70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Jest w Ewangelii bardzo niewiele słów Maryi jako opiekunki Syna Bożego, wypowiadanych przez te wszystkie lata, gdy Ona, rzeczywista matka, a wraz z nią i jej realny towarzysz, a tylko opiekun, służyli w 30-letnim życiu ukrytym Syna Bożego.

2 sierpnia 2018 r.

Jest w modlitwie różańcowej, w której na szczęście nie ginie słowo klucz „tajemnica”, wydarzenie zaliczane tradycyjnie do „tajemnic radosnych”. I rzeczywiście, jego sens to „znalezienie Pana Jezusa w świątyni”. Ale przecież przed znalezieniem ewangeliści odnotowują trzy dni poszukiwań. W tej historii z Pisma Świętego, jakkolwiek jest ona otwarciem na przepastne znaczenie tajemnicy, zawarte jest też coś bardzo bolesnego. To najwyższy niepokój ziemskich opiekunów Słowa Wcielonego, zapisany w wymówce ich obojga odrzuconej przez 12-letniego wtedy Podopiecznego. Chyba żaden kaznodzieja, a już na pewno żaden wykładowca teolog, nie próbował wyjaśnić pytania-wymówki odrzuconego przez Jezusa. To pytanie jest wyrzutem stroskanych ludzi czujących się rodzicami (choć Józef jest jedynie opiekunem). Wyraża bezradność wobec faktu, który po 12 latach życia ukrytego mógł ich wtrącić w poczucie żalu i skargę. Szukali przecież Jezusa między tłumem powracających z Jerozolimy, szukali kolejno w gronie mężczyzn, potem w gronie kobiet, później wracając tam, skąd wyszli przed trzema dniami. I wobec znalezionego nie mogli zahamować ani żalu, ani swojej całkowitej bezradności w zrozumieniu całego wydarzenia. W zapisie Ewangelii według św. Łukasza jest to powiedziane najdobitniej: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie” (Łk 2, 48). Brzmi to jak zwyczajny żal rodziców do chłopca, który był im po prostu powierzony jako syn. I dodajmy jeszcze, że jest bardzo niewiele tekstów, które rodzicielka Słowa Wcielonego wypowiada tak wyraziście, że mogły zostać zapisane w przekazie ewangelicznym, jaki nam pozostał. Jeszcze będzie to „tajemnica światła”, czyli wydarzenia z Kany Galilejskiej. Tam także wydaje się, że tajemnicę otrzymujemy dopiero w słowach Jezusa – w tym przypadku skierowanych do sług i jak gdyby nielogicznych, skoro Syn Boży odrzuca pierwszy komunikat Maryi: „Nie mają już wina”.

Jest w Ewangelii bardzo niewiele słów Maryi jako opiekunki Syna Bożego, wypowiadanych przez te wszystkie lata, gdy Ona, rzeczywista matka, a wraz z nią i jej realny towarzysz, a tylko opiekun, służyli w 30-letnim życiu ukrytym Syna Bożego. Będzie dla nas do końca czasu pytaniem, dlaczego tak właśnie dokonało się to w ewangeliach.

Ale oto teraz znowu, a dokładnie: 22 lipca br. (numer „Tygodnika Powszechnego”), otrzymujemy jeden z najpiękniejszych tekstów, jakie mogły zostać na ten temat napisane, zatytułowany Nazaret. I to jest tekst właśnie o sytuacjach znaczonych milczeniem (z małymi wyjątkami), tekst o słowach, które musiały po prostu odsłaniać, każde z osobna, tajemnicę 30 lat życia ukrytego. Począwszy od otwarcia się na słuchanie, jak Bóg urodzony na ziemi w noc betlejemską i uczczony śpiewem aniołów, błyskiem gwiazdy, hołdem pasterzy i trzech mędrców, potem pod cieniem domu w Nazarecie uczy się zupełnie po ludzku mówić i wyrażać to wszystko, co przynosiło życie ukryte.

I wcale tym razem nie chodzi o to, że tekst dotyczy Karola de Foucaulda, założyciela Małych Braci i męczennika, niezrozumiale zignorowanego przez całą swoją epokę XX w., bo beatyfikacja nastąpiła dopiero w XXI w. (jego życiorys ma dopiero ukazać się w przekładzie polskim). Autor felietonu Nazaret ks. abp Ryś przychodzi do nas z kluczem otwierającym.

„Nazaret jest przedłużeniem skandalu wcielenia – cytuje autorkę życiorysu Foucaulda. – Być może da się powiedzieć jeszcze więcej: Nazaret jest jednym z najważniejszych elementów skandalu wcielenia.

Miejsce ani raz nie wspomniane w Starym Testamencie; w czasach Jezusowych zamieszkałe co najwyżej przez kilkadziesiąt rodzin, żyjących w domach dobudowanych do sieci grot. Prościej się nie da… Pan przeżył tu 30 lat, o których nic nie wiemy. Nie powiedział ani jednego zdania, które pierwotny Kościół uznałby za godne zapamiętania, a w ślad za tym Ewangeliści chcieliby zapisać. Nie dokonał żadnego czynu godnego zarejestrowania dla potomnych. 30 lat absolutnej zwyczajności. Przeciętności. Totalnej prostoty. Wręcz: szarości. Pozbawionych czegokolwiek wyróżniającego. 30 lat zwykłej pracy w warsztacie cieśli. Chodzenia po wodę do jedynej w miejscowości studni. Przyglądania się sąsiadom siejącym zboże. I Matce zaczyniającej ciasto. Żadnej wyjątkowej szkoły u jakiegoś wybitnego mistrza. Żadnych nieprzeciętnych zajęć…

To właśnie ta prawda Wcielenia, którą zwykle pomijamy w naszych medytacjach i w naszej pobożności. Wcielenie oznacza dla nas – jak w pobożności franciszkańskiej – skupienie się na dwóch jego granicznych momentach: narodzinach Chrystusa i Jego śmierci. To tam kontemplujemy najchętniej Jezusowe człowieczeństwo: w radości, ubóstwie i bezradności żłóbka oraz w bólu, opuszczeniu i nieodwołalności zgonu na krzyżu. Tu jest o czym i myśleć, i mówić. Betlejem i Golgota. Ale Nazaret?

(…) Ciągle się rozglądamy za okazjami do tego, co nieprzeciętne: godne zauważenia i zapamiętania. Ile będzie w naszym życiu takich momentów? 3 dni? 3 lata? A wszystkie pozostałe? Czy nie są godne naszego wyboru?

Jan od Krzyża radzi: »usiłuj wybierać w życiu to, co mniejsze – nie to, co większe«”.

 

Właśnie tak…


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter