70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. M. Perez del Carpio/Bloomberg/Getty

Ćwiczenia z obcości

Dlaczego ja mogę pojechać do kraju pani Marrousch czy pana Ghaliba i pozostać tam właściwie tak długo, jak tylko chcę? Może nawet mogłabym się tam osiedlić? Ale ani pani Marrousch, ani pan Ghalib nie mogą tego zrobić w moim kraju.

Wychowałam się na książkach Juliusza Verne’a – to one poka­zywały mi daleki świat i zbudowały w mojej głowie obraz tego, czym jest podróż człowieka Zachodu, a do takiego miana aspirowałam, dorastając w zamkniętej i nudnej przestrzeni peerelowskiej Polski. Taki verne’owski podróżnik był nie lada personą i – chociaż na mapach świata wciąż jeszcze były białe plamy – zdawał się nie przejmować niebezpieczeń­stwami i ruszał w drogę śmiało, z odwagą i poczuciem, że świat jest jego własnością, że mu się należy. W podróży nie zmieniał nawyków żywieniowych i pozostawał w orbicie mody swojego kraju (obowiązkowe tabaczkowe spodnie i czarny surdut). Zwykle też wystarczał mu jego własny język. Zawsze pamiętał, by zabrać ze sobą najnowsze wynalazki techniczne, które w odpowiednim momencie ratowały mu życie i pomagały przetrwać. Nawet jeżeli uważał się za dobrego i otwartego człowieka, to i tak ciągle towarzyszyło mu gdzieś w głębi duszy przekonanie o swojej ewolucyjnej wyższości oraz pewność istnienia niekwe­stionowalnych procesów historycznych, które wcześniej czy później dopro­wadzą każdy zakątek kuli ziemskiej do poziomu cywilizacyjnego Zachodu. Ekscytująca przygoda prowadziła go na najdalsze bezdroża, ale i tam czuł się bezpiecznie, bo nawet w naj­większej głuszy miał szansę spotkać urzędników z własnego kręgu kultu­rowego, którzy w razie czego wydadzą mu duplikat zgubionego paszportu i poplotkują na tubylców.

 

Fascynująca dekoracja

Ten Verne’owski punkt widzenia w jakiejś zniekształconej i pastiszowej formule pojawia się często we współ­czesnej popkulturze, na przykład w fil­mach przygodowych z serii o Indianie Jonesie. Tutaj świat jest tylko egzo­tyczną dekoracją dla przypomina­jących komputerową grę popisów bohatera, który choćby spotkał się z nie wiem jak fascynującą kulturą, to i tak nie może się zmienić – do końca pozostaje takim, jakim przybył. Zamknięty w szczelnej kapsule toż­samości człowieka Zachodu, pozo­staje nieprzemakalny, zaimpregno­wany na to, co inne. Skupiony na osią­gnięciu swojego celu (odnalezienie skarbu, odkrycie tajemnicy), nie wchodzi w głębsze relacje z tubyl­cami czy jakikolwiek kulturowy dialog. Wali do nich po angielsku czy francusku, dogłębnie przekonany, że powinni go zrozumieć. Zachowuje swoje standardy, nie negocjuje, trak­tuje wszystko i wszystkich z góry, pewien swojej cywilizacyjnej (a więc także i ludzkiej) wyższości. Pamię­tamy wszyscy słynną scenę, kiedy Harrison Ford jako Indiana Jones zostaje wyzwany na pojedynek przez zamaskowanego asasyna. Dzieje się to na bazarze, pośród tłumu, który rozstępuje się, by zrobić walczącym miejsce. Gdy tradycyjnie ubrany wojownik wywija mieczem, popisując się swoją zręcznością, Indiana Jones, któremu się spieszy, po prostu strzela do niego z pistoletu. Koniec pojedynku.

Zdumiony takim obrotem sprawy widz spontanicznie zaczyna się śmiać, nawet jeżeli jest zaskoczony własną reakcją. Dezynwoltura i bezczelność Indiany Jonesa imponują i jednocześnie ośmieszają wszelkie politycznie poprawne odruchy.

Bo w istocie rzeczy podróżnik Zachodu traktuje świat jako nie do końca realny.

Przemyka przez odwiedzane kraje i kultury niczym wiecznie spieszący się cień, niczego nie dotykając, w nic się nie angażując, zamknięty w bańce swojego poczucia wyższości.

Niewinny egzotyczny świat, do którego trafia zachodni podróżnik, taki jak Indiana Jones, najczęściej ginie w dramatycznym zakończeniu opowieści. Rozpad następuje gwałtownie, jakby racje istnienia zostały unieważnione wraz z osiągnięciem celu i odkryciem tajemnicy. Widz musi ujrzeć walące się pira­midy, zapadające się podziemne komnaty, wybuchy wulkanów i inne apoka­liptyczne kataklizmy. Obowiązuje tutaj stara rzymska zasada – veni, vidi, vici. Zobaczone i doświadczone (wykorzystane) zostaje odhaczone, czyli pokonane, a tym samym przestaje istnieć.

 

Egzotycznie, ale nie za bardzo

W ten sposób XIX-wieczny paradygmat podróżny człowieka Zachodu został zmaterializowany i uprzemysłowiony przez współczesny turyzm. Dziś bowiem spadkobiercą Phileasa Fogga i Indiany Jonesa jest turysta, który w 12 dni objeżdża autokarem Meksyk, koniecznie kończąc podróż w Cancun – najbardziej odrażającym miejscu, jakie widziałam, pełnym monstrualnych hoteli i wydzie­lonych plaż. Albo wypoczywa all inclusive w tureckich resortach, starając się nie myśleć o tym, że kilkaset metrów dalej na plaży morze wyrzuca ciała uchodźców.

Ów blady i ścierpnięty od wielogodzinnej jazdy podróżny robi poruszone zdjęcia przez szyby autokaru, a nogi może rozprostować tylko tam, dokąd zapro­wadzą go wola i interesy pilota wycieczki. Podczas krótkich postojów autokaru na własne oczy ogląda to, co polecają książkowe przewodniki, i z satysfakcją notuje w umyśle, że te miejsca rzeczywiście istnieją! Wieczorami dostarcza się takiemu turyście etnograficzne „real life”, które ani z „real”, ani z „life” w zasadzie nie ma nic wspólnego.

Turysta chce, żeby było egzotycznie, ale nie za bardzo. Chce, żeby było prawdziwie, ale w żadnym wypadku za cenę rezygnacji z porannego prysznica. Chce dreszczyku emocji, ale nie aż tak, żeby mógł zacząć się niepokoić. Chce kontaktu z miejscowymi, byle tylko ten nie był zbyt zobowiązujący i poważny. Podsłuchałam kiedyś rozmowę moich rodaków w średnim wieku, którzy nama­wiali się na wspólny wyjazd na Kubę. Przekonywali się wzajemnie, że trzeba tam pojechać jak najszybciej, póki jeszcze żyje Fidel i póki jest bieda, bo „potem będzie tak samo jak wszędzie”.

 

Różne światy

Podróż to także podbój. Kiedy ruszamy w drogę, postępuje za nami nasz ocean znaczeń, pojęć, stereotypów, nawyków myślowych. Jego fale skutecznie zalewają to, co znajdujemy na zewnątrz siebie. Na inny świat rozlewa się to, co już wiemy, co potrafimy pojąć. Ten podbój umożliwiają przewodniki, które zawsze wiedzą lepiej, co należy odwie­dzić i zobaczyć. Arbitralnie wyznaczają granice naszej per­cepcji, bo to, czego nie ma w przewodnikach, nie istnieje. Poruszamy się po trasach, szukając gorączkowo tego, co musimy zobaczyć. I w ten sposób nie widzimy niczego innego.

Przewodniki podróżne pozostają wciąż wielkim tematem zasługującym na specjalną monografię. Poka­zują bowiem, w jaki sposób próbujemy oswoić to, co obce, i wcielić w nasze systemy poznawcze. Wbrew pozorom nie są adresowane do ogółu, zawsze mają swojego ukry­tego odbiorcę o specyficznych cechach i ten ich kastowy charakter, a także ukryta polityczność nie powinny nam nigdy umykać z pola widzenia, lecz skłaniać do refleksji, na co tak naprawdę patrzymy.

Przeglądałam raz przewodniki po tej samej części Polski – jeden pisany przez katolików, drugi przez Żydów. Były zupełnie różne. Podróżnicy obu tych grup zapewne mijaliby się jak cienie, zupełnie siebie nie dostrzegając. Ich trasy nie przecinałyby się, bo doświadczenia i ogląd prze­szłości zawarte w tychże przewodnikach były zupełnie odmienne. Śmiało można założyć, że ich dzienniki podróży – gdyby takowe powstały – mówiłyby o zupełnie innych światach.

Czy w ogóle istnieje jakiś jeden świat, ten unus mundus, o którym marzyli filozofowie? Wielkie, neutralne i obiektywne uniwersum, w którym wszyscy mamy możliwość spotkać się i rozpoznać w sobie bliźniego. Czy może, żyjąc w jednej przestrzeni, w istocie żyjemy we własnych fantazmatach?

 

Kilometr po kilometrze

Opowiadał mi niedawno jeden siedemdziesięciolatek, jak podróżowano w epoce dzieci kwiatów. Otóż na przełomie lat 60. i 70. minionego wieku czło­wiek Zachodu, kolorowy i zbuntowany, kupował tani używany samochód, naj­lepiej typu van, i ruszał nim do Indii. Trwało to zdecydowanie dłużej niż czas, jaki gotowi jesteśmy poświęcić na zmianę miejsca w XXI wieku. Dziś bowiem dokonujemy czegoś w rodzaju prestidigitatorskiego tricku, wsiadając na pokład boeinga. Robimy wielkie „Pstryk!” i za kilka godzin wysiadamy w zupełnie innej rzeczywistości. Tamci podróżnicy przemierzali Ziemię kilometr po kilometrze, z każdym dniem zmieniał się smak wody, jedzenie, temperatura i klimat. Ludzkie ciało miało szansę przystosować się do tej powolnej, stopniowej przemiany. Po drodze przeżywali wiele przygód, zwłaszcza że na tym akurat szlaku zawsze można było kupić za małe pieniądze dobrą marihuanę.

Podróż była wtedy (i może powinna była pozostać) ćwiczeniem z obcości. Czuł to Marco Polo, kiedy dotarł na dwór chińskiego władcy, i to samo czuł tamten kolorowy hipis, który spacerując o zmierzchu po – powiedzmy – radżasthańskim Dżodhpurze, doświadczał dziwnego, oszałamiającego stanu zawieszenia wła­snego bytu. Nic nie rozumie, do niczego nie przynależy, nikogo nie obchodzi.

Gdyby dziś przyszedł nam do głowy szalony pomysł, żeby udać się w taką wyprawę, to przez ile ognisk zapalnych, wojen i konfliktów musie­libyśmy przejechać? Wystarczy rzut oka na mapę i natychmiast ciśnie się pytanie, czy to w ogóle byłoby możliwe.

 

Nierealne show

Tamten bezpieczny świat skończył się nie tylko z powodu wojen i kon­fliktów. Także dlatego że poszcze­gólne potencjalnie atrakcyjne regiony świata dziwnie się do siebie upodob­niły – w strojach, w jedzeniu, we wszechobecności plastiku, w lokal­nych pamiątkach chińskiej produkcji. Dla turystów zachowano specjalne obszary, podobne strefom ekono­micznym czy może parkom rozrywki dla dzieci; koniecznie z ogromnym parkingiem dla autokarów. Gdzie indziej, w miejscach, w których zainwestowano duże pieniądze w tury­stykę, urlopowicze siedzą na plaży, dyskretnie pilnowani przez ochronę w mundurach komandosów wypo­sażonych w ostrą broń. Wyjście poza ogólnie dostępny trakt do zwiedzania staje się coraz trudniejsze i wymaga większych pieniędzy. Jest rozrywką dla bogatych. Ubożsi turyści mają bezpieczny standard, podróżny fast food, który wszędzie smakuje tak samo, a jego wartość poznawcza jest marna i zawiera właściwie tylko puste kalorie.

Dlatego coraz częściej powro­towi z kolejnej egzotycznej wycieczki towarzyszy głęboko skrywane roz­czarowanie – nakupiliśmy pamiątek i świecidełek (z którymi potem, w domu, zupełnie nie wiadomo, co zrobić), obejrzeliśmy wszystkie wymagane w przewodniku zabytki, spróbowaliśmy miejscowego alko­holu i najedliśmy się tamtejszych potraw (wiele z nich występuje w uogólnionej formie dla turystów), obejrze­liśmy tańce folklorystyczne. A jednak gdy stajemy w sieni naszego domu z waliz­kami, mamy poczucie, jakbyśmy uczestniczyli w nierealnym show. Jakbyśmy polizali lody przez szybę.

 

Kwestia wolności

W naszej zachodniej kulturze akt wyruszenia w podróż był aktem wolności. Phileas Fogg jest człowiekiem wolnym. Jako wolny człowiek przyj­muje zakład i podejmuje wyzwanie, a tym samym decyduje o własnym życiu. Podróżowanie stało się symbolem wolności i może właśnie dlatego jest dla nas tak atrakcyjne. Być może my, z natury nomadzi, lecz zatrzymani w drodze, tak właśnie atawistycznie rozumiemy swoją wolność – być w ruchu, przemiesz­czać się, wędrować…

Jeżeli decyzja o opuszczeniu własnego kraju (i ruszeniu w drogę) jest kwe­stią wolności wyboru takim samym jak wolność słowa, to jakże mając ją sami, możemy zakazywać jej innym?

Dla niektórych ludzi emigracja jest jedyną alter­natywą, a tym samym zawiera się w nienaruszalnym ludzkim prawie wolnego wyboru. Kto ma decydować o tym, gdzie jest czyjeś miejsce? W czasach gdy tysiące ludzi szukają schronienia w naszych krajach, pan Ghalib czy pani Mar­rousch nie proszą o naszą pomoc. Nie chcą być traktowani jak uchodźcy, ale jak wolni ludzie, którzy mają prawo wyboru. Paradoksem jest to, że w imię swo­body przemieszczania się lepiej byłoby dla nich ogłosić się towarem, wypełnić list przewozowy i nadać na samolot jako przesyłka. Wtedy też łatwiej byłoby im przekraczać granice i podróżować.

Cudza wolność jest w ogóle kłopotliwa. Ci, którzy cieszą się wolnością, zazwyczaj nie chcą przyznać jej innym.

Dlaczego ja mogę pojechać do kraju pani Marrousch czy pana Ghaliba i pozostać tam właściwie tak długo, jak tylko chcę? Może nawet mogłabym się tam osiedlić? Ale ani pani Marrousch, ani pan Ghalib nie mogą tego zrobić w moim kraju. Dlaczego moi rodacy, którzy kiedyś dorabiali się pieniędzy w Libii i Syrii, budując tam mosty i fabryki, nie chcą dziś dać w Polsce szansy Libijczykom czy Syryjczykom, nawet wtedy gdy stawką jest życie?

Czy mam więc prawo podróżować? W sytuacji gdy innych zatrzymuje się na granicy i umieszcza w obozach dla uchodźców, podróżowanie coraz bardziej staje się problemem etycznym.

***

prawdę mówiąc, straciłam ochotę do podróżowania. i nie tylko ze strachu przed zamachami i wojnami. Straciłam ochotę do podróży zawstydzona własną wolnością, której nie mogę dać innym.

Nie chcę już być turystką w krajach globalnego Południa, bo bezradne przy­glądanie się biedzie ludzi i cierpieniu zwierząt stało się dla mnie nie do zniesienia.

Nie mam ochoty podróżować, od kiedy widziałam na Morzu Południowo­chińskim pływające wyspy składające się z plastikowych śmieci, a na plaży trzeba było najpierw uprzątnąć miejsce, w którym chciało się usiąść.

Nie chcę już podróżować samolotami, od kiedy służą one za taksówki międzymiastowe, spalając w ramach jednego tylko lotu tyle ropy ile kilkadzie­siąt autobusów na tej samej trasie. A także od tego dnia kiedy w amerykańskim Memphis widziałam w czasie dorocznego świątecznego festynu setki tysięcy żywych rzecznych raków smażonych w ogromnych kadziach wrzącego oleju ku chwale tradycji.

 

Straciłam ochotę do podróży, od kiedy istnieją na Facebooku blogi, na których współcześni podróżnicy, szczegółowo i ze zdjęciami, informują o tym, co robili każdego dnia w egzotycznej podróży, i że właściwie można się z nimi skontaktować łatwiej, niż gdyby byli w domu. Mam wrażenie, że nigdy nie wyru­szyli w podróż.

Książki typu „opowiem wam, gdzie byłem / byłam”, i całe festiwale poświę­cone tematowi podróży już mnie nie pociągają. Nie cieszy mnie też flaneurski niespieszny podróżny, który powłócząc nieco nogami, przesuwa się niczym czyste spojrzenie po gościńcach świata i celebruje wiecznie głodne nowych doznań ego.

Przeszła mi ochota na podróże, po tym jak dżihadyści wysadzili posągi Buddy i zniszczyli Palmyrę. Może lepiej jest zwiedzać je wirtualnie, w Internecie, bo tam wciąż istnieją i są bezpieczne.

Nie mam potrzeby zwiedzać obcych miast, od kiedy na każdej ulicy świata można znaleźć te same pamiątki wypro­dukowane w Chinach.

Nie będę już zwiedzać muzeów w obcym mieście, dopóki nie zobaczę muzeów w moim własnym.

Czy można być dalej niewinnym podróżnikiem w świecie konfliktów, wybuchających bomb, porywanych samo­lotów i nieustannego strachu przed zama­chem? Czy można cieszyć się waka­cjami na plaży, do której nie mają dostępu miejscowi? Czy można wygodnie rozsiadać się w samolocie, wiedząc, że w drugą stronę podróżują ludzie stłoczeni w kontenerach?

Co by na to powiedzieli Phileas Fogg i Indiana Jones?

A może tym razem to my powin­niśmy pozostać w domu i powitać innych podróżnych?

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter