70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

A może zacząć trzeba od tego, że owo „tak” i „nie” „bez światło-cienia” to moja własna miara wierności i zawierzenia, tylko moja własna. Nie zaś adresowana do bliźniego, któremu natychmiast chce się wystawić cenzurkę ze stopniami, jakąkolwiek samoocenę wykluczając.

29 listopada 2017 r.

Oczywiście nie ma żadnej sprzeczności w tym, że włączeni niejako samoistnie w rytm i przestrzeń odchodzenia „coraz bliżej” i „coraz mniej”, otwieramy się na kalendarz Kościoła, przestrzeń i rytm świata wiary, w którym stajemy najbliżej ogromu tajemnicy Zbawienia. A jednak zastanawiać musi, gdy w ostatnią niedzielę przed adwentem, czyli w święto Chrystusa Króla Wszechświata, w przekazie telewizyjnym, a więc obejmującym wielomilionową wspólnotę, słyszę pieśń, która zamyka uroczystość sakralną. I to w jednym z najważniejszych polskich sanktuariów. Ta pieśń obejmuje i wieńczy całość liturgii. Słucham jej, rozpoznaję te wszystkie najbardziej przejmujące i uwodzicielskie tonacje moll, rzewną i tryumfalną płynność towarzyszącą pieśniom śpiewanym pod sklepieniem kościoła, ale także na otwartej przestrzeni, w procesji czy zgromadzeniu śpiewających chóralnie. Bo wtedy właśnie tak niepokojąco możliwe jest zawłaszczenie, a więc nadużycie. Bo nawet gdy nie jest to zgromadzenie religijne, to może ono sięgnąć po wiarę jakby zdolną pogłębić to nasze wspólne przeżycie. Brzmienie, intonacja i napięcie emocjonalne, nie dla wszystkich nas przecież pełne wiary, sięgnęły tutaj po zespół słów i pojęć fundamentalnych. To tam wyśpiewane zostało, że „my” to „naród cały, który żyje dla Twej chwały”. Po każdym z tych słów można by jednak postawić znak zapytania. To znaczy zapytać siebie, czy tacy naprawdę jesteśmy. I czy Matka Zbawiciela jest istotnie Królową naszej wspólnoty, dla której w tym śpiewaniu chcemy wyprosić wspaniały rozwój (bo tak brzmi dalszy ciąg pieśni). Skąd w nas nie tylko tak dobre samopoczucie, ale same te słowa?

A to po prostu całe dzieje wiersza Kornela Ujejskiego z roku 1861. Dzieje, które dają się prześledzić, i najnowsza encyklopedyczna notatka podkreśla, że tekst był wiele razy zmieniany, przetwarzany, przyswajany na potrzeby narodowe i inne. To Grzeszni, senni, zapomniani, utwór, który miał swoje kolejne jak w litanii odniesienia i błagania. Błagał patronów, poczynając od „Ojcze Nasz” po „dawną naszą Królową”, a dziś zachował tylko ostatnią zwrotkę, i to przetworzoną do gruntu. Przecież jeszcze niedawno brzmiała ona: „Ochromiałym podaj rękę / niewytrwałym skracaj mękę / Twe Królestwo weź w porękę”. Dziś zostały już tylko  tryumfalne surmy bojowe wspólnoty, mało, że zadowolonej, ale jeszcze wprost dumnej z siebie po brzegi.

Przecież refleksja nad dziejami, ewolucją i naszą ogromną potrzebą pieśni sakralnej (a więc świadectwa wyśpiewywanego całymi płucami i wspólnie) to tylko jedna z refleksji tamtego przedadwentowego święta zamykającego rok liturgiczny. Bo tym razem niedzielne święto Chrystusa Króla Wszechświata uczczone zostało także w innej medialnej transmisji ze świątyni, w puencie żarliwego i skupionego kazania. W tekście, który do Chrystusa Króla i Jego Matki zwraca się tak, jakby byli to zwyczajni władcy. Wołając do Nich: „Niech żyją”, nowa pieśń sprowadza dogłębną tajemnicę królowania Boga do jakiejś płycizny, która grozi nam samym. Że coś najważniejszego dla nas zgubimy, zmarnujemy.

Tym bardziej że koniec roku liturgicznego, czyli cyklicznych, corocznych dziejów tajemnicy Zbawienia, za chwilę otworzy się znowu zbliżaniem ku Narodzinom.

1 grudnia 2017 r.

Cyprian Kamil Norwid jest do dziś dnia autorem przedziwnego wiersza, który chociaż coraz mniej znany i czytany, musi w tych, którzy się go nie wyrzekli, budzić niespokojny znak zapytania. To Moja piosnka z jej tęsknotami za krajem, w którym pozostaje wierność tradycyjnym wartościom, kolejno nazywanym po imieniu. A to przecież poeta i wieszcz niejednego gorzkiego sądu, ten sam, który do przyjaciela pisał: „Jesteśmy żadnym społeczeństwem. Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym”. Twórca niezapomnianej wizji, w której „dewocja tylko tego nie postrzegła, / Że za kościołem człowiek o ratunek woła”. Twórca obrazu, w którym krzyż „stał się nam bramą”. A w Mojej piosnce Norwid tęskni nie tylko do niejednej tradycji. Tęskni na końcu: „do bez-tęsknoty i do bez-myślenia”, „do tych, co mają tak za tak – nie za nie / Bez światło-cienia”. I co mamy z tym począć?

Pierwszy odruch: przecież to do gruntu słuszne. To tak właśnie mam wierzyć, tym bardziej gdy przede mną „coraz bliżej” już tak dotkliwe. I drugi odruch: ale jak w owym „bez-myśleniu” nie znaleźć się między najtwardszymi fundamentalistami?

A może zacząć trzeba od tego, że owo „tak” i „nie” „bez światło-cienia” to moja własna miara wierności i zawierzenia, tylko moja własna. Nie zaś adresowana do bliźniego, któremu natychmiast chce się wystawić cenzurkę ze stopniami, jakąkolwiek samoocenę wykluczając.

To nie jest znak zapytania, do którego nie należy wracać, i to po wielekroć. I tak to właśnie spróbuję jeszcze pozostawić. Otwarte.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter