowej.
W sprawie Ratajczaka pojawiło się pod tym względem wiele niepokojących sygnałów. Jednym z nich była opieszałość uniwersytetu opolskiego, którego władze z dużym opóźnieniem zdecydowały się na podjęcie kroków dyscyplinarnych (wcześniej głos zabrał zespół etyki Komitetu Badań Naukowych). Tymczasem w przypadku pracownika naukowego mamy do czynienia ze szczególnym zagrożeniem, dochodzi bowiem do powielania treści przekazywanych przez osoby mające w założeniu stanowić autorytet dla młodego pokolenia. Odpowiedzialność takich osób jest szczególnie duża. Uczony musi mieć prawo do swobody wypowiadania zgodnie z sumieniem treści, które uważa za naukowo uzasadnione, musi jednak czynić to w sposób odpowiedzialny. W przypadku broszury Dariusza Ratajczaka brak jakiegokolwiek warsztatu naukowego zadaje kłam czystości intencji autora.
Drugim sygnałem niepokojącym jest to, iż praca tak jaskrawo naruszająca standardy naukowości zaczęła być popularyzowana. Mam na myśli rozmowę wyemitowaną przez Radio Maryja z udziałem autora broszury oraz profesorów Petera Rainy i Ryszarda Bendera. Krytykując na łamach "Azymutu" tę audycję, sprowadziłem na siebie gniew słuchaczy toruńskiej radiostacji. W listach do mnie powtarzał się zarzut, iż chcę ograniczyć wolność słowa profesora Bendera oraz nie uwzględniam faktu, że nie wypowiadał się on we własnym imieniu, lecz jedynie powoływał się na publikacje zagraniczne kwestionujące zbrodnię oświęcimską. Niestety, moim zdaniem nie ma żadnej różnicy między wypowiadaniem pewnych treści od siebie a powtarzaniem cudzych wypowiedzi, jeśli nie opatruje się ich komentarzem wskazującym, że mamy tu do czynienia z błędem lub wręcz kłamstwem. Na tej samej zasadzie odpowiedzialność ponosi również redakcja Radia Maryja. Co znamienne, kiedy jako kandydat na stanowisko rzecznika praw obywatelskich spotkałem się z klubem parlamentarnym AWS, pierwsze pytanie brzmiało, w jaki sposób zamierzam zadośćuczynić krzywdzie, którą wyrządziłem Radiu Maryja swoim felietonem. Moim zdaniem, krytykując wspomnianą audycję i wytykając popełniony błąd, nie wyrządzam krzywdy, wręcz odwrotnie: działam na korzyść.
Katolickie środowiska prawicowe krytykują środki społecznego przekazu za szerzenie pornografii czy scen przemocy. Jest to krytyka ze wszech miar słuszna; jako rzecznik praw obywatelskich zamierzam podjąć walkę z tymi zjawiskami, które - jestem o tym głęboko przekonany - wiążą się ze wzrostem przestępczości, odpowiedzialne są za demoralizację młodzieży, która nie otrzymuje niestety pozytywnych wzorców w domu. Ale nie potrafię zrozumieć, jak można walczyć z pornografią i brutalnością w mediach, a równocześnie tolerować demoralizację polegającą na rozpowszechnianiu treści mających w tle nienawiść do jakiejś kategorii ludzi, pogardę do jakichś nacji czy rozmaite fobie. Trzeba widzieć związek obu rodzajów nadużycia wolności wypowiedzi i stawiać je na tej samej płaszczyźnie. Wybiórcze podchodzenie do zjawisk zasługujących na potępienie jest moralną schizofrenią.
Takiej schizofrenii trzeba przeciwstawiać się, mobilizując przeciw niej opinię publiczną, nazywając po imieniu niewłaściwe zachowania, nie unikając krytykowania po nazwisku osób za nie odpowiedzialnych. To jednak nie wystarcza. W przypadkach gdy naruszone zostaje tabu, jestem zwolennikiem utrzymania przepisów karnych, a więc w tej konkretnej sprawie zakazu kwestionowania zbrodni totalitarnych systemów zniewolenia. Musimy pamiętać o tym, że totalitaryzm nie jest nieodwołalnie zamkniętą przeszłością. On może wrócić. Rozmawiając ze studentami, przekonuję się ciągle, że dla nich nie tylko stalinizm (nie mówiąc już o nazizmie), ale nawet stan wojenny należy do czasu zaprzeszłego, który - w ich poczuciu - już ich nie dotyczy. Lekcje przeszłości bywają więc zapominane bardzo szybko. Zbyt łatwo bagatelizujemy jako nieprzyjemny, ale marginalny folklor takie fakty jak palenie przez młodych ludzi flagi amerykańskiej lub izraelskiej albo też wypisywanie na murach haseł rasistowskich. W moim przekonaniu nastroje frustracji i agresji mogą być wykorzystane przez polityków (warto zwrócić uwagę, że jeden z obecnych kandydatów na prezydenta zaapelował do skinheadów o poparcie jego kandydatury). Nie chodzi o to, by wpadać w panikę i demonizować skrajne ruchy populistyczne, ale nie należy też zamykać oczu na potencjalne zagrożenia.
Katolicki Uniwersytet Lubelski wręczył niedawno tytuł doktora honoris causa profesorowi Rittersowi z Konstancji. Wypowiedział on kiedyś niezwykle mądrą myśl, iż rolą prawnika jest ostrzeganie przed niebezpieczeństwami, ale rola ta jest możliwa do spełnienia tylko pod warunkiem, że władza nie trafi w ręce osoby lub ruchów, które chcą łamać prawo i ustanowić dyktaturę. W momencie kiedy do tego dojdzie, prawnik nie jest w stanie już nic zrobić. Nie powinniśmy zapominać o cynicznej wypowiedzi Goebbelsa, który powiedział kiedyś, że system nazistowski będzie zupełnie świadomie wykorzystywał instytucje demokratyczne po to, aby zlikwidować samą demokrację. Ci, którzy powołują się na wolność słowa, broniąc prawa do głoszenia takich poglądów, jakie zawarł w swej broszurze Dariusz Ratajczak, muszą pamiętać, że nieograniczona wolność słowa to pożywka dla przyszłego dyktatora. I dzisiaj trzeba przeciwko wypowiedziom łamiącym tabu protestować. Potem może być za późno.
ANDRZEJ ZOLL, prawnik, prof. dr hab., były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego, rzecznik praw obywatelskich.
|