70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Teraz staram się z relacji, podsumowań, tematów rozmów wybierać to, co najlepiej pomoże odczytywać i doceniać dar, który dostaliśmy.

6 SIERPNIA 2016 R.

Jeszcze nie minął tydzień, gdy to się zakończyło. Te cztery i pół dnia otworzyły przed nami przestrzeń tak wielowymiarową, że niełatwo jest zdać sobie sprawę z jej wspaniałości. A dla mnie samej zamiast poczucia pozostawania na coraz węższym marginesie już na samym wstępie niespodzianka. Wystarczyło znaleźć się na obrzeżu przydomowej zieleni, gdzie swoje pierwsze pełne muzyki spotkania zaczynała grupa wolontariuszy. I nagle zostałam zaproszona – realnie, osobiście, serdecznie – „do udziału w Światowych Dniach Młodzieży” rozpoczynających się nazajutrz w Krakowie. Pewnie, to zaproszenie miało kształt symbolu, ale przecież nie tylko. Tak jak ich śpiewanie też nie było samą muzyką. I tak wszystko, co zaczynało się gdzieś obok, nagle objęło i mnie. I tak już było do końca, aż do ostatniego wieczora z widokiem samolotu odlatującego papieża Franciszka.

Z wieloma ludźmi dookoła siebie powtarzam to samo: wszystko, co otrzymaliśmy, było tak dobre, jak tylko mogło być.

Niepotrzebne okazały się wszystkie nasze obawy, lęki, panikarskie przewidywania. Nie powstało najmniejsze poczucie zagrożenia. Nie dał o sobie znać żaden ślad prowokacji.

Miasto nie zadusiło się od przyjezdnych, drogi nie uległy nigdzie beznadziejnemu zablokowaniu.

W sklepach nie brakowało niczego, nie zabrakło wody w kranach, nie wpadły w próżnię komórkowe, cyfrowe łącza.

Żadne miejsca zgromadzeń nie zamieniły się w bagna, żadne modlitewne skupienia setek tysięcy nie zatonęły w ulewie ani nie stały się pustynią, na której ludzie masowo traciliby przytomność.

Tę ostatnią sprawę wolno nam uznać za dar Opatrzności rządzącej siłami natury. Ale reszta to świadectwo trudu, wysiłku i sztuki, z jaką tysiące odpowiedzialnych służb i pomocników spełniło wszystkie swoje zobowiązania z maksymalnym skutkiem. Od tych, co wywozili dziesiątki tysięcy ton śmieci, utrzymując miasto w wyjątkowej czystości, po tych, co strzegli najważniejszego gościa, który przecież wychodził też poza oficjalne ramy bezpieczeństwa. Wszystkim im zawdzięczamy, że w całym programie tak masowych spotkań żadne z nich nie opóźniło się więcej niż o kilka minut. A zmieściły się także te, które były niespodziewane, dodatkowe.

Myśląc o tym teraz, zdaję sobie sprawę, że moje obrzeże, moje „coraz bliżej” pozostaje w mocy, że jest to tylko ograniczone poruszanie się po tej przestrzeni, która ponad wszelką wątpliwość była przestrzenią nie z naszej rzeczywistości codziennej, nawet temu samemu poświęconej, tzn. także duchowej, nie tylko materialnej. I że na pytanie tak dzisiaj potrzebne: „Gdzie dane nam było przez tych kilka dni być?”, dla kogoś, kto modlił się na Błoniach, wędrował z młodymi całego świata po drodze krzyżowej, okazującej się równocześnie drogą czynów miłosierdzia, wchodził w godziny nocnego czuwania przed Mszą Posłania w Brzegach pod niebem ciemniejącym tak wspaniale po zachodzącym słońcu, to samo doświadczenie może być bez porównania bogatsze i głębsze. A przecież ten cichy czas, jaki spędzałam na balkonie nad nareszcie pustą, milczącą ulicą albo przed ekranem z bliska pokazującym rozmodlone twarze młodych przybyszów z wysp, których nazwy nawet nie zapamiętałam, przekazującym godzinami to, co ważne i najważniejsze, a nie koszmarny śmietnik ogłoszeń i byle jakiego paplania, które w ogóle trudno już nazwać rozmową – starczyło aż nadto, by godzina po godzinie odnajdować wciąż tę otworzoną na tak krótko przestrzeń.

Teraz staram się z relacji, podsumowań, tematów rozmów wybierać to, co najlepiej pomoże odczytywać i doceniać dar, który dostaliśmy. Odkładam głosy satysfakcji i dobrego samopoczucia, akcentujące przekonanie, że radość setek tysięcy młodych gości rzeczywiście widoczna w każdym momencie jest więcej niż potwierdzeniem naszego sukcesu gospodarzy, bo jest położeniem pieczęci na naszej stuprocentowej racji we wszystkim, co robimy, a jeszcze bardziej, że w misji papieża Franciszka dominowało uznanie tej właśnie naszej racji, jej przywoływanie i potwierdzenie. Najbardziej rzetelne słowa, które usłyszałam w odpowiedzi na to pytanie, brzmiały: że był z nami prorok, który uśmiechał się, dziękował, przytulał, zgadzał się jeździć tramwajem i stawać w oknie, odpowiadając na pytania, ale który także przestawał mówić i samotnie szedł przez obozowe bramy i piwnice, i miał twarz tak smutną, że prawie nie do zniesienia, a pierwsze i ostatnie spotkanie na Franciszkańskiej 3 poświęcił wstrząsającemu tekstowi o umieraniu zainspirowanemu historią nieżyjącego już młodego artysty Macieja Cieśli. I odczytanie misji tego proroka jest tym największym darem, który możemy dostać. Nie ugruntowanie się w potwierdzeniu, że to my mamy rację, ale jego otwarcie przed nami zadania na teraz. Zadania dla każdego z nas, dla młodych wierzących, dla wszystkich wierzących, dla Ziemi, małego globu, na którym wszystko, co istnieje, obejmuje Bóg będący miłosierdziem. W misji papieża Franciszka padały słowa potwierdzające to najdobitniej jak można. Dla mnie samej te słowa brzmiały jak Apokalipsa: ten wymiar czasu, który jest ostateczny, ale mogę się mylić i może nawet chciałabym się mylić. O tych słowach następnym razem.

Mojemu czytelnikowi z Włocławka dziękuję za ważny list, do którego wrócę w naszym spotkaniu październikowym.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter