Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
- styczeń, nr 536
- luty, nr 537
- marzec, nr 538
- kwiecień, nr 539
- maj, nr 540
- czerwiec, nr 541

 Fundacja


Gdzie byliśmy? Gdzie jesteśmy? Dokąd idziemy?

Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
STACJA SHOAH

HALINA BORTNOWSKA


Konflikt wokół oświęcimskiego klasztoru mógłby okazać się pożyteczny, a nawet stać się "szczęśliwą winą", gdyby doprowadził do nowego przemyślenia naszych postaw, do lepszego zrozumienia samych siebie, a dzięki temu i ludzi innych niż my. Kim jesteśmy, my, uczestnicy sporu? Odpowiedź jest identyczna w przypadku Polaka i Żyda: "jesteśmy ofiarami". Nie trzeba dowodzić, że ta odpowiedź jest gruntownie usprawiedliwiona historycznym losem, którego nie zgotowaliśmy sobie sami.
Przynależność do plemienia istot raz po raz wydziedziczanych i krzywdzonych przenika całą naszą podstawową świadomość; kształtuje nasz etos, we własnych oczach wyróżnia w stosunku do wszystkich innych.
Ośmieliłam się zacząć od wskazania fundamentalnego podobieństwa podstawowej świadomości polskiej i żydowskiej. Uważam, że to podobieństwo jest dla sporu o klasztor faktem bardzo istotnym. Ale w dalszym ciągu mam zamiar mówić już tylko o polskim poczuciu bycia ofiarą i o jego konsekwencjach. Mam tu na myśli to, co pewien niemiecki przyjaciel, ekspert polonista, nazwał kiedyś "polską mentalnością rozbiorową". Jest to paraliżujący sumienie i odpowiedzialność kompleks utraty wolności. Adresuję te rozważania do nas samych, a może też i do tych, co chcą nas życzliwie rozumieć. Może zresztą nie tylko nas - świadomość przeniknięta poczuciem krzywdy zdaje się cechować całą "drugą Europę", aż po zachodnie granice NRD.
Wszystkie przeżycia Polaków zawierają w sobie echo krzywd doznanych tak przez przodków, jak przez nas samych i będących prawdopodobnym losem potomków. W naszych nieszczęściach mieści się pokusa: rozpamiętując krzywdy, można uczyć się nienawiści i zarazem bezsilności. Można uznać, że nasze zrywy niosły tylko klęski, a nasze długotrwałe wysiłki były bez reszty marnowane, bo wydzierano nam wszystkie ich owoce. Warto się zastanowić, jak często z racji przekonania o własnej bezsilności uznajemy się za niczemu nie winnych. Bolesny los zniewolonych bywa niekiedy moralnie wygodny: nie mamy wolności, więc wszystkie grzechy są cudze. Nasza odpowiedzialność jest na miarę wolności, której nam brak. Uleganie pokusie bezsilności prowadzi między innymi do zahamowania i spłycenia naszej pracy pamięci. Dlatego dramat wojny i zagłady Żydów sprzed pięćdziesięciu lat jeszcze nie jawi nam się w całych swoich rozmiarach, nie próbujemy objąć go refleksją sięgającą podstaw ludzkiego bytu i wizji świata.

"Ludzie ludziom zgotowali ten los"... Jak odczytujemy ten napis na pomniku w obozie w Majdanku, napis komentujący całą rzeczywistość lagrową od Azji przez Syberię, niemieckie władztwo i hiszpańską Mirandę? Czy nie czytamy go tak: "To Niemcy - albo Sowieci - wyrządzili to nam, Polakom"? Takie odczytanie spłyca dramat. Da się wtedy powiedzieć, że ich zbrodnie nie ciążą na nas, naszą rzeczą jest tylko pamięć własnych ofiar, ona wystarczy. A przecież zbrodnie ciążą na ludzkim gatunku, który jest nam wspólny. Ciążą też na chrześcijaństwie jako wynik jego wychowawczej klęski. Dla świata pozachrześcijańskiego pytanie, dlaczego chrześcijaństwo nie zdołało powstrzymać przedsięwzięcia zagłady, jest bardziej zasadne niż argument, że zło było wynikiem odstępstwa od wiary. Inaczej niż my w Polsce, liczni chrześcijanie na Zachodzie czują się dziedzicami moralnej klęski chrześcijaństwa, które nie zdołało wychować Europy. Najpierw uwiedzeni, potem zastraszeni chrześcijanie niemieccy nie stanęli w porę przeciw Hitlerowi i rzadko przeciwstawiali się konsekwentnie jego władzy, gdy jej natura stała się już jasna. Kompleks współwiny za tę i inne historyczne zbrodnie głęboko przenika mentalność ludzi Europy Zachodniej, choć swym nasileniem nie dorównuje naszemu kompleksowi krzywdy. Oni bardziej niż my czują, że to ludzie ludziom zgotowali los lagrowy. Nie chodzi o zacieranie winy historycznie uchwytnych sprawców zła, lecz o przyjęcie cząstki odpowiedzialności szerszej, ponoszonej z racji wspólnego człowieczeństwa, wspólnej kultury, tradycji, wiary...
Auschwitz - kloaka świata. Człowiekowi lagrowemu nie oddają sprawiedliwości żadne hagiograficzne relacje. Prawdę mówi raczej świadek Borowski, gorsząc nią wszystkich tych, którzy czują się niewinni. Prawdę mówi o łagrach na przykładzie Auschwitz Arma Pawełczyńska. Jej książkę - Przemoc i wartości - należy koniecznie wznowić i czytać obowiązkowo we wszystkich "ośrodkach wychowania i modlitwy", jakie da się wokół miejsc zagłady kiedyś stworzyć, ktokolwiek miałby je zaludniać. Dopuszczając do świadomości poczucie wspólnej ludzkiej winy i grozy, zła, trzeba takie pustelnie budować, ale w odległości dość wielkiej, by pielgrzymi, wędrując od miejsc gościnności i wiary ku miejscu żałoby i pokuty, mieli czas zastanowić się nad przepaścią, w którą mają spojrzeć.
W Auschwitz były zwycięstwa nad odczłowieczeniem, znane, jak ofiara Ojca Kolbego czy bohaterska służba Stanisławy Leszczyńskiej, i nieznane, ukryte w ludzkim wnętrzu, zwycięstwa chrześcijańskie i laickie, prawosławne i żydowskie, zwycięstwa wartości przeciwstawionych przemocy. Te zwycięstwa wyprowadziły niektórych ludzi całkowicie poza lagrową redukcję człowieczeństwa, jednych z życiem, innych poza śmierć.
Zwycięzcom i zwycięstwom można budować pomniki i czcić ocalone przez nich wartości na różne sposoby, na przykład przez życie kontemplacyjne w klasztorze. Czuję taką potrzebę, ale miejsce jej zaspokojenia widzę jednak daleko od samego miejsca zagłady. Dlaczego? Może, podobnie jak oponujący przeciw klasztorowi Żydzi, słyszę w tym miejscu sam tylko krzyk ginących i czuję dym całopalenia. Dlatego mam przeświadczenie, że tu nie można mieszkać ani zatykać swoich znaków. Potrzeba mi będzie schronienia, gdy będę wracać z Auschwitz, ale nie tuż zaraz, nie za blisko, bo oni schronienia nie znajdowali, należy im się także moje wędrowanie przez pustkę. Dystans jest konieczny przez pamięć o tym, że w Auschwitz przemoc triumfowała nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie, obracając człowieka przeciw człowiekowi. Ocalenie wartości pogrążone jest w tajemnicy, w nocy opuszczenia i wierności Hioba. To trzeba uszanować - nie od razu, nie tutaj, nie na tym miejscu ani w jego odczuwalnym sąsiedztwie, lecz naprawdę w oddali wznosząc znak zmartwychwstania. Tu jest inna stacja. Tu wszyscy powinni pielgrzymować w jednym duchu - pokuty za wspólne człowieczeństwo zdolne do zbrodni, niewypowiedzianie kruche, podległe zniszczeniu i niecałe ocalone.
Prawdą jest, że wszędzie można wybrać z ziemi kości Abla. Ale jednak Auschwitz to miejsce szczególne, w którym ta prawda bezgłośnie krzyczy. Od dawna, jako społeczeństwo żyjące wokół, jesteśmy winni braku uszanowania. Od przenoszenia klasztorów poniekąd jeszcze pilniejsze jest oddalenie od cmentarza wszystkich przekupniów ideologii, pamiątek i zabawek, całego folkloru nie przygotowanych, obojętnych, ogłupiałych wycieczek. Gdyby tak w pięćdziesiąt lat od ostatniej śmierci w Auschwitz uznać, że stać nas wreszcie na ustanowienie strefy pustki i ciszy wokół tego cmentarza zrównanych śmiercią ofiar. Gdybyśmy taką pełną czci i grozy pustkę wreszcie ofiarowali potrzebującym żałoby i potrzebującym pokuty, czyli nam samym?

Tekst ten ukazał się pierwotnie w nr 18 (29.09.1989) "Tygodnika Solidarność", następnie w "Znaku" nr 419-420 (4-5/1990).

HALINA BORTNOWSKA - publicystka

   1998-2000 Verbanet s.c.