70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Photo by FABRICE COFFRINI / AFP

Czy istnieje życie po seksie? „Serotonina”, czyli cicha apokalipsa zombie

Houellebecq jako czołowy nostalgik odczuwa żal po odejściu chrześcijaństwa z kultury Zachodu. Nie ma w nim jednak krzty wiary w osobową nieśmiertelność. Na pytanie „Czy istnieje życie po śmierci?” – odpowiada stanowczym, ale i obojętnym: nie. W jego zsekularyzowanej i znaturalizowanej wersji właściwe pytanie brzmi: „Czy istnieje życie po seksie?”.

Nie da się ukryć, że koniec jest blisko, ale jeszcze nie całkiem, jeszcze nie nadszedł (…). Tak oto umierają cywilizacje, bez trosk, niebezpieczeństw i dramatów, przy niewielkim przelewie krwi, cywilizacje umierają z nudów, ze znużenia samymi sobą, co socjaldemokracja miała mi do zaoferowania, oczywiście nic, jedynie trwałość nieobecności i wezwanie do zapomnienia.
Michel Houellebecq, Serotonina

Tematem tej książki jest śmierć, chyba ta najgorsza, jaka może się nam przydarzyć: śmierć jeszcze za życia, które powoli ustaje, wygasa, a my stajemy się kronikarzami własnego umierania. Obraz ten stoi w sprzeczności ze słynnym argumentem Epikura, na którym opiera się jego system eudajmonii. Głosi on bowiem, że „kiedy my jesteśmy, śmierci nie ma – a kiedy jest śmierć, nie ma nas”, więc nie ma czym się przejmować: trzeba łapczywie rozkoszować się każdym dniem, a potem wydarza się niewiadome, czyli nagły i niezrozumiały skok w noc. U filozoficznie oczytanego Houellebecqa jest i Epikur, którego autorski porte-parole bez zbytnich ceregieli z polityczną poprawnością nazywa „greckim wsiowym pedałem”, ale znacznie bliższy okazuje się mu Martin Heidegger. Nie tylko dlatego, że w swojej konstrukcji „bycia-ku-śmierci” uczynił on życie ludzkie cieniem własnego końca, ale także – i to wcale nie mniej ważny powód – że zrównał on technologię Zagłady, która umożliwiła zabicie milionów żydowskich istnień w rekordowo krótkim czasie, z masową produkcją „zwierzęcego trupa”, w jaką, jego nieskromnym zdaniem, zamieniło się nowoczesne rolnictwo.

Żywy trup

Bohater ostatniej powieści Michela Houellebecqa pt. Serotonina jest „żywym trupem” w Heideggerowskim sensie tego słowa, ale również byłym pracownikiem Ministerstwa Rolnictwa, gdzie bezskutecznie usiłował ocalić resztki francuskiej kultury agrarnej, w tym zwłaszcza tradycyjne zasady hodowli krów rasy normandzkiej, których mleko – naturalne, niepasteryzowane i wydojone czułą ludzką ręką – odpowiada za jedyny w swoim rodzaju smak trzech rodzajów lokalnego sera: camemberta, livarota i pontl’évêque’a („kolejne wysyłki tychże Putinowi też nie przyniosły większego efektu”). W całej tej książce tchnącej rozczarowaną mizantropią pojawia się tylko jeden prawdziwie liryczny opis i dotyczy on właśnie tych szlachetnych zwierząt, co od razu przywodzi na myśl zachwyt Nietzschego z Niewczesnych rozważań nad „prostym bytem” krowy na łące: „Trudno byłoby sobie wyobrazić hasającą krowę rasy normandzkiej, sama myśl o tym świadczyłaby o jakimś braku szacunku, moim zdaniem jakiekolwiek przyśpieszenie kroku byłoby w ich przypadku możliwe tylko w sytuacji zagrożenia życia. Rozłożyste i majestatyczne krowy rasy normandzkiej po prostu były i to zdawało im się wystarczać”.

Umieranie Florent-Claude’a jest tu zatem częścią większego procesu – zagłady całego świata douce France ginącego pod ciosami bezdusznej nowoczesności, którą zaludnia nowy paskudny gatunek człowieka, wywieszczony przez Maksa Webera: „specjaliści bez ducha” (do których zalicza się częściowo sam bohater, otwarcie przyznając się, że „miał i zdradził swoje ideały”) oraz „hedoniści bez serca” (tu zwłaszcza znacznie młodsza japońska dziewczyna protagonisty, Yuzu, wielbicielka libertyńskich gang-bangów). Ci, być może, przeżyją – reszta jednak, pragnąca i ducha, i serca, pójdzie wkrótce pod nóż: jak ostatnia krowia przedstawicielka rasy normandzkiej albo nikomu niepotrzebny kogutek na przemysłowej fermie niosek. Zwłaszcza ten ostatni obraz prześladuje bohatera w jego późnym wcieleniu „ostatniego romantyka”, który „umiera ze smutku”, wyprawiając końcowy „mini-ceremoniał pożegnania z własnym libido”, wykluczony z życia i porzucony na śmietniku zbędnych istnień. Nic nie tłumaczy jego dalszego życia: nie ma ani pragnienia, ani racji, by być: „(…) ja nie byłem, nigdy nie byłem niczym innym jak pozbawioną charakteru szmatą, miałem już czterdzieści sześć lat, nigdy nie potrafiłem kontrolować własnego życia i w skrócie wyglądało na to, że druga połowa mojej egzystencji będzie na wzór i podobieństwo pierwszej bolesną i rozwlekłą zapaścią. (…) zachodni mężczyzna w kwiecie wieku, bez większych trosk finansowych przez najbliższe kilka lat, bez bliskich czy przyjaciół, pozbawiony zarówno osobistych planów, jak i rzeczywistych zainteresowań, głęboko rozczarowany dotychczasowym życiem zawodowym, mający za sobą sporo różnych doświadczeń na polu uczuciowym, których jedynym punktem wspólnym był fakt, że się skończyły – w sumie pozbawiony jakiejkolwiek racji życia i racji śmierci. (…) czy w ogóle mogłem być szczęśliwy? To jedno z tych pytań, których moich zdaniem lepiej unikać”.

Nie on jednak jest odpowiedzialny za ten całkowity zanik witalności, „letargiczną bezczynność” i „astenię zmysłów”: to raczej okrutna nowoczesna kultura, która wpoiła mu zbyt lekki, zbyt hedonistyczny stosunek do życia na epikurejskiej zasadzie „hulaj dusza, śmierci nie ma” – „Czy ulegliśmy złudzeniom indywidualnej wolności, otwartego życia, nieskończonych możliwości? (…) zadowoliliśmy się tym, by się do nich dostosować, pozwolić im, by nas zniszczyły i byśmy bardzo długo przez nie cierpieli”. Otóż nie, złośliwie mamrocze Houellebecq, śmierć jest, jest bardzo, bardziej niż cokolwiek innego: „od-zawsze-już”, jak podpowiada mądry Heidegger, do znudzenia powtarzając, że „od momentu, kiedy się rodzimy, już jesteśmy gotowi na śmierć”. Czarny Piotruś z Heideggerowskiego rękawa zawsze przebije Asa Kier z Epikurejskiej talii: „mój umysł był świadomy, że zmierzam prosto ku śmierci, i nigdy nie przepuścił okazji, by mi o tym przypomnieć”.

Bez seksu – bez sensu

Nie wiem, co na to polska prawica, która od lat próbuje wyprodukować surogat powieści houellebecqowskiej (i kończy mniej więcej z takim samym rezultatem jak polskie mleczarstwo w swoich wysiłkach podrobienia normandzkiego camembert) – ale chyba musi się ona zgodzić, że gdyby Romano Guardini i Jan Paweł II, niestrudzeni krytycy „cywilizacji śmierci”, wybrali swój hit literacki, to byłaby nim Serotonina.

Tu „przysięga antymodernistyczna” Houellebecqa kulminuje w nienawiści tak czystej, skondensowanej i bezwzględnej, że „człowiek spod podłogi” Dostojewskiego jawi się wobec tej apokaliptycznej eksplozji niczym niewinna pastereczka rodem z sentymentalnej idylli Lamartine’a. Jeśli słowo potrafi zabijać, to właśnie tu. Mając za swój przedmiot „małą białą pigułkę” antydepresanta zwanego „Captorix”, który wytwarza sztuczną serotoninę, książka ta sama zamienia się w coś w rodzaju toksycznej pigułki: jej celem jest odrzeć nas z iluzji życia i uświadomić prawdę, że „od-zawsze-już” jesteśmy martwi – coś w rodzaju czerwonej kapsułki, którą Morfeusz podsuwa Neo w Matriksie. Ta prawda nas nie wyzwoli, ale, być może, wytrąci z letargu. W późnej nowoczesności bowiem wszyscy „żyjemy” sztucznie pobudzani przez apteczną serotoninę, która – w przeciwieństwie do tej naturalnej – łagodzi depresję, ale nie daje żadnej radości: „pozwala ludziom żyć, a przynajmniej nie umierać – przez pewien czas”. Albo, w redukcyjnym idiomie Houellebecqa: wprawdzie odsuwa myśli samobójcze, ale zarazem zabija libido, które jest jedyną drogą do szczęścia. Bo bez seksu po prostu nie ma życia. Bez seksu – bez sensu.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter