70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Wojciech Nekanda-Trepka/Agencja Gazeta

Czytelny gest

Potrzebujemy Filipa Springera rodzimego projektowania!

Arkadiusz Gruszczyński: Jesteś współautorem najbardziej znienawidzonego ostatnio logo Warszawskiego Transportu Publicznego. Jak się z tym czujesz?

Marian Misiak: Cytując wrocławskiego klasyka zespół Hurt: „Czuję się świetnie i mam depresję”.

 

Warto dodać, szczególnie dla niezainteresowanych życiem Warszawy, że wasz projekt to wpisana w okrąg czerwona litera „t” z syrenim ogonem. Jak powstawał ten projekt?

Pracowałem nad nim wspólnie z zespołem Type2, czyli z Rafałem Benedekiem i Filipem Zagórskim. Motywacją do wzięcia udziału w konkursie była wiara, że nowe logo uporządkuje chaos komunikacyjny warszawskiego transportu. W zamyśle miało ono zastąpić (a może też wchłonąć) dotychczasowe znaki. To podejście wydawało nam się właściwie. Tymczasem wdrożenie projektu okazało się drogą na skróty – stąd depresja.

 

Co masz na myśli?

Wprowadzenie znaku nie pociągnęło za sobą wspomnianej zmiany wielu symboli poprzez jeden czytelny gest. Chcieliśmy, żeby wdrożenie nowego logotypu było poprzedzone konkretnym planem zastąpienia poprzednich znaków. Mam nadzieję jednak, że zaprojektowanie logotypu to nie koniec zmian.

 

Wydaje mi się, że kiedy opadły emocje, warszawiacy polubili ten logotyp.

Mam nadzieję! I jeśli to prawda, to nie byłoby w tym nic dziwnego. Grafika użytkowa, która nie jest przezroczysta, zazwyczaj wzbudza emocje. Przy okazji każdej większej zmiany logotypu najpierw są burza, hejt i groźne buźki na Facebooku. A chwilę później ludzie nie pamiętają już o poprzednim znaku. Ta cała dyskusja w mediach społecznościowych doskonale odsłania powtarzający się paradoks: Polacy znają się na wszystkim, a szczególnie na projektowaniu graficznym. W konsekwencji dostajemy wsobną debatę na bardzo niskim poziomie. I jest to chyba jedyny temat z dziedziny grafiki, który porusza dyskutujących.

 

Z czego to wynika?

Znaki graficzne są pozornie proste, więc łatwo się wypowiadać na ich temat. Poziom dyskusji zazwyczaj pokazuje jednak niezrozumienie tej dziedziny. Komentarze sprowadzają się do pytań: czy ładne?, czy brzydkie?, z czego „zerżnięte”?, ile pieniędzy wziął za to projektant?. Trudno zatem mówić o merytorycznej rozmowie. Obecnie rzadko zamawia się jedynie znaki, raczej chodzi o rozbudowane systemy identyfikujące instytucję, produkt itp.

Trzeba wziąć także pod uwagę stan przestrzeni publicznej w Polsce, który wciąż jest tragiczny.

W szkołach nadal nie porusza się kwestii, takich jak ład przestrzenny, przestrzeń wspólna czy odpowiedzialność za nią. To pole jest ogromnie zaniedbane!

Wizualny smog, z którym mamy do czynienia, jest jeszcze gorszy niż ten w powietrzu – nie można od niego odetchnąć, gdyż nie pojawia się sezonowo, towarzyszy nam cały czas.

 

Jaka jest twoja recepta na walkę z „wizualnym smogiem”?

Prócz systemowej edukacji wielkie znaczenie mają małe gesty. W Polsce działa wielu bardzo skutecznych grafików aktywistów z misją. Mam na myśli: Traffic Design z Gdyni, którzy wykonują świetną pracę – prowadzą warsztaty, zajmują się redesignem szyldów, zmieniają oblicze ulic i przestrzeni miejskich (np. słynna zmiana trójmiejskiej stacji Radłowo SKM). To małe kroki, mikrointerwencje w najbliższym otoczeniu, które odbijają się szerokim echem w mediach i dzięki temu mają szansę kształtować masowy gust oraz zapoczątkować zmianę. Jest też grupa DOBRO, która w sposób partyzancki usuwa nielegalne reklamy. Bardzo kibicuję tym działaniom. Każdy z nas zresztą może przyczynić się do poprawy przestrzeni wspólnej. Odwiedzając moją mamę, która mieszka w górach, biegam w pobliskich lasach. Za każdym razem, wracając, staram się zbierać śmieci, aby przyrodzie było lżej. Ponoć w Szwecji to już trend, tzw. plogging. Z kolei mój znajomy, spacerując po mieście, zrywa nielegalnie naklejone reklamy. W zasadzie robimy to samo, ja sprzątam, bo staram się dbać o krajobraz leśny, a on miejski. Krajobraz jest dobrem wspólnym. Dbanie o niego staje się kategorią etyczną.

Jeśli chodzi o mainstream, konieczne jest wyprowadzenie tematu grafiki projektowej z zamkniętych salonów do mediów i szersza dyskusja podobna do tej o architekturze. Potrzebujemy Filipa Springera rodzimego projektowania!

 

Może Ty nim jesteś? Prowadziłeś przecież warsztaty z partycypacyjnego projektowania, publikowałeś artykuły na ten temat.

Jestem projektantem. Projektanci chcą projektować, a nie zajmować się profesjonalnie promocją swojego zawodu. Wycofałem się z pisania i prowadzenia warsztatów, właśnie dlatego że odciągało mnie to od projektów.

 

Jak sprawa projektowania graficznego ma się przedostać do mainstreamu?

Grafika użytkowa jest immanentnie obecna w mainstreamie – spotykamy ją wszędzie, gdziekolwiek  spojrzymy.

 

Razem z nami, dziennikarzami i redaktorami, pracują graficy, którzy projektują gazety czy strony internetowe.

Właśnie. Grafikę użytkową dostrzegasz wszędzie: od pudełka na zapałki po dowód osobisty czy znaki drogowe. Chodzi o zmianę podejścia – media masowe niespecjalnie ją zauważają, ponieważ jest to temat złożony i słabo się klika. Prościej pokazywać PRL-owskie projekty w ujęciu sentymentalnym, niż pochylić się nad aktualną działalnością projektantów graficznych. Musimy zacząć opowiadać i pisać o grafice użytkowej w sposób prosty i ciekawy.

 

Ktoś to dzisiaj robi?

Na przykład Marcin Wicha w swoich felietonach. Potrzebne jest też dyskutowanie o niej w mediach – zgodzisz się, że tytuł miesięcznika, dla którego rozmawiamy, jakoś wyjątkowo do naszej rozmowy pasuje?

 

Widzę ten cykl: „Znak” o znakach!

Świetny pomysł! Sami projektanci wbrew pozorom są całkiem atrakcyjni medialnie, co pokazał pamiętny występ Łukasza Dziedzica, projektanta fontów, autora m.in. znanego kroju Lato, w Pytaniu na śniadanie. Króciutka rozmowa o literach była ciekawsza niż pogadanka o obiedzie celebrytów. Takich medialnych typów mogę podać więcej.

 

Po co właściwie ludziom wiedza o projektowaniu? Dlaczego warto żyć w ładnych miastach? Czy czasem „krajobraz na haju”, jak to kiedyś powiedział Andrzej Stasiuk, nie jest naszą lokalną, wschodnioeuropejską tożsamością?

Takie sformułowanie broni się w literaturze. Co z tymi, którzy nie chcą żyć na permanentnym rauszu? Jakość otoczenia ma wpływ na nasze samopoczucie. Ujmując rzecz skrótowo – jesteśmy zdenerwowani, gdy zewsząd krzyczą do nas ogromne reklamy. Kiedy wyjeżdżamy za granicę, często zachwycamy się powściągliwością szyldów czy reklamy zewnętrznej w europejskich miastach. Żyjąc w otoczeniu, które wygląda jak śmietnik, trudno wyrobić sobie poczucie smaku oraz zyskać poczucie odpowiedzialności za przestrzeń wspólną.

 

Nie wiem, czy denerwuje nas ten chaos. Mnie tak, Ciebie też, ale może jest tak, że Polacy lubią ogromne reklamy? W końcu jesteśmy społeczeństwem, które ciągle do czegoś aspiruje.

Jest się z czego cieszyć, aspiracje świadczą o tym, że nie gaśnie w nas entuzjazm.

Obawiam się jednak, że Polacy nie tyle polubili te reklamy, ile nie są w stanie ich obiektywnie ocenić i tym samym przeciwstawić się im.

Nie potrafimy po prostu powiedzieć: ta reklama zasłania architekturę lub funkcjonalną informację, degraduje mój park i robi z mojego osiedla tablicę ogłoszeń.

 

Co byś zrobił, gdybyś został ministrem ds. ładu przestrzennego?

Stworzenie takiego ministerstwa byłoby katastrofą! Po pierwsze, chodzi o to, aby ludzie sami zaczęli dbać o przestrzeń. Po drugie, o włączenie reprezentantów naszej profesji do debaty i do procesów decyzyjnych związanych z kształtowaniem przestrzeni wspólnej.

Na poziomie systemowym natomiast potrzebne są eksperymenty – np. parki kulturowe w centrach miast, w których reklama jest ograniczana. Cały świat zastanawia się, jak to rozstrzygać. Myślę, że na efektywne rozwiązania systemowe musimy jeszcze poczekać, bo w tych przestrzeniach nakładają się nachalne komunikaty komercyjne, ale też interwencje pozytywne, związane z kreatywnym obliczem miasta, takie jak oddolnie sadzenie zieleni, street art, spontaniczne bazary.

 

Coraz więcej instytucji i firm dba o to, żeby ich strony były ładne, tak samo jak produkty. Polska grafika użytkowa jest towarem eksportowym.

To prawda – widać zmianę, wciąż jednak nie w takiej skali, byśmy mogli stwierdzić, że grafika użytkowa ma znaczenie dla kogoś więcej niż samej branży. Polska grafika prezentuje się nieźle na targach dizajnu, ale nie przekłada się to na realne zainteresowanie i zamówienia – graficy z Polski nie pracują dla zagranicznych klientów. I najważniejsze: grafika wysokiej jakości związana jest głównie ze światem kultury lub podobnym, dość niszowym, „hipsterskim” obszarem.

 

To jednak dobrze, że instytucje kultury są progresywne, zmieniają się, proponują szersze zmiany. Jestem spokojny, że to zacznie rezonować szerzej, tak jak wcześniej z architekturą. Wspomniałeś o Filipie Springerze, a przecież jego działalność jest efektem takich festiwali jak Warszawa w Budowie, książek wydawanych od lat przez Fundację Bęc Zmiana czy Centrum Architektury.

Zgadzam się. Według mnie jednak grafika użytkowa największego kalibru zaczyna się tam, gdzie jej odbiór jest najbardziej powszechny: na ulicach, znakach drogowych, stronach internetowych urzędów, biletach. Dlatego tak zależało nam na kompleksowym wizerunku dla Warszawskiego Transportu Publicznego.

Warszawa to chyba jedyne miasto w Europie, które przy okazji uruchomienia kolejnej linii metra zamówiło dla niej nową identyfikację. Takie bezrefleksyjne kroki, zamiast porządkować wizualny bałagan, tylko go pogłębiają. To droga donikąd.

 

Projektujesz i sprzedajesz czcionki. Po co robić to w Polsce, skoro temat typografii to nisza?

Posiadanie sklepiku internetowego z czcionkami (threedotstype.com) rodzimej produkcji to misja podobna do wyprawy na Marsa. Nie sprzedają się w Polsce, a Polska nie kojarzy się z krojami pism w krajach, gdzie się na nie wydaje pieniądze.

 

Dlaczego tak jest?

W państwach, które po Gutenbergu zaczęły produkcję książek na eksport, powstała mocna potrzeba nowych wzorów czcionek. To właśnie Niemcy, Holandia, Francja, Wielka Brytania posiadają najbogatszą tradycję w tej wąskiej dziedzinie. To tam narodziła się tzw. kultura druku. Od czasów jego powstania do lat 90. poprzedniego wieku, kiedy komputery stały się powszechne, w Niemczech powstało kilka, może kilkanaście tysięcy nowych czcionek. Dla porównania: w Polsce jest to garstka. Są badacze, którzy twierdzą, że polskie drukarstwo uzyskało poziom europejski w XVI w., a potem dopiero we wspominanych latach 90. Zawsze mieliśmy pilniejsze sprawy na głowie – walkę z zaborcą, odbudowanie kraju itd.

Założenie sklepiku z czcionkami to sprawa wynikająca z poczucia misji. Wydaje mi się, że wcześniej nie było takiego zainteresowania projektowaniem. Dziś   powstaje młoda scena rodzimych projektantów czcionek – trzeba ich wspierać!

 

Kogo wśród nich najbardziej cenisz?

Wściekle wierzę w młodą krew. Podziwiam Mateusza Machalskiego, który oprócz tego, że robi fonty, również maluje, wspina się, podróżuje, prowadzi kawiarnię. Nie zapomina, że jest świat poza monitorem. Biorąc pod uwagę to, o czym rozmawialiśmy wcześniej – nie istnieje jakościowa grafika użytkowa bez porządnych czcionek. Chcemy najpierw wybudować solidne fundamenty, potem zbudujemy też fasady. I nie będzie na nich billboardów, jeśli wy, dziennikarze, nam w tym pomożecie!

 

Marian Misiak

Projektant graficzny, typograf, aktywista. Od lat projektuje dla instytucji kultury, jest autorem m.in. nowej identyfikacji wizualnej Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Po wzmożonej aktywności publicystycznej i dydaktycznej koncentruje się na projektowaniu krojów pism i rozwijaniu sklepu z fontami threedotstype.com


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter