70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Wspominając lata posłowania, mówię sobie nieraz: przede wszystkim nie wolno było rezygnować z dialogu z tymi, którzy takich jak ja ogłosili wrogami w imię wspólnej wiary. Także wtedy gdy całkowicie różniliśmy się w naszych projektach i ocenach. Na głowie trzeba było stanąć, a podejmować ciągle nowe próby uczynienia czegokolwiek dobrego razem. A przede wszystkim z Bożą pomocą wymazywać z własnej podświadomości pogardę.

25 lipca 2019 r.

Tę książkę wydał Znak już w tej epoce, w wieku XXI. Nosi tytuł Niedowiarstwo moje, który nawiązuje do apostolskiego wyznania wiary, kończącego się prośbą: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu” (Mk 9, 24). Jest więc sygnałem poczucia, że wiara w Ukrzyżowanego to tajemnica, którą trzeba przeniknąć. Książkę napisałam prawie 20 lat temu z potrzeby oddania sprawiedliwości świadkom wiary, którzy obdarzali wszystkich naokoło siebie swoim świadectwem. Równocześnie potwierdzali dla mnie samej swoje bezcenne doświadczenie, i to zarówno wtedy gdy nikt o nim nie wiedział, jak wtedy gdy żal było nawet pomyśleć, że utonie ono gdzieś w przeszłości.

Dziś do wielu z tych tekstów chciałabym wrócić na nowo, ale perspektywa 17 lat, jakie mnie dzielą od tamtego lipca, każe i milczeć, i dołączać nowe sygnały albo tym dawnym przyglądać się jeszcze staranniej. Zgadzam się z tymi wszystkimi, którzy przypominają, że wraz z Kościołem i papieżem Franciszkiem weszliśmy w głęboki zakręt, natomiast wiara jest tym, co stanowi i sens, i „technikę” naszej wędrówki wierzących.

30 lipca 2019 r.

Pierwszy rozdział książki nosi tytuł Confiteor.

W Ewangelii według św. Jana Jezus mówi do Piłata: „Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd” (J 18, 36).

Zapomnieliśmy o tych słowach, zostały jakby odsunięte na bok. Od tylu lat chodziło wciąż właśnie o to, by „słudzy bili się”. O to, by odzyskać własność materialną, wciąż rozszerzać zakres posiadania i władzy (media!), uzyskiwać przywileje finansowe. Jako najważniejsze traktowano struktury organizacyjne i prawne, włącznie z dyktowaniem prawodawcy detalicznych formuł ustaw, różnicowano dostojeństwo nadprzyrodzone słownikiem i kolorami (np. Ekscelencja, Eminencja), a ciągle w złudzeniu, że dostęp do posiadania prawdy (zupełnie jak sejf bankowy) usprawiedliwia wszystkie te instrumenty, tak widoczne, tak gorszące. Aż tak trudno uwierzyć, że dalej możemy się z nimi zgadzać. Wszystko to zdawało się ważniejsze od służebności: ona zeszła na dalszy plan.

Dotychczasowe owoce? Głębokie podziały wśród wierzących, usankcjonowana wrogość. Całym grupom ludzi zaczęto przyczepiać etykietki eliminujące ich ze społeczności Kościoła. Na przykład „katolik, ale” – kategoria funkcjonująca w mediach katolickich, a nawet w wypowiedziach hierarchów. Albo traktowanie „katolicyzmu otwartego” jako podejrzanego… Nikt tak ostro nie zwalcza się i nie mówi o sobie z taką dozą wrogości jak środowiska katolickie jedne o drugich. Pułapką okazały się też środki bogate, których tyle udało się zdobyć. Działalność medialna nie sięgnęła, jak dotąd, wysokiego pułapu i mało wychowuje. Wolny rynek z kolei przeobraża Kościół w właściciela albo nieubłaganego, a nawet gorszącego – pazernością, nadmierną zapobiegliwością – bo inaczej nie daje sobie rady, albo domagającego się przywilejów i ulg, podatkowych choćby czy celnych.

Długo uważano, że działalność charytatywna Kościoła w wolnym kraju będzie jego marginalizacją. Tak przecież postępował komunizm – odbierając Kościołowi wiele działań apostolskich, duszpasterskich, „łaskawie” pozwalał zachować zakłady dla najciężej chorych czy upośledzonych. Ale pojawili się bardzo skuteczni jałmużnicy świeccy i zawstydzili nas (czasem ten wstyd przeradza się nawet w ataki zawiści albo w rywalizację). Przyszła refleksja: najważniejsza jest służba. Ale u boku ludzkiej niedoli nas, chrześcijan, ciągle nie jest dostatecznie wielu. Ludzie w szpitalach nadal umierają samotnie. Schroniska dla bezdomnych pękają w szwach, do zakładów opiekuńczych ustawiają się kolejki oczekujących. Publicyści katoliccy piszą, że to sprawa państwa, a przecież to oni mają zmieniać świat.

2 sierpnia 2019 r.

A ja sama? Patrzę wstecz, na lata działalności publicznej. W tej służbie zawsze można zrobić więcej i zawsze grzeszy się lenistwem, bylejakością działania i zadufaniem, że samemu najlepiej się wie, co robić, więc krytycy niech siedzą cicho. To także i moja wina. Szczególnie dotkliwy jest grzech niedoceniania ludzkiej potrzeby bezpieczeństwa wtedy, gdy podejmowane były decyzje uważane za konieczne, ale dotkliwe dla ludzi.

Wspominając lata posłowania, mówię sobie nieraz: przede wszystkim nie wolno było rezygnować z dialogu z tymi, którzy takich jak ja ogłosili wrogami w imię wspólnej wiary. Także wtedy gdy całkowicie różniliśmy się w naszych projektach i ocenach. Na głowie trzeba było stanąć, a podejmować ciągle nowe próby uczynienia czegokolwiek dobrego razem. A przede wszystkim z Bożą pomocą wymazywać z własnej podświadomości pogardę. Pogarda nie może zrodzić pojednania, a wrogość jest zgodą na zdradę chrześcijaństwa. Ani jednego mojego głosowania nie uważam za przeciwne sumieniu, ale dziś za przeciwne sumieniu uważam owo pogodzenie się z wrogością istniejącą między nami, wnoszoną nie tylko z ich strony, ale i z mojej. Kto wie zresztą, czy mimo wszystko potrafiłabym teraz postąpić inaczej? I czy bodaj staram się przebaczać, kiedy niektórzy, nawet nie starając się ukryć, dalej ogłaszają mnie wrogiem? Nie wiem….


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter