70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Wojtek Łaski/East News

Był Sacharow, zabrakło Havla

Inteligenci we wschodniej Europie byli sumieniem narodu, ale sumienie ma to do siebie, że od czasu do czasu nieznośnie ciąży. Utożsamiana z nimi diermokracja kojarzy się poradzieckim społeczeństwom z chaosem i biedą. Inteligencja była w stanie odpowiedzieć na pytania dotyczące historii czy kwestii narodowościowych, okazała się jednak bezradna, gdy poziom życia w krajach poradzieckich gwałtownie się pogorszył.

Każdy, kto spędził trochę czasu w Rosji czy w pozostałych państwach poradzieckich i zetknął się ze środowiskami inteligenckimi, musiał zwrócić uwagę na pewną formację osób jakże odmiennych od tych, których spotkać można w drogich lokalach przy ul. Twerskiej w Moskwie, na Newskim Prospekcie w Petersburgu czy na Chreszczatyku w Kijowie. To ludzie już dziś niemłodzi. Na pierwszy rzut oka widać, po znoszonych garniturach i rozciągniętych swetrach, że w ostatnich latach nie byli beneficjentami naftowego prosperity, które tylu Rosjanom pozwoliło się przenieść do wygodnych domów, kupić SUV-y i lokować kapitał w Londynie. Nie brali też udziału w rozkradaniu państwowego majątku.

To także ludzie, którzy, jak się wydaje, zastygli w pozach sprzed ponad dwóch dekad, gotowi cały wieczór dyskutować o wydarzeniach z przełomu lat 80. i 90. XX w., a ostatnie lata kwitujący tylko paroma zdaniami. Ludzie, o których mowa, są zazwyczaj szalenie kulturalni, życzliwi, wykształceni, w ich uczciwość nie sposób wątpić. Wszystkie ich cechy są dziś w Rosji i innych krajach poradzieckich bardzo nieprzydatne.

Mowa oczywiście o intelektualistach czy szerzej: przedstawicielach radzieckiej inteligencji także technicznej, dla której okres pierestrojki był prawdziwym gwiezdnym czasem. W ćwierćwiecze rozpadu Związku Radzieckiego warto przypomnieć losy tej formacji, jakże odmienne od tych, które były udziałem inteligencji z Europy Środkowej.

 

Dobrze zabezpieczony reżim

Zwróćmy uwagę na kilka cech radzieckiej inteligencji. Po pierwsze, na większości terytorium ZSRR komunizm trwał od 1917 r., a już na pewno od lat 1920–1922. Miało to olbrzymi wpływ na mentalność i poglądy ludzi dojrzałych i czynnych w ostatnich dekadach XX w. Oni bowiem innej rzeczywistości niż komunistyczna praktycznie nie znali. Istotne tu było także, funkcjonujące jako tabu, wspomnienie wielkich czystek roku 1937, przekazywane szeptem, „na kuchni”.

Po drugie, Związek Radziecki był państwem dużo bardziej zamkniętym niż np. Polska.

Radzieccy intelektualiści mieli znacznie słabszy kontakt ze światem zachodnim w porównaniu z ich polskimi kolegami.

Jednak miało to wpływ m.in. na szybszy rozwój samizdatu w Związku Radzieckim. Polscy intelektualiści łatwiej komunikowali się z ośrodkami emigracyjnymi, jak paryska „Kultura”, a ich teksty mogły być nagłaśniane w kraju dzięki Radiu Wolna Europa. To w pewnym sensie ich „rozleniwiało”. Drugi obieg pojawił się w Polsce na szerszą skalę około dekadę później niż samizdat w ZSRR.

Po trzecie, brakowało wyraźnej granicy między tym, co wypadało, a czego nie wypadało robić w Związku Radzieckim. W Czechosłowacji po 1968 r., a w Polsce po stanie wojennym pewne formy pracy w strukturach państwa (o ile wcześniej nie było się wyrzuconym z pracy) oznaczały ostracyzm. Czasem dotyczyło to wręcz jakiejkolwiek legalnej działalności – wystarczy przypomnieć spory, jakie wywołały w gronie opozycji rozmowy Marcina Króla z władzami na temat legalnego wydawania „Res Publiki”, czy dystans, jaki opozycja miała do mecenasa Władysława Siły-Nowickiego po tym, gdy ten wielce zasłużony człowiek wszedł do Rady Konsultacyjnej powołanej w 1986 r. przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego. W Związku Radzieckim ta granica nie była aż tak bardzo wyraźna. Dlatego wspominam tu zarówno o ludziach prześladowanych przez władze, jak i takich, którzy należeli do elity ZSRR (jedno zresztą nie wykluczało drugiego).

Warto tu wreszcie wymienić inny bardzo ważny element – kwestię narodową. Wiele ruchów dysydenckich rodziło się z poczucia krzywd, jakich doznały narody Związku Radzieckiego. Do historycznych niesprawiedliwości dochodziło jeszcze przekonanie, że republiki „karmią” Moskwę. Swoją rolę odgrywały tu także narodowe antagonizmy, jak choćby w Azji Centralnej czy ormiańsko-azerski i abchasko-gruziński na Kaukazie. Stąd często liderami społecznymi zostawali intelektualiści, którzy jednocześnie domagali się jawności w życiu publicznym i formułowali postulaty niepodległościowe.

I na koniec różnica zasadnicza. W Polsce po ciosie, jakim był stan wojenny, dysydenci zdołali w ciągu kilku lat odbudować utracone pozycje. W II poł. lat 80. XX w. podziemne wydawnictwa pracowały pełną parą. Tymczasem w momencie dojścia do władzy Michaiła Gorbaczowa w Związku Radzieckim ruch dysydencki był niemalże doszczętnie rozbity.

Potwierdzał to znany rosyjski publicysta Dmitrij Furman, według którego reżim komunistyczny w poł. lat 80. był dobrze zabezpieczony przed „rewolucją oddolną”: „Przenikający wszędzie aparat KGB wykluczał możliwość powstania rewolucyjnego podziemia. To znaczenie, jakie radzieckie władze przypisywały garstce dysydentów, mówi więcej o patologicznej świadomości władzy sowieckiej niż o realności niebezpieczeństwa pochodzącego od tych dysydentów”.

Podobnie rzecz widział Aleksander Daniel, dysydent i syn Julija Daniela skazanego w głośnym procesie w latach 60. XX w.: „Większość struktur i instytucji, powstałych w wyniku tradycyjnej dysydenckiej działalności na bazie obrony praw człowieka była w rzeczywistości zlikwidowana do 1984 roku. I Grupa Helsińska, i »Kronika bieżących wydarzeń «, i cały szereg innych organizacji dysydenckich”.

 

Odgórna rewolucja

W konsekwencji hasło głasnost’, czyli jawność, podjąć mogli przede wszystkim ci, którzy pracowali w oficjalnych mediach bądź na państwowych uczelniach i w innych ośrodkach intelektualnych. Większość z nich miała partyjne legitymacje. Ale i oni niewiele by zdziałali, gdyby nie sygnał dany przez Michaiła Gorbaczowa. Owszem, kultowy muzyk rockowy i lider grupy Kino Wiktor Coj już od 1986 r. śpiewał, że chce zmian, ale był to raczej wyjątek potwierdzający regułę.

Dwoje badaczy z uniwersytetu w Penzie w artykule „»Pierestrojka« w ZSRR i dysydenci” podkreśla wręcz, że pierestrojka była rewolucją odgórną, a nie wynikiem społecznych nacisków. To „góra”, czyli władza, pozwalała czytać to, co wcześniej było zabronione. „Ważną rolę w duchowej emancypacji społeczeństwa odegrała »jawność«” – piszą L.A. Korolewa i A.N. Mołki. I rzeczywiście, impuls do emancypacji dał sam Gorbaczow, który tłumaczył w 1986 r. na spotkaniu z przedstawicielami radzieckich mediów, że wiele błędów w przeszłości popełniono z powodu braku opozycji, alternatywnych poglądów w społeczeństwie, i właśnie taką swego rodzaju opozycją mogłaby stać się prasa. Podobnie mówił na XVII zjeździe KPZR: „Bez jawności nie ma i nie może być demokratyzmu, politycznej aktywności mas, ich udziału w rządzeniu”.

Wezwanie do jawności miało na celu wywołanie społecznego nacisku na aparat partyjny, który opierał się reformom Gorbaczowa.

I sekretarz KPZR swoje tezy musiał oczywiście jeszcze odpowiednio opakować, dlatego dodawał: „Odpowiedź może być tylko jedna, leninowska: komunistom zawsze i w każdych okolicznościach potrzebna jest prawda”. Lenin był patronem pierwszych lat pierestrojki, a wiele jego rozmyślnie zapomnianych tez brzmiało wówczas wręcz antysystemowo.

Tak zachęceni dziennikarze i publicyści przystąpili do dzieła. To właśnie takie pisma, jak: „Ogoniok”, „Literaturnaja gazieta”, „Moskowskije nowosti”, szły w awangardzie pierestrojki. Bywało i tak, że już w 1988 r. na przełomowej XIX partyjnej konferencji redaktor naczelny „Ogon’ka” publicznie oskarżał wysokich działaczy partyjnych o nadużycia. Początkowo bowiem ostrze głasnosti kierowało się przeciw nieprawidłowościom codziennego życia. Można było krytykować nadużycia, poszczególnych działaczy, dyrektorów, ale system i komunizm znajdowały się poza zasięgiem. Jednak już książka pod redakcją Jurija Afanasjewa Inogo nie dano zawierająca zbiór tekstów o sytuacji państwa i konieczności zmian – wydana także w 1988 r. (jeszcze przed XIX konferencją), w nakładzie 50 tys. egzemplarzy! – uderzała w fundamenty komunizmu.

Głasnost’ została więc zainicjowana „z góry”, przez samego Gorbaczowa, ale gdy – by użyć słynnej frazy ostatniego przywódcy Związku Radzieckiego – proces ruszył, nie dało się go już kontrolować. Głasnost’ wyrwała się spod kontroli i doprowadziła do skutków, które bynajmniej nie były celem Gorbaczowa. Trzy kwestie okazały się wkrótce kluczowe i nie mniej ważne niż zagadnienia ekonomiczne: ekologia, historia i problemy narodowościowe. Wszystkie zresztą wiązały się ze sobą. „Wielki wpływ na stan opinii publicznej miało ograniczenie cenzury, która teraz miała zajmować się ochroną tajemnicy państwowej. Na szpalty gazet i w mediach elektronicznych wylał się potok krytycznych materiałów, a wiele z nich dotyczyło radzieckiej przeszłości” – piszą Rudolf Pichoja i Andriej Sokołow w Istorii sowremiennoj Rossii.

Dodać trzeba, że nie wszystkim dane było doczekać nowej odwilży. Wasyl Stus, wybitny ukraiński poeta, tłumacz m.in. Goethego i dysydent, zmarł w łagrze we wrześniu 1985 r. Gorbaczow I sekretarzem KPZR został niemal dokładnie pół roku wcześniej.

 

Telefon do Sacharowa

Wydarzeniem przełomowym dla pierestrojki, i właściwie dla dalszych losów ZSRR, była decyzja Kremla na zgodę na powrót do Moskwy Andrieja Sacharowa z zesłania w mieście Gorki, gdzie przebywał od 1980 r. Była to kara za potępienie radzieckiej inwazji na Afganistan. Informację o zgodzie na powrót do domu przekazał dysydentowi i nobliście sam Michaił Gorbaczow, dzwoniąc do niego 16 grudnia 1986 r. Specjalnie na potrzebę tej rozmowy został założony w domu Sacharowa telefon, bo oczywiście wcześniej wybitny fizyk go nie posiadał. Sacharow zadeklarował później w rozmowach z władzami, że choć zamierza trochę się wycofać i odpocząć, to w sprawach naprawdę ważnych nie będzie milczał. Rok później do Moskwy pozwolono wrócić Siergiejowi Kowalowowi po ponad 10 latach więzienia i zesłania.

Początki nie były jednak łatwe. Zaraz po przyjeździe Sacharowa do Moskwy zwróciła się doń „Literaturnaja gazieta” z propozycją wywiadu. Dysydent się zgodził, wywiad został nagrany w styczniu 1987 r., jednak nigdy się nie ukazał. Sprawa otarła się aż o Jegora Ligaczowa, który w tamtym okresie był najbliższym współpracownikiem Gorbaczowa, niemal jego zastępcą – później oponentem. Sam Gorbaczow nie był tu więc konsekwentny. Pokazało to już jego zachowanie po awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu, które przypominało postawę bezdusznych poprzedników. Do katastrofy doszło 26 kwietnia 1986 r., a Gorbaczow w telewizji pojawił się z oświadczeniem dopiero 14 maja. Wcześniej w wielu miastach w pobliżu Czarnobyla odbyły się wielotysięczne demonstracje z okazji 1 Maja, na które spędzono niczego nieświadomych ludzi. Niemniej, by wywrzeć presję na partyjnych konserwatystów, potrzebował poparcia społecznego i jednym z celów pierestrojki ogłosił właśnie jawność. Przybrała ona różne formy.

Dziś często o tym się nie pamięta, ale najważniejsze ruchy niepodległościowe jak Sąjūdis na Litwie czy Ludowy Ruch Ukrainy i Białoruski Front Narodowy zostały powołane jako ruchy „na rzecz przebudowy”, czyli pierestrojki. Takie były wówczas realia, ale także taki był horyzont intelektualnych elit w republikach.

Państwowe media zaczęły pisać o licznych nieprawidłowościach w życiu codziennym ZSRR, ale wkrótce główny nacisk położono na kwestie historyczne i ekologiczne. Awaria Czarnobyla czy katastrofa ekologiczna Morza Aralskiego stały się pretekstem do podejmowania kwestii zniszczeń przyrody będących wynikiem barbarzyńskiej radzieckiej gospodarki. Klęska środowiska naturalnego i ciągłe awarie infrastruktury podkopywały zaufanie do państwa radzieckiego. Tak było choćby po tragicznym trzęsieniu ziemi w Armenii (po którym domagano się zamknięcia pobliskiej elektrowni atomowej) czy po znacznie mniejszych rozmiarów, ale równie dramatycznej, katastrofie w Baszkirii, gdzie wyciekająca z uszkodzonego rurociągu ropa doprowadziła do pożaru pociągów i śmierci setek ludzi.

Właściwie w każdej republice protestowano w obronie środowiska naturalnego, np. w białoruskim Nowopołocku, w którym zlokalizowane były zakłady chemiczne, ale nawet w Moskwie, gdzie zaplanowano na Pokłonnej Górze potężne muzeum Wojny Ojczyźnianej dewastujące to wzniesienie. Dziś problemy ekologiczne zdają się interesować tylko garstkę wielkomiejskiej inteligencji – wówczas w protesty przeciw niszczeniu środowiska przez przemysł angażowały się dziesiątki tysięcy. Politycznie neutralne hasła ekologiczne szybko połączyły się z hasłami niepodległościowymi. Mieszkańcy poszczególnych republik uważali, że budowanie na ich terenie szkodliwych dla środowiska obiektów przemysłowych to kolejny przejaw kolonializmu Moskwy. I tu ekolodzy spotkali się z działaczami niepodległościowymi.

By zobrazować, jaki wpływ na politykę miała jawność, sięgnijmy po przykład z Białorusi. We wrześniu 1988 r. tamtejszy etnograf Zianon Paźniak opublikował w gazecie „Literatura i mastactwa” artykuł o Kuropatach – lasku pod Mińskiem, w którym w latach 1937–1941 wymordowano do ćwierć miliona ludzi. Artykuł wywołał wielkie poruszenie i protesty, niespotykane do tej pory w białoruskiej republice. Władze początkowo zareagowały siłą, używając gazu i pałek, ale wkrótce zmuszone były do zbadania sprawy i powołania komisji, która podjęła badania. Sam Paźniak stał się liderem opozycji – już niedługo zostając deputowanym do Rady Najwyższej republiki (wciąż radzieckiej).

Wkrótce radziecka prasa niemal codziennie dostarczała rewelacji na temat historii Związku Radzieckiego. Furorę robiła wydana wtedy kilkutomowa i wielowątkowa epicka powieść Anatolija Rybakowa Dzieci Arbatu traktująca o represjach stalinowskich, która na druk musiała czekać aż 20 lat.

Najistotniejszym jednak przejawem odkrywania i odkłamywania historii było powstanie stowarzyszenia Memoriał (które, jak wiemy, do dziś ma kłopoty z władzami). Inicjatorami powstania Memoriału byli m.in. historyk Arsenij Rogiński, Andriej Sacharow, reżyser Jewgienij Jewtuszenko i wybitny historyk Jurij Afanasjew. Władze od początku utrudniały Memoriałowi życie, choćby próbując przejąć pieniądze zgromadzone przez działaczy stowarzyszenia na budowę pomnika ofiar stalinizmu – zbiórka ta, przeprowadzana w 1989 r., wywołała olbrzymi rezonans w kraju. Organizowano koncerty, odczyty, projekcje filmowe. W akcję włączyła się np. „Literaturnaja gazieta”. „W Moskwie i wielu innych miejscowościach powstał ruch społeczny, który stawiał sobie za cel uczczenie pamięci ofiar przez wzniesienie monumentu nie tylko w Moskwie, ale i w innych miejscach, m.in. tam gdzie znajdowały się największe stalinowskie obozy niewolniczej pracy i zagłady” – pisał we wspomnieniach Andriej Sacharow.

Można więc sobie wyobrazić, jak wielkie niezadowolenie wywołało zajęcie zgromadzonych na koncie środków (pod pretekstem, że Memoriał nie jest zarejestrowany, więc nie może mieć konta). Jednocześnie założyciele Memoriału zapraszani byli na rozmowy do gmachu KC partii. Z każdym dniem stawało się coraz bardziej jasne, że nie uda się utrzymać „jawności” w ryzach i skierować krytyki tylko na Stalina. Zaczęto bowiem odkrywać, że Lenin również miał krew na rękach – a to miało już poważne konsekwencje dla całego systemu. Gdy w czerwcu 1989 r. Biuro Polityczne KPZR zastanawiało się nad wydaniem zgody na druk Archipelagu GUŁag Aleksandra Sołżenicyna, Gorbaczow przekonywał: „Nie chodzi o Stalina, ale o przekonanie, że on był wiernym uczniem Lenina. Kontynuował jego dzieło”.

To, o czym przez lata rozmawiano jedynie „na kuchni”, stało się tematem artykułów prasowych i programów radiowych oraz telewizyjnych. Spektakularną formę odkrywanie historii przyjęło w republikach bałtyckich, gdzie 23 sierpnia 1989 r. (rocznica paktu Ribbentrop-Mołotow) utworzono żywy łańcuch o długości ponad pół tysiąca kilometra, w który zaangażowało się około miliona osób. To dowód, że wówczas problemy historyczne nie były tylko w polu zainteresowania inteligencji. Historycy Pichoja i Sokołow piszą: „Jawność z determinacją przekraczała kolejne bariery, doprowadzając czytelników do obrazoburczej myśli: a czy ten cały socjalizm jest nam w ogóle potrzebny?”.

 

Sojuz nieruszymyj respublik swobodnych

Naturalną konsekwencją poruszania niewygodnych kwestii dotyczących przeszłości ZSRR było pytanie o krzywdy, jakich doznały poszczególne narody żyjące w imperium. Polityka Moskwy nie została bowiem wymierzona tylko przeciw wrogom klasowym. W latach 20. XX w. wspierano kultury poszczególnych narodów (tzw. korenizacja), by potem uderzyć w nie ze zdwojoną siłą (na Białorusi spośród autorów wydanej encyklopedii stalinowskie czystki przeżył bodaj jeden). Inną formą represji były przesiedlenia całych narodów, czego ofiarą padli m.in. Tatarzy krymscy i Czeczeni.

Pierwszym sygnałem, że kwestia narodowa może być problemem dla Kremla, były zajścia w Jakucji w maju 1986 r., gdzie miejscowi studenci przez trzy dni brali udział w bijatykach z rosyjskimi. Oskarżano Rosjan o kolonializm. Pojawiły się hasła: „Jakucja dla Jakutów!”. Zaraz potem doszło do niepokojów w Kazachstanie, gdzie Moskwa na I sekretarza partii naznaczyła Rosjanina. Władze na Kremlu, inicjując walkę z korupcją, naruszyły niepisaną umowę z przywódcami republik. Do tej pory przymykano oko na różne nadużycia lokalnych kacyków w zamian za ich lojalność. Uderzenie w „uzbecką mafię”, bogacącą się na bawełnie, sprowokowało elity republik do polityki niepodległościowej.

W tle czaił się już potężny konflikt ormiańsko-azerski. Wszędzie ważną rolę odgrywali intelektualiści, którzy zrzeszali się w organizacje. Jak Komitet Karabachski czy organizacja Birlik w Uzbekistanie, której jednym z założycieli był nawet działacz komunistyczny. „Pod piórami ideologów narodowej niepodległości Rosjanie okazywali się źródłem wszelkich problemów, okupantem, kolonizatorem, »rusyfikatorem«, wszędzie rozpowszechniano pogląd, że republiki »karmią« Rosję i centrum” – piszą Pichoja i Sokołow.

Na problemy narodowościowe dość szybko zaczął zwracać uwagę Andriej Sacharow – do niego bowiem, jako wielkiego społecznego autorytetu, zwracały się delegacje z republik, dostarczając pełną dokumentację spraw.

Jego moskiewskie mieszkanie było wówczas małym centrum rodzącej się opozycji. I choć nie istniały wówczas dzisiejsze możliwości komunikacji, problemy nawet bardzo odległych republik były relatywnie dobrze nagłaśniane.

Bezsprzecznie najważniejszym wydarzeniem epoki pierestrojki był Zjazd Delegatów Ludowych ZSRR wyłoniony w półdemokratycznych wyborach w 1989 r. Większość stanowili oczywiście ludzie systemu, ale delegatami zostało wielu dawnych dysydentów i intelektualistów, z Andriejem Sacharowem, Jurijem Afanasjewem, Vytautasem Landsbergisem (wybitny muzykolog i przyszły przywódca Litwy), Galiną Starowojtową na czele. Popularność Sacharowa była wtedy u szczytu, stawiała go niemal na pozycji partnera Gorbaczowa. Transmitowane przez telewizję wystąpienia delegatów, zwłaszcza Sacharowa, często na zakazane do niedawna tematy, były dla obywateli imperium dosłownie szokiem. Gdy 27 maja 1989 r. Jurij Afanasjew w głośnym wystąpieniu nazwał Zjazd „stalinowsko-breżniewowskim”, a przeciwników zmian „agresywnie posłuszną większością”, wyrażenia te weszły na stałe do języka polityki.

Także rady najwyższe poszczególnych republik, do których dostawali się opozycjoniści, stały się areną demokratyzacji. Będący deputowanym Rady Najwyższej Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej Siergiej Kowalow był twórcą wielu praw, jak choćby ustawy O rehabilitacji ofiar politycznych represji przyjętej w 1991 r. czy zapisów dotyczących praw człowieka w rosyjskiej konstytucji. Wiele gorących debat dotyczyło właśnie kwestii historycznych i narodowościowych.

Gorbaczow jednak zamiast wykorzystać, bagatelizował kwestię narodowościową. I to był jego błąd. Przykładowo: gdy w grudniu 1988 r. przybył do Armenii po trzęsieniu ziemi, w ogóle nie chciał rozmawiać o Karabachu. Tymczasem niemal w każdej republice dochodziło do wystąpień na tle narodowym, a nieraz i do rozruchów. Krwawe stłumienie niepodległościowych demonstracji w kwietniu 1989 r. w Tbilisi czy wysłanie czołgów do Wilna po ogłoszeniu przez Litwę niepodległości, sprawiły, że elity republik odwróciły się od przywódcy ZSRR i gdy doszło do puczu Janajewa, przyjęły pozycję wyczekującą, by zaraz potem zerwać więzi z metropolią i ogłosić niepodległość. Gorbaczow próbował jeszcze reanimować Związek Radziecki, negocjując nową jego formę w podmoskiewskim Nowo-ogariowie, ale nikt nie był tym już zainteresowany. W grudniu 1991 r. formalnie pogrzebano Kraj Rad.

 

Przegrani, nawiedzeni wariaci

Różnie potoczyły się losy inteligenckich przywódców w niepodległych już państwach. Po śmierci Sacharowa w grudniu 1989 r. zabrakło wśród nich postaci rozpoznawalnej i wzbudzającej respekt na poziomie ogólnozwiązkowym. Nie zdobyli takiego autorytetu ani takiej siły oddziaływania jak Tadeusz Mazowiecki w Polsce czy Václav Havel w Czechach, którzy zdołali wywrzeć wpływ na kształt swoich państw. Inteligenci we wschodniej Europie byli sumieniem narodu, ale sumienie ma to do siebie, że od czasu do czasu nieznośnie ciąży. Utożsamiana z nimi diermokracja (gra słów: demokracja i diermo – gówno) kojarzy się poradzieckim społeczeństwom z chaosem i biedą. Inteligencja była w stanie odpowiedzieć na pytania dotyczące historii czy kwestii narodowościowych, okazała się jednak bezradna, gdy poziom życia w krajach poradzieckich gwałtownie się pogorszył. Gdy wreszcie uzyskano niepodległość (nie we wszystkich republikach dążenia niepodległościowe były jednakowo silne, dlatego: uzyskano, a nie wywalczono), nie potrafiła poza sferą symboliczną napełnić owych niepodległości treściami atrakcyjnym dla ubożejących społeczeństw. Bardzo szybko okazało się, że życie w Sojuzie nie było takie okropne.

Nowym przywódcom politycznym brakowało też zwyczajnie kadr, które gotowe byłyby skutecznie wprowadzać w życie ich idee. W skrajnych przypadkach małych republik byli oni w stanie znaleźć ledwie kilkuset przygotowanych profesjonalnie współpracowników, którymi można by obsadzić państwową administrację. Z reguły też bezkompromisowość byłych dysydentów, ich niezdolność do politycznej gry, a bardzo często po prostu przyzwoitość czyniły ich bezradnymi w starciu z dawnymi aparatczykami i młodszymi o pokolenie komsomolcami – też nieraz świetnie wykształconymi (jak Michaił Chodorkowski czy Borys Bierezowski) – czy kagiebistami pokroju Władimira Putina lub wręcz bandytami jak Wiktor Janukowycz. Putin zresztą pierwsze kroki w polityce stawiał przy boku Anatolija Sobczaka, w czasach ZSRR dziekana wydziału prawa uniwersytetu leningradzkiego, mera Leningradu / Petersburga i bliskiego współpracownika Andrieja Sacharowa.

Niektórzy zgłosili akces do systemu (Sołżenicyn po powrocie z emigracji skończył jako wielkoruski poplecznik Putina, długi czas na usługach Kremla był Gleb Pawłowski – kiedyś działacz antykomunistyczny), ale większość wylądowała na marginesie. Ci zaś, którzy, może nie zawsze razem, ale równolegle, walczyli z imperium w republikach, w nowo powstałych państwach czasem stawali naprzeciw siebie. Mimo różnych lokalnych specyfik widać pewne prawidłowości, byłych dysydentów i intelektualistów zastępowali pragmatycy i cynicy. Dobrze, jeśli działo się to bez rozlewu krwi. Przyjrzyjmy się kilku charakterystycznym, choć wybranym subiektywnie, przypadkom.

Wspomniana wcześniej Galina Starowojtowa, świetnie wykształcona z zakresu etnologii, socjologii i ekonomii, do polityki weszła w czasach pierestrojki. Była deputowaną, doradzała prezydentowi Rosji, zajmowała się obroną praw człowieka. Została zastrzelona pod wejściem do własnego domu w listopadzie 1988 r.

Wiaczesław Czornowił, krytyk literacki, przyjaciel Wasyla Stusa i dysydent kilkakrotnie aresztowany w czasach ZSRR, był jednym z twórców ukraińskiej niepodległości, ale pierwsze prezydenckie wybory przegrał na rzecz byłego komunisty Leonida Krawczuka. W 1999 r. zginął w tajemniczym wypadku samochodowym.

Zianon Paźniak, który otworzył Białorusinom oczy na ich tragiczną przeszłość, nie był w stanie w wyborach prezydenckich w 1994 r. porozumieć się z innymi demokratą Stanisławem Szuszkiewiczem.

W efekcie wybory wygrał były dyrektor sowchozu Aleksander Łukaszenka, który rządzi Białorusią do dziś. Paźniak skłócony z coraz większą liczbą polityków ostatecznie znalazł się na emigracji.

Abulfaz Elczibej, orientalista, znawca świata arabskiego, tłumacz i wykładowca, w 1992 r. został prezydentem Azerbejdżanu. Był tak pryncypialny, że nie godził się na członkostwo Azerbejdżanu we Wspólnocie Niepodległych Państw, a na negocjacje do Moskwy brał tłumacza… To musiało drażnić Rosjan, którzy, oczywiście nie tylko z tego powodu, zaczęli wspierać Ormian w krwawym konflikcie o Karabach. Wkrótce, coraz bardziej oderwany od rzeczywistości, Elczibej stracił stanowisko. Zajął je pragmatyczny Haidar Alijew, były szef KGB azerbejdżańskiej republiki.

Podobny los spotkał filologa Zwiada Gamsachurdię. Dysydent ten został pierwszym prezydentem niepodległej Gruzji. Jego nacjonalistyczne poglądy i zapędy autorytarne wywoływały opór mniejszości, ale przede wszystkim nie był on w stanie zapanować  ład postępującym w kraju zamętem. Doszło do wojny domowej i rozlewu krwi. W końcu Gruzini przepędzili go i przywódcą kraju obwołali Eduarda Szewardnadzego – byłego szefa dyplomacji ZSRR.

Trochę lepiej powiodło się Lewonowi Ter-Petrosjanowi. Ten wybitny filolog i poliglota był jednym z twórców karabachskiego komitetu. W 1988 r. władze aresztowały go, ale to tylko zwiększyło jego autorytet i popularność. Już wkrótce został wybrany do Rady Najwyższej wciąż radzieckiej republiki, a gdy ta ogłosiła niepodległość, został jej prezydentem. Zdołał zakończyć wojnę z Azerbejdżanem. Jednak w 1998 r. w wyniku przewrotu pałacowego musiał oddać władzę młodszym i bardziej rzutkim politykom, którzy do dziś sprawują oligarchiczne rządy w kraju.

Inni, jak choćby współtwórca Memoriału Lew Ponomariow, który po śmierci Sacharowa zajął jego miejsce na Zjeździe Deputowanych Ludowych ZSRR, a potem był do 1996 r. deputowanym rosyjskiej Dumy, angażują się w coraz bardziej beznadziejną obronę praw człowieka. Ponomariow jest permanentnie prześladowany przez władze Rosji – często zostaje aresztowany lub pobity przez nieznanych sprawców. W 2010 r. pobita została też Ludmiła Aleksiejewa – dama ruchu dysydenckiego. Wówczas miała 82 lata. Siergiej Kowalow, który doradzał jeszcze Borysowi Jelcynowi, ale potem się z nim skonfliktował, wypadł z polityki w 2003 r. i od tej pory prowadzi działalność społeczną na rzecz praw człowieka – czego władza bynajmniej mu nie ułatwia.

Setki dziennikarzy, publicystów, pracowników naukowych włączyło się w przemiany w Związku Radzieckim, przyjmując za swoje hasło głasnost’. Wydawało się wówczas, że to oni nadadzą ton przemianom na terytorium poradzieckim. Stało się inaczej. Dziś ich rola w ówczesnych przemianach jest wręcz podważana, a ich obecne polityczne znaczenie bliskie zeru. Być może w pewnym sensie było to naturalne – rola radzieckiej inteligencji po prostu się wyczerpała wraz z upadkiem radzieckiego imperium.

W sposób lekko zwulgaryzowany opisał to Aleksiej Nawalny, rosyjski opozycjonista nowej generacji: „W czasach pierestrojki pojawił się u nas ruch obrony praw człowieka, ale potem wszyscy ci obrońcy oraz dysydenci zupełnie się zmarginalizowali. Na własne życzenie. Przyznaję, że czasami trudno mi się z nimi porozumieć. Zmienili się w jakichś nawiedzonych wariatów. Ale właśnie dlatego, że przypominają wariatów, kompletnie wyparli ich aparatczycy”.

Ta ocena jest w jakimś sensie prawdziwa, ale niepełna. Bez zaangażowania (po)radzieckiej inteligencji przemiany w bloku wschodnim postępowałyby znacznie wolnej. Na Ukrainie brała ona czynny udział w obu rewolucjach – pomarańczowej i godności, a dziś asystuje przy budowie państwa ukraińskiego. Zmieniła, choćby na chwilę, oblicze Rosji i stworzyła szereg praw oraz instytucji (jak choćby Centrum Sacharowa kierowane przez relatywnie młodego Siergieja Łukaszewskiego), które dopiero teraz niszczone są przez reżim Władimira Putina.

A jest przecież wciąż kilka punktów oporu.

 

W artykule wykorzystano cytaty z następujących książek i artykułów:

D. Furman, Publicistika „nuljewych”. Stati 2001–2011 gg, Moskwa 2011.

A. Michnik, A. Nawalny, Dialogi, Warszawa 2016.

R.G. Pichoja, A.K. Sokołow, Istorja sowremiennoj Rossii. Krizis kommunisticzeskoj własti w SSSR i rożdienje nowoj Rossii, Moskwa 2008.

A. Sacharow, Gorki, Moskwa i gdzie indziej, Warszawa 1990.

L.A. Korolewa, A.N. Mołki, „Pierestrojka” w SSSR i dissidenty, http://cyberleninka.ru/article/n/perestroyka-v-sssr-i-dissidenty (dostęp: 7 listopada 2016).

G. Morew, A. Daniel, Bez dissidentow polityka stała miełkoj, kak łuża, http://www.colta.ru/articles/dissidents/6426 (dostęp: 7 listopada 2016).

 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter