70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Photo by FABRICE COFFRINI / AFP

Czy istnieje życie po seksie? „Serotonina”, czyli cicha apokalipsa zombie

Houellebecq jako czołowy nostalgik odczuwa żal po odejściu chrześcijaństwa z kultury Zachodu. Nie ma w nim jednak krzty wiary w osobową nieśmiertelność. Na pytanie „Czy istnieje życie po śmierci?” – odpowiada stanowczym, ale i obojętnym: nie. W jego zsekularyzowanej i znaturalizowanej wersji właściwe pytanie brzmi: „Czy istnieje życie po seksie?”.

Nie da się ukryć, że koniec jest blisko, ale jeszcze nie całkiem, jeszcze nie nadszedł (…). Tak oto umierają cywilizacje, bez trosk, niebezpieczeństw i dramatów, przy niewielkim przelewie krwi, cywilizacje umierają z nudów, ze znużenia samymi sobą, co socjaldemokracja miała mi do zaoferowania, oczywiście nic, jedynie trwałość nieobecności i wezwanie do zapomnienia.
Michel Houellebecq, Serotonina

Tematem tej książki jest śmierć, chyba ta najgorsza, jaka może się nam przydarzyć: śmierć jeszcze za życia, które powoli ustaje, wygasa, a my stajemy się kronikarzami własnego umierania. Obraz ten stoi w sprzeczności ze słynnym argumentem Epikura, na którym opiera się jego system eudajmonii. Głosi on bowiem, że „kiedy my jesteśmy, śmierci nie ma – a kiedy jest śmierć, nie ma nas”, więc nie ma czym się przejmować: trzeba łapczywie rozkoszować się każdym dniem, a potem wydarza się niewiadome, czyli nagły i niezrozumiały skok w noc. U filozoficznie oczytanego Houellebecqa jest i Epikur, którego autorski porte-parole bez zbytnich ceregieli z polityczną poprawnością nazywa „greckim wsiowym pedałem”, ale znacznie bliższy okazuje się mu Martin Heidegger. Nie tylko dlatego, że w swojej konstrukcji „bycia-ku-śmierci” uczynił on życie ludzkie cieniem własnego końca, ale także – i to wcale nie mniej ważny powód – że zrównał on technologię Zagłady, która umożliwiła zabicie milionów żydowskich istnień w rekordowo krótkim czasie, z masową produkcją „zwierzęcego trupa”, w jaką, jego nieskromnym zdaniem, zamieniło się nowoczesne rolnictwo.

Żywy trup

Bohater ostatniej powieści Michela Houellebecqa pt. Serotonina jest „żywym trupem” w Heideggerowskim sensie tego słowa, ale również byłym pracownikiem Ministerstwa Rolnictwa, gdzie bezskutecznie usiłował ocalić resztki francuskiej kultury agrarnej, w tym zwłaszcza tradycyjne zasady hodowli krów rasy normandzkiej, których mleko – naturalne, niepasteryzowane i wydojone czułą ludzką ręką – odpowiada za jedyny w swoim rodzaju smak trzech rodzajów lokalnego sera: camemberta, livarota i pontl’évêque’a („kolejne wysyłki tychże Putinowi też nie przyniosły większego efektu”). W całej tej książce tchnącej rozczarowaną mizantropią pojawia się tylko jeden prawdziwie liryczny opis i dotyczy on właśnie tych szlachetnych zwierząt, co od razu przywodzi na myśl zachwyt Nietzschego z Niewczesnych rozważań nad „prostym bytem” krowy na łące: „Trudno byłoby sobie wyobrazić hasającą krowę rasy normandzkiej, sama myśl o tym świadczyłaby o jakimś braku szacunku, moim zdaniem jakiekolwiek przyśpieszenie kroku byłoby w ich przypadku możliwe tylko w sytuacji zagrożenia życia. Rozłożyste i majestatyczne krowy rasy normandzkiej po prostu były i to zdawało im się wystarczać”.

Umieranie Florent-Claude’a jest tu zatem częścią większego procesu – zagłady całego świata douce France ginącego pod ciosami bezdusznej nowoczesności, którą zaludnia nowy paskudny gatunek człowieka, wywieszczony przez Maksa Webera: „specjaliści bez ducha” (do których zalicza się częściowo sam bohater, otwarcie przyznając się, że „miał i zdradził swoje ideały”) oraz „hedoniści bez serca” (tu zwłaszcza znacznie młodsza japońska dziewczyna protagonisty, Yuzu, wielbicielka libertyńskich gang-bangów). Ci, być może, przeżyją – reszta jednak, pragnąca i ducha, i serca, pójdzie wkrótce pod nóż: jak ostatnia krowia przedstawicielka rasy normandzkiej albo nikomu niepotrzebny kogutek na przemysłowej fermie niosek. Zwłaszcza ten ostatni obraz prześladuje bohatera w jego późnym wcieleniu „ostatniego romantyka”, który „umiera ze smutku”, wyprawiając końcowy „mini-ceremoniał pożegnania z własnym libido”, wykluczony z życia i porzucony na śmietniku zbędnych istnień. Nic nie tłumaczy jego dalszego życia: nie ma ani pragnienia, ani racji, by być: „(…) ja nie byłem, nigdy nie byłem niczym innym jak pozbawioną charakteru szmatą, miałem już czterdzieści sześć lat, nigdy nie potrafiłem kontrolować własnego życia i w skrócie wyglądało na to, że druga połowa mojej egzystencji będzie na wzór i podobieństwo pierwszej bolesną i rozwlekłą zapaścią. (…) zachodni mężczyzna w kwiecie wieku, bez większych trosk finansowych przez najbliższe kilka lat, bez bliskich czy przyjaciół, pozbawiony zarówno osobistych planów, jak i rzeczywistych zainteresowań, głęboko rozczarowany dotychczasowym życiem zawodowym, mający za sobą sporo różnych doświadczeń na polu uczuciowym, których jedynym punktem wspólnym był fakt, że się skończyły – w sumie pozbawiony jakiejkolwiek racji życia i racji śmierci. (…) czy w ogóle mogłem być szczęśliwy? To jedno z tych pytań, których moich zdaniem lepiej unikać”.

Nie on jednak jest odpowiedzialny za ten całkowity zanik witalności, „letargiczną bezczynność” i „astenię zmysłów”: to raczej okrutna nowoczesna kultura, która wpoiła mu zbyt lekki, zbyt hedonistyczny stosunek do życia na epikurejskiej zasadzie „hulaj dusza, śmierci nie ma” – „Czy ulegliśmy złudzeniom indywidualnej wolności, otwartego życia, nieskończonych możliwości? (…) zadowoliliśmy się tym, by się do nich dostosować, pozwolić im, by nas zniszczyły i byśmy bardzo długo przez nie cierpieli”. Otóż nie, złośliwie mamrocze Houellebecq, śmierć jest, jest bardzo, bardziej niż cokolwiek innego: „od-zawsze-już”, jak podpowiada mądry Heidegger, do znudzenia powtarzając, że „od momentu, kiedy się rodzimy, już jesteśmy gotowi na śmierć”. Czarny Piotruś z Heideggerowskiego rękawa zawsze przebije Asa Kier z Epikurejskiej talii: „mój umysł był świadomy, że zmierzam prosto ku śmierci, i nigdy nie przepuścił okazji, by mi o tym przypomnieć”.

Bez seksu – bez sensu

Nie wiem, co na to polska prawica, która od lat próbuje wyprodukować surogat powieści houellebecqowskiej (i kończy mniej więcej z takim samym rezultatem jak polskie mleczarstwo w swoich wysiłkach podrobienia normandzkiego camembert) – ale chyba musi się ona zgodzić, że gdyby Romano Guardini i Jan Paweł II, niestrudzeni krytycy „cywilizacji śmierci”, wybrali swój hit literacki, to byłaby nim Serotonina.

Tu „przysięga antymodernistyczna” Houellebecqa kulminuje w nienawiści tak czystej, skondensowanej i bezwzględnej, że „człowiek spod podłogi” Dostojewskiego jawi się wobec tej apokaliptycznej eksplozji niczym niewinna pastereczka rodem z sentymentalnej idylli Lamartine’a. Jeśli słowo potrafi zabijać, to właśnie tu. Mając za swój przedmiot „małą białą pigułkę” antydepresanta zwanego „Captorix”, który wytwarza sztuczną serotoninę, książka ta sama zamienia się w coś w rodzaju toksycznej pigułki: jej celem jest odrzeć nas z iluzji życia i uświadomić prawdę, że „od-zawsze-już” jesteśmy martwi – coś w rodzaju czerwonej kapsułki, którą Morfeusz podsuwa Neo w Matriksie. Ta prawda nas nie wyzwoli, ale, być może, wytrąci z letargu. W późnej nowoczesności bowiem wszyscy „żyjemy” sztucznie pobudzani przez apteczną serotoninę, która – w przeciwieństwie do tej naturalnej – łagodzi depresję, ale nie daje żadnej radości: „pozwala ludziom żyć, a przynajmniej nie umierać – przez pewien czas”. Albo, w redukcyjnym idiomie Houellebecqa: wprawdzie odsuwa myśli samobójcze, ale zarazem zabija libido, które jest jedyną drogą do szczęścia. Bo bez seksu po prostu nie ma życia. Bez seksu – bez sensu.

Choć Houellebecq jako czołowy nostalgik odczuwa żal po odejściu chrześcijaństwa z kultury Zachodu, to jednak nie ma w nim krzty wiary w osobową nieśmiertelność: na pytanie „Czy istnieje życie po śmierci?” – odpowiada stanowczym, ale i obojętnym: nie. W jego zsekularyzowanej i znaturalizowanej wersji właściwe pytanie brzmi: „Czy istnieje życie po seksie?”. W przedostatniej powieści, Uległość, bohater był gotów na religijną konwersję na islam, ponieważ ten obiecał mu ziemski odpowiednik muzułmańskiego raju, czyli ciągłą seksualną dostępność uległych i czułych hurys – i wątku tego nie należy bagatelizować jako wyłącznie przejawu redukcyjnego cynizmu. Dla Houellebecqa, „ostatniego człowieka” Zachodu, kwestie religijne zbiegają się z pragnieniem rozkoszy, które uzyskuje sankcję sakralną: libido staje się jedynym przejawem „życia przed śmiercią”, jedyną „obietnicą szczęścia”. Sam bohater tłumaczy to tak: „Ktoś mógłby mi zarzucić, że zbyt wiele uwagi przywiązuję do seksu, jednak nie sądzę. (…) seks pozostaje jedynym momentem, w którym człowiek osobiście i bezpośrednio angażuje swoje organy, a więc przejście przez seks, przez intensywny seks jest nieodzowne, by nastąpiło miłosne złączenie, bez niego nic nie jest możliwe, a cała reszta zazwyczaj łagodnie z niego wynika”. Tyle że właśnie niewiele wynikło ze szczególnie intensywnych bzykanek z Yuzu, japońską nimfomanką z wyższych sfer, z którą Florent-Claude nieopatrznie się związał, a obecnie od niej ucieka. Coś w tej pozornie rozsądnej diagnozie jest więc głęboko nie w porządku: w istocie nie ma żadnego „przejścia przez seks” – na seksie wszystko się zaczyna i kończy.

Upadek idei sublimacji

Po wyczerpaniu się libido życie po prostu zamiera – i żadna kultura wysoka, wsparta na sztuce sublimacji, czyli właśnie wysiłkowi „przejścia przez seks” po to, by jego siła udzieliła się także dziełom umysłu, nie da tu rady. Florent-Claude próbuje znaleźć sublimacyjną inspirację w dziełach Goethego, Manna i Prousta, ale nawet tam natrafia na dobrze sobie znaną panseksualną redukcję, która każe mu odrzucić ich wielosłowne literackie starania jako zbędną hipokryzję: „Od dawna miałem zamiar przeczytać Czarodziejską górę Tomasza Manna, czułem, że jest to książka żałobna, co w sumie pasowało do mojej sytuacji, chyba nadeszła właściwa chwila. Pogrążyłem się więc w lekturze – początkowo z podziwem, później z rosnącą rezerwą. Nawet jeśli jej rozmach i ambicje były znacznie większe, ostateczny sens książki nie wykraczał poza Śmierć w Wenecji. Nie bardziej niż ten półgłówek Goethe, nie bardziej niż jego bohater Gustav von Aschenbach (zdecydowanie bardziej sympatyczny), Tomasz Mann, sam Tomasz Mann – a to już była naprawdę poważna sprawa – nie potrafił się wyzwolić od fascynacji młodością i pięknem, które ostatecznie postawił ponad wszystkim innym, ponad wszelkimi cechami intelektualnymi i moralnymi, i przed którymi w końcu, bez cienia wstydu, obrzydliwie padł plackiem. Cała kultura świata niczemu więc nie służy, cała kultura świata nie przynosi żadnych korzyści moralnych, żadnego pożytku. (…) ostateczne zwycięstwo zwierzęcego pożądania wskazywało na definitywny kres wszelkiej cywilizacji i wszelkiej kultury”.

Cała ta mądrość zatem to tylko words, words, words, a więc marna broń wobec rozpoznania, że poczucie większego istnienia dać może wyłącznie seks z młodym i chętnym ciałem. A że w miarę starzenia się naszego protagonisty, ciała te stają się coraz mniej chętne i dostępne, cała ta rzekoma sublimacyjna wiedza zgromadzona w archiwach zachodniej literatury i filozofii jest, dosłownie, o kant dupy potłuc. Skoro nawet ten straszliwy nudziarz Goethe skapitulował w obliczu „zakwitającego dziewczęcia” („na obecnym etapie wzmożenia bardzo bym chciał zamienić »zakwitające dziewczęta« na »wilgotne młode cipki«; wiele by to wniosło do jasności wywodu bez szkody dla jego poetyckości”), to jakie szanse ma przeciętny późnozachodni everyman, którego Florent-Claude ma uosabiać? Koniec końców wszyscy jesteśmy tylko „zdychającymi zwierzętami” (dying animals, jak mawiał Roth, jak mawiał Yeats), które – gdy ich zegar biologiczny nieubłaganie dobiega kresu – żebrzą o ostatnie tchnienie życia, a to dla Houellebecqa jest zawsze i tylko życiem seksualnym: „Doszedłem więc do stadium starzejącego się zwierzęcia, skatowanego i czującego, że zostało śmiertelnie trafione, a teraz szuka kryjówki, by zakończyć życie”. Nic więc dziwnego, że te anielskie istoty, które litościwie pochylą się nad starcem, by obdarzyć go choćby przelotną obietnicą erotycznego szczęścia – jak pojawiająca się wciąż w wizjach bohatera śliczna „szatynka z Alquian”: „zapewne ostatnia możliwość szczęścia, jaką życie postawiło na mej drodze” – uzyskują status zbawczy i stają się świętymi w aureolach (w przeciwieństwie do „dziwek”, które opuszczają starych i przegranych, by polować na młodych i zwycięskich, bo „po cholerę ratować jakiegoś starego przegranego samca?”).

Jak wszyscy antimoderne Houellebecq jest do szpiku kości nowoczesny – tak nowoczesny, że nawet Freud, ten „austriacki pajac”, mu nie podskoczy. Ta tnąca aż do kości, trzewiowa nowoczesność to w przypadku Houellebecqa skrajne odczarowanie: oświecenie, które przynosi tylko zimną i straszną wiedzę. „Im jaśniej, tym zimniej” – powiedział kiedyś inny wiedeńczyk, Thomas Bernhard, i Houellebecq podpisuje się pod tą hipernowoczesną diagnozą oświeceniowych praktyk poznawczych obiema rękami. Freud też należy do arsenału nowożytnej Entzauberung, która – jak mawiali romantycy – kazała nam zamieszkać w „uniwersum śmierci”, ale nawet on robi jeden wyjątek od reguły, jaką jest tyrania seksualności: ten wyjątek to właśnie sublimacja. Pisząc o Leonardzie da Vinci, którego uważa za synonim świeckiego bożoczłowieczeństwa, Freud nie może się nadziwić, że ten geniusz „zdołał wymknąć się zwykłemu ludzkiemu losowi” i choć przez całe życie powstrzymywał się od erotyzmu, nic nie wskazuje na to, by był szczególnie nieszczęśliwy. Wręcz przeciwnie, w jego przypadku libido przekierowało się na cele „ciekawości teoretycznej” tak udanie i „bez reszty”, że Leonardo stał się symbolem sublimacji doskonałej. A więc można – mówi Freud, choć jednocześnie sam nie przypisuje sobie podobnego sukcesu. Houellebecq tymczasem, powołując się na przykład Goethego, Manna i Prousta, twierdzi, że absolutnie nie. Jesteśmy tylko częścią natury – „workami skórno-mięśniowymi” – których życie zależy w całości od witalnych potęg fizjologii.

Choć zatem Houellebecq nie znosi modernitas jako epoki weberowskiej wszechracjonalizacji, to podziela jej odczarowane przekonanie o ludzkiej naturze – jako naturze właśnie, i niczym więcej.

Albo zatem rację ma chrześcijaństwo i posiadamy duszę nieśmiertelną (chyba jednak nie) – albo jesteśmy tylko ciałami wydanymi na pastwę entropii. Subtelna propozycja Freuda – sublimacja jako droga do innego, nienaturalistycznego szczęścia, które jednocześnie nie potrzebuje duchowej nieśmiertelności – nie mieści się w tej brutalnej alternatywie. Dlatego też Houellebecq, który ustami swojego porte-parole przemawia w książce bardziej niż kiedykolwiek indziej jak wkurzony „prostak”, w internetowym stylu wyzywający wszystkich mądrych tego świata od pacanów i bęcwałów, nawet nie zamierza się nad propozycją sublimacji pochylić. Wiadomo, że to tylko bredzenie jajogłowych. On zaś, oburzony i zdezorientowany obywatel świata-nie-do-życia, rozdający ciosy na prawo i lewo, mówi, jak jest.

Chłopski bunt

A jest niedobrze.

Polityka zawsze odgrywała ważną rolę w powieściach Houellebecqa: od Poszerzenia pola walki po Serotoninę pełne są one ciętych filipik, które z powodzeniem mogłyby wystąpić w roli felietonów prasowych komentujących bieżące wydarzenia.

Tym razem na tapecie Houellebecqa-politologa znajduje się „ta dziwka”, Unia Europejska, przedstawiona jako Weberowski system „irracjonalnej racjonalizacji”, czyli, innymi słowy, biurokratycznego obłędu, którego ofiarą pada francuskie rolnictwo, a zwłaszcza hodowcy bydła (rasy normandzkiej, oczywiście), prześladowani europejskimi kwotami mlecznymi. „Libération” ogłosiło kilka miesięcy temu Houellebecqa prorokiem współczesnego populizmu, który przewidział nastanie żółtych kamizelek – i faktycznie, jedyny przyjaciel Florent-Claude’a, podupadły arystokrata ze starożytnego rodu normańskiego spokrewnionego z Wilhelmem Zdobywcą, staje na czele buntu chłopskiego, który kończy się strzelaniną i samobójczą śmiercią jego szlachetnego lidera (niewykluczone, że Houellebecq – sam przecież normańskiego pochodzenia, o czym świadczy jego nazwisko, w wersji Wellbeck do dziś bardzo popularne wśród brytyjskich yeomanów – częściowo udziela Aymerickowi swoich cech). Zdesperowany lud wychodzi więc na barykady, by walczyć „o swoje” przeciw wyalienowanej władzy elit, które zapomniały o masach w imię abstrakcyjnych ideałów oświecenia (albo tylko zwykłej korupcji). Houellebecq bardzo świadomie wykorzystuje tu skojarzenie z mitem Szuanów, buntowników z Bretanii, kiedy to arystokraci i chłopi ramię w ramię stanęli przeciw rewolucyjnym komisarzom, co bardzo romantycznie opisał Balzac w swojej powieści Les Chouans. Ten wątek – sojuszu tradycyjnej szlachty i chłopstwa przeciw nowoczesnej rewolucji mieszczańskiej („każdej chwili spodziewałem się usłyszeć któregoś z chłopów mówiącego o Aymericku »nasz pan«”) – jest także tematem Serotoniny, gdzie uciśniona Normandia staje do nierównej i z góry przegranej walki z burżuazyjnym unijnym molochem, a wszystko to opisuje przedstawiciel „klasy górno-średniej”, tak już całkiem wyżęty zmaganiem się z własną depresją, że nie jest w stanie opowiedzieć się po żadnej ze stron. Choć więc podziwia swego wikińskiego kolegę, który sam ręcznie doi i oporządza 300 krów (rasy normandzkiej, rzecz jasna), to jednocześnie nie wierzy, że bunt może się powieść; Aymerick d’Harcourt uosabia dlań honor i piękno, ale już nieaktualne, należące do bezpowrotnie utraconego czasu. Jego wspomniana już samobójcza śmierć – do której nasz mieszczański everyman ewidentnie się przyczynia, poprzedniego wieczoru wyłuszczając racjonalne powody, dla których liczba rolników we Francji musi się obniżyć (co brzmi nieco jak suchy wykład Leszka Balcerowicza na temat przeludnienia polskiej wsi) – jest więc logicznym zakończeniem kolejnego nieudanego życia. Obaj przyjaciele postawili na złe konie – złe wybory życiowe, złe kobiety, złe zawody – i nie pozostaje im nic innego, jak odejść.

Ale bynajmniej nie po cichu. Houellebecq może sobie nazywać Freuda „austriackim pajacem”, ale to jednak psychoanaliza dała nam narzędzie zrozumienia, w jaki sposób sfrustrowane libido zamienia się w Tanatosa, kiedy to resztki woli życia, już niezdolne, by życie podtrzymać, ujawniają się w ostatnim i desperackim popędzie destrukcji. Kiedy w miarę szczęśliwe spełnienie, które Freud określa krótką i węzłowatą formułą: Lieben und Arbeiten, czyli „miłość i praca”, staje się niemożliwe, życie – czy raczej to, co z niego pozostało – pragnie już tylko zniszczenia i zemsty. Aymerick nie ma już raczej nic do stracenia, więc chce odejść, jak Herostrates, w ogniu i eksplozji: i udaje mu się, bo jego zdjęcie na tle wybuchających kontenerów z paliwem, zrobione na kilka sekund przed samobójstwem, obiega cały świat. Co jednak zrobi nasz everyman, postać znacznie przeciętniejsza od wyidealizowanego arystokraty? Bez wątpienia, bycie świadkiem śmierci przyjaciela stanowi tu punkt zwrotny: także u Florent-Claude’a resztki życia zaczynają wydawać niszczący plon.

Pod wpływem Aymericka nabywa broń i uczy się strzelać, a gdy już osiągnie pewną biegłość w tej dyscyplinie, która pochłania go jak nic od bardzo dawna (czyli od kiedy przestał uprawiać seks), wyrusza na poszukiwanie swojej utraconej normandzkiej ukochanej Camille. A kiedy ją odnajduje jako lekarza weterynarii w małej mieścince, samotnie wychowującą kilkuletniego syna, nic nie dzieje się tak, jak byśmy się naiwnie spodziewali, zwodniczo kołysani romantyczną frazą bohatera rozczulającego się nad utraconą szansą wielkiej miłości. Nie dochodzi do rozpoznania ani szczęśliwego finału – broń Boże. To, co następuje, to atak psychozy, w którym ostatnie drgnienia życia „ostatniego człowieka” przybierają formę morderczą: Florent-Claude, zakleszczony w nostalgicznej obsesji powrotu do raju („tylko ja i ona, ona i ja”), planuje zastrzelić synka Camille. Tyle że nawet tego nie potrafi zrobić: kiedy palec obsuwa mu się ze spustu, jedyna uwaga, jaka przychodzi mu do głowy, to pseudonietzscheańska sentencja, że „kto nie ma odwagi, by zabić, nie ma też odwagi, by żyć”. Aymerick przynajmniej gotów był na zabijanie, on natomiast okazuje się flakiem także i w tym tanatycznym aspekcie. Po tym epizodzie nie pozostaje mu zatem nic innego, jak wrócić do Paryża, zaszyć się w kawalerce ze zsypem w podmiejskim aszelemie (żeby nie trzeba było wychodzić), i już poważnie, bez żadnego sentymentalnego „ale”, planować własną śmierć: „Już chyba nic nie mogło zahamować mojego staczania się w niebyt”. Psychoza jednak tak całkiem nie mija. Wyobrażając sobie, jak rzuci się ze swojego wieżowca, Florent-Claude widzi siebie w roli Mesjasza-Zbawcy, a zarazem wielkiego męczennika, który odda życie, by obudzić ludzkość z jej letalnej zombie-drzemki: „Dzisiaj już rozumiem punkt widzenia Chrystusa, jego nieustanne zniecierpliwienie zatwardziałością naszych serc: otrzymali wszystkie znaki i nie biorą ich pod uwagę. Czy naprawdę muszę jeszcze oddawać za tych nieszczęśników życie? Czy naprawdę trzeba być do tego stopnia dosłownym?”.

W pewnym sensie nieważne, czy pytania te zadaje sam Chrystus, czy nasz bohater, który, wciąż na fali psychozy, coraz bardziej zbliża się do identyfikacji z ofiarniczym bóstwem chrześcijańskim: być może dwuznaczność ta jest wręcz przez Houellebecqa zamierzona. Figura chrystologiczna – Chrystus bez chrześcijaństwa, Chrystus jako ostateczny homo sacer, biorący na siebie, jak w jakimś upiornym teologicznym berku, całe zło człowieczeństwa – staje się tu wcieleniem negatywności nowoczesnego „życia, które nie żyje” (jak to kiedyś dosadnie ujął Adorno): życia źle przeżytego, zmarnowanego, skandalicznie unicestwionego już w zarodku. Zresztą już nawet nie figura, ale właśnie sam skandalon, sam literalny fakt śmierci na krzyżu przemawia do Houellebecqa: naga prawda, odarta z piękna figur retorycznych, jak brutalny wpis na fejsie – przemoc tak jawna, że już nawet nie zasługująca, by, za Pierre’em Bourdieu, nazywać ją symboliczną. Serotonina to zatem także kronika zapowiedzianej śmierci, która z metafory staje się faktem. Faktem tak wstrząsającym i skandalicznym, jak śmierć Boga na krzyżu – albo jak śmierć człowieka, który kiedyś chciał żyć, ale na koniec przyszło mu tylko skonstatować „oczywistość naszego upadku”. „Nasz świat był martwy, był martwy dla mnie, lecz nie tylko dla mnie, był po prostu martwy”. A tam, gdzie króluje śmierć, wszelkie figury – ten retoryczny naddatek, w którym toczy się życie języka – stają się zbędne.

Dzień Sądu

Cywilizacja Zachodu umiera zatem, zaraz po tym, jak umarło jej marzenie: „poszukiwanie szczęścia”, przyznane jako przywilej każdej jednostce. Co zatem poszło nie tak, że zdaniem Houellebecqa skończyliśmy „w piekle, które sami sobie zbudowaliśmy dla własnej wygody”? Houellebecq jest zaprzysięgłym lapsarystą (jedyne, co mu pozostało po formacji katolickiej), widzącym wszędzie tylko upadek wynikły z ludzkiej pychy, która, jak wiadomo, zawsze kroczy przed upadkiem, bo nie jest w stanie dostrzec niechcianych następstw własnych najlepszych nawet intencji: „Na Zachodzie nikt już nie będzie szczęśliwy (…), nikt i nigdy, przyszła pora, by uznać szczęście za jakiś starożytny majak, do szczęścia nie ma już po prostu warunków historycznych”. Piekło Zachodu, wybrukowane najszlachetniejszymi intencjami, to najbardziej zatem przewrotna „niechciana konsekwencja” w Weberowskiem sensie tego słowa: to trajektoria ciągłego upadania od nadanego nam w nieopatrznym optymizmie prawa do pursuit of happiness do całkowitego obiektywnego zaprzeczenia możliwości szczęścia, kiedy okazuje się, że „społeczeństwo to maszyna do niszczenia miłości”, jedynego doświadczenia, w którym szczęście w ogóle może się objawić.

W całkowitym odrzuceniu zachodniej nowoczesności jako eksperymentu rozpaczliwie nieudanego już w kolebce Houellebecq jest nieubłaganie konsekwentny: nie ma jednej jego powieści, w której powiedziałby o modernitas coś dobrego. W każdym jego słowie dudni podziemny resentyment – „człowiek spod podłogi”, któremu cywilizacja nowoczesna wszystko odebrała, nic nie dając w zamian, i którą symbolizuje „mała biała pigułka”: bezradosny antydepresant. Co mu zatem zabrała? Po pierwsze, co wiemy z Cząstek elementarnych, matczyną miłość, ponieważ matka głównych bohaterów, wzorowana na rzeczywistej mamie Michela, wolała miłość wolną od macierzyńskiej, a jak wiadomo, „w przypadku matki sprawa jest jasna: albo się całkowicie poświęcasz, zapominasz o własnym szczęściu i myślisz tylko o tym, jak zapewnić szczęście dziecku, albo wręcz odwrotnie, obecność dziecka staje się przeszkodą, a ono samo wrogiem”. Po drugie, co jest jasne od początku, czyli od Poszerzenia pola walki przez Platformę, Uległość, i będzie aż po kres kresów twórczości Houellebecqa, która bez wątpienia doczeka się ciągu dalszego, odebrała mu miłość kobiety i uczyniła seksualnym proletariuszem: „dla większości facetów możliwość pieprzenia się za darmo to jak manna z nieba”, a ta w świecie feminizmu, tej najstraszliwszej zarazy nowoczesnej ludzkości, nie przydarza się często (jeśli w Serotoninie bohater chwali swoją wielką miłość, Camille, to tylko dlatego, że „zachowuje się jak kobieta – w prefeministycznym tego słowa znaczeniu”). A po trzecie, co być może najgorsze, odebrała mu miłość do siebie: stwarzając napięcie ciągłej rywalizacji, konkurencji i zwiększania wydajności na każdym polu, nowoczesność skazała go na tożsamość „przegranego samca”, wegetującego w stanie permanentnej rozpaczy: „smutku spokojnego, stabilnego, niepodlegającego żadnym wahaniom – smutku, który można by uznać za ostateczny”. Gdzie tu zatem szansa na szczęście? W ostatecznym rachunku – a ten day of reckoning, Dzień Sądu, dla Zachodu się zbliża – the right to the pursuit of happiness, najważniejsze liberalne „prawo niezbywalne” okazało się kompletną blagą.

Inna skończoność

Ile w tym histerii upartego męskiego szowinisty, który nieuchronnie odchodzi do lamusa, a ile racji, czyli realnego świadectwa człowieka „umierającego ze smutku” w zimnej i pozbawionej współczucia kulturze?

Nie ulega wątpliwości, że mizoginia Houellebecqa jest bezbrzeżna; podobnie jak Allan Bloom, autor Umysłu zamkniętego, jednej z pierwszych krytyk totalnych rewolucji obyczajowej, Houellebecq także uważa, że za upadkiem Zachodu stoi wyzwolona kobieta. Cytując klasyka, powiem tylko, że w tej kwestii nawet nie chce mi się z nim gadać.

Uwagi w rodzaju: „jej cipka długo nadawała się do konsumpcji, w sumie więc jej życie nie było takie złe” (to o byłej kochance, która źle się zestarzała) albo „wsadziłem nos do cipki trupa” (to z kolei o przelotnej kochance, Marie-Hélène, istocie tak przerażonej i znerwicowanej, że „w rzeczywistości już dawno martwej”), nadają się tylko do internetowego klozetu, skąd zresztą pewno pochodzą. W Serotoninie Houellebecq już nawet nie kryje, że trollowanie stanowi dlań literacki wzór jako dzisiejsza inkarnacja reakcyjnego podpodłogowego dudnienia Dostojewskiego i choć czasem daje to efekty wisielczo-zabawne, zwłaszcza w szyderstwach wobec kultury wysokiej („może mając dekoder SFR, Blaise Pascal inaczej by śpiewał”), to humor ten jest łatwy, zbyt łatwy, a fraza, jak to w Internecie, mocno niedbała.

Ale wykażmy się miłosierdziem, którego bohaterowi Serotoniny tak całkowicie brakuje: jest w tej książce, podobnie jak i we wszystkich innych antynowoczesnych świadectwach Houellebecqa, ziarno prawdy – tyle że ziarno to nieuchronnie wydaje złe owoce. Nie wiem, czy Florent-Claude jest materiałem na antyliberalnego i antyelitarnego populistę, jak to się go przedstawia w dziennikarskim obiegu, obliczonym na szybką polityczną utylizację wszelkiej głębszej refleksji. Z pewnością jednak jest on uosobieniem lęku, który istotnie zawisł nad człowiekiem późnej nowoczesności: kłopotliwego widma życia skończonego. Stąd ciągła w tej książce obecność Heideggera: filozofa, który znów, po wiekach wielkich nadziei chrześcijaństwa obiecującego wszystkim duszę wieczną, przypomniał nam o skończoności jako nieodwołalnym wyroku i śmierci jako końcu absolutnym. Po Bogu zatem, który odkrył przed ludzkością nieskończony horyzont, powróciła Natura ze swoim upierdliwym cyklem powstawania i ginięcia, i zażądała daniny: samoofiarowania w tragicznym geście rezygnacji z „pysznych” aspiracji cywilizacyjnych, obliczonych wcześniej na wieczny optymizm, związany z boską perspektywą nieskończoności. Dlatego już Nietzsche, widząc, że w modernitas Natura powraca, postulował także powrót „religii tragicznej”: jedynej formy sacrum zdolnej wpisać się w naturalistyczną wizję świata. Houellebecq ma zatem rację, kiedy wskazuje na dziwną niespójność w łonie zachodniej kultury, którą dobrze wyłapał w przypadku jej największych luminarzy – Goethego, Manna i Prousta – że jej zamiary, zaprojektowane w czasie, kiedy chrześcijaństwo święciło swoje wielkie triumfy (mam tu, rzecz jasna, na myśli reformację), nie są już na jej siły, bo w międzyczasie, za sprawą oświecenia i odczarowania, powróciła Natura, ta „piękna dama bez litości”, która każdemu żywemu stworzeniu podcina skrzydła i odbiera nadzieję. Znów zatem wracamy do filozoficznego sedna, które istotnie czyni Serotoninę frapującą: do upadku idei sublimacji, towarzyszącej dekadencji Zachodu na jego mniej lub bardziej łagodnym łuku schodzącym (a ta, choć u Houellebecqa karykaturalnie przerysowana, jest niestety faktem). Skoro bowiem nawet Tomasz Mann (to naprawdę poważna sprawa) pada plackiem przed jakimś tam Tadziem, to wówczas „to ostateczne zwycięstwo zwierzęcego pożądania wskazuje na definitywny kres wszelkiej cywilizacji i wszelkiej kultury”. Logiczne – i prawdziwe. Quod erat demonstrandum.

Nie wiem, czy sublimację z jej ideałem szczęścia jako „miłości i pracy”, gdzie libido zostaje zaprzęgnięte do innych celów niż bezpośrednia gratyfikacja, da się jeszcze uratować. Osobiście mam nadzieję, że tak, ale szansę na ratunek upatruję tylko w łonie innej skończoności, takiej zresztą, którą czasem można wyczytać z pism „austriackiego pajaca”, kiedy ten akurat nie popada w częsty u siebie Schopenhauerowski pesymizm. Nie sądzę bowiem, by dało się ocalić perspektywę prostej wiary w nieśmiertelność – tu z pewnością Houellebecq przestaje być przydatny, jak to sam określa, „katolickim identytarystom”. Ale kto wie, może uda się jeszcze tchnąć trochę życia w samą ideę życia skończonego, które wcale nie musi być tylko „byciem-ku-śmierci”? Może uda się wyprowadzić liberalną nowoczesność z kaca po chrześcijaństwie, w którym utknęła jak zając na drodze, zgubnie zagapiony w światła nadjeżdżającego pojazdu? Ten stupor, który Houellebecq opisuje bezkompromisowo i prawdziwie, nie musi być ostatnim słowem „ostatniego człowieka”. Niewykluczone jednak, że to on – ten tępy, zwykle niewypowiedziany lęk przed nieodwracalnym zgonem, który Houellebecq w Serotoninie wyartykułował z całą mocą psychoanalitycznej spowiedzi (bez względu na to, co sam o Freudzie sądzi) – tkwi u podstaw późnonowoczesnego poczucia, że wszystko się wali, ginie, i umierają: liberalizm, humanizm, socjaldemokracja, dobrobyt, ba, sama planeta. Że prześladuje nas niewypowiedziane, a w kulturze wciąż zadekretowanego optymizmu niemal niewypowiadalne memento mori, które – traumatyczne i nieprzepracowane – sprawia, że bez względu na to, co sobie aktualnie wmawiamy, i tak „umieramy ze smutku”. Nie wierzę, by Houellebecq pomógł nam w rozwiązaniu problemu życia skończonego – ale przynajmniej wypowiada go jako problem. To już coś. Jak więc na sam koniec Kompleksu Portnoya Philipa Rotha mówi izraelski psychoanalityk: Now vee may perhaps to begin, yes?…

 

Wszystkie cytaty z Serotoniny – tu i w kolejnych tekstach – podajemy w tłumaczeniu Beaty Geppert na podstawie maszynopisu dostarczonego przez Wydawnictwo W.A.B. Za udostępnienie przekładu serdecznie dziękujemy.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter