70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Byli młodzi i nie chodzili na szychtę

Artyści związani z katowicką Akademią Sztuk Pięknych rzadko podejmują kwestie społeczne, polityczne, zaangażowane. Jeśli już to robią, decydują się na realizacje o charakterze partycypacyjnym, polegające na oswajaniu odbiorców z językiem współczesnej sztuki. Paradoksalnie, nie świadczy to o słabości tutejszego środowiska, ale raczej o wypracowaniu własnego języka, sytuującego się niejako w opozycji do powszechnie powielanych artystycznych klisz.

Zeszłoroczny wynik 43. Biennale Malarstwa Bielska Jesień wywołał niemało emocji. Przyznanie głównej nagrody Sebastianowi Krokowi spowodowało lawinę krytyki i pytań o sens oraz znaczenie tak dużych przeglądów malarskich. O ile poprzednia 42. edycja, której laureatką została Martyna Czech, wywołała równie silne emocje, o tyle ta ostatnia przypominała o wymowie popularnego stwierdzenia, że kropla drąży skałę. Co ciekawe, skala krytyki skierowana wobec malarstwa od kilku lat przybierała na sile. Zarzucano mu nieprzystosowanie do języka współczesnej sztuki, sprzyjanie mieszczańskim gustom, a jego estetykę (bądź jej brak) uznawano za wbicie ostatniego gwoździa do trumny. Zdaje się, że po wielu latach oczekiwania na nowego Sasnala malarstwo skazano na powolną śmierć. Paradoksalnie, mimo tych negujących głosów młodzi wcale nie uciekają od malarstwa, a nawet można zaryzykować stwierdzenie, że kiełkuje kolejna generacja zajmująca się tą wiekową i pozornie wyświechtaną dziedziną.

We współczesnej historii polskiej sztuki możemy wskazać kilka wyraźnych mód i tendencji, wokół których ogniskowało się malarstwo. Wystarczy tu wspomnieć nową ekspresję lat 80. XX w., wielki sukces Grupy Ładnie (i oczywiście najpopularniejszego artystę tej formacji – Wilhelma Sasnala), która stanowiła współczesne wcielenie krakowskiej bohemy, bawiącej się, komentującej rzeczywistość w początkach nowego stulecia. Ładniowcy i towarzyszący im twórcy magazynu „Raster”: Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński, doskonale zdawali sobie sprawę, że każde pokolenie potrzebuje swoich nowych, indywidualnych mitów. Ich mitologie budowali właśnie Wilhelm Sansal, Marcin Maciejowski, Rafał Bujnowski, ale także Agata Bogacka, Bartek Materka, Paweł Susid, Anna Okrasko oraz Zbigniew Rogalski. Właśnie to pokolenie twórców wprowadziło do języka malarstwa słowo, ironię, dowcip, ale także życie codzienne. Tworzyło sztukę o życiu swoich sąsiadów, malowało zwykłą banalność raczkujących i wciąż aspirujących „warszawki” i „krakówka”. Mówiło o tematach osobistych: fałszywych przyjaźniach, wzlotach i upadkach, imprezach, ale także wychowywaniu dzieci i powolnym wchodzeniu w dorosłość. Nie bez powodu komiks Sasnala miał tytuł Życie codzienne w Polsce w latach 1990–2001. Z perspektywy lat można zauważyć, tak jak zrobił to Jakub Banasiak w tekście Cóż po artyście w czasie marnym w magazynie „Szum”, że pokolenie to charakteryzowała zwykłość. Artyści nie byli demiurgami stwarzającymi przyszłość ludzkości pomiędzy jajecznicą a kotletem, żyli zwykłym życiem jak tysiące ich rówieśników. „Czasem sztukę trzeba wymyślić od nowa, od samego początku. Od rozglądania się dookoła, rozmawiania ze znajomymi i słuchania muzyki” – pisał wówczas „Raster”. Właśnie to pokolenie artystów doczekało się swojej nazwy – Młoda Sztuka z Polski, które ukuł Paweł Leszkowicz w 2005 r., trochę w nawiązaniu do Young British Artist. Dziennikarzom włosy stawały dęba na wieści o ich sukcesach, tak działo się szczególnie w przypadku Sasnala, gdy ten w 2006 r. znalazł się na pierwszym miejscu listy 100 najważniejszych młodych artystów według magazynu „Flash Art”, ale także dostał prestiżową nagrodę The Vincent Award, przyznawaną przez Stedelijk Museum w Amsterdamie. Ta symboliczna chwila była znamienna dla historii polskiej sztuki współczesnej. Sukces Sasnala, który już w 1999 r. został laureatem wspomnianej Bielskiej Jesieni, przewartościował peryferyjne pole polskiej sztuki. W tym czasie przestrzeń instytucjonalna zaczęła się profesjonalizować, pojawiały się prywatne galerie sztuki, nowe pokolenie kolekcjonerów, na znaczeniu zyskiwały także nieznane dotąd kanały dystrybucji informacji.

Przeczytaj też:

Tekst Marty Lisok o młodych śląskich artystach

Rozmowę Marty Lisok z Natalią Bażowską

Kolejną istotną formacją dla kształtowania języka współczesnego malarstwa byli „zmęczeni rzeczywistością”. Fraza ta od samego początku wzbudzała zainteresowanie. Chwytliwa, zgodna z myślą Augusto Monterroso, że wystarczy kilka wyrazów, by przykuć uwagę czytelnika. Kim byli, kim są owi „zmęczeni rzeczywistością” – już sama nazwa odsyła nas w grząskie rejony wyobraźni, poetyki horroru i snu, ale także czucia, przeżycia i innych romantycznych paradygmatów. Odczytując samą tę nazwę, możemy odnieść wrażenie, że właśnie przekroczyliśmy granicę naszego świata i wyruszyliśmy w stronę nieznanego. „Zmęczeni rzeczywistością” to malarze sięgający po – wydawało się – nieobecną w polskiej sztuce manierę surrealizmu. To artyści „czucia i wiary”, lokujący się na przeciwnym do znanego wcześniej bieguna sztuki obszarze. Nie byli zainteresowani codziennością, nie chcieli komentować otaczającego ich świata. Jakuba Ziółkowskiego, Tomka Kowalskiego, Tymka Borowskiego, Piotra Janasa bardziej intrygowały wyprawy do często ciemnych obszarów wyobraźni. Wydeptane przez nich ścieżki pachniały szlamem, krwią, pełno w nich było pęknięć, ran, strupów, spotykanych po drodze mrowisk tajemniczych postaci i wręcz abiektalnej cielesności. Uwagę w tym malarstwie przykuwał bez wątpienia duży potencjał dziwności, fantastyczności, opowieści ukrytych niczym w opowiadaniu Chiny Miéville’a Szczeliny w szparach pozornie spokojnego świata. Po ponad 20 latach wysiłku modernizacyjnego do głosu powróciły „strachy z szafy”. Obecność tego fantazyjnego imaginarium stała się formą powrotu do retoryki skrajnego indywidualizmu, szaleństwa i baśniowości w wydaniu braci Grimm. Tym samym malarstwo dla artystów „zmęczonych rzeczywistością” przestało być przestrzenią zapisu codzienności, która nie była dla nich atrakcyjna. Malarstwo stało się dla nich metaforą pokolenia niezdolnego do użycia postulowanych przez Artura Żmijewskiego Stosowanych sztuk społecznych, ale czerpiącego przyjemność z okopania się w swoich światach. I może także rozczarowania współczesnym życiem.

 

Kulturalna pustynia
Mówiąc o rozczarowaniach polskiej rzeczywistości, trudno nie wspomnieć o Górnym Śląsku. To właśnie tutaj przez wiele lat mieliśmy do czynienia z ekonomiczną i, wynikającą z niej, społeczną zapaścią. Zanim w 2016 r. władze Katowic podjęły się starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, w szerszej świadomości Polaków pokutowało przekonanie o kulturalnej pustyni w tym regionie. Jednak wystarczyło odrobinę poszukać, by natrafić na ciekawe i dość mocno undergroundowe postawy artystyczne, które przez wiele lat kształtowały to miejsce. Już rok po śmierci Stalina zawiązuje się tu awangardowa formacja artystyczna St-53. Jej inspiracje ogniskowały się wokół Juliana Przybosia i Władysława Strzemińskiego. Jednak, jak to zwykle bywa z tego typu grupami, w pewnym momencie musiało dojść do rozłamu. Wówczas to ikoniczne postaci dla śląskiej sztuki nowoczesnej – Urszula Broll i Andrzej Urbanowicz – zainicjowały własną działalność artystyczną. Będąca przez wiele lat ich siedzibą pracownia Urbanowicza przy ul. Piastowskiej 1 w Katowicach stała się na długi okres mekką śląskiego (i nie tylko) środowiska artystycznego. Tutaj spotkali się Zdzisław Beksiński, Jerzy Lewczyński, Anna Keyha czy Allen Ginsberg. Artyści skupieni wokół Urbanowicza i Broll przyjęli nazwę Oneiron i w przeciwieństwie do kolegów z St-53, wyruszyli w podróż w bardziej oniryczne i mistyczne krainy.

Z perspektywy czasu ta fascynacja nieznanym, mrocznym, ezoterycznym i tajemniczym wydaje się znacznie bliższa kulturowemu dziedzictwu Górnego Śląska niż pozytywistyczne przekonanie o XIX-wiecznym cudzie węgla i kopalń.

Trzeba pamiętać, że fenomen gospodarczy Śląska – boom na nowe kopalnie, fabryki, przemysł ciężki zbiega się z dość intrygującym czasem przemian w świadomości. XIX w. to ostatni moment, który poetycko można by nazwać okresem, gdzie wciąż było miejsce dla magii i zjaw. Wystarczy tu wspomnieć historię o Karolu Goduli, magnacie przemysłowym, który swój majątek podobno zawdzięczał kontaktom z diabłem, wcześniejszych śląskich mistykach – Jakubie Böhmie, Angelusie Silesiusie, Danielu Czepko, czy współczesnej Grupie Janowskiej, których można śmiało nazwać górniczymi mistykami. To właśnie oni za sprawą fascynacji Teofila Ociepki włączali do swoich obrazów niezwykłe, nierealne elementy. Doskonale widać to na przykładzie Erwina Sówki, który łączył z zadziwiającą łatwością śląski folklor z hinduizmem czy ezoteryką.

Konglomerat pozornych sprzeczności: fascynacji awangardą, mistyką oraz piętnem i bolączkami transformacji 1989 r. zaowocował, jak zauważył Piotr Policht na łamach Culture.pl, „bodaj najciekawszym ośrodkiem, jeśli idzie o współczesne malarstwo”.

Czy w tym przypadku, podobnie jak Grupy Ładnie, możemy mówić o pokoleniu młodych malarzy? Większość z najbardziej aktywnych przedstawicieli tej grupy urodziła się w poł. lat 80. i na początku 90. XX w. Okres ich dorastania przypada na moment ambiwalencji polskiej kultury. Jeśli wierzyć socjologom, jest to ostatnie analogowe pokolenie, które Internetu musiało się dopiero nauczyć. Ich rodzice często pracowali jeszcze w niezamkniętych kopalniach, gdzie wcześniej byli zatrudnieni ich ojcowie i ojcowie ich ojców. Ich sposób myślenia kształtowała też kultura masowa, niby biegali po zarastających z każdym rokiem coraz bardziej torach kolejowych, ale w zaciszu domu wzdychali do gwiazd popkultury. W cieniu fascynacji lokalnością na Górnym Śląsku warto wymienić tu kilka postaci w kontekście rozwoju młodego malarstwa: Andrzeja Tobisa, Szymona Kobylarza, Dominikę Kowynię, Grzegorza Hańderka, i osoby związane z instytucjami sztuki: Martę Lisok, Adriana Chorębałę, Stacha Rukszę, Sebastiana Cichockiego. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że miały one znaczący wpływ na kształtowanie się sukcesu śląskiej sztuki współczesnej.

 

Alfabet śląskiego malarstwa

Andrzej Tobis to artysta, który przez wiele lat realizuje swój monumentalny projekt „A-Z Gabloty edukacyjne”. Działanie Tobisa polega na tworzeniu gigantycznego zbioru fotografii, które ilustrują dość mocno złożone hasła wydanego w NRD w latach 50. słownika niemiecko-polskiego. Właśnie z jego pracowni, gdzie asystenturę pełni wspomniana tu także Dominika Kowynia, wyszły najbardziej znane „Dzikusy”. Termin ten zastosowała w odniesieniu do młodej śląskiej sztuki kuratorka Marta Lisok, związana z katowickim BWA. To właśnie tam, głównie w tzw. Małej Przestrzeni, swoje instytucjonalne szlify zdobywali: Bartek Buczek, Szymon Szewczyk, Natalia Bażowska, Paweł Szeibel czy Daria Malicka, Kinga Bela, Alicja Boncel. Nie można tu także pominąć wkładu Adriana Chorębały i animowanego przez niego Ronda Sztuki, galerii katowickiej ASP usytuowanej naprzeciwko ikonicznego Spodka. Dzięki działaniom Grzegorza Hańderka wielu studentów jeszcze w okresie nauki na ASP zaistniało ze swoją twórczością poza murami uczelni. I oczywiście nie można tu pominąć Szymona Kobylarza – jednego z pierwszych absolwentów katowickiej uczelni, który niejako przetarł szlak swoim młodszym kolegom i obecnie pracuje w macierzystej ASP. Z kolei Sebastian Cichocki, Stach Ruksza, ale także Roman Lewandowski to kuratorzy, których dyrektura w bytomskiej Kronice przyczyniła się bez wątpienia do zaistnienia w szerszym kontekście i świadomości Górnego Śląska jako obszaru intrygującego, także pod względem sztuk wizualnych.

Artystyczny ferment zaczyna się od powołania do życia grupy. Czymś takim na Górnym Śląsku w ostatnich latach bez wątpienia była Ośmiornica. W skład tego tajemniczego kolektywu wchodzili: Bartek Buczek, Szymon Kobylarz, Maciej Nawrot, Michał Smandek, Michał Gayer i Marta Lisok. Grupa wytworzyła aurę niejasności – nie wiadomo tak do końca, co ich łączyło, jakie mieli postulaty i czy w ogóle takowe posiadali. Podobno każdy z członków miał wytatuowany na ciele symbol – ośmiornicę. „Po roku grupa, z powodu następnych napięć, się rozpadła (dając początek nowym plemionom)” – wspomina po latach Bartek Buczek. Trudno jednoznacznie zakwalifikować twórczość tego artysty. To po trosze performer, rzeźbiarz, malarz. Bez wątpienia Buczka pociąga niebezpieczeństwo – jedna z wystaw, w której brał udział z Radkiem Szlagą, miała tytuł Prawie pożarł mnie tygrys, co doskonale odzwierciedla jego fascynacje. Sam wielokrotnie podkreślał, że nie interesują go postaci superbohaterów, woli łotrów, złoczyńców, tricksterów i szubrawców. W skonstruowanym artystycznym uniwersum wciela się w postać tajemniczego chłopaka w kapturze. To właśnie on staje się jednym z bohaterów jego prac, chowa do plecaka kartę USB z najniebezpieczniejszymi wirusami komputerowymi, tworzy lustro, którego taflą jest płynna rtęć. Pod osłoną nocy wdrapuje się na wysoki szczyt, by w samotności spuścić na śpiącą w dolinie wioskę wielką kulę śnieżną. Czasem wyrusza na wyprawę do dzikiego tajemniczego lasu, gdzie balansuje na spróchniałych kłodach, innym razem z niewiadomych przyczyn jego nieruchome ciało unosi się na wpół zamarzniętym jeziorze. „Pozytywni bohaterowie działają mi na nerwy, jak ja przy nich wyglądam? Nie są dla mnie wzorem, co najwyżej wyrzutem sumienia. Zamiast ścigać się z najlepszymi, wolę znaleźć podobnych sobie wśród pokracznych superłotrów. To tak jak z wyborem upragnionej destynacji, piekło czy niebo. Dobrze wyjaśnił to Edmund Czarna Żmija – niebo jest dobre dla ludzi, którzy lubią takie rzeczy, jakie robi się w niebie: rozmowy z Bogiem, spacery po ogrodach, śpiewanie, modlenie się i podlewanie kwiatów. Piekło to zupełnie co innego, piekło jest pełne tortur. Przemocy, cudzołóstwa i gwałtów. Wybór wydaje się jasny” – opowiada Buczek. To, co charakteryzuje malarstwo Buczka, to bez wątpienia Freudowskie pojęcie Unheimlich, na co wskazywała już w książce Dzikusy Marta Lisok. Najbardziej boimy się tego, co pozornie oswojone, zło jest najstraszniejsze, gdy pojawia się na progu naszego domu. Prace Bartka Buczka odwołują się właśnie do takiego schematu, zgodnie z konwencją pochłanianych przez artystę książek i filmów. Zło czai się i czyha, jednak to właśnie on – tajemniczy chłopak w kapturze – ma moc, by je poskromić i okiełznać, ale tylko na sobie znanych prawach i zasadach.

Inną ciekawą i wartą odnotowania artystką wykształconą na katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, także w pracowni Andrzeja Tobisa, jest Martyna Czech. Malarstwo tej urodzonej w 1990 r. w Tarnowie artystki sytuuje się w zupełnie innych kategoriach niż twórczość Buczka. Jednak oboje w pewien sposób mierzą się ze „złem”. O ile Buczek wykorzystuje w tym kontekście swoje artystyczne alter ego, które wymierza sprawiedliwość poza ramami obrazu, o tyle Czech przyjmuje bardziej bezpośrednie strategie. W swoich niezwykle ekshibicjonistycznych i szczerych obrazach, czerpiących z estetyki ekspresji lat 80. XX w., wymierza sprawiedliwość wszystkim „złym” – fałszywym przyjaciółkom, byłym chłopakom, karę swoim oprawcom wymierzają też cierpiące przez głupotę ludzką zwierzęta. Czech ukazuje seks i miłość jako elementy ludzkiej biologiczności, obdarte z miłosnej i romantycznej konwencji. Pełno tu żył, krwi, potu, jej obrazy zdają się duszne i pachnące brudną, zmiętą pościelą, która w szale spadła na niemytą od kilku tygodni podłogę. Czech maluje szybko, na gorąco, schematycznymi i agresywnymi pociągnięciami pędzla i operuje często prostymi, ale i kontrastowymi zestawieniami barw. Pytana przez Adriana Chorembałę o to, czym jest dla niej malarstwo, odpowiada: „Na pewno nie formą autoterapii, bo sztuka dla mnie nie ma takich wartości. Przeszłości nie da się zmienić – trzeba się z nią pogodzić. U mnie malarstwo jest nałogiem. Jest to naturalne i mój temperament się w tym zawiera. To szczera wypowiedź i, jak wiele razy podkreślałam, staram się mówić na tematy, o których mam jakieś pojęcie. Interesuje mnie życie samo w sobie, szczególnie moje – bo na tym się znam”.

Natalia Bażowska z kolei jest znana ze swojego zamiłowania do przyrody. Jako dziecko wychowała się w bezpośrednim otoczeniu lasu, do którego często wyruszała na samotne wyprawy. Artystka prowadzi ciągłą grę pomiędzy światem ludzi a światem przyrody.

Ostatnio o Natalii zrobiło się głośno przy okazji filmu Luna z 2014 r., w którym niczym bohaterka Biegnącej z wilkami Clarissy Pinkoli Estés weszła w intymną, przyjacielską relację z wilczycą. W jej obrazach widzimy postaci bez twarzy. Zamiast oczu, ust, nosa pojawiają się na nich smugi, które wirują w szalonym tempie. Zupełnie jak w momencie, w którym wchodzimy do lasu, rozkładamy szeroko ręce i patrząc w górę, kręcimy się w kółko, zanim opadniemy na miękki zielony mech. Przyroda w obrazach artystki jest niezwykle krucha, delikatna, zupełnie jakbyśmy oglądali ją w początkowych stadiach jej rozwoju. Rośliny pączkują, przebijają się pomiędzy ciężkimi konarami drzew. Nowe pędy przypominają mikroskopijne żyjątka, grzyby, gąbki pleśni. Ta perspektywa sprawia, że patrząc na obrazy Bażowskiej, mamy wrażenie lunatykowania po lesie, potykania się o dziką przyrodę. W jej pozornie statyczne obrazy wpisane są ruch, drżenie, podskórne przepływy. Dzieła są jakby zawieszone w fazie powstawania, grząskie, duszne, pełne zapachu runa i torfu. Zaludniające je postaci ludzi i zwierząt działają na podstawie pierwotnych praw i zasad. Ukazując przed nami świat poza prawem i porządkiem współczesności w jakimś cudem zachowanym stanie larwalnym, Bażowska pokazuje naturę, która działa w swoim rytmie, jej struktury pozostają niezwykle delikatne, szybko zmieniają kształty i znikają, ale właśnie przez to jej obrazy mają niezwykłą siłę.

Obecnie integralnym elementem przyrody jest miasto. W XIX w. nad Atlantykiem pojawiły się pierwsze tzw. Wardian Case, miniszklarnie, w których umieszczano fantastyczne, nieznane w Europie okazy roślinne, na czas ich podróży do Starego Świata. Wewnątrz przypominających często kryształowe pałace zamkniętych pojemników wytwarzał się mikroklimat, który umożliwiał roślinie przetrwanie. Wiele lat później Paweł Szeibel zbudował swoją szklarnię, w której badał zachowanie roślin w nowych dla nich warunkach. Botaniczna sztuka Szeibla przypomina przygody szalonego entuzjasty-botanika, pozostającego w dziecięcej fascynacji światem. Ogród – jak opowiada – jest dla niego „przestrzenią nieustannych eksperymentów, ciągłych zmian, jedynym ograniczeniem są możliwości fizyczne młodej osoby. Ogród dziecka to obserwatorium, chwilami miejsce niepowodzeń, ale przede wszystkim przestrzeń radości i sukcesów”. Efekty swoich badań przedstawia w formie obrazów. Pełno na nich obumarłych roślin doniczkowych, wykrzywionych drzewek bonsai, sterczących nagich patyków. Gdy przyglądamy się twórczości malarskiej Szeibla, często stają nam przed oczami nasze prywatne niepowodzenia ogrodnicze. Artysta nie traktuje ich jak porażki, ale jako kolejny element nauki i obserwacji. Może Paweł nie ma do końca ręki do roślin, ale ma rękę do malowania. Jego płótna są oszczędne w formie. Przeważają w nich lekko zgaszone, przyciemnione kolory, zupełnie jakbyśmy obserwowali przez dziurkę od klucza zaciemnione, tajemnicze botaniczne laboratorium.

 

Między zaangażowaniem a partycypacją

Na Górnym Śląsku, w miejscu wciąż kojarzonym z ciągnącymi się pod ziemią tunelami, zapadającymi się z każdym rokiem budynkami poprzemysłowymi i kulturą górniczą, w sztuce współczesnej dokonało się dość znaczące przesunięcie. O ile kultura masowa, dizajn z fascynacją odnoszą się do swojego industrialnego dziedzictwa: hałd, gwary, kuchni (świadczyć może o tym niewątpliwy sukces wzornictwa pochodzącego ze Śląska), o tyle na polu sztuki problematyka ta praktycznie nie zaistniała. Można tu jedynie wspomnieć działalność Łukasza Surowca, jednak artysta ten ani nie urodził się na Górnym Śląsku, ani tam nie studiował, co sytuuje go w zupełnie innym kontekście niż twórczość omawianych tu młodych malarzy. Artyści związani z katowicką ASP bardzo rzadko podejmują w swoich działaniach kwestie społeczne, polityczne, zaangażowane. Jeśli już to robią, decydują się na realizacje o charakterze partycypacyjnym, polegające na oswajaniu odbiorców z językiem współczesnej sztuki. Paradoksalnie, nie świadczy to o słabości tutejszego środowiska, ale raczej o wypracowaniu własnego języka, sytuującego się niejako w opozycji do powszechnie powielanych artystycznych klisz. Młode śląskie malarstwo stanowi pomost pomiędzy wrażliwością Ładniowców a nowymi nadrealistami. Odżegnuje się jednak od surrealistycznego dryfu i pozostaje zakotwiczone w teraźniejszości. Wystarczy tu wspomnieć twórczość Marka Rachwalika i Krzysztofa Piętki. W warstwie wizualnej tego pierwszego artystę można określić późnym dzieckiem Andrzeja Urbanowicza. W jego obrazach pełno jest biologicznych struktur, tkanek, lecz w przeciwieństwie do Natalii Bażowskiej, Rachwalik tworzy totalną wizję własnego świata pełnego odgłosów metalowych kapel. Piętka z kolei znany wcześniej z konwencji bliskiej Martynie Czech zwrócił się ostatnio w stronę sugestywnych płaskich kompozycji, czerpiących zarówno z jego najbliższego otoczenia, jak z tradycji sztuki nowoczesnej.

Trudno tutaj także wskazać przedstawicieli tzw. zombie formalizmu – tendencji opisanej w 2014 r. na łamach „Artspace” w tekście Flipping and the Rise of Zombie Formalism przez Waltera Robinsona. Według niego jest to wyraźna tendencja widoczna wśród młodych twórców, nawiązujących do historycznej już abstrakcji. Niestety, zdaniem Robinsona „zombie formalizm” to tylko wizualna wydmuszka, skierowana do kolekcjonerów, którzy nabywając te prace, zyskują wrażenie obcowania z klasykami sztuki nowoczesnej. Możliwe, że brak obecności „zombie” w twórczości młodych artystów ze Śląska podyktowany jest brakiem komercyjnej galerii, reprezentującej chociażby niewielką część obecnego w tym regionie środowiska. Niemniej wydaje się, że byłoby to zbyt duże uproszczenie sytuacji artystycznej, która nie pozostała odseparowana od obecnych w malarstwie eksperymentów formalnych. Wystarczy tu wspomnieć twórczość Bartosza Kokosińskiego, który od wielu lat tworzy obrazy dosłownie rozsadzające własne ramy. Obrazy Kokosińskiego zdają się żyć własnym życiem, pod powierzchnią płótna coś bulgocze, stara się przebić do świata przez cienką zaporę materiału. Innym razem Kokosiński sięga do tradycji ikonoklazmu i pokazuje słabość formy malarskiej przez sięgnięcie po realne przedmioty, a nie ich malarskie odpowiedniki. Podobne działania mają miejsce w twórczości Szymona Szewczyka i Adama Laski, dla których malarstwo jest jedynie uwodzicielskim splotem, jaki można do woli rozwiązywać i układać w najróżniejszych konfiguracjach. Ich wysiłki skazane są zawsze na niepowodzenie, które nie jest rozumiane jako porażka, ale raczej jako indywidualne próby nieustannego przesuwania granic. Jednak nie patrząc na ich twórczość, nie można powiedzieć, by byli oni spadkobiercami formalnych eksperymentów grup St-53 czy Arkat.

Podobnie dzieje się w przypadku omawianych już tu artystów: Bartka Buczka, Martyny Czech, Natalii Bażowskiej i Pawła Szeibla – wyodrębniają i opisują oni swoje indywidualne doświadczenia, nie roszczą sobie prawa do bycia głosem pokolenia, nie piszą manifestów, ich artystyczne postawy stoją niejako w kontrze do popularnej sztuki postinternetowej czy pewnej środowiskowej presji polegającej na afirmacji działań społecznie zaangażowanych.

 

*

Rzeczywistość obecna w twórczości tych artystów nie jawi się jako groźna, zawłaszczająca, upominająca się o swoje, ale jako coś, co poprzez szczegóły i indywidualizm pozwala odpocząć i odseparować się od medialnej papki i krzyku. W 2002 r. w warszawskim CSW Zamek Ujazdowski miała miejsce wystawa o znamiennym tytule Rzeczywiście, młodzi są realistami. Teraz po ponad 15 latach od tamtej wystawy można przywołać ten tytuł w kontekście górnośląskiego malarstwa. Tak, młodzi śląscy malarze są realistami, testują rzeczywistość każdy po swojemu, zbierają jej ślady, intensywnie się w nie wpatrując. Wciągają bardzo mocno otaczające ich powietrzne i po chwili wypuszczają je i obserwują. Gdy są gotowi, dotykają pędzlem płótna, starając się zapisać i ochronić przed wyblaknięciem to, co pozostaje w zasięgu ich wzroku.

 

Korzystałam z:

 

– J. Banasiak, Cóż po artyście w czasie marnym, „Szum” 2014, nr 5, s. 26–38

– J. Banasiak, Zmęczeni rzeczywistością. Rozmowy z artystami, Warszawa 2009

– M. Lisok, Dzikusy. Nowa sztuka ze Śląska, Katowice 2015. Malarstwo jako nałóg, M. Czech w rozmowie z A. Chorębałą, http://www.ultramaryna.pl/ tekst.php?id=1196 (dostęp: 13 lutego 2018)

– P. Policht, Radosny metal i wściekłe króliki. Nowe malarstwo ze Śląska, http://culture.pl/pl/artykul/radosny-metal-i-wsciekle-kroliki-nowemalarstwo-ze-slaska (dostęp: 13 lutego 2018)


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter