Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000  Rocznik 2001
- styczeń, nr 548
- luty, nr 549
- marzec, nr 550
- kwiecień, nr 551
- maj, nr 552
- czerwiec, nr 553
- lipiec, nr 554
- sierpień, nr 555

 Fundacja


Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Znak, nr 07/2001 (552)
WIDOK Z EUKALIPTUSA

Jacek Bocheński



   1. Gdyby kultura była tylko twórczością artystyczną, a demokracja tylko ustrojem politycznym, w którym wolni ludzie, niezależnie od pochodzenia i stopnia zamożności, mają równe prawa obywatelskie i sami obierają sobie władzę, pytanie, czy demokracja nie zniszczy kultury, nikomu nie przychodziłoby do głowy. Bo i dlaczego miałoby przychodzić? Demokracja, nazywana kiedyś w tłumaczeniu na polski ludowładztwem, zakłada swobodę wypowiedzi. Swoboda wypowiedzi sprzyja twórczości i bynajmniej nie przeszkadza ludowi w jego aktach władczych, raczej wprost przeciwnie: jeśli lud w ogóle jakoś realizuje takie akty, to właśnie pyskując sobie do woli. Tu więc nie ma sprzeczności interesów. Trudniej pogodzić smak estetyczny mas i artystów. Z tym jest kłopot. Jednak dobre dzieła sztuki powstawały zawsze i prawdopodobnie nigdy nie przestaną powstawać dla satysfakcji, jaką artystom sprawia w pierwszym rzędzie samo tworzenie. Aprobata publiczności wydaje się bardzo pożądana, lecz drugorzędna.
    Dlatego bez względu na gust mas i związaną z nim ewolucję gatunków artystycznych oraz technik przekazu, jakieś przyszłe arcydzieła, układy słów, dźwięków, barw, kształtów, jakieś przedstawienia rzeczy, zdarzeń lub abstrakcyjnych form, ruchów czy rytmów mogłyby współistnieć z demokracją barbarzyńców także w świecie zaludnionym przez globalny plebs konsumencki.
    Czesław Miłosz nazywa już dziś takie położenie sztuk, na przykład status poezji w cywilizacji współczesnej, życiem na wyspach. W Ameryce wyspami dla poetów są uniwersytety i wydawnictwa uniwersyteckie. W Polsce ocaloną przed zatopieniem wyspą, przede wszystkim muzyczną, ale i literacką, stał się Program II Polskiego Radia. Z rzadka wśród niezmierzonej topieli prześwitują inne wyspy i wysepki, nawet całe archipelagi rozmaitych okruszyn: a to jakieś podmywane falami teatry, a to idące powoli na dno stowarzyszenia twórcze, a to nędznie dotowane czasopisma, ostatkiem sił trzymające się na powierzchni wód, gdzieniegdzie dodatki kulturalne do gazet, uczepione rozpaczliwie swoich desek ratunku, tu i ówdzie jakaś biblioteka, kolejny tonący rozbitek, relikt z epoki czytelnictwa.
    Opodal rozciąga się jednak potężny ląd stały kultury masowej, czyli gigantycznej fabryki pokupnych towarów. Niesłusznie byłoby powiedzieć, że ten bardzo przebiegły i nieprawdopodobnie chciwy przemysł, który dostarcza sensacji i kiczu rozrywkowego milionom odbiorców, naśladuje tylko szablony, wcześniej oswojone i zużyte przez kulturę wysoką. Tak się z przyzwyczajenia myśli, jeśli się w ogóle myśli. I tak rzeczywiście bywa, ale bywa też inaczej.
    Coraz modniejsze obecnie widowiska telewizyjne w rodzaju "Big Brother" mogą być przykładem. Mówiąc nawiasem, nie wiem, czy tradycyjna nazwa show - widowisko - wciąż jeszcze najlepiej odzwierciedla charakter tych programów. Ściągnięty z Orwella i arogancko strywializowany tytuł jest, naturalnie, krzyczącym objawem epigonizmu. Z drugiej strony, nowatorstwem uderza mieszanka stref działania, sztuk lub gatunków, jeśli w ogóle można sztukami nazywać współzawodnictwo typu sportowego i grę o pieniądze. Ale przecież reality show nie wymyślili artyści, lecz specjaliści marketingu, i nie wykonują go artyści, lecz przeciętni ludzie, chcący, jak pewnie by powiedzieli, "zaistnieć", zrobić interes i striptiz, współzawodniczący z sobą gracze, bezkrwawi gladiatorzy, poniekąd ekshibicjoniści, pod każdym względem amatorzy. To widowisko jest ich turniejem, tragedią, melodramatem. I są tam kciuki opuszczane w dół na znak zagłady. I są podnoszone w górę na znak łaski. Coś z cyrku rzymskiego, zabawy ludowej i jarmarku.
    A w ogóle sztuka jarmarczna lub może wręcz kultura jarmarczna, która zawsze istniała, istnieje także w naszych czasach. Zwiększył się tylko ogromnie jej zasięg. Obecnie kulturą jarmarczną jest globalna kultura masowa.
   
    2. Co robiono dawniej na jarmarku? Handel i festyn. Przedstawienia. Grano muzykę. Były tańce, obrazy, konkursy. Stał namydlony słup z kiełbasą na wierzchołku. Można było wspiąć się boso po słupie i w nagrodę za dotarcie do czubka posiąść kiełbasę.
    Było na jarmarku to, co dziś w telewizji. Wystawa atrakcyjnych przedmiotów. Ciągłe zapraszanie do kupna i ciągła rozrywka. I ciągła możliwość zdobycia nagród. Wystarczyło strzelić celnie do tarczy albo malowanemu diabłu w łeb. Wystarczyło kupić szczęśliwy los. Tak jest nadal. Dziś wystarczy zadzwonić na audiotele. Bądźcie państwo z nami! Stay with us!
    W przeszłości sztuka dwojako współżyła z jarmarkiem. Oddawała mu swoje odpadki, znoszoną starzyznę, a z kolei sama stroiła się w jego folklor. Na jarmarku sprzedawano landszafty, romanse i senniki. Ale odbywał się też niejako recycling surowców. Chyba nie było ani jednego prymitywnego przedmiotu, ani jednej prymitywnej sztuczki, żadnej rzeczy jarmarcznej, która by w pewnej chwili, odpowiednio przerobiona, nie zasiliła sztuki wysokiej.
    Mogę sobie zatem wyobrazić takie samo współżycie kultur w przyszłości. Mimo globalnego ludowładztwa konsumentów-przeciętniaków, mimo opanowania świata przez kulturę masową, oryginalni artyści trwaliby w swoich rezerwatach, jak nadrzewne kudłacze koala wśród eukaliptusów. A nawet lepiej niż nadrzewne kudłacze koala, ponieważ one żywią się wyłącznie eukaliptusami, natomiast artyści, przetrawiając klasyków, takich jak Ajschylos, syn Euforiona, Jan Sebastian Bach i Salvadore Dali, potrafiliby dodatkowo przejmować pewne elementy z kultury masowej i przerabiać je na wysokogatunkowy surowiec dla swych szlachetnych sztuk pięknych.
    To wszystko podszepnął mi znajomy mentor ponowoczesny.
    - Postawmy sprawę jasno - mówił. - W demokracji nie masz misji, inteligencie. Do robienia kasy na reality show ciebie w telewizji nie potrzebują. Ale nie martw się, stary. Znajdź sobie jakiś szałas na wyspie i możesz siedzieć w rezerwacie, czytać starożytnych Greków. Nikt ci nie broni tworzyć z ich pomocą. Już twoja w tym głowa, mądralo, co ściągnąć z reality i jak to upchnąć między Grekami. Dlaczego literatura miałaby raz na zawsze poprzestać na odwoływaniu się do niektórych tylko emocji człowieka, a inne wykluczyć? Dlaczego ty miałbyś liczyć się tylko z częścią uczuć, postaw czy motywacji czytelników, jak ciekawość, lęk, smutek, pożądanie, wesołość, odraza, gniew, a z niewiadomych powodów za nieważne uznać takie, jak ambicja, chęć popisu, narcyzm, interesowność, zaborczość, wola wygranej, ryzyka, hazardu, czyli to wszystko, co dostrzegł u ludzi producent reality, ale po to tylko, by zbijać na tym pieniądze. Proszę bardzo, wymyśl, jak uszczknąć z telewizyjnego jarmarku trochę demokratycznej masowości, ludowego współtwórstwa, współzawodnictwa, cyrku i loterii, jak to uszlachetnić i przenieść do poważnej sztuki, na przykład literatury. Nie idzie o to, żeby opisać zjawiska, o których mówię, lecz żeby ich użyć. Zasada rozgrywki między konkurentami ukształtowała pewne formy poetyckie już u twoich starożytnych Greków. Teokryt, twórca sielanek w III wieku przed naszą erą, nadawał im niekiedy formę pojedynku na zwrotki, staczanego przez dwu autorów. Nie był to rzeczywisty mecz poetów, ale Teokryt stwarzał napięcie sportowe między rywalizującymi zwrotkami, choć wszystkie sam pisał. Siedząc w szałasie na wyspie, jak koala na eukaliptusie, masz dość czasu, żeby zastanowić się nad rozwinięciem tych pomysłów w erze globalizacji. Grunt wciągnąć do gry publiczność. Życzę powodzenia - zakończył mentor ponowoczesny.
   
    3. Gdyby więc kultura była tylko twórczością artystyczną, nie dałaby się zniszczyć demokracji, mimo że w wyborach powszechnych dobry gust przegrywałby na pewno ze złym gustem. Jednak twórczość mało by sobie z tego robiła, bo umie żyć osobnym życiem w skromnych rezerwatach, a ponadto, dzięki swym alchemicznym zdolnościom, odkrywałaby jakieś sposoby eksploatowania kultury masowej, zmieniania elementów pospolitych w wyborowe, czyli przerabiania piasku na złoto, lichoty na klejnoty.
    Ale kultura jest nie tylko twórczością artystyczną, a ja nie będę precyzował, czym jeszcze, bo w niezliczonych definicjach kultury zagubiłbym się natychmiast jak igła w stogu siana.
    Również demokracja jest nie tylko ustrojem politycznym, organizującym raz po raz wybory, lecz także ustrojem społecznym. Jest równoprawnym usytuowaniem jednostek w zbiorowości, a jednocześnie mechanizmem niezawodnie dzielącym zbiorowość na grupy i tworzącym hierarchie. Jest pewnym stylem życia, pewnym systemem wartości, ocen, podniet i tak dalej. Otóż na tym znów poprzestanę, bo tyle właśnie wydaje się najważniejsze w związku z kulturą.
    Dobrze, najważniejsze, ale co konkretnie? Żeby to coś ująć jednym słowem, powiem: prestiż.
    Może jeszcze inaczej. Kiedy jarmark był ośrodkiem kultury, w pewnej odległości od jarmarku stał pałac. Ludzie bawili się na jarmarku, siłowali na ręce, oglądali bohomazy, słuchali bajd, ale zazdrościli pałacowi, o którym wiedzieli tylko tyle, że tam są jakieś inne zabawy, inne obrazy, inne gry i zawody, inne bajdy, a wszystko lepsze. I bardzo chcieli tam być. Żeby znaleźć się w pałacu, gotowi byli podjąć każdy wysiłek, mimo że zdawali sobie sprawę z nieopisanych trudności takiego awansu.
    Rezydentem pałacu, pojętego jako przedmiot zazdrości, marzeń i szacunku, nie musiał być koniecznie arystokrata ani nawet opływający w dostatki bourgeois, lecz ktokolwiek, kim na pewno warto byłoby się stać. Dlatego i sam pałac nie musiał być ściśle pałacem. W pewnych okolicznościach mógł być plebanią albo mieszkaniem doktora. Potwierdziło się to w uderzający sposób pod rządami komunistycznymi, gdy ziemiaństwo i burżuazja znikły z życia społecznego. Jednak badania opinii publicznej w Polsce wykazywały wtedy, że największym autorytetem nie cieszą się potężni sekretarze partii ani kierownicy obleganych sklepów mięsnych, lecz niezamożni profesorowie uniwersytetu.
    Coś tu trzeba dodatkowo zaznaczyć. Ludzie z jarmarku zawsze zazdroszczą pałacowi, ale zazdrość może ich pchnąć do dwóch różnych sposobów postępowania. Albo dystans między sobą a pałacem próbują nadrobić wykształceniem i charakterem, co im się niekiedy udaje z naddatkiem, albo szturmują, grabią i puszczają z dymem pałac, co jednak wymaga szczególnych warunków i czyjejś płomiennej zachęty.
    Aby demokracja, która z natury nie lubi elit, nie zniszczyła kultury, w zasięgu ludzkiego wzroku musi istnieć wzór człowieka kulturalnego i musi panować opinia, że właśnie takim człowiekiem z jakichś przyczyn warto być. Oczywiście, samo to nie jest jeszcze kulturą, ale jest jej warunkiem.
   
    4. W latach mojego dzieciństwa znane było coś, co uchodziło za język człowieka kulturalnego. Aby zwrócić uwagę na ogólne prawo zachowania (przetrwania) kultury, chcę skoncentrować się przez chwilę na przykładzie języka.
    Otóż język był w tamtych czasach znakiem rozpoznawczym statusu publicznego osoby i oczywistą wartością. Posługiwanie się odpowiednim językiem przynosiło satysfakcję, prestiż i korzyści życiowe, umożliwiało wstęp do pożądanych towarzystw, stanowiło warunek powodzenia i kariery.
    Jakie były cechy tego dawnego języka? Przede wszystkim staranność o sam język. Szacunek dla zaleceń słownikowych, gramatycznych, stylistycznych, dykcyjnych. Używaniu języka towarzyszyła elementarna świadomość filologiczna, nabyta przez naukę i ćwiczenie. Mówiący miał wiedzę o języku lub może językach, między innymi klasycznych, których uczono jeszcze w szkołach.
    Język człowieka kulturalnego naśladował wzory literackie. Do praktyki językowej, jaką zastałem w dzieciństwie, dotrwały ostatnie ślady struktur i stylów łacińskich, na przykład rozbudowanych okresów. Dotrwało naturalne bogactwo form gramatycznych, chociażby większa różnorodność czasów, z dość żywo jeszcze funkcjonującym czasem zaprzeszłym, ze zróżnicowanymi czasami trybu przypuszczającego czy też podobnie zróżnicowanym imiesłowem.
    Język człowieka kulturalnego musiał się składać ze zdań porządnie zbudowanych i wyrażeń poprawnych pod względem logicznym, gramatycznym, estetycznym i obyczajowym.
    Człowiek kulturalny mówił wyraźnie, dobrze artykułując głoski. Starał się podkreślać sens akcentami stawianymi w miejscach istotnych dla logiki wywodu, nie zaś lekceważącymi lub zacierającymi sens umyślnie. Przestrzegał obowiązkowych pauz między zdaniami i członami zdań. Jeśli wolno posłużyć się upraszczającą analogią, robił to wszędzie tam, gdzie umieściłby przecinek, a zwłaszcza kropkę, gdyby pisał.
    Znaczenie miało tempo mówienia, nad którym należało panować. Człowiek kulturalny powinien był mówić niezbyt pośpiesznie, co było demonstracją godności i zarazem uprzejmości dla słuchaczy. Polak, człowiek kulturalny, chciał mówić dobrze po polsku. Nie używał więc wyrażeń będących naleciałościami z obcych języków. Odrzucał przenoszone mechanicznie do polszczyzny kalki znaczeniowe, frazeologiczne i składniowe, w tamtych czasach szczególnie germanizmy i rusycyzmy. Nie posługiwał się bez koniecznej potrzeby słowami obcego pochodzenia chyba nie tylko z patriotyzmu, raczej dlatego, że byłoby to pretensjonalnością w złym guście. Z tych samych powodów człowiek kulturalny powinien był unikać w mowie obcego akcentu lub obcej intonacji, choć zdarzały się też inne pozy i snobizmy, często wyśmiewane przez literaturę i teatr. Tak było, aczkolwiek czuję, że trochę przeidealizowałem opis przeszłości.
    W naszym obecnym życiu nie jest rzeczą jasną, czy warto być człowiekiem kulturalnym, czy trzeba stosować się do norm, czy w ogóle istnieją zachowania stosowne i niestosowne, a jeśli istnieją, to które są które. Jeśli nawet to wiemy i pozostajemy ludźmi kulturalnymi, wcale nie zapewniamy sobie przez to wysokiej pozycji społecznej, uznania ani tym bardziej korzyści materialnych. Statystycznie, w odczuciu większości, w prezentacji medialnej i kulturze masowej żaden przedstawiciel elit, nie tylko dawny arystokrata, lecz na przykład sędzia trybunału albo profesor historii starożytnej, nie jest już otoczony respektem, podziwem i zazdrością, jak przed kilkudziesięciu laty. Takim ludziom nie przypisuje się godności, skoro nie osiągają tak zwanego "godnego" zysku, nie budzą wokół siebie lęku, nie są "skuteczni". Wszystko to z większym powodzeniem osiąga bandyta.
    Nie ma więc dziś po co wzorować się na języku człowieka kulturalnego. Lepiej naśladować język bandyty. Tak się też w praktyce dzieje, co łatwo zauważyć, słuchając mowy potocznej przechodniów na ulicy, gwiazd kultury pop czy prezenterów tak zwanego gatunku talk w niektórych mediach komercyjnych, słuchając robotników, kierowców samochodowych, podlotków i dzieci.
   
    5. Przez więcej niż dwieście ostatnich lat, żeby nie sięgać dalej, żyliśmy wśród licznych rewolucji, od francuskiej po seksualną. Rewolucje przeplatały się z reakcjami, choć o reakcji przywykliśmy raczej mówić w liczbie pojedynczej, niekiedy z restauracjami, choć i tę pamiętamy głównie jako jednorazowy fakt historyczny. Ale trudno nie uznać, że w wyniku wszystkich tych zmagań świat jest dziś o wiele bardziej demokratyczny niż dwieście lat temu, w czymkolwiek by się wyrażała jego demokratyczność i jakkolwiek niejednolicie byłaby rozłożona po świecie.
    Ze strachu przed nadmiarem możliwych definicji również tym razem nie określę, co znaczy demokracja. Powiem tak: Dla zaspokojenia roszczeń ludzi rozmaicie upośledzonych, niebogatych, niewykształconych, niezdolnych, niedorosłych, a może też nieobyczajnych i nieprzyzwoitych doszło nie tylko w Polsce, lecz na obszarze całego rozwiniętego świata do zrównania wszystkich ze wszystkimi w ich prawach, także kulturalnych, następnie zaś do podważenia praw i autorytetu prawodawców. Dziś każdemu wszystko wolno. No, powiedzmy, niemal wszystko. W życiu społecznym i w kulturze.
    Gdyby ktoś wymagał skonkretyzowania tej myśli, proponuję, żeby wspomniane przeze mnie prawa kulturalne zastąpił prawami językowymi, prawodawców zamienił na lingwistów kodyfikujących normy języka, a całą kulturę na język, i żeby wszystko, co się w tych sprawach dzieje współcześnie, porównał z moim wspomnieniem o dawnym języku człowieka kulturalnego.
    Sądzę jednak, że nie sama demokracja i bunt mas, o jakim pisał Ortega y Gasset, lecz mechanizm tworzenia elit w demokracji decyduje o podnoszeniu się lub zniżaniu społecznego poziomu kultury i tu znów mój wywód szczególnie dotyczy Polski. Mianowicie u nas, ilekroć mowa o zniszczeniach i stratach powstających w toku transformacji, przyjęto wtrącać, że są one niezbędnymi kosztami wolności.
    Powiedziałbym inaczej: są na całym świecie w mniejszym stopniu, choć też, kosztami wolności, bardziej kosztami dopasowywania społeczeństw do potrzeb i wygody kapitalistycznego biznesu. Im więcej osób coś kupuje, im szybciej i częściej to robi, tym większy zysk firm. Idealnie byłoby więc przystosować do takiego kupna w miarę możności wszelkie struktury społeczne, ludzi oraz ich mentalność. Wzór pałacu powinien ustąpić wzorowi supermarketu, wzór inteligenta wzorowi konsumenta, wzór intelektualisty wzorowi zapalonego nabywcy dóbr luksusowych.
    Z tego właśnie powodu zaraz po upadku rządów komunistycznych i wprowadzeniu, co najważniejsze, gospodarki rynkowej, mniej zaś demokracji z jej swobodą słowa i prawami człowieka, następowała wszędzie w krajach Europy Środkowej i Wschodniej gorączkowa kampania przeciw rzekomo niepotrzebnej inteligencji. Taki był, oczywiście, podstawowy schemat, który w praktyce ulegał, jak zwykle, komplikacji. W Polsce na przykład dołączały się ostre animozje ideologiczne, chęć usunięcia potencjalnych konkurentów politycznych, związana z tym chęć zatarcia historycznej roli intelektualistów-dysydentów, a ponadto selekcja inteligencji ze względu na czyjeś dobre lub złe notowanie przez Kościół.
    W zasadzie kultura wysoka, uprawianie, dajmy na to, filozofii, nie przeszkadza biznesowi, ale interesuje go tylko wtedy, gdy pozwala zarobić. Jest rzeczą prawie niemożliwą zarobić na dziele filozoficznym, choć w wyjątkowych okolicznościach, gdy autor z jakiegokolwiek ubocznego powodu stanie się głośny, promocja jego książek, mimo że kosztuje, może się opłacać. Nie tyle wydawca promuje wtedy autora, ile prestiżowy autor, w istocie za trudny dla masowego czytelnika, promuje wydawcę. Leszek Kołakowski, ksiądz Józef Tischner, Umberto Eco ciągle istnieją w księgarniach, każdy z trochę innych powodów, ale nie sposób przewidzieć, kiedy prestiż Manueli z programu "Big Brother" okaże się wśród publiczności o tyle większy od prestiżu filozofów, że zabiegać warto będzie już tylko o wywiady z Manuelą.
    Czy postępującemu wypieraniu z kultury tego, co lepsze, przez to, co gorsze, można zapobiec? Można, jeśli zapobiegnie się selekcji negatywnej elit społecznych i publicznych wzorów osobowych. Pierwszym krokiem mogłoby być zaniechanie. Ktoś, kto po raz stutysięczny zamierza obwieścić o śmierci inteligencji i końcu jej misji, mógłby tego nie zrobić. Zamiast tego mógłby zbadać szkodę społeczną, jaką takie obwieszczenia wyrządzają.
    Mógłby, ale niech się nie łudzi. Niech wie, z czym by zadarł, skoro im większa i głębsza jest owa szkoda społeczna, tym większe, szybsze i łatwiejsze zyski wpływają na liczne konta w Polsce i na świecie.
   
    6. Mam dwóch znajomych. Drugim, obok wyrafinowanego mentora ponowoczesnego, jest mój ironista osiedlowy. Na przywitanie zawsze pyta, co słychać w wyższych sferach. Jego jowialne, często powtarzane słowa: "widzę, widzę, że pan się pnie", zapadły mi w pamięć. Co ma na myśli? Chyba nie to, że pnę się po eukaliptusie, jak nadrzewny kudłacz koala. I czym są jego wyższe sfery, u diabła? W dodatku raz wyraził się trochę inaczej: - Co słychać w sferach władzy? - Nie wiem - powiedziałem - bo skąd mam wiedzieć? Dlaczego jednak ten człowiek tak pyta? Długo nie mogłem go zrozumieć, aż naraz mnie olśniło. Ależ oczywiście: ma na myśli telewizję! Za wyższe sfery uważa tych, których widzi na ekranie telewizora. Bo we współczesnej demokracji to jest elita. I tym się tłumaczy wymienność terminów (władze mogą być zamiast wyższych sfer) albo współobecność (mogą być wśród wyższych sfer). Mianowicie władze, politycy, ministrowie, posłowie, choć występują w telewizji często i licznie, to przecież nie w roli figur górujących, lecz przeważnie traktowanych z góry, w roli głupków nie mogących nadążyć z odpowiedziami na zadawane pytania lub kłótników usiłujących się nawzajem przekrzyczeć. Ktoś, kto przygodnie ciska w nich jajami, stoi wyżej w hierarchii. Dlaczego? Dlatego że o hierarchii decyduje telewidz. To trzeba zrozumieć. Miotacz jaj bardziej podoba się ludowi niż minister. Co więcej, zapewnia telewizji wyższą oglądalność. Niepostrzeżenie "wypromowały" go te jaja i już on w jakiejś cząstce promuje telewizję. Dlatego rentowny miotacz jaj będzie chętniej pokazywany niż deficytowy minister. Różnica jest "wymierna". Jednak obaj znaleźli się w telewizorze, obaj grają razem w tym samym widowisku, obaj należą do wyższych sfer, są po drugiej, bajkowej stronie ekranu, nie tej tutaj, przed telewizorem, powszedniej, dostępnej każdemu.
    Tę i tamtą stronę ekranu dzieli przepaść. Jest to najnowsza nierówność klasowa, która zapewne będzie traciła na ostrości w miarę rozwoju technik elektronicznych. Lud ponaglany promocjami (żyjemy w kulturze promocji, słyszałem) jakoś tam się obkupi i jego awangardy młodzieżowe, uzbrojone w odpowiedni sprzęt, wtargną pierwsze do przestrzeni intermedialnej. Nie wydaje mi się to kwestią bardzo odległej przyszłości. Tymczasem jednak lud inaczej odbija sobie na wyższych sferach swoje upośledzenie: to on, tworząc oglądalność, sam według własnego uznania wyznacza porządek hierarchiczny wewnątrz wyższych sfer.
    No i ja też gdzieś w nich jestem, na dole drabiny, ale jestem, nie mogę zaprzeczyć. Ironista wie, co mówi: zdarzało mi się przemykać przez ekran w najniżej chyba cenionym charakterze tak zwanej gadającej głowy. Te głowy zresztą już raczej wymarły. A może ironista wcale nie ironizuje, lecz jest moim - jak mam powiedzieć? - fanem, który mnie zagrzewa do wspięcia się na wyższy szczebel? Proszę sobie porównać gadającą głowę i głowę drapaną palcem. Tu głowa, i tu głowa, a jaka różnica oglądalności! Nie mówiąc już o tym, że na przykład drapanie się po gołym brzuchu, zamiast po głowie, zdecydowanie podnosi wartość obrazu. O kilka szczebli. Ale z tym bym nie przesadzał. Gdy mój osiedlowy ironista-fan w towarzystwie rodziny z rakietami tenisowymi zmierza do samochodu i po drodze mija się ze mną ciągnącym ręczny wózek do pobliskiego sklepu spożywczego, zauważa przede wszystkim niezrozumiałą dysproporcję między moim realnym trybem życia i błyśnięciem po drugiej, bajkowej stronie ekranu, które też przecież widział. - Powinien pan jeździć do ciepłych krajów - mówi i ta jego rada może wcale nie jest ironią, jak zrazu myślałem, lecz życzliwym dopingiem dla mnie.
    Fan rozumuje logicznie: skoro udaje mi się błysnąć wśród wyższych sfer, to już mniejsza o to, czy gadającą głową czy drapaniem się po brzuchu, czy Teokrytem, czy na przykład jakimiś majtkami, co oczywiście byłoby super. Grunt, że błysnąłem. Jestem publicznym wzorem człowieka, nie tak wiarygodnym jak Manuela, ale zawsze. Tylko nie mogę się opuszczać, mam się piąć, żyjemy w kulturze promocji, nie mogę żyć byle jak, mam się promować. Powinienem w najbliższym czasie wyjechać do ciepłych krajów, przekonuje fan.
    - No rzeczywiście - mówię - chyba będę musiał. Od jutra zaczynam się rozglądać za jakimś ciepłym krajem, odpowiednim do wyjazdu. Może za ciepłą wyspą?
   
   
Postscriptum dezertera

    Czy nie jesteśmy obecnie świadkami procesu dezercji elit? - takie pytanie zadał "Znak", mając jednak wyraźnie na myśli elity w znaczeniu tradycyjnym, nie zaś przyjętym tu przeze mnie, czyli nie elity z telewizora, lecz intelektualne i twórcze. Poczuwanie się do obowiązku stawania pod bronią nie było nigdy powszechne, także wśród elit, ale jakaś zapalona mniejszość porywała się w pewnym momencie z motyką na słońce. Jest jeden warunek: taka grupa musi być przeświadczona, że działa z mandatu milczącej większości, nim zostanie przez nią zdezawuowana, co niechybnie nastąpi po akcji, ale nie może akcji poprzedzać. Dlatego jest jeszcze za wcześnie na waleczny zryw szaleńców, do którego dojdzie, jak sądzę, prędzej czy później, skoro żaden porządek historyczny nie trwa wiecznie, choć każdy zamierza trwać do końca świata.

JACEK BOCHEŃSKI, ur. 1926, pisarz. Wydał m. in: Pożegnanie z panną Syngilu, albo Słoń a sprawa polska (1960), Boski Juliusz (1961), Nazo poeta (1969), Stan po zapaści (1987).

   1998-2000 Verbanet s.c.