70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Gdy rozmowa staje się sporem, bliźni może z niej zniknąć. W najważniejszych sprawach, o które się dziś spieramy, zaczyna nam brakować bliźniego. A gdy spór staje się walką, przeciwnik zamienia się we wroga.

24 KWIETNIA 2016 R.

Spotkanie rodzinne. Czujemy się sobie bliscy, siedzimy przy jednym stole, ale rozmów toczy się wiele naraz. Tak jakby każdy swoją potrzebę komunikowania się chciał koniecznie wyrazić przez to, co on sam powie. Jak to było, kiedy rozmowa w gronie rodzinnym toczyła się na wspólny temat? Każdy coś dodawał, ale także słuchał. A zatem każdy z nas i mówił, i milczał. I jedno, i drugie łączyło. Bo wtedy kiedy chcemy być naprawdę blisko drugiego, to go słuchamy.

Czasem myślę, że chyba zatracamy umiejętność słuchania. Chcemy mówić sami. Dzięki technice nasze możliwości stają się niemal nieograniczone. Niedawno dowiedziałam się, że na drugiej półkuli istnieje osobny telewizyjny kanał dla potrzeb wierzących, który obejmuje setki krajów. W Polsce mówią do nas z niepoliczalnej niemal liczby kanałów, a w Internecie zmieści się każdy głos, każda odzywka. Na ulicy mija mnie co chwila ktoś z komórką przy uchu, często jest to młoda mama z wózkiem, której jakby nie dość towarzystwa dziecka. Ta nasza potrzeba wciąż wzrasta. Dziennikarstwo wchłania rosnącą liczbę adeptów. Od niedawna mówiący do nas z ekranów i głośników przyspieszyli tempo, tak jakby w tych samych minutach chcieli zmieścić jeszcze więcej i więcej. Aż do karykatury, jaką jest parę osób mówiących równocześnie. Żadna z nich nie ustąpi, tak jakby nie wiedziała, że słuchacz niczego już nie rozumie.

Rozmowa to przecież kontakt. Spotkanie, dialog, dyskusja, zbiorowa refleksja, przyjazna wymiana informacji. Wszędzie tam jest ktoś, przy kim milczę, bo go słucham. Ale to zakłada, że liczy się dla mnie także jego racja. Jeżeli mu jej nie przyznaję, nie muszę go słuchać. Oczywiście dlatego że to ja mam rację, że mój bliźni jej nie ma. Gdy rozmowa staje się sporem, bliźni może z niej zniknąć. W najważniejszych sprawach, o które się dziś spieramy, zaczyna nam brakować bliźniego. A gdy spór staje się walką, przeciwnik zamienia się we wroga.

 

26 KWIETNIA 2016 R.

Wyjątkowa wiosna, wyjątkowe lato. W Kościele polskim aż trzy wydarzenia szczególnej rangi: nowy jubileusz „milenijny”, Światowe Dni Młodzieży i wizyta papieża Franciszka, a to wszystko w kontekście zagrożeń, od których coraz bardziej gotuje się w świecie dookoła nas. Dla Kościoła polskiego to czas wyzwania, na który odpowiada on nowym wielkim programem duszpasterskim, w nadziei, że zacznie się spełniać pamiętna modlitwa Jana Pawła II na pl. Zwycięstwa w Warszawie podczas jego pierwszej pielgrzymki do Polski. Nadzieja, że ojczyzna swój chrzest sprzed 1050 lat będzie potwierdzać nie tylko w każdym wiernym, ale także w kształcie społecznym i państwowym. Również jako przykład i wzorzec dla świata, w którym wiara zanika.

W tej nadziei i w tym programie miejsce szczególne zajmuje niewątpliwie sprawa nienaruszalności życia człowieka, człowieka jeszcze nienarodzonego, tak leżąca na sercu Janowi Pawłowi II. Nasi pasterze wracają do niej z zaufaniem w sprzyjającą aurę polityczną, która – by to życie mogło być naprawdę chronione – zapewni mu także pełną ochronę prawną. To jedna z dziedzin duszpasterskich, która realizuje się na styku rzeczywistości świeckiej i duchowej. Nie może nie wkraczać w zakres prawa świeckiego, ale równocześnie angażuje przecież wolną wolę człowieka tak głęboko, że bez jego zgody i dobrej woli nie da się jej naprawdę urzeczywistnić. Na to bowiem, by matka dziecka poczętego zechciała przyjąć swoje powołanie, nie wystarczy poczucie musu ani tym bardziej strach przed wymierzeniem sankcji, ściganiem i karą. Nawet jeśli założymy, że będzie to skuteczne pozornie (tak jak niemożność popełnienia jakiegoś zła wcale nie oczyszcza sumienia człowieka, który to zło planował, a zatem ono w nim pozostaje), dziecko urodzone z przymusu znajdzie się w świecie, w którym bezradność może nie otworzyć przed nim żadnej prawdziwej nadziei. Taką nadzieję buduje zawsze dopiero wolna i dobra wola.

Czy zechcemy i potrafimy o tym rozmawiać? Tak, prawda nie może być wydana na ryzyko zamieniania jej w półprawdy, czyli coś jeszcze gorszego niż kłamstwo. Ale odrzucając rozmowę, może chcemy być tylko tej prawdy właścicielami i przestajemy uważać za bliźniego każdego, kto buntuje się, wątpi albo szuka i zadaje pytania. A właściciel prawdy zamienić się może niepostrzeżenie w faryzeusza dziękującego w świątyni, że „nie jest jako tamten grzesznik”.

Wielkie oczekiwanie świętego już dziś naszego papieża: „wprowadzenie sacrum do życia społecznego i państwowego” (Lubaczów 1991) stoi przed Kościołem polskim jako wyzwanie…

 

29 KWIETNIA 2016 R.

Doświadczenie „coraz bliżej”, od którego przecież nie ucieknę, niesie dni szczególnie smutne. Dwie godziny temu telefon ze szpitala. Przyjaciel, od dawna doświadczany ciężkimi chorobami, kilka dni temu znalazł się znów w szpitalu. Teraz mi powiedziano, że jest już po tamtej stronie. Wyprzedził nas, rówieśników, tak właśnie wygląda nasze dochodzenie do mety. Nie decydujemy o tym sami, jak sportowcy.

Nie będzie nic dziwnego, jeśli także pamięć przestanie być przyjaciółką i podporą. I to nawet z godziny na godzinę albo z jednego obudzenia się na drugie. Już nie pocieszające, ciągle wyraziste obrazki z przeszłości, tylko jakaś magma, w której znikły pamiętane dotąd twarze, nazwiska czy daty. Ale „coraz bliżej” jest teraz dla mnie także coś cudownego. Narodziny dziecka. Geograficznie dalekie, rodzinnie najbliższe. Liczone już tylko w dniach. Jego rodzice mogli usłyszeć bicie jego małego serca, gdy miało zaledwie siedem tygodni od poczęcia.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata