70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Jerzego fascynował świat pełen piękna i niespodzianki, przed bylejakością umykał jak najszybciej, tzw. twórca średni nie miał u niego szans.

4 września 2019 r.
Jerzy Turowicz, pierwszy świadek, którego chcę na nowo przywołać we wspomnieniu, jest autorem trzech tylko książek. Żeby przekartkować pół setki roczników „Tygodnika Powszechnego”, trzeba by bardzo wiele czasu – ale ten, kto sięgnie po książki Jerzego, znajdzie w nich spójność i harmonię, jaka jest znamieniem postaw głęboko przemyślanych i wybranych z poczuciem odpowiedzialności, a potem potwierdzanych przez cały życiorys. Żadnego z trzech tomów Jerzy nawet nie miał czasu zredagować sam – ale tytuły dwu pierwszych wybrał zdecydowanie, i oba też są wyrazem jego credo (pierwszy to Chrześcijanin w dzisiejszym świecie, drugi, za o. Loewem, to Kościół nie jest łodzią podwodną). Wszystko tu ma znaczenie, włącznie z tym pierwszym słowem: „Chrześcijanin”, a więc nie „katolik”, choć przecież to Kościół katolicki był Jerzego wyborem i tą drugą, nadprzyrodzoną ojczyzną – prócz ojczyzny ziemskiej. Chrześcijanin, bo to wskazuje na korzenie ewangeliczne, na Kościół u jego początków, kiedy nie było żadnych podziałów i kiedy zadaniem pierwszej apostolskiej wspólnoty było po prostu: „nauczać i zachowywać wszystko”, co przekazał Założyciel, a ona potwierdzała świadectwem własnych oczu, uszu i rąk. Takie właśnie chrześcijaństwo było dla Jerzego zadaniem na czas obecny, którego specyfika i dramatyczność sygnalizowały mu potrzeby, wyzwania, zadania, owe soborowe „znaki czasu”.

Kiedy Jerzy razem z ks. Piwowarczykiem w marcu 1945 r. zakładał „Tygodnik Powszechny”, w pierwszym numerze, wydanym już w cieniu sowieckiego molocha, a niosącym we wstępniaku tytuł O chrześcijańską kulturę jutra, nikomu nawet śnić się nie mógł II Sobór Watykański. Kiedy dla pierwszej książki kilkanaście lat potem wybierał tytuł, dopiero zaczynano pracować nad soborową konstytucją O Kościele w świecie współczesnym. A jednak kiedy dziś zajrzałam na początek Gaudium et spes, wydawało mi się, że jest to jakby wielkie orkiestrowe tło do jego pojedynczych rozważań o sprawach Kościoła, Polski czy do wspomnień o ludziach: „Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych (…) są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych: i nie ma nic prawdziwie ludzkiego, co nie miałoby oddźwięku w ich sercu. Ich bowiem wspólnota składa się z ludzi, którzy zespoleni w Chrystusie, prowadzeni są przez Ducha Świętego w swym pielgrzymowaniu do Królestwa Ojca i przyjęli orędzie zbawienia, aby przedstawiać je wszystkim. Z tego powodu czuje się ona naprawdę ściśle złączona z rodzajem ludzkim i jego historią”.

Po to właśnie wydawał „Tygodnik”, w tym miejscu Ziemi, które było jego własnym, ale w warunkach, którym przez cały czas musiał na różne sposoby razem ze swoim pismem stawiać czoło aż do ostatniego podpisanego przezeń numeru. Wiadomo, że miał dwóch mistrzów szczególnych, obu we Francji: Maritaina, nauczyciela personalizmu chrześcijańskiego, i Mouniera, uczącego wrażliwości społecznej. Myślę, że to oni w wielkiej mierze formowali Jerzego „chrześcijaństwo otwarte”. Otwarte chrześcijaństwo, otwarty Kościół to był w jego rozumieniu Kościół „posłany do ludzi”, nigdy niezasługujących na potępienie czy pogardę, tylko na staranie o to, by z pomocą wierzących też zechcieli spotkać się z Dobrą Nowiną i ją przyjąć. Logika tolerancji to nigdy nie była dla Jerzego z relatywizmu płynąca obojętność na świat wartości, tylko szacunek dla wolności sumienia ludzkiego, a ekumenizm soborowy, o którym tyle pisał, był dla niego po prostu spotykaniem się z poszukującymi prawdy i dobra na sposób inny niż ten, który praktykowała własna wspólnota. Z całej publicystyki Jerzego widać dzisiaj jeszcze wyraźniej niż za życia, jak olbrzymią radością były dla niego poszczególne soborowe dokumenty Kościoła, potwierdzające to odczytanie znaków czasu, jakie jego formacja nosiła w sobie od lat.

Szczególnie uderza dzisiaj, przy lekturze najważniejszych esejów i studiów Jerzego o „kryzysie w Kościele”, jak bardzo rozważania te snute były zawsze od wewnątrz Kościoła, tak jak pisze to ktoś, dla kogo ani przez chwilę nie staje się on przedmiotem zewnętrznej analizy, a do tego tworem świeckim, mierzonym wyłącznie kryteriami, jakie przykładamy do instytucji przez ludzi utworzonych.

Jerzy nie byłby sobą, gdyby jego fantastyczne wyczulenie na kategorię ludzi katechumenów i na wszystko, co w odniesieniu do otoczenia i świata wypływało z jego personalistycznej formacji, nie nosiło na sobie piętna swego rodzaju wybredności. Jerzego fascynował świat pełen piękna i niespodzianki, przed bylejakością umykał jak najszybciej, tzw. twórca średni nie miał u niego szans. A już na pewno najbardziej zrażało go nadużywanie religijnych haseł, słów czy symboli, mające okupić czyjąś płytkość duchową czy zwyczajne tandeciarstwo. Po prostu uważał, że piękno należy się Bogu równie koniecznie jak wszystko inne, czym Stwórca ludzi obdarzył.

Tak się złożyło, że za kilkanaście dni pod tym samym dachem, który go pamięta (dom rodziny, którą założył), spotkają się wszyscy, którzy pamiętają albo jego, albo szkołę, z jakiej wyrósł. I będzie można przeżyć na nowo wszystko to, czym obdarzał nas już on sam. Bo Jerzy kochał twórczość najpiękniejszą z możliwych. U końca każdego z przyjacielskich spotkań, czytając wybrany tekst, tak jak tylko on to potrafił, otwierał jego tajemnicę i piękno przed słuchającymi. Dotąd pamiętam, tak jakby to było wczoraj, Piosenkę o Wicie Stwoszu Gałczyńskiego, choć już nikomu tego przeżycia nie przekażę. To tylko on sam umiał tak wydobywać sekrety tekstu. „Synku…”


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter