70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Pamiętam do dzisiaj, kiedy wiele lat temu podeszłam z opłatkiem do przeciwników ideowych czy politycznych, a oni udali, że tego nie widzą. Wtedy wydało mi się to nie do przyjęcia.

30 października 2018 r.
To nic, że „coraz bliżej”. Ta perspektywa nie może przecież zgasić blasku wydarzenia, które stanie się między końcem Adwentu a grudniowymi świętami. Mam na myśli spotkanie wokół stołu wigilijnego z położonym nań opłatkiem. To właśnie on jest najważniejszy. Jego cicha, ale radosna obecność. Jego biel przypominająca biel Bożego Narodzenia. I jeszcze ruch, którego nie mogę utracić – wyciągania go ku bliźniemu, żeby się przełamać, podzielić, pojednać.

Pamiętam do dzisiaj, kiedy wiele lat temu podeszłam z opłatkiem do przeciwników ideowych czy politycznych, a oni udali, że tego nie widzą. Wtedy wydało mi się to nie do przyjęcia. Krzywdzące. Teraz myślę, że to właśnie oni zbliżenie i pojednanie rozumieli lepiej niż ja: po prostu nie chcieli, aby w tym geście pojawił się jakikolwiek fałsz, który by zazgrzytał nad stołem wigilijnym, ani żeby został odtrącony przez brak dobrej woli.

Opłatka nie może zabraknąć, gdy rodzi się Bóg na ziemi. To opłatek jest przekazem jaśniejszym i bardziej nas wiążącym niż cokolwiek innego. Tak chciałoby się, aby to właśnie udało się zachować z tego stołu, na którym jeszcze nie było blasku symbolu – jedynie chleb i wino. Potem pojawił się symbol i mamy go do dzisiaj. Nie uciekamy już w żadne „coraz bliżej”, które kazałoby nam odłożyć biel i kruchość symbolu opłatka oraz związany z nim nakaz wyciągnięcia ręki ku bliźniemu. Dopiero ten gest sprawi, że w wigilijnej bieli pojawi się siła pojednania, a jej nieprawdopodobny blask stanie się znany tylko tym, którzy zechcą się nim podzielić z innymi.

31 października 2018 r. |
Jeden z najpiękniejszych tekstów abp. Grzegorza Rysia, które ukazały się w jego rozważaniach publikowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego”, zatytułowany był Nazaret („TP” nr 30/2018). Już o tym pisałam we wrześniowym numerze „Znaku”, ale zawsze można wrócić do przestrzeni, którą otwiera właśnie takie myślenie jak tam zaprezentowane. Myślenie bliskie duchowej potrzebie otwarcia drzwi na przestrzeń i ciszę pytania o tajemnicę pierwszych trzydziestu lat życia Chrystusa, o których nic nie wiemy, a możemy pytać o wszystko. To czyni każdy z nas, jak świat długi i szeroki, w tej właśnie ciszy bożonarodzeniowej, którą otwieramy przed samymi sobą tylko dlatego, że jest to cisza otwarcia drzwi na tajemnicę, o której słyszymy: „… nie było dla nich miejsca w gospodzie”

(Mt 2, 7). Pisałam już o tym gdzie indziej i kiedy indziej, przywołując watykańską pasterkę z 2014 r., podczas której przerwano nagle ład i tajemniczą wzniosłość muzyki gregoriańskiej – jakby po to, by przeżywany cud pogłębić – dla wykonania „Et incarnatus est” z Mszy c-moll Mozarta. Olśniewający blask odtworzenia zupełnie inaczej, jedynie i wyłącznie, tych kilku słów…

Do dziś każda rzewność kolędy, czy śpiewa ją organista rozmiłowany w swoim fachu albo ludzka pojednana wspólnota, czy też rozlega się w misjonarskiej samotności przeżywanej w świecie tak okrutnym, że wędrówka po dzban wody trwa kilkadziesiąt godzin, wszędzie tam przychodzi do nas Wcielony. Razem z ciszą, razem z ciemnością, z której Dobra Nowina zacznie się ku nam przybliżać nawet wtedy, gdy śpiewanej kolędy nie znamy. Można przecież milczeć, a nie śpiewać, wszak to Cicha noc, święta noc… Muzyka jest jak gwiazda nad polem pasterzy. Tak niewiele wiemy, czym oni odpowiedzieli, wzywając się wzajemnie, żeby pójść za usłyszanym głosem i zobaczoną gwiazdą.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter