70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Cud reformacji

Choć protestanci to zaledwie ułamek ludności RP, to przecież 500-lecie wystąpienia Marcina Lutra zostało w Polsce dostrzeżone i odnotowane na wiele sposobów (ukazał się nawet, co prawda niezbyt udany, komiks dla dzieci) i – na ogół – zaskakująco życzliwie.

„Bardzo chciałbym wiedzieć, jak by to było, gdyby cała Europa stała się kiedyś prawdziwie arcykatolicka, gdyby nie było w niej protestantów, podśmiechujących się ukradkiem i pobudzających roztropne głowy do myślenia, i gdyby żaden klecha nie musiał się już niczego wstydzić. Gdyby wszystko dalej szło takim trybem jak przed paroma wiekami, to papież otaczany byłby czcią boską, a jego odchody odważano by i sprzedawano na karaty, Biblię zaś zaczynano by od słów: Na początku papież stworzył niebo i ziemię

 

Georg Christoph Lichtenberg, Bruliony

 

 

Ciekawą wystawę przygotowało z okazji jubileuszu gdańskie Muzeum Narodowe w Zielonej Bramie: „Gdańsk protestancki w epoce nowożytnej”. Wystawy takie jak ta to zwykle „imprezy okolicznościowe”, deklarujące przychylne zainteresowanie jakimś wydarzeniem, widz zaś rzadko kiedy jest w stanie przyswoić sobie przekazywaną przez nie wiedzę. Ale przecież gdy spojrzy na oryginalny podpis Marcina Lutra pod listem skierowanym w 1532 r. do gdańskiej rady miejskiej, poczuje na karku powiew Historii. To są chwile, kiedy nawet ktoś tak odległy od wszelkiej religii i kościelności jak piszący te słowa z powagą zaczyna się odnosić do często obśmiewanego – i notabene właśnie przez reformację zarzuconego – kultu relikwii: jest coś głęboko ludzkiego i wcale nie tylko „katolickiego” w potrzebie fizycznej bliskości Bohaterów Historii, obecnych choćby jeszcze tylko szczątkowo, ale przecież nie tylko „symbolicznie” w kropli krwi, skrawku szaty czy autografii. To po prostu ich własne, cielesne, materialne ślady na tym padole, których nie zastąpi żadna najuczeńsza nawet rozprawa naukowa.

 

Prorok i buntownik
Takimi rozprawami też zresztą sypnęło z okazji jubileuszu nad wyraz obficie. Ukazały się co ajmniej dwie nowe duże biografie Reformatora: bardzo dobrze swego czasu przyjęta w Niemczech praca Heinza Schillinga Marcin Luter. Buntownik w czasach przełomu, oraz  Marcin Luter. Prorok i buntownik Lyndal Roper. Nieco bliżej przyjrzymy się tu tej drugiej.

Jej czytelnikowi wypada przede wszystkim doradzić, by nie zraził się przedmową australijskiej autorki, profesor historii na Uniwersytecie Oksfordzkim. Ta bowiem deklaruje, że jej celem będzie „zrozumieć Lutra jako człowieka” i dodaje: „Korzystanie z dorobku psychoanalizy może (…) rzucić światło nie tylko na samego Lutra jako człowieka, ale także na rewolucyjne zasady religijne, którym poświęcił życie” (s. 23). Autorka nie omieszkała też podkreślić, że jako historyk religii została ukształtowana „zwłaszcza przez ruch feministyczny” (s. 25). Brzmi to niepokojąco, ale na szczęście zupy nie jada się w tej samej temperaturze, w której się ją gotowało. Mimo tych pogróżek przecież – by zacytować Fausta Goethego – „von Freud ist nicht die Rede” („o Freudzie nie ma mowy”). A przynajmniej jest jej bardzo niewiele. Od czasu do czasu Roper przypomina sobie o tych obietnicach i coś tam napomyka o relacjach Lutra z ojcem (s. 74) albo próbuje psychologizować, wywodząc lęk Lutra przed boską wszechmocą z doświadczeń górników w Mansfeld (s. 43), ale to marginalia bez wielkich następstw dla całości. A za tą całością wyczuwa się wielką pracę cierpliwej badaczki archiwów, doskonale przy tym wiedzącej, co w tych archiwach naprawdę ważne. Roper wprowadza czytelnika nie tylko w bieg wydarzeń, znany i wielokrotnie opisywany, ale i w klimat duchowy, mentalność późnego średniowiecza. Sporo uwagi poświęca specyficznemu językowi epoki, który tak razi nieprzygotowanego odbiorcę u Reformatora. Tymczasem nie był ów język – niekiedy zdumiewająco naturalistyczny – niczym nadzwyczajnym. Dowodzą tego choćby pisma jednego z mistrzów i protektorów brata Marcina, Johanna von Staupitza, który z lubością „posługiwał się metaforą aktu seksualnego dla oddania idei unii mistycznej wiernego z Chrystusem”. Poszczególne „stadia” tej unii to etapy „młodych panien w wierze”, „konkubin”, wreszcie „królowych”, które „są nagie i spółkują z nagim (Chrystusem)”, krzyż zaś jest „małym łożem uciech” (s. 85).

Czy to tu miało swe źródło konstatowane przez nią wielokrotnie „otwarte podejście [Lutra] do seksu, wynikające z akceptacji fizyczności” (s. 175), tak zdawałoby się „niekompatybilne” ze współczesnymi wyobrażeniami o duchu tamtej epoki? Zdaniem Roper wynikało ono także „z jego radykalnego augustynizmu”, bo przecież „skoro nie możemy czynić żadnego dobra, ponieważ wszystkie ludzkie uczynki są grzeszne, zatem akty seksualne nie są gorsze od innych rodzajów grzechu”. Byłoby rzeczywiście zdumiewającym splotem dziwnych przypadków i tradycji myślowych, gdyby to właśnie „ponura antropologia” augustyńska wyzwoliła Lutra z katolickiej obsesji „grzechu cielesnego” (s. 299).

Reformacja rodzi się wśród dysput teologicznych. Roper opisuje specyficzną aurę takich debat: „Dyskusja rozpoczęła się od wymiany zdań między Eckiem i Karlstadtem na temat wolnej woli (…). Kwestię tę drążono przez tydzień. Eck twierdził czasem, że pewna część woli może współdziałać z łaską, innym razem znów przyznawał, że dobre uczynki zależą całkowicie od łaski. Karlstatdt trzymał się swej tezy, że ludzka wola jest do cna zła, ale nie potrafił wypunktować Eckowi sprzeczności w jego argumentacji. Zagadnienie to, na pozór błahe, stanowiło w istocie główny filar nowej teologii. Ewangelicy twierdzili, że istoty ludzkie nie mają wolnej woli, nie są bowiem zdolne do wybrania dobra i muszą polegać na łasce Boga” (s. 148). Niektórzy spośród słuchaczy podczas tych wielogodzinnych debat „smacznie spali”, a współczesny czytelnik pewnie przyjmie to ze zrozumieniem. Ale jeśli wczytać się uważniej w tematykę tej dyskusji, okaże się, że jedynym językiem, jakim w tamtych czasach można było takie kwestie roztrząsać: językiem teologii, rozważano wówczas w Lipsku jeden z najbardziej frapujących i najbardziej uniwersalnych problemów kondycji ludzkiej: pytanie, czy decyzje i zachowania człowieka są zdeterminowane czy nie. To pytanie intryguje prawników, moralistów i fizjologów do dziś, choć odpowiada się na nie językiem zupełnie innych pojęć.

Roper pokazuje swojego bohatera takim, jaki był: spory rozdział poświęci szokującemu antysemityzmowi Reformatora i nawet nie próbuje tłumaczyć go duchem epoki. Wręcz przeciwnie: wykazuje, że Luter w swej nienawiści do Żydów posuwał się nawet dalej niż jego współcześni, dążąc do ich „całkowitej kulturowej eliminacji” (s. 422). Ale  przypomina też jego wczesną broszurę zatytułowaną O tym, że Jezus Chrystus jest rodowitym Żydem. Zaraz jednak dodaje: „Agresja Lutra raziła nawet współczesnych (s. 422). Była przy tym, zauważa, zjawiskiem nowym, zapowiadającym antysemityzm XIX- i XX-wieczny: „Poglądy Lutra nie były (…) średniowiecznym reliktem, ale jego ewolucją. Co bardziej niepokojące, nie były one incydentalne dla jego teologii, nie stanowiły też godnego pożałowania przesądu przejętego od współczesnych. Tworzyły integralną część jego myśli” (s. 424).

Prorok i buntownik to przy tym książka po prostu dobrze napisana. Wyczuwa się w niej znamienne dla anglosaskiej produkcji naukowej dążenie do komunikatywności wywodu, tak obce rodzimej nauce, przywiązanej do tradycyjnej „ględźby uniwersyteckiej”, dumnej ze swej nieprzystępności, bo jeśli rozprawa akademicka „czyta się” zbyt gładko, rodzi to podejrzenie o jej „nienaukowość” i „eseistyczność”, dyskwalifikującą autora jako człowieka nauki. Roper dowodzi, że dobry styl, błyskotliwość, miejscami lekka ironia wcale nie muszą się kłócić z wartością poznawczą pracy humanistycznej. Dobrze spisali się także tłumacze, sprawnie oddając tę anglosaską potoczystość.

 

Sieć czasów reformy

Lyndal Roper dostarcza wielowarstwowego obrazu reformacji,  ale właśnie ta wielowarstwowość – czasem wręcz paradoksalność – jej opowieści sprawia, że ostateczny olśniewający sukces ruchu, zrodzonego w prowincjonalnej Wittenberdze, zdaje się nieledwie cudem, ciągiem zbiegów okoliczności, zachodzących wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu. Reformatorzy nie mieli w gruncie rzeczy prawa liczyć  na szeroką akceptację społeczeństwa. Odpusty dawały swoiste poczucie bezpieczeństwa i nadziei: sam Luter w Rzymie stara się o odpust dla dziadka i trochę mu żal, że żyją jeszcze rodzicie, bo mógłby się wystarać o odpusty i dla nich. Na ich sprzedaży zarabiają także bankierzy, a wiadomo, że z nimi lepiej nie zadzierać. Reformacja zmiecie i kult relikwii – tymczasem protektor Lutra, Fryderyk Mądry, bez którego wsparcia reformację zduszono by z całą pewnością w zarodku, jest właścicielem jednego z największych w Europie ich zbioru, przynoszącego mu zresztą spore dochody. A jednak się udało!

Racjonalnie próbuje ów cud wyjaśnić Andrew Pettegree w obszernym eseju, zatytułowanym bardzo współcześnie Marka Luter. O tym, że wynalazek druku okazał się bardzo pomocny w upowszechnieniu idei reformacji, wiadomo od dawna. Pettegree wnika w szczegóły tego fenomenu. Wsparcie drukarzy dla nowego ruchu wcale nie było bowiem oczywiste. Ci bowiem również świetnie zarabiali na produkcji certyfikatów odpustowych: „zamach na odpusty” zagrażał także ich rzemiosłu (s. 73). Bardzo szybko jednak odkryli w Lutrze autora bestsellerów, który mógł im przynieść większe dochody niż literatura ortodoksyjna i druki odpustowe. Luter prawie od początku pisał również po niemiecku, tak by dotrzeć do szerszej publiczności, co w pełni mu się udało.

Już dwa lata po wyjściu z cienia był człowiekiem sławnym w całych Niemczech. I ulubieńcem tłumów, co być może uchroniło go przed śmiercią. A jego wjazd do Wormacji w 1521 r. przypominał ewangeliczny opis Niedzieli Palmowej.

Ta popularność była związana zapewne i z tym, że papiestwo dopuściło się wobec swych wiernych, którzy nabyli jego główny towar eksportowy, wyjątkowo ordynarnego oszustwa. W pewnym momencie popyt na odpusty zaczął spadać, bo w ciągu 30 lat od ich wprowadzenia na rynek „większość pobożnych dusz zdążyła się już zaopatrzyć w cenne certyfikaty i nie miała w związku z tym ochoty znowu sięgać do sakiewek”. Chcąc pobudzić koniunkturę, kuria papieska wydała bulwersujące zarządzenie, na mocy którego „wraz z ogłoszeniem nowego odpustu poprzednie nadania zawieszano, więc nabyte wcześniej odpusty okresowo traciły swą moc” (s. 86). Innymi słowy, Rzym potraktował swych klientów gorzej niż Microsoft użytkowników systemu Windows. Głosy krytyczne wobec handlu zbawieniem wiecznym mogły odtąd liczyć na życzliwy posłuch. Co więcej, sprzedaż odpustów powodowała poważny odpływ gotówki, której w ówczesnej Europie permanentnie brakowało, zwłaszcza monet drobnych. To zaś niepokoiło możnowładców, dlatego przychylnym okiem śledzili oni poczynania zbuntowanego zakonnika.

Dzieje współpracy Lutra z branżą drukarską to dzieje wzajemnego dostosowywania się do siebie autora i wydawców (bo ówcześni drukarze są zarazem wydawcami). Nowy autor przynosi spore zyski także dlatego, że pisze inaczej niż współcześni mu teologowie: zwięźle i krótko, a wydawanie niewielkich broszur jest ekonomicznie bezpieczniejsze niż skomplikowana produkcja opasłych traktatów, rzadko cieszących się szerszym zainteresowaniem. Lutrowi sprzyja także… zaawansowanie technologiczne metalurgii niemieckiej (w której rozwijaniu uczestniczył, nawiasem mówiąc, jego ojciec), bo dzięki temu drukarze dysponują ogromną liczbą rozmaitego kroju czcionek  (s. 134 n.).

Z wolna książka staje się dobrem powszechnym. Ten akurat fenomen Pettegree omawia niestety dość pobieżnie (zob. np. s. 177). Ówcześni drukarze zręcznie wychowują sobie publiczność, dbając coraz bardziej o zewnętrzną szatę druków (ilustracje), a i sam Luter przykłada do niej ogromną wagę i żywo interesuje się wszystkimi etapami produkcji (choć nie otrzymuje najmniejszych nawet honorariów). Ale przecież musiała istnieć już w punkcie wyjścia duża grupa ludzi umiejących czytać i, co ważniejsze, odczuwających potrzebę lektury. Skąd się wzięli? A jest ich w Niemczech więcej niż gdzie indziej: w 1523 r. „niemieckie prasy tłoczyły trzy razy więcej książek niż prasy francuskie i włoskie razem wzięte” (s. 134). Łączny nakład pism Lutra wyniesie do 1530 r. ok. 2 mln egzemplarzy (!). Powstanie swoistego Internetu tamtych czasów, gęstej „sieci” oficyn i czytelników, uczestniczących aktywnie w rozwijaniu nowego ruchu religijnego, tłumaczy poniekąd jego sukces w Niemczech, a później w mieszczańskich Niderlandach. Oraz klęskę w krajach, których ludność stanowili w większości analfabeci. Każe też wyciągnąć dość niepokojące w naszych warunkach wnioski na temat związków między poziomem czytelnictwa a gotowością do świadomego współudziału w kształtowaniu życia społecznego, politycznego, i religijnego – a „świadomego” znaczy przecież: nie zawsze zgodnego z oczekiwaniami aktualnej władzy świeckiej czy duchownej.

Zdumiewające, ile nowego może wnieść to medioznawcze spojrzenie. Okazuje się np., że analizując układ graficzny wielkoformatowych przedruków 95 tez, dokonanych w Norymberdze i Bazylei, da się rozstrzygnąć budzącą sporo emocji kwestię: „tezy niemal na pewno umieszczono na drzwiach kościoła zamkowego” (s. 95). Skład owych przedruków powtarzał bowiem model składu charakterystyczny dla działającej w Wittenberdze drukarni Johanna Rhaua-Grunenberga. A to dowodzi, że taki wielkoformatowy druk (w kilku najwyżej egzemplarzach) wytworzono i tam. Zapewne w celu wywieszenia go na uniwersyteckiej tablicy ogłoszeń, czyli na drzwiach kościoła.

 

Luter naszych czasów, czyli ciemna strona ortodoksji
Trzeba tu wspomnieć o jeszcze jednej publikacji poświęconej reformatorowi: Luter. Ciemna strona rewolucji Pawła Lisickiego. Niewiele się z niej wprawdzie dowiemy o tytułowym bohaterze, za to całkiem sporo o Pawle Lisickim. A styl myślenia tego – skądinąd zdumiewająco płodnego – autora wydaje się dość reprezentatywny dla środowisk, z których wywodzą się ludzie rządzący dziś nami wskutek fatalnego zbiegu różnych okoliczności albo obsługujący aparat partyjno-rządowej propagandy. A ponieważ porządzić mogą jeszcze jakiś czas, wiedza o ich postrzeganiu świata warta jest choćby przekartkowania tej ponad 300-stronicowej książki.

Lektura Ciemnej strony… wymaga jednak niemałego samozaparcia i cierpliwości, bo dzieło to rozwlekłe, pisane miejscami dość niechlujnie[1] i wypełnione w sporej części pohukiwaniami Lisickiego pod adresem rozmaitych „heretyków”, z których dwaj najwięksi to papież Franciszek i jego nadworny teolog Walter Kasper. Papież naraził się Lisickiemu, bo w towarzystwie „arcybiskupki Jackelén” wziął udział w szwedzkich obchodach 500-lecia reformacji, słabo bronił sprawy katolicyzmu i dobrze się wyrażał o Marcinie Lutrze, a jakby tego było mało, poczta watykańska wydała znaczek z Reformatorem. Lisicki o tym ostatnim pisze z kolei tak, jak gdyby brat Marcin nie przybił swoich tez 500 lat temu na podwojach kościoła w Wittenberdze, lecz przykleił je przed paru miesiącami jakimś trudno zmywalnym lepiszczem na drzwiach redakcji „Do Rzeczy”, jak czynią to niekiedy na klatkach schodowych złośliwi roznosiciele reklam. Pisze z pasją i złością, odnotowuje skwapliwie labilność emocjonalną swego antybohatera, a nawet jego nadmierną potliwość (s. 74 nn.) i z nieskrywaną satysfakcją przypomina (s. 56) jego pierwotne nazwisko, Luder, „którego się później wstydził (dosłownie padlina, łajdak, lafirynda)”[2]. Luter uważa się za „proroka i wysłańca Nieba” (s. 219), ale w rzeczywistości jest „pierwszym nowożytnym populistą” (s. 153), który do perfekcji opanował użycie „środków masowej propagandy”, dzięki czemu udało mu się wbić „masom w głowę negatywny obraz przeciwnika” (s. 158). Rzymskie bezbronne owce tymczasem jak „sparaliżowane” (s. 160) przyglądają się biernie i bezradnie poczynaniom wittenberskiego wilka, aż „podburzona przez sprawną akcję propagandową opinia publiczna” opowiada się „w zupełności po stronie Lutra” (s. 165). Taka pasja to zresztą nic złego, czasem przydaje wręcz prozie eseistycznej uroku i napięcia, ale nie w przypadku Lisickiego: próżno u niego szukać choćby krzty polotu, ironii, a niechby i złośliwości, byle doprawionej odrobiną „soli attyckiej”. Nic z tych rzeczy. Jest tylko jedno: prawowierność – nieskalana, niezłomna, wolna od wszelkich wątpliwości, ciężka jak ołów i pryncypialna do bólu zębów.

Z tej to prawowierności, to znaczy z gotowości podporządkowania się „autorytetowi” Kościoła, Lisicki rozlicza dawnych i współczesnych. Reforma? Bardzo proszę, byle „katolicka”: „W katolickim rozumieniu bowiem reforma zawsze oznaczała troskę o uczynienie Kościoła mniej zeświecczonym, bardziej skupionym na tym, co najważniejsze: na posłuszeństwie i nauczaniu Objawienia” (s. 23, podkr. T.Z.). Hasło „posłuszeństwa” – nie przypadkiem chyba poprzedzające nawet „Objawienie” – to zwornik rozważań Lisickiego o historii i współczesności. Powraca niczym refren (zob. np. s. 25, 308, 309, 311), bo „posłuszeństwo” to „katolicka zasada wiary”.

Zaskakujące, jak wiele Lisickiego i Lutra łączy. Obaj przecież przeciwstawili się papieżowi, choć każdy z innych powodów: Luter z wierności wobec własnego sumienia, Lisicki z wierności Kościołowi, zdradzonemu przez samego biskupa Rzymu.

Inna oczywiście była i jest stawka w tej grze – autor Ciemnej strony… nie musi się już na szczęście obawiać stosu ani nawet trzewików hiszpańskich, zresztą ten jego bunt poza najwierniejszymi czytelnikami „Do Rzeczy” i „Frondy” prawdopodobnie mało kto w ogóle zauważy. Mimo to Lisicki jest przecież na swój sposób Lutrem naszych czasów i okolic, niestety także – by zacytować klasyka – Lutrem „na miarę naszych możliwości”.

Bunt przeciwko papieżowi to nie jedyne, co zbliża do siebie obu Lutrów. Wspólny język mieliby szansę znaleźć także w swoim rozumieniu tak miłego sercu Lisickiego hasła posłuszeństwa. „Chrześcijanin jest uległym sługą wszystkich rzeczy i podległym każdemu”, brzmi kluczowe zdanie O wolności chrześcijanina, który co prawda jest zarazem „wolnym panem nad wszystkimi rzeczami i nikomu nie podległym”, ale to wolność wyłącznie duchowa, nieznajdująca odbicia w świecie zewnętrznym i rzeczywistym – Marcin Luter jest jednym z pierwszych proroków tzw. wolności prawdziwej, a to powinno mu zjednać choć odrobinę sympatii pana Pawła, który w Zakończeniu ciska gromy na „suwerennego ludzkiego ducha”, dążącego „do nadania sobie sensu i praw” oraz „rozszerzenia swojego panowania”, a wszystko to „w imię pozornej wolności”. Ów „suwerenny duch” dopuścił się najgorszego występku:  „wypowiedział posłuszeństwo” Prawdzie, wierze i urzędowi nauczycielskiemu Kościoła katolickiego, jedynego gwarantującego zbawienie wieczne (s. 311). Także Reformator, gdy już przeminie jego „gwiezdny czas”, czas sprzeciwu i buntu, gdy sam zacznie wyznaczać parametry nowej ortodoksji, posłuszeństwo wobec „zwierzchności” będzie cenił bardzo wysoko: nieposłuszeństwo, wywodzi w komentarzu do czwartego przykazania Dekalogu, jest grzechem gorszym niż wszystkie inne, „większym niż zabójstwo, wszeteczeństwo, kradzież, oszustwo”. Zapewne pod tym sformułowaniem także Paweł Lisicki, niegdyś jeden z publicystów określających się chętnie mianem „niepokornych”, gotów byłby się podpisać obiema rękami.

Uległość, gotowość do posłuszeństwa wobec zwierzchności ma zwykle i drugą, „mroczną” stronę: niechęć, czasem wręcz nienawiść wobec tych wszystkich, którzy owej zwierzchności, uznanej za jedyną prawowitą, ośmielają się przeciwstawiać. Luter nie będzie przebierał w słowach, gdy przeciwko sprzymierzonej z nim władzy zbuntują się chłopi, a instancją najwłaściwszą w rozsądzaniu teologicznych sporów z anabaptystami wyda mu się „mistrz Jan”, czyli… kat. To posłuszeństwo nie jest zawsze całkiem bezinteresowne. Posłuszny ma bowiem często nadzieję, że zwierzchność zechce tę jego niewzruszoną lojalność wynagrodzić przez dopuszczenie do jakiegoś udziału w swojej władzy, czyniąc go choćby stróżem i cenzorem prawomyślności poddanych. Może popełnię tu niesprawiedliwość wobec „niepokornego” Pawła Lisickiego, ale czytając jego jeremiady nad postępującym zanikiem katolickiego „posłuszeństwa”, miałem chwilami wrażenie, że nie czułby się źle w takiej roli.

Ktokolwiek zechce spojrzeć na podniesiony przez Lutra i Lisickiego bunt przeciwko papiestwu okiem wolnym od uprzedzeń, będzie zmuszony przyznać: „oni mają rację!”. W przypadku Lutra nie wymaga to dłuższych uzasadnień: brat Marcin przeciwstawił się formacji całkowicie już zdegenerowanej i przeżartej do cna korupcją. Ale rację ma i Lisicki w swoim sporze z Franciszkiem. Fundamentem każdej religii jest bowiem niezłomne przekonanie jej wyznawców, że to jedyna religia prawdziwa. A skoro tak, wszystkie pozostałe muszą być fałszem. Fałsz zaś i kłamstwo trzeba – tak każe cześć dla Boga – zwalczać. Dziś naturalnie w naszym kręgu cywilizacyjnym, nawet w Polsce, trudno sobie wyobrazić fizyczną eliminację innowierców, heretyków i ateistów, należy jednak, sądzą oświeceni „jedynym prawdziwym Objawieniem”, ograniczać ich wpływ na życie publiczne. W tych okolicznościach nie wchodzi w grę żadne poklepywanie się z nimi po ramionach, prawienie sobie nawzajem duserów czy wspólne nabożeństwa, sugerujące jakąś równowartość tych nieprawych wyznań. Obawy ludzi takich jak Lisicki, że „zniknie rzymskie papiestwo, a ostatni następca Piotra podda się światu, zrzuci sutannę i przestanie udawać, że reprezentuje wyższą, roszczącą sobie prawo do posłuszeństwa władzę” (s. 311), innymi słowy: obawy o istotową tożsamość katolicyzmu nie są całkiem pozbawione podstaw. Włoski pisarz Guido Morselli obraz „Rzymu bez papieża” nakreślił w tak właśnie zatytułowanej powieści już w 1974 r.: jego Jan XXIV wyprowadza się z apartamentów papieskich i wiąże z tajemniczą indyjską teozofką – Franciszek, zamieszkujący w watykańskim hotelu, pierwszą część tej wizji poniekąd już zrealizował (o jego planach matrymonialnych nic na razie nie wiadomo, a związki z „arcybiskupką Jackelén” mają charakter wyłącznie ekumeniczny). Paweł Lisicki ma zatem rację w tym sensie, że jego zatroskany o tę ideową tożsamość integryzm, w imię którego „Luter naszych czasów” buntuje się przeciw najwyższemu zwierzchnikowi swojego Kościoła, jest najbardziej naturalną, rzec można, najoczywiściej oczywistą postacią religii. To sprawia jednak, że z samej swej natury może być ona (i bywa!) czynnikiem dramatycznie dezintegrującym współczesne społeczeństwa – nieodwracalnie heterogeniczne i niedające się już skleić „jedyną prawdziwą” wizją Boga i świata, „roszczącą sobie prawo do posłuszeństwa”. Dlatego z punktu widzenia pokoju społecznego przyjazne spotkania wyznawców i przywódców różnych religii wypada uznać za zjawisko ze wszech miar pożyteczne. Nawet jeśli są jednocześnie świadectwem rzeczywistej erozji i uwiądu każdej z nich, a propagujący ów łzawy ekumenizm „liberalni” teologowie, zapewniający, że gdyby Jezus z Nazaretu zjawił się dziś na Ziemi, zaprzyjaźniłby się z Marcinem Lutrem i stanął po stronie feministek, ruchów LGBT oraz muzułmańskich imigrantów, dostarczają w istocie widoku nie mniej, a czasem może nawet bardziej pociesznego niż integryści próbujący z mozołem… nawrócić papieża na katolicyzm.

 

Playboy mnichem

Lisicki – i chwała mu za to!  – jako jeden z bardzo nielicznych autorów piszących o Lutrze przywołuje badania Dietricha Emmego nad jedną z największych tajemnic w życiu Reformatora: nad przyczynami jego wstąpienia w 1505 r. do zakonu augustianów. Najczęściej łączy się tę jego decyzję z burzą, która młodego Lutra zaskoczyła kiedyś w okolicach miasteczka Stotternheim. Przerażony uderzeniem pioruna młodzieniec ślubuje św. Annie, że jeśli wybawi go z opresji, zostanie zakonnikiem. Lisicki odnosi się do tej wersji z nieufnością: „Nie chodziło o spełnienie ślubu wobec świętej Anny, a bezpośrednią przyczyną nie była gwałtowana burza (…), ale strach przed ówczesnym wymiarem sprawiedliwości. (…) Luter miał w pojedynku zabić przyjaciela, a klasztor oferował bezpieczne miejsce schronienia” (s. 63).

Oczywiście zamiar autora, który swojego antybohatera stara się przedstawić w możliwie najgorszym świetle, jest i tu jasny: wykazać, że Luter został duchownym z niskich pobudek. „Większość badaczy zgadza się z opinią, że Luter najprawdopodobniej nie miał danego przez Boga powołania do życia zakonnego” (s. 58). Ciekawe skądinąd, jak „badacze” dowodzą naukowo takiego „powołania” i w jakich się je mierzy jednostkach. Ale sprawa sama w sobie jest poważna.

Tezy Emmego dają się streścić następująco: w styczniu 1505 r. Luter stacza pojedynek na miecze z niejakim Hieronimem Buntzem, który niedługo potem umiera w następstwie odniesionych ran. Przyszły Reformator prawdopodobnie pojedynkował się już wcześniej, wiosną 1503 r., czego omal nie przypłacił życiem (to wówczas wymyśla opowieść o przypadkowym samozranieniu i groźnym krwotoku). W 1505 r. uniwersytet w Erfurcie nie sprawuje już wewnętrznej jurysdykcji nad swymi studentami i wykładowcami. Podlegają oni orzecznictwu Sądu Generalnego, który mógł za udział w (surowo zakazanym) pojedynku skazać Lutra na przymusowe umieszczenie w klasztorze, co sprawę by zamknęło i zaoszczędziło uczelni ambarasującego procesu z nieboszczykiem w tle. Wersję tę zdaje się potwierdzać tajemnicze wyznanie samego Reformatora, uczynione w Mowach biesiadnych, a znajdujące się także w najbardziej miarodajnym „Wydaniu Weimarskim” jego pism: „Osobliwym zrządzeniem Boga uczyniono mnie zakonnikiem, żeby mnie nie uwięzili. Inaczej łatwo by im było mnie uwięzić. A tak nie mogli tego uczynić, gdyż ujął się za mną cały zakon”.

Większość biografów Lutra ostentacyjnie ignoruje prace Emmego (publikowane już w latach 80. ubiegłego wieku), traktując go jako niegodnego choćby polemiki amatora. Emme rzeczywiście nie jest historykiem, lecz prawnikiem, a pierwsze artykuły o młodości Lutra wydawał nakładem własnym, co rzadko dodaje badaczowi wiarygodności.

Oczywiście Emme niczego nie udowodnił – szanse na znalezienie DNA nieszczęsnego Hieronima na rapierze Lutra są dziś zresztą mizerne. Brak przy tym jakichkolwiek śladów sprawy w dokumentach sądowych, ponoć niekompletnych. Jednak skonstruowany przez uczonego ciąg poszlak wydaje się dość spójny i logiczny, a w każdym razie nie mniej wiarygodny niż historyjka o piorunie i św. Annie. Wersję Emmego trzeba wręcz uznać za psychologicznie bardziej prawdopodobną niż rozbrajająco naiwna opowiastka hagiograficzna. Dwudziestojednoletni wówczas Luter, syn prosperującego świetnie przedsiębiorcy górniczego, był zgodnie ze świadectwami współczesnych raczej typem playboya niż rozmodlonego młodzianka. Przypisywana mu później w apokryfach maksyma: „Komu niemiłe kobiety, wino i śpiewanie, ten przez całe życie głupcem pozostanie”, nie była chyba odległa od jego rzeczywistych wyobrażeń o życiu spełnionym. I oto nagle ów złoty młodzieniec wstępuje, na dodatek wbrew woli ojca, do surowego zakonu kontemplacyjnego, gdzie jest – wówczas już posiadacz dyplomu uniwersyteckiego – traktowany z wyraźną niechęcią i pogardą, a wręcz poddawany rozmaitym szykanom. I gdzie jego status, jak dowodzi Emme, jest początkowo co najmniej niejasny.

Zastanawia coś jeszcze. Biografowie sporo uwagi poświęcają zazwyczaj debiutom swoich bohaterów. Debiut to swoista „epifania”, pierwsza manifestacja talentu i wizji świata. Wokół samodzielnego publicystycznego debiutu Lutra[3] panuje dziwna zmowa milczenia. A temat broszury wydanej w 1517 r., na krótko przed ogłoszeniem 95 tez i pierwotnie anonimowo, może dawać do myślenia: poświęcona była ona mianowicie de his qui as Ecclesias confugiunt, tym, którzy szukają ucieczki w kościołach – w domyśle: ucieczki przed odpowiedzialnością karną.

Choć hipoteza Emmego sprawia wrażenie dość rzetelnie udokumentowanej i zbornej, nie wszystkie ogniwa łańcucha poszlak są jednakowo wytrzymałe (dlaczego np. współczesnym nic nie wiadomo o wydarzeniu, które przecież musiało być głośne w erfurckim środowisku uniwersyteckim?). Nic jednak nie usprawiedliwia jej upartego ignorowania. Zwłaszcza że, jeśli jest prawdziwa czy choćby tylko prawdopodobna, mogłaby rzucać nowe światło na źródła teologii Lutra. Nie ulega wątpliwości, że w pierwszych latach pobytu w klasztorze znajdował się on w stanie poważnego kryzysu duchowego i emocjonalnego, spowodowanego może poczuciem winy za śmierć kolegi. Czy „odkrycie”, że uczynki nie decydują o zbawieniu, mogło mieć związek z tym kryzysem? Bo przecież skoro nie gwarantują tego zbawienia uczynki dobre, to nie przekreślają go zapewne także złe…

Wielce znamienne, że Paweł Lisicki w bibliografii swej książki wskazuje na niemieckie wydanie prac Emmego (z 2016 r.), nie wspominając nawet o polskich przekładach dwóch najważniejszych. Można go zrozumieć. Przekłady te ukazały się mianowicie w Wydawnictwie Antyk Marcina Dybowskiego (nie mylić z zasłużonym Antykiem Marka Derewieckiego z Kęt, wydającym m.in. klasykę filozoficzną!), co ciekawe, bez nazwiska tłumacza, który najwyraźniej uznał, że współpraca z tą akurat oficyną wielkiej chwały mu nie przyniesie. Trudno mu się dziwić. Ma ona w swym dorobku takie dzieła jak Królestwo Ciemności – samozniszczenie świata i „wspaniała odnowa” Kościoła! Wywiad z ks. Malachi Martinem. O egzorcyzmach, opętaniu i działaniu Szatana we współczesnym świecie. Marcin Dybowski przez lata prowadził też osławioną księgarnię Antyk w warszawskim kościele Wszystkich Świętych, oferującą literaturę skrajnie nacjonalistyczną i antysemicką. Emme nie mógł się dostać w Polsce w gorsze ręce (ciekawe, czy sam autor ma świadomość, kto go na nasz rynek wprowadził). Mimo to jego prace warte są chyba poważnej, choćby i krytycznej dyskusji. Jest coś niepojętego w skwapliwości, z jaką zawodowi historycy, profesorowie uznanych uniwersytetów, „kupują” hagiograficzną opowiastkę z gatunku tych, które złożyły się na Złotą legendę Jakuba de Voragine. „Kupuje” ją nawet Pettegree: „Nie ma powodu, by podawać w wątpliwość istotę tej opowieści” (s. 48). Czyżby?

Trudno nie odnieść przy tym wrażenia, że wielu protestantów na wersję wypadków, zasugerowaną przez Emmego, reaguje z nerwowością podobną tej, którą wśród ortodoksów katolickich wywołują wszelkie krytyczne uwagi na temat Jana Pawła II czy nazbyt dociekliwe drążenie jego biografii.

I jedni, i drudzy wyrządzają swym bohaterom krzywdę. Wielkość i charyzma nie zawsze chodzą prostymi drogami, a – jeśli wolno sparafrazować Stanisława J. Leca – kto jest już „kimś”, ma także prawo „być sobą”, i to ze wszystkimi tego konsekwencjami: postępki „wielkich ludzi” to nie zawsze najlepszy materiał na żywoty świętych i szkolne czytanki. Zresztą: zadanie komuś śmierci w pojedynku to przecież nie to samo co „morderstwo”, a pojedynki takie były codziennością w środowisku studentów niemieckich przez całe stulecia – kto się od nich uchylał, spotykał się z ostracyzmem i pogardą. Jeśli to rzeczywiście tragiczna historia opisana przez Dietricha Emmego doprowadziła przyszłego Reformatora do klasztoru, to tylko przydaje ona jego życiu ludzkiego autentyzmu i napięcia, w niczym nie umniejszając wielkości jego charakteru i dzieła.

 

Co by było, gdyby…

I Roper, i Pettegree wnikliwie analizują okoliczności, które spowodowały, że reformacja nie została zduszona w zarodku, lecz przerodziła się w nowy, samodzielny Kościół. Żadna analiza nie zdoła jednak w pełni wyjaśnić, jakim „cudem” zrealizował się w tym przypadku scenariusz najmniej prawdopodobny. Znacznie bardziej prawdopodobny był inny, przypominający rozstrzygnięcia „spraw” Jana Husa i Dietricha Morunga. Ten ostatni poddał w 1489 r. krytyce handel odpustami, za co zapłacił ośmioma latami w więzieniu. Ale przynajmniej przeżył, choć musiał swoje tezy odwołać. Pewnie dlatego nawet Pettegree opowieść o Lutrze i jego drukarzach zaczyna od stwierdzenia, że „nieprawdopodobieństwo reformacji jest jej największym paradoksem, bez precedensu w renesansowej Europie” (s. 18).

Czy dobrze się stało, że ów „cud” jednak się dokonał? Następstwem reformacji były mordercze wojny, dziesiątkujące ludność naszego kontynentu, a tu i ówdzie także zniewolenie umysłów i sumień wcale nie mniejsze od tego, jakie na całe stulecia zaprowadził w Europie papieski Rzym: Kalwin spalił Miguela Serveta, podczas gdy inkwizytorzy katoliccy musieli się zadowolić wrzuceniem do ognia kukły heretyka. Richard Marius, amerykański biograf Reformatora, pisał nie tak dawno: „Sądzę, że Luter stanowił katastrofę w dziejach cywilizacji zachodniej. (…) Z reformacji, takiej jaką ją ukształtował (…), wynikło niejedno dobro, ale pozostaję w przekonaniu, że nasz świat byłby znacznie lepszy, gdyby wydarzenia przyjęły inny obrót”[4]. Nie jest to jednak ocena ani oczywista, ani jedyna możliwa. Zdaniem Goethego – a „Wielkiego Poganina”, jak lubił się sam nazywać, możemy tu chyba uznać za arbitra względnie neutralnego – to właśnie Lutrowi zawdzięczamy wyzwolenie z „duchowego poddaństwa”.

A nawet jeśli nie taki był jego zamiar, to przecież właśnie on zainicjował reakcję łańcuchową, która doprowadziła do pęknięcia złowrogiego monolitu, jakim był ówczesny katolicyzm. W powstałych dzięki temu szczelinach mogły zakiełkować, choć nie od razu, wolność polityczna i pluralizm światopoglądowy. A dzięki Pawłowi Lisickiemu łatwiej nam sobie wyobrazić, jaki klimat duchowy mógłby panować dziś w Europie, i to nie tylko w posępnych niszach polskich fundamentalistów katolickich, gdyby 2 lipca 1505 r. w okolicach Stotternheim do samego wieczora panowała bezchmurna pogoda. Albo gdyby Hieronim Buntz miał lepszego nauczyciela fechtunku.

 

_

[1] Na s. 41 Luter powraca do „Wirtembergii” (chodzi oczywiście o Wittenbergę), a na s. 58, gdy uzyskuje stopień magistra „ojciec, uznający zalety i osiągnięcia Martina, zaczyna zwracać się do niego w listach per ty”. Czyli: jak zwracał się wcześniej do siedmiolatka? Per „panie Synu”? Było dokładnie odwrotnie: gdy Marcin zdał egzamin, ojciec zaczyna używać wobec niego zaimka „Ihr”, czyli „Wy”. Pisze o tym także Lyndal Roper (s. 60).

[2] Gwoli ścisłości wypada tu jednak dodać, że pisze o tym także Lyndal Roper.

[3] Jeśli nie liczyć przedmowy do Teologii niemieckiej Taulera, opublikowanej rok wcześniej.

[4] Richard Marius, Martin Luther. The Christian between God and Death, Cambridge 1999, s. XII.

 

Dietrich Emme

Marcina Lutra droga do klasztoru. Rozprawa naukowa

tłum. anonimowe, Wydawnictwo Antyk Komorów b. d. w.

 

Andrew Pettegree

Marka Luter

tłum. Mikołaj Denderski, Krytyka Polityczna, Warszawa 2017, s. 145

 

Paweł Lisicki

Luter. Ciemna strona rewolucji

Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2017, s. 320

 

Lyndal Roper

Marcin Luter. Prorok i buntownik

tłum. Maciej Potz, Lucyna Chmielewska, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2017, s. 506

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter