70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Carl Schmitt przemawia podczas Dnia Przemysłu i Handlu w Berlinie, 8 kwietnia 1930 r. / fot. Ullstein/Getty

Anarchista Carl Schmitt

„Nomos ziemi” podobnie jak większość prac Carla Schmitta powstaje jako filozoficzna odpowiedź na określoną sytuację historyczną. W wydanej w 1921 r. „Dyktaturze” Schmitt szuka sposobu na powstrzymanie rewolucji komunistycznej, w „Teologii politycznej” z roku 1922 bada źródła kryzysu demokracji liberalnej. Opublikowana w 1950 r. książka o nomosie powstaje w świecie zdominowanym przez trzy powiązane ze sobą zjawiska: wojnę, USA i kapitalizm.

Cel projektu jest prosty: stworzyć podstawy prawa międzynarodowego, które byłoby zdolne ograniczać wojny. XX w. to epoka, w której wojna nie daje się już kontrolować (a tym samym nie może rozgrywać się w określonym miejscu i czasie). Odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą przede wszystkim Stany Zjednoczone i rosnąca ekonomizacja polityki międzypaństwowej.

Aby zrozumieć, dlaczego współczesne prawo międzynarodowe, uważa Schmitt, nie jest dłużej zdolne ograniczać wojny, powinniśmy prześledzić 3 tys. lat historii pojęcia prawa. Choć proponowana w Nomosie ziemi wizja dziejów ma kilka zwrotów i pęknięć, to jej ogólny obraz jest całkowicie linearny. Zmierzamy od raju do katastrofy. Nie dziwi więc, że za stworzenie właściwej koncepcji prawa odpowiedzialni byli Grecy czasów Homera. Nomos, prawo, zanim zacznie oznaczać kodeksy, ustawy oraz sferę powinności, odsyła do czasownika nemein (nemo), które znaczy zarówno „dzielić”, jak i „wypasać”, a więc do pierwotnego podziału ziemi, po dokonaniu którego pasterze, wypasający bydło i sami żyjący jak zwierzęta, stają się w pełni ludźmi. Nomos w tym pierwotnym znaczeniu „to umiejscawiająca miara, rozdział gruntu i powierzchni ziemi w określonym porządku oraz powstająca wraz z nią forma porządku politycznego, społecznego i religijnego” (s. 38). Dalsza historia biegnie dwoma torami. Już u Solona prawo znaczy przede wszystkim sferę powinności, odrywając się od physis, natury, a zatem ziemi zajętej, podzielonej na jasno rozgraniczone parcele i stanowiącej źródło wszystkich miar porządkujących wspólnotę. Mimo że od czasów Solona prawnicy zamiast koncentrować się na stawianiu płotów, zaczynają tworzyć ustawy, to nomos rozumiany jako zajęcie lądu i jego podział nie przestaje pełnić funkcji ukrytego warunku prawa rozumianego jako zbiór ustaw.

Że nomos pełni tę funkcję przez kolejne tysiąclecia, ma być widać tak na przykładzie średniowiecznej respublica Christiana (dzielącej świat na chrześcijan i heretyków / innowierców), jak i nowożytnego ius publicum Europaeum (dzieląc planetę na Europę i jej kolonie). Mimo że średniowieczna Europa nie jest całkiem wolna od wewnętrznych konfliktów, jak np. wojny feudałów, spór papiestwa z cesarstwem, to „walka między nimi – przypomina niemiecki jurysta – nawet przez chwilę nie oznaczała zakwestionowania jedności respublica Christiana” (s. 28). Podobnie było po okresie wojen religijnych, gdy Europa odkrywa zsekularyzowaną formę jedności, dla której rewersem jest świat piratów, buntowników i ludów kolonizowanych. Dopóki prawo międzypaństwowe pozostaje w bliskiej relacji z nomosem jako podziałem ziemi, wojna nie może przybrać formy eksterminacyjnej podobnej do buntu lub konfliktu religijnego. Dlatego wojna powinna toczyć się niczym pojedynek, na ubitej ziemi, wedle wcześniej określonych zasad, między równymi przeciwnikami (s. 322).

Schmitt wspomina, że kosztem względnego spokoju między państwami zachodnimi są podboje kolonialne oraz że dla nowożytnych filozofów w rodzaju Hobbesa czy Locke’a tzw. Nowy Świat to obszar natury, w którym nie obowiązują szlachetne zasady wojen wewnątrzeuropejskich (s. 62–66). Z tej dziwnej świadomości przemocy kolonialnej niemiecki teoretyk nie wyciąga jednak żadnych konsekwencji, kreśląc cudaczną wizję Hernana Cortésa, którego winę miał pomniejszać fakt wyrzutów sumienia dręczących konkwistadora po eksterminacji setek tysięcy Indian (s. 81), czy belgijskiego króla Leopolda odpowiedzialnego wprawdzie za zagładę 8 mln Kongijczyków, ale mającego przecież za cel „otwarcie na cywilizację jednej części kuli ziemskiej, do której ta jeszcze nie dotarła, rozpędzić ciemności, które spowijają całą ludzkość, wszcząć krucjatę godną wieku postępu” (Przemówienie Leopolda II z 1876 r., cytując za Schmittem, s. 202). Tym, co spędza sen z powiek niemieckiemu prawnikowi, nie jest przemoc kolonialna, ale rozkład europocentrycznego świata, którego ostatnim przejawem był podział Afryki dokonany przez mocarstwa na konferencji kongijskiej (1885). Efektem postępującego przez kolejne dekady rozkładu ma być całkowite zatarcie granicy między Europą i koloniami, między wojną i buntem, polityką i policją. Słowem, konflikt między państwami zamiast toczyć się w określonej przestrzeni i czasie, staje się rodzajem interwencji policyjnej stosowanej wobec każdego, kto narusza zasady ładu międzynarodowego (s. 306–307). Wojna zamiast być wyjątkiem, staje się zasadą, zamiast przypominać pojedynek, zamienia się w narzędzie zagłady przeciwnika. Ufundowany w XX w. nowy nomos ziemi nie jest opartym na stabilnych zasadach porządkiem, raczej nihilistyczną anarchią, w której znika jakakolwiek stała miara.

Ocena zamerykanizowanej polityki międzynarodowej, choć słuszna, równie łatwo daje się odnieść do idealizowanych przez Schmitta epok wcześniejszych. Anarchizacja prawa, a historia usankcjonowanej prawnie przemocy kolonialnej wyraźnie to pokazuje, sięga dużo dalej niż początek XX w. Jest właściwie równie stara jak samo prawo. Emmanuel Laroche w opublikowanej rok przed Nomosem ziemi monografii Histoire de la racine Nem en grec ancien (jakby uprzedzając etymologiczne wywody Schmitta) pokazuje, że pastwisko w czasach archaicznych jest przestrzenią nieograniczoną. Stąd mimo że czasownik nemo znaczy wówczas m.in. „dzielę”, to łączenie go z „podziałem ziemi”, wydzielaniem parceli, zajęciem terenu jest pozbawione jakichkolwiek podstaw. Nemo znaczy w czasach Homera przede wszystkim „rozprowadzam”, „wypasam”, „organizuję” i odnosi się do rozmieszczenia bydła, które przecina każdą sztucznie ustanowioną miarę, granicę, mur – dowodzi Laroche. Podstawą tego pasterskiego, koczowniczego nomosu (rzeczywiście wcześniejszego niż prawo ustaw i kodeksów) jest dzielenie czasu i przestrzeni z innymi, a nie – jak chce Schmitt – między sobą.

Argumentów, że nie mamy do czynienia z żadną sceną pierwotną czy złotym wiekiem egalitarnego nomosu, lecz z tendencją obecną we wszystkich epokach, dostarcza współczesna antropologia. Tam gdzie Schmitt widzi początek cywilizacji (a więc w momencie postawienia płotu i ustanowienia obiektywnej miary [s. 42]), ogromna ilość znanych nam kultur dostrzega regres, symptom powrotu do reguł „dzikiej hierarchii i konkurencji”. Zasadę dobrze obrazuje anegdota, którą duński badacz Peter Freuchen przytacza w Book of the Eskimos. Gdy wracając z pustymi rękami z polowania, próbował podziękować za podarowaną mu przez Innuitę ogromną porcję mięsa, usłyszał: „W naszym kraju jesteśmy ludźmi! A ponieważ jesteśmy ludźmi, pomagamy innym. Nie lubimy słyszeć, jak ktoś nam za to dziękuje. To, co udało nam się zdobyć dziś, ty możesz zdobyć jutro. Mamy tu takie powiedzenie, że od podarunków przybywa niewolników, a od bata psów”. Człowiek ten doskonale wie, czym jest miara i nomos w sensie, którego próbuje bronić Schmitt. Dla Innuitów (podobnie jak dla Kongijczyków uciskanych przez Leopolda czy Indian zabijanych przez Cortésa) europejski nomos jest niczym innym jak anarchią i bezprawiem. Innuita świadomie z niego rezygnuje, ponieważ wie, że podporządkowując się tym prawom i miarom (napisze komentując tę opowieść David Graeber): „tworzymy świat, w którym zaczynamy »porównywać, mierzyć, obliczać moc mocą«, za pomocą długu sprowadzając się nawzajem do poziomu psów i niewolników”.

_
Carl Schmitt

Nomos ziemi

tłum. Kinga Wudarska, Wydawnictwo Kronos, Warszawa 2019, s. 352


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter