SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
-
styczeń, nr 536
-
luty, nr 537
-
marzec, nr 538
-
kwiecień, nr 539
-
maj, nr 540
-
czerwiec, nr 541
-
lipiec, nr 542
-
sierpień, nr 543
Fundacja
Księga gości
Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej
księgi gości.
Dziękujemy!
|
 |
SOLIDARNOŚĆ ZAKORZENIONA
Chantal Millon-Delsol
|
Po gwałtownej i nie pozbawionej ironii krytyce komunizmu Platona (Polityka, II, 2) Arystoteles dodaje, jakby przecząc samemu sobie, że "do pewnego stopnia powinna własność być wspólną". I aby zadośćuczynić jednocześnie chęci osiągnięcia prywatnej korzyści i gorącemu pragnieniu dzielenia się, pisze: "przy spożywaniu plonów [ludzie] kierować się będą szlachetnością w myśl przysłowia: »między przyjaciółmi wszystko wspólne«. (...) Widać tedy, że lepiej jest, by własność była prywatną, a stawała się wspólną przez użytkowanie". Przed erą chrześcijańską solidarność opisana jest przez Arystotelesa jako wartość, ku której w naturalny sposób kierują się porywy: jako wartość antropologiczna, która jest częścią tego, co można powiedzieć o człowieku, jako cnota - w znaczeniu dyspozycji do czynienia dobra - będąca rodzajem społecznej agape, inaczej mówiąc, agape, która nie ogranicza się tylko do rodziny i prywatnej przyjaźni. Jako sym-bolos wobec ciągle ponawianych prób dia-bolos.
Wartość tak godna pożądania nie może już doliczyć się swych zwolenników. Preparowana jest na wszelkie możliwe sposoby, czasem poniewierana. Staje się rygorystyczna, gdy myśl się usztywnia; zaciera się i zanika, gdy myśl ubożeje. W ciągu dziejów przybiera różne barwy. Ulega najprzeróżniejszym metamorfozom. Czasem jest jak zużyte wskutek wielokrotnego beznamiętnego wymawiania słowo. Dzisiaj nieodparcie kojarzy się z ostatnim z polskich powstań. Osobiście uważam, że rewolucja z 1981 roku osadziła solidarność w jej właściwym znaczeniu. Ale zostańmy przez chwilę przy doświadczeniach XX-wiecznej Europy.
Gdybyśmy chcieli scharakteryzować antropologiczny tropizm XX wieku, można by powiedzieć, że mówiąc o człowieku, nie dostrzega alternatywy między demiurgiczną utopią a zredukowaniem go do biologii. I w obydwu przypadkach takiej alternatywy solidarność, ten czysto ludzki poryw, występuje w zadziwiających wcieleniach, jak osoba dramatu pojawiająca się w ciągle nowym kostiumie.
Solidarność abstrakcyjna, czyli sprawiedliwość bez miłości
Triumf nowoczesnego racjonalizmu doprowadził do utożsamienia solidarności z dzieleniem się mającym na celu osiągnięcie matematycznej równości. Już dawne utopie (Platon, Campanella) proponowały rezygnację z rodziny, jako miejsca solidarności niedoskonałej, ponieważ obciążonej uczuciami i zawężonej przede wszystkim do kręgu bliskich. Dzielenie się podyktowane miłością uznawane było za egoistyczne, ponieważ oczywiste jest, że nie da się kochać wszystkich jednakowo.
Projekt społeczny od Babeufa po Lenina to projekt sprawiedliwości bez miłości, wymysł dobrze charakteryzujący nowoczesność. Solidarne dzielenie się oderwane jest tam od kontekstu ludzkiego życia i zaplanowane z suchą racjonalnością. Posługując się spostrzeżeniem Hannah Arendt: z praxis przeradza się ono w poiesis. Przestaje być działaniem w świecie ludzkim, a staje się stwarzaniem na nowo ludzkiego świata. Solidarność zostaje zastąpiona przez rozkład proporcjonalny.
Funkcjonowanie realnego socjalizmu, pomijając historyczny depozyt pozostawiony pamięci pokoleń, interesuje nas przede wszystkim ze względu na wpływ, jaki nadal jeszcze wywiera na nasz sposób myślenia. W zajmującej nas tu dziedzinie, jak również w wielu innych, późnonowoczesny Europejczyk daje się tu czy tam bezwiednie kształtować nieprawdopodobnemu marzeniu o solidarności, która uwolniła się od wszelkich ludzkich "naleciałości", marzeniu o sprawiedliwości racjonalnej, nie związanej z miłością, bo miłość jest tak niedoskonała. Przykładem tego jest opatrznościowe państwo francuskie, które solidarność organizuje tylko za pomocą sztuczki anonimowego podatku i ręką anonimowego urzędnika, zmierzając w ten sposób do osiągnięcia rozkładu proporcjonalnego, wolnego od irracjonalizmu i niezależnego od kapryśnego podziału indywidualnego. Obywatel płaci fiskusowi wygórowane podatki, dzięki którym państwo obejmuje całościową opieką wszystkich pozbawionych środków do życia. W ten sposób obywatel ma coraz mniej sympatii dla swego nieszczęśliwego sąsiada, ponieważ jeśli udziela mu jakiejś bezpośredniej pomocy, do gestu dołączając ciepłe spojrzenie, czuje się jak głupiec, który płaci dwa razy. Tą metodą wyrywa się z korzeniami - i o to właśnie chodzi - miazmaty współczucia i litości, indywidualne preferencje, obowiązek wdzięczności i atmosferę niespłacalnego długu, czyli to wszystko, gdzie zamieszkuje solidarność czysto ludzka. Zbyt ludzka.
W ten sposób społeczeństwa późnonowoczesne organizują się w kolektywy lub w korporacje rządzące się systemem rozkładu proporcjonalnego i ustalonych ilości, troszczące się o możliwie najbardziej racjonalną redystrybucję. Mamy wtedy do czynienia z "solidarnością", za którą kryją się obojętność, egoizm, a nawet nienawiść. Dzielenie się rozumiane jest jako mechaniczne naprawianie jakiejś niesprawiedliwości. Człowiek uważa się za samowystarczalnego i żąda swojej części dóbr społecznych, dzięki którym osiągnie konkretną samowystarczalność towarzyszącą jego samowystarczalności ontologicznej. Człowiek ponowoczesny jest tu spadkobiercą człowieka poddanego wcześniej totalitarnemu umasowieniu.
Tam, gdzie panuje sprawiedliwość pozbawiona miłości, czyli w totalitarnym egalitaryzmie czy warunkach anonimowej redystrybucji praktykowanej przez współczesne państwo opatrznościowe, dzielenie się przetrwało, ale pozbawione swojego znaczenia. Przypisuje mu się precyzyjny i konkretny cel, czyli zaprowadzenie równości, którą uważa się za naturalną. Tymczasem prawdziwa solidarność to bezustanne dzielenie się, nie po to, by urzeczywistnić jakąś sprawiedliwość, która odbudowywałaby ład świata, lecz po to, by wspólnie dźwigać ciężar ludzkiej ograniczoności. Solidarność nie powstaje tam, gdzie anonimowa ręka dzieli jakieś dobra. Rodzi się wtedy, gdy dzielimy się, stając ze sobą twarzą w twarz. To nadaje dzieleniu się sens.
Mieszczański sposób życia, który kalkuluje uczucia i rachuje nawet niepoliczalne, od dwustu lat odgrywa na Zachodzie istotną rolę w niszczeniu pierwiastka duchowego, czyli załamywaniu się solidarności. Na zasadzie częstego w historii paradoksu socjalizm kontynuuje dzieło przeciwnika, którego, jak mu się złudnie wydaje, niszczy: jest spadkobiercą mieszczańskości zabijającej ducha na korzyść kalkulacji i obliczającej wagę miłości - co jest najlepszym sposobem, żeby ją unicestwić.
Efekt solidarności liczy się z pewnością mniej niż atmosfera, w której się ona rozwija. Solidarność nie jest techniką prowadzenia rachunków, ale sposobem istnienia. Jest nieprzeliczalna. Błąd tego stulecia polegał na tym, iż uwierzono, że za pomocą wyrównania płac, parcelacji mieszkań czy rozdziału pieniędzy uda się wynaleźć społeczeństwo solidarne. Tym wszystkim technicznym podziałom brakuje duszy, która nie jest jak truskawka położona na torcie czy jakiś dodatkowy uśmiech, ale stanowi samą istotę.
Solidarność instynktowna, czyli człowiek zredukowany do biologii
O ile w ciągu tego wieku sens solidarności uległ wynaturzeniu, o tyle ostatnio przeżywa ona inną metamorfozę. Tym razem od korzeni: zyskuje nowe fundamenty i w związku z tym jeszcze inne oblicze.
Poprzednie ideologie reprezentowały systemy będące nośnikami prawdy absolutnej. Duch późnej nowoczesności przeciwnie - odrzuca wszelką prawdę rozumianą jako wspólne przedstawienie rzeczywistości. Ta ostatnia postawa jawi się całkiem naturalnie jako konsekwencja tych pierwszych; zrodzona z przerażenia, jest ich wyrzutem sumienia i rewersem. Demiurgiczny absolut totalitaryzmów nie ma spadkobierców. Pozwala, by z jego ruin wyłaniało się jego własne przeciwieństwo, nowa forma nihilizmu, całkiem różna od tej XIX-wiecznej: nie jest to już nihilizm wyzwolenia, ale nihilizm trwogi. Każda prawda staje się monstrualna.
Pasjonujące jest obserwowanie, czym staje się solidarność w tyglu tej ewolucji. Demiurgiczne ideologie stawiały sobie za cel urzeczywistnienie doskonałej sprawiedliwości i równości, to znaczy unicestwienie solidarności jako wartości poprzez jej zrealizowanie. Społeczeństwo miało stać się tak doskonale solidarne, że idea solidarności przestałaby istnieć. Duch późnej nowoczesności, w swym relatywizmie wynikającym z lęku przed prawdą, logicznie rzecz biorąc, powinien wymazać solidarność jako punkt odniesienia wspólnego świata, który także przestał istnieć: jeżeli każdy sam wyznacza sobie wartości, solidarność staje się indywidualną i subiektywną preferencją, ani mniej, ani bardziej ważną niż arbitralne upodobanie do jakiegoś gatunku sera. Otóż następuje coś całkiem innego. Jeżeli poszperamy w myśli postmodernistycznej, tam gdzie wyraża się ona z największą jasnością i wywiera określony wpływ, stwierdzimy, że Richard Rorty, papież relatywizmu (nazywanego przez niego "pragmatyzmem"), pośród nihilizmu decyduje się wybrać jedną tylko wartość uniwersalną: solidarność.
Nie należy dopatrywać się w tym jakiegoś odruchu specyficznego dla myślenia Rortyego. Ma to sens głębszy: oznacza, że nihilizm traci swą żywotność, że jego konsekwentny cynizm nie jest w stanie nas usatysfakcjonować. Konieczność działania w jedności z istotami ludzkimi narzuca się naszej woli.
Tymczasem postmodernistyczna solidarność pozbawiona jest fundamentu i uzasadnienia, ponieważ "wielkie narracje" prawdy zostały unieważnione. Mówiąc jaśniej, Rorty, a wraz z nim część postmodernistów, nie uważa, żeby wartość solidarności opierała się na pewnikach wspólnych jakiejś grupie czy jakiejś kulturze. Za nimi kryją się bowiem różne sposoby określenia dobra ludzkiego, różnego rodzaju wiedza i "narracje", które wzajemnie się wykluczają. Solidarność ufundowana na wiedzy lub na wierzeniach - nowych ideologiach, wizjach świata, religiach - doprowadziłaby nas do epoki, która poprzedza współczesne ideologie.
Dlatego to według Rortyego solidarność nie może być wspólnotą i wymianą pomiędzy członkami jakiejś społeczności lub grupy ludzi. Może być tylko ogólnoludzka. Ponieważ solidarność nie ma korzeni kulturowych, odnosić się musi do całej ludzkości. Jakie więc ma korzenie i co ją uzasadnia? Bojąc się, by solidarność nie zakorzeniła się w jakiejś konkretnej kulturze i nie będąc w stanie określić, jaka jest kultura ludzkości, ponowoczesność usprawiedliwia solidarność, by tak rzec, od dołu: poprzez biologię. Współczesna mentalność przybliżać zaczyna ludzkie współczucie i zwierzęcą empatię aż do ich utożsamienia. Solidarność ogołocona lub wyzwolona ze swoich podstaw metafizycznych, religijnych i etycznych staje się jednocześnie instynktowna i abstrakcyjna. Etyka pozbawiona zapośredniczenia i zakorzenienia w jakiejś wiedzy zostaje zredukowana do czegoś, co przypomina etykę świata zwierząt.
Stąd bierze się obecne zainteresowanie ssakami naczelnymi. Zoologowie twierdzą, że wyżej zorganizowane małpy mają swoją moralność. Zdolne są do empatii, to znaczy do pewnej formy solidarności, a więc, pyta słynny badacz naczelnych Frans de Waal, "jaka jest różnica między postawą szympansa, głaszczącego swego towarzysza, który stał się ofiarą agresji, lub dzielącego się pożywieniem z innym głodnym zwierzęciem, a postawą człowieka, który tuli płaczące dziecko lub uczestniczy w rozdzielaniu zupy dla biednych?"1 . I podsumowuje: "Wydaje się, że doszliśmy do punktu, w którym naukowcy osiągnęli wiedzę wystarczającą, by wydrzeć moralność z rąk filozofów (...). Zmysł moralności rodzi się w pewnych partiach mózgu"2 . Od kilku lat pisma naukowe i filozoficzne obfitują w tego typu analizy.
W ten sposób nauka o naczelnych uzasadniła solidarność czysto emocjonalną, związaną bardziej z wnętrznościami niż z sercem. Uznawszy siebie za demiurga, pozbawiony złudzeń człowiek przełomu wieków uznaje się następnie za zwierzę. Figura solidarności podąża krzywą wyznaczaną przez drogi, którymi on błądzi.
Otóż solidarność instynktowna, ignorująca wszelkie uzasadniające ją argumenty, nie potrafiłaby nikogo zachęcić do naśladownictwa. Uczucia nie są argumentem, nie są też automatycznie podzielane. Co można powiedzieć temu, kto utrzymuje, że solidarność jest głupotą, i kto apologizuje cynizm? Nie wiedząc, jak go przekonać, skoro nie dysponuję argumentami ani kryteriami ocen, mogę tylko wypowiedzieć mu wojnę albo, jeśli wzdragam się przed przemocą, poddać go ostracyzmowi. Moralność oparta na instynkcie nie zna słów innych niż obelgi. Jest ona namiastką moralności, bezustannie balansując między afektacją a wojną. Ta ostatnia figura solidarności, jej postać wyczerpana i osłabiona, odpowiada bardziej ogólnemu zjawisku etyki uczuć, które zakwita na glebie odrzucenia pewników. Etyka nie przestaje istnieć - za bardzo jest ludzka - ale opiera się wyłącznie na kryterium emocji. Nasi współcześni nie są cynikami. Pragną dobra im podobnych. Jednak w sytuacji wycofania kryteriów pozwalających odróżnić dobro od zła, zło określają poprzez oburzenie, jakie wzbudza, a dobro przez litość. Oburzenie i litość to emocje instynktowne i czasowe. Mają znaczenie tylko w danym momencie i nie wiążą się z żadną hierarchią wartości, żadnym moralnym osądem. Jest to moralność trzewi, dlatego tak łatwo się rozmywa, afiszuje i mazgai.
Solidarność zakorzeniona
Solidarność nie jest tym samym co empatia u zwierząt. Nie chodzi w niej jednak również o to, by całkowicie wyzwolić istoty ludzkie ze stanu nierówności. Pojawia się ona u tego zwierzęcia, które zna swoją ograniczoność: u człowieka. Oznacza, że ludzie są braćmi w tragedii. Jest to pojęcie podobne do tego, co Jan Pato:ka nazywa, mówiąc o narodach historycznych, "solidarnością wstrząśniętych". Solidarność wydarza się tylko tam, gdzie niewystarczalność i ograniczoność są rozpoznane i zaakceptowane. To, co nas łączy, to rana, której istnienia nie da się zanegować, nie można jej też wyleczyć. Ale solidarność może przemienić kruchość w chwałę.
Chcemy być solidarni nie dlatego, że upodabnia nas do siebie taka sama rana - to byłaby zwierzęca empatia lub instynktowne współczucie etyki emocji. Ale dlatego, że uczestniczymy, każdy według swojej roli, w tworzeniu sensu tej rany. Solidarność nie polega tylko na zmniejszaniu cierpienia drugiego, dlatego że ja mógłbym się znaleźć na jego miejscu, lub na współcierpieniu, a przez to uczynieniu cierpienia łatwiejszym do przyjęcia, bo wspólnym. Solidarność to budowanie ponad cierpieniem miłości, która pokazuje, że zraniony człowiek nie jest zupełnie bezbronny i ma się gdzie uciec, inaczej mówiąc - że rana nie jest jego jedynym imieniem. Solidarność to nie tylko opatrywanie ran i zadośćuczynienie. To miłość, która jest odpowiedzią na ranę i wspólnym przeżywaniem odmienności.
Powtórzmy: w solidarności liczy się zarówno atmosfera, jak i rezultat dzielenia się. Nie można jej przeliczyć ani na dolary, ani na tony. Jest wspólnym tworzeniem sensu. Nie da się więc oderwać jej od rzeczywistości kulturowej grupy, która ją przeżywa. Jako specyficzna relacja międzyludzka, wiąże się zawsze z jakąś kulturą i przekazywana zostaje w danej kulturze. Człowiek nie istnieje sam w sobie - jest istotą relacyjną, która wpisuje się w daną kulturę. Wymyślanie solidarności ogólnoludzkiej, oderwanej od środowiska kulturowego, a więc od wspólnej wiedzy i wierzeń, to podzielanie teorii Rousseau, że człowiek staje się lepszy, gdy uwolni się od swej kultury. Ale człowiek bez kultury jest raczej barbarzyńcą, czyli kimś, kto nie posiadając języka, pozbawiony jest również więzi.
XXI wiek będzie potrzebował solidarności zakorzenionej: wpisanej zarazem w ludzką ograniczoność, jak w kultury, które - każda na swój sposób - nadają tej ograniczoności sens.
Zakorzenienie solidarności, w przeciwieństwie do abstrakcyjnej solidarności XX wieku, pociągnie za sobą ponowne odkrycie istoty dzielenia się. Ta solidarność nie będzie prowadzić obliczeń ani szacować rezultatów swojego działania. Zajmijmy się na końcu zdefiniowaniem tego słowa o dwojakim sensie.
Termin "dzielenie" ma dwa, niemal przeciwstawne, znaczenia: dzieli się tort i dzieli się przekonania. W pierwszym przypadku oznacza ono podział czegoś na części, tak by każdy otrzymał swoją. Tak dzieli się efekty przyrostu: człowiek chce otrzymać swoją część zysku społecznego. W drugim przypadku dzielenie ma sens przeciwny - oznacza jednoczesny z kimś innym udział w tej samej rzeczywistości, łączenie się. Tutaj człowiek osiąga jakieś pewniki i tworzy projekty w relacji z innymi. Zakłada to wzajemne uzupełnianie się, jak również możliwość konfliktów.
Dzielone ciastko zmniejsza się, dzielone przekonania wzrastają. Można to wyrazić jeszcze w ten sposób: ekonomia dzieli, bo nigdy nie ma wystarczająco dużo dóbr materialnych, by zaspokoić pragnienia każdego człowieka, podczas gdy polityka i religia łączą, gdyż chodzi tu o dobra niematerialne, które w miarę dzielenia rosną. W taki sposób można rozumieć symbolikę chleba i ryb w opowieści o rozmnożeniu chleba.
Musimy odbudować wspólne przekonania (polityczne, religijne) i wspólne projekty, które nadadzą im konkretny charakter, jeśli nie chcemy, by solidarność ograniczyła się tylko do czysto materialnego podziału dobrobytu, który jest zarówno konieczny, jak niewystarczający. Żyjemy w epoce, kiedy Europejczycy boją się wspólnych przekonań z obawy przed możliwym fanatyzmem pewności. Niedawna historia całkowicie uzasadnia taki lęk. Wszelka prawda, która próbuje rozszerzyć swój zasięg, ścigana jest jako przejaw sekciarstwa, a wszelka obrona jakiejkolwiek indywidualnej kultury utożsamiana jest z separatyzmem lub kolonializmem. Jeśli jednak odrzucimy to, co w swej zwyrodniałej postaci mogłoby doprowadzić do nadużyć czy przesady, zanegujemy samą egzystencję i uczynimy z człowieka istotę ograniczoną, bezbarwną, zredukowaną do istnienia biologicznego.
Świat kultur został zniszczony przez totalitaryzm, ale w inny sposób został również okaleczony przez solidarność emotywną, która wyznacza sobie miejsce ponad wszelką kulturą. Solidarność XXI wieku mogłaby przyczynić się do odbudowy tego wspólnego świata.
8 czerwca 2000
tłum. Dorota Zańko
|