70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. archiwum rodziny Kołakowskich

Bóg, łacina, liczby urojone

Przyzwyczajony do wojennej normalnej nienormalności Leszek Kołakowski czyta Horacego, Wergiliusza, Cycerona, studiuje Stary i Nowy Testament. Własnymi wierszami pisanymi po łacinie, po polsku i po francusku wypełnia grube zeszyty, które – jak po latach powie z wyraźną ulgą – spłonęły w powstaniu warszawskim.

Fragment biografii Kołakowski. Czytanie świata

 

Po śmierci ojca Leszek Kołakowski jeszcze przez kilka miesięcy pozostaje w Warszawie. Z Żoliborza przeprowadza się na Saską Kępę, do mieszkania państwa Błeszyńskich. Kazimierz Błeszyński – „mason, człowiek bardzo uczony” – był pisarzem i tłumaczem (przekładał m.in. Bergsona). Jego żona, Żydówka (z domu Landau), dzięki znajomym, którzy załatwili jej fałszywą arbeitskartę, nie musiała się ukrywać. „Była bardzo wykształconą osobą – zapamiętał Kołakowski – pomagała mi czytać trudniejsze teksty francuskie i niemieckie. Jej poprzedni mąż, który zginął w wypadku, nazywał się Gajewski. Mieli razem dwóch synów: Wacława, profesora Uniwersytetu Warszawskiego, biologa, i Stanisława, który został polskim ambasadorem w Paryżu, przyjaźniliśmy się długo”.

Na początku 1944 r. 16-letni Leszek zdaje małą maturę – egzamin kończący edukację w czteroletnim gimnazjum. Z literatury polskiej egzaminuje go Leon Rygier, młodopolski poeta, pierwszy mąż Zofii Nałkowskiej. „Pamiętam, że pisałem o Żeromskim, o Ludziach bezdomnych, i Rygier mnie pochwalił, że porównałem Judyma z Wrogiem ludu Ibsena”. Do pozostałych egzaminów Leszek podchodzi w Radomiu, gdzie jego ciotka, żona wuja Wiktora, była jedną z głównych osób organizujących tajne nauczanie. Formalnego świadectwa, oczywiście, nie dostaje, ale wyniki w aktach zapisano, zobaczy je pół wieku później.

Na dalszą naukę przyjaciel Jerzego Kołakowskiego, Marian Rapacki, prezes spółdzielni „Społem” (ojciec Adama – w PRL-u ministra spraw zagranicznych), ufundował Leszkowi niewielkie stypendium. Po przyjeździe do Garbatki mógł opłacać nauczycielkę, która – „zanim bomba ją zabiła” – miała z nim francuskie konwersacje. Dzięki stypendium Rapackiego przez kilka tygodni Leszek uczy się też gry na pianinie i pomimo „mizernych”, jak twierdził, wyników („Szczyt moich osiągnięć i kwalifikacji to bezbłędne wykonanie Gdybym ja była słoneczkiem na niebie”) – chwali sobie tę naukę, bo zrozumiał, „na czym to polega, że się gra”.

*

Garbatka, była wieś klasztoru benedyktynów sieciechowskich, pod koniec XIX w. zmieniła swój charakter w związku z budową pobliskiej linii kolejowej łączącej Zagłębie Dąbrowskie z Dęblinem. Jeden z pracowników kolei, Grek Antonis Jani, zwróciwszy uwagę na specyficzny mikroklimat panujący w okolicy, wybudował w Garbatce kilka domów letniskowych i zaczął reklamować miejscowość jako uzdrowisko. Plan Janiego nadzwyczajnie się powiódł – w latach międzywojennych Garbatka była już znanym i cenionym kurortem przyciągającym turystów, głównie z Radomia, Lublina i Warszawy. Chłopów żyjących z pracy na roli było tam coraz mniej, coraz więcej natomiast inteligencji. Stylowe drewniane wille, ogrody, ciche uliczki – swoim klimatem Garbatka przypominała Konstancin pod Warszawą albo Kazimierz Dolny nad Wisłą.

Ale w roku 1944 i następnym życie w tej sennej na pozór miejscowości nie było sielankowe, wprost przeciwnie. Przez stację kolejową Garbatka przechodziły niemieckie transporty wojskowe z zaopatrzeniem frontu wschodniego. Próbowali je niszczyć polscy partyzanci, a później żołnierze Armii Czerwonej, która dotarła na prawy brzeg Wisły i opanowała lotnisko w Dęblinie.

„Bombardowania były nieustanne i przeprowadzano je trochę na oślep, pociski padały wszędzie – wspominać będzie Kołakowski. – Siedzę w domu przy biurku, słychać samoloty, wybuchy, bomba spada gdzieś blisko, szyby w oknach rozbijają się na drobne kawałki, wyskakuję z pokoju, na podwórku leży poszarpany trup sąsiadki – takie sceny były czymś normalnym”.

Przyzwyczajony do wojennej normalnej nienormalności Leszek Kołakowski czyta Horacego, Wergiliusza, Cycerona, studiuje Stary i Nowy Testament. Doskonale już rozumie, że łacina – język Rzymu – stała się językiem świata, że, po grece, zwycięskiemu chrześcijaństwu posłużyła do zwiastowania Dobrej Nowiny. Dla Kołakowskiego łacina nie istnieje po to, by dostarczać wybranych przykładów dla nudnych gramatyk; jest językiem żywym.

Gdy spoglądamy na popiersie Seneki wykute w marmurze, czy możemy sobie wyobrazić, że jego usta mówiły po łacinie? – zapytywał Jan Marouzeau, niestrudzony krzewiciel łaciny z Collège Sevigne w Paryżu. – Czy możemy sobie wyobrazić, że ten człowiek tak żył, jak my żyjemy, że mógł śmiać się, jeść, przechadzać się, że rozmawiał o swoim szewcu i o swoich dolegliwościach żołądkowych w języku naszych podręczników?” Owszem, Kołakowski jak najbardziej mógł to sobie wyobrazić. Kilkadziesiąt lat po wojnie, w Lizbonie, rozmówi się z szewcem po portugalsku, tylko dlatego że język ten do dzisiaj przechowuje w sobie łacinę.

*

Pochłonięty żądzą lektur młody Leszek doświadcza też potrzeby pisania. Własną twórczość literacką, zrazu translatorską, wkrótce potem oryginalną, zaczyna bardzo wcześnie. Już jako 14-latek przetłumaczył Vivam Owidiusza (później tegoż autora Narodziny RzymuHymn gigantów) oraz Dies irae – słynną pieśń włączoną w XIV w. do liturgii Kościoła katolickiego, a przez wielu kompozytorów wykorzystywaną w mszach żałobnych (najsłynniejsza z nich to, oczywiście, Requiem d-moll Mozarta). W Garbatce, prócz łacińskich, przekładał utwory francuskie (L’Elevation Baudelaire’a czy Hymn do słońca Lamartine’a) i niemieckie (fragment części I Fausta Goethego). Własnymi wierszami pisanymi po łacinie, po polsku i po francusku wypełniał grube zeszyty, które – jak po latach powie z wyraźną ulgą – spłonęły w powstaniu warszawskim. Zachował się jednak napisany w 1944 r. wiersz Jutrznia się rodzi, którym po wojnie Kołakowski zadebiutuje w prasie. Oto pierwsze strofy tego utworu:

Jutrznia się rodzi, jutrznia wrze;
Pożar orkanem w mroku tryska;
Nad światem z wyciem burza prze,
Zarzewie ognia w noce ciska.

Hymnem zwycięstwa wicher dmie,
W krąg łuną jarzą się ogniska;
Już krwawa zorza błyszczy w mgle,
Jutrznia nam, jutrznia złota bliska!

Pozostający pod wyraźnym wpływem wielkich romantyków autor wieszczy rychłe nadejście czasu, w którym rozjaśni się „mrok krzywdy i zła”. W utworze 16-latka występuje interesująca gra skojarzeń, być może podświadoma. Zamiast o Mickiewiczowskiej „jutrzence swobody” mówi on o „jutrzni” – słowo to w polszczyźnie oznacza nie tylko „świtanie”, ale przede wszystkim „kościelne nabożeństwo”, szczególnie uroczyście odprawiane podczas Wielkiego Tygodnia w oczekiwaniu na zmartwychwstanie Pana.

O pisarskim talencie, pomysłowości i poczuciu humoru Kołakowskiego najwyraźniej świadczy wydawane przezeń czasopismo, a raczej almanach, nazwany „Kalejdoskopem”.

Każdy z jego 26 zachowanych zeszytów liczy kilkadziesiąt stron, które Leszek zapełnił własnymi tekstami. „Kalejdoskop” sam też ilustrował w sposób wskazujący na to, że lekcje rysunku, których udzielał mu w szkole Stefan Wagner, nie poszły na marne.

Dla przykładu, na okładce zeszytu nr 3 (z 15 września 1941 r.) całkiem udanie narysowany jest u góry lecący w powietrzu bocian, u dołu zaś kałamarz z umoczonym w atramencie gęsim piórem. Na okładce zeszytu nr 6 (z 6 października 1941 r.) widnieje z kolei powiewająca na maszcie żółta flaga z czerwoną szpadą (mieczem?), leżącym na niej czarnym młotem i białym piórem (znaczenia tej symboliki trudno się domyślić). Na okładce podwójnego, świątecznego zeszytu nr 17/18 (z 22 grudnia 1941 r.) pojawia się dla odmiany róg myśliwski oraz symetryczny wzór, jaki przybierają odbite w lusterkach różnokolorowe szkiełka umieszczone wewnątrz kalejdoskopu – zabawki.

Pismo ma stałe rubryki, w tym „Ogłoszenia”, „Humor”, „Rozrywki umysłowe”. Pełno jest w nim wierszy, opowiadań, jest także powieść w odcinkach zatytułowana Prawo do śmierci. Na tyle okładki każdego zeszytu, obok informacji z adresem redakcji i godzinami, w których przyjmuje interesantów (16–18), umieszczony jest spis treści. Oto niektóre tytuły artykułów – pamiętajmy, że pisał je chłopiec 14-letni! – Psychologiczne podłoże do powstawania pojęcia Boga, Neologizmy a łączenie wyrazów w języku polskim, Ułamki z etiologii i rozszczepień schizofrenicznych, Rola i znaczenie wychowawcze Kościoła katolickiego w świetle zjawisk historycznych, Lasy jako zagadnienie ekonomiczne, Sport i jego znaczenia, Nauka o Bogu, Geneza moralności, Określenia kolorów w Panu Tadeuszu, Społeczne znaczenie filantropii… Pojawiają się a też – a jakże – Krytyki wierszy z pierwszego półrocza Kalejdoskopu.

Prawdziwy róg obfitości, silva rerum, świadectwo dużej inwencji twórczej. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter