70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Birma: zdyscyplinowana demokracja

Planowane na 8 listopada pierwsze od 25 lat wybory powszechne w Birmie mają być namacalnym dowodem reform politycznych: wychodzenia kraju z wojskowej dyktatury i zmierzania ku demokracji. Jest wręcz przeciwnie. Bez względu na wynik wybory usankcjonują władzę armii przebranej teraz w cywilne stroje.

Junta birmańska nie wierzy łzom. Od czasu przejęcia władzy w państwie w 1962 r. armia krwawo tłumiła wszelkie próby zmian. W 1988 r. rozstrzelała ok. 2 tys. studentów biorących udział w masowych demonstracjach[1], a w 2007 r. – kilkuset mnichów[2]. Dodatkowo pokonała liczne partyzantki mniejszości etnicznych, walczące od pół wieku o autonomię. Armia doprowadziła kraj do ruiny ekonomicznej i stosując od dekad masowe represje, upodliła społeczeństwo birmańskie. Nakazała mu „życie w ciszy”[3] i akceptację reguł gry, w której żołnierze są „równiejsi”. Stanowią miejscowy odpowiednik „nowej klasy”[4], uprzywilejowanej nomenklatury, w warunkach birmańskich różniącej się od swoich jugosłowiańskich, radzieckich czy polskich wzorców tylko jednym. Tym, że tworzą ją wojskowi.

Najwięcej problemów politycznych armia miała z jedną kobietą: Aung San Suu Kyi, córką przedwcześnie zmarłego założyciela państwa – i armii jednocześnie! – Aung Sana. Suu Kyi, żona oksfordzkiego profesora i gospodyni domowa, w 1988 r. przypadkowo wróciła do kraju i wkrótce stanęła na czele opozycji. Sprzeciwiła się zawłaszczeniu dziedzictwa ojca przez jego kolegów z wojska i zamarzyła o władzy. Uzyskała ogromną, przechodzącą wręcz w uwielbienie popularność społeczną. Nie zaszkodziło – wręcz pomogło – zamknięcie jej w areszcie domowym przez generałów. Suu Kyi porwała serca Birmańczyków. Była dla nich prawowitą następczynią tronu. Pokazali to w wyborach powszechnych w 1990 r., wygranych przez partię Suu Kyi, Narodową Ligę na rzecz Demokracji (NLD), lecz nieuznanych przez reżim.

Pokochał ją również Zachód. Suu Kyi niesprawiedliwie cierpiąca za swoje ideały (areszt domowy), z dramatyczną historią rodzinną (junta nie pozwoliła jej pożegnać się z umierającym mężem) była jedną z ostatnich wielkich romantycznych postaci polityki, pasowała do historii o walce dobra ze złem. Także w Polsce zyskała wielu bezkrytycznych zwolenników, gdyż jej postawa doskonale wpisywała się w ideały „wolności naszej i waszej”. Suu Kyi łącząca w swojej retoryce buddyzm, prawa człowieka i pokojowe metody walki (nonviolence) przemówiła intelektualnie do społeczeństw zachodnich[5]. Stąd nagrody (z pokojowym Noblem na czele) i ikoniczny status na Zachodzie. Suu Kyi świetnie wpisała się w atmosferę „końca historii”.

Birma a Zachód

Dwa czynniki – poparcie społeczne i wsparcie zagranicy – pozwoliły pozostać jej w grze. Reżim mógł ją przetrzymywać 15 lat – z przerwami – w areszcie domowym, szykanować, a raz nawet próbować zabić, lecz nie był w stanie jej zmarginalizować. Suu Kyi przez dwie dekady bezkompromisowo domagała się należnej jej z powodu wyborczego zwycięstwa władzy. Miała w tym pełne poparcie Zachodu, zgodnie z duchem „prawa Marvina Otta”: „im mniej narodowych interesów mają Stany Zjednoczone w danym państwie, tym bardziej prawa człowieka liczą się w amerykańskiej polityce wobec tego państwa”[6]. Birma była peryferyjnym obszarem dla Zachodu, tym łatwiej można było prowadzić wobec niej moralistyczną politykę. Odpowiadając na apele Suu Kyi, nałożono więc na Birmę ekonomiczne sankcje. Nie dotknęły one generałów handlujących bezkarnie z Chinami, Tajlandią i Singapurem, ale biednego społeczeństwa. „Rząd się sam wyżywił”, ludzie już niekoniecznie.

Ale nadszedł moment, kiedy interesy Zachodu się zmieniły. Od czasu „amerykańskiego zwrotu ku Azji” w 2011 r. Birma znów zaczęła być ważna. Jako ziemia pełna surowców (ropa, gaz, pół tablicy Mendelejewa w glebach), intratny rynek (50 mln konsumentów wychodzących z siermiężności), przede wszystkim jednak – ważne ogniwo w polityce powstrzymywania wzrostu Chin, zagrażającego amerykańskiej hegemonii. Mówiąc brutalnym językiem Realpolitik: generałowie birmańscy stali się Amerykanom potrzebni. I administracja Obamy się z nimi przeprosiła.

Armia birmańska od 30 lat chciała się porozumieć z Zachodem („To, czego chcemy, to zamienić się z izolowanego lewicowego reżimu w proamerykański prawicowy reżim” – mówił jeden z wojskowych w 1987 r.[7]), dopiero teraz jednak nastały ku temu sprzyjające możliwości. Dlatego właśnie birmańscy wojskowi przeprowadzili kontrolowane reformy. Od 2011 r. zmienili mundury na garnitury lub służbowe męskie spódnice longyi, wypuścili więźniów politycznych, podpisali zawieszenia ognia z partyzantami i otwarli na oścież gospodarkę, powodując ogromny napływ kapitału. Zachód zniósł sankcje, pośpieszył z pożyczkami, grantami i kredytami oraz pogratulował wojskowym nawrócenia na jedyną słuszną drogę demokracji. „Zmieliliśmy Birmę bez jednego wystrzału!” – podsumował Barack Obama[8].

Miał rację tylko do pewnego stopnia. Do tej pory to właśnie ekonomia jest sferą, w której reformy najgłębiej zmieniły Birmę. W Rangunie rosną wieżowce, powstają kolejne centra handlowe i sklepy, a w całym kraju intensywnie budowane są drogi i autostrady. Ulice birmańskich miast nabrały koloru, wychodząc z dotychczasowej przeciętności. Pojawiły się bankomaty, smartfony, a najpowolniejszy na świecie Internet zamienił się w ten powszechnie dostępny. Społeczeństwo złapało oddech po latach dyktatury. Zapanowała większa swoboda. Ludzie stali się radośniejsi, mniej zgnębieni, pełni niespotykanej tu wcześniej energii. Rzucili  się w pogoń za nieustannie rozwijającą się resztą Azji Południowo-Wschodniej. Rząd pozwolił im wreszcie zarabiać pieniądze, wyrwać się z biedy i próbować dorównać sąsiadom w konsumpcji. Birmańczycy znów mogą pić pepsi, która ongiś na skutek bojkotów zniknęła ze sklepowych półek, by teraz triumfalnie powrócić do Birmy. „Dobrze być z powrotem” – głosiła reklama tego napoju.

Wielka Birma

Politycznie jednak niewiele się zmieniło – najwięcej znów zyskała armia. Wojskowi stali się politykami, biznesmenami, urzędnikami. Pozakładali firmy, stowarzyszenia, spółki i banki. Uwłaszczyli się i stali pełnoprawnymi obywatelami globalnego świata, z wszystkimi jego możliwościami. A ponieważ w „kapitalizmie kolesi”, który zdołali stworzyć przez ostatnie 20 lat, pozostali jedynymi osobami z kapitałem, jako armijna „nowa klasa” przekształcili się w nową oligarchię.

I nauczyli się reguł świata. Zmiana generacyjna w wojsku birmańskim zrobiła swoje – od kiedy w 2010 r. rozpoczęto mało widoczny na zewnątrz proces stopniowego zastępowania na ważniejszych stanowiskach administracyjnych dowódców polowych, weteranów walk na pograniczu, wykształconymi w akademiach wojskowych i obytymi w świecie armijnymi technokratami. Widać wyraźną różnicę – szczególnie w dekoracjach, czyli marketingu politycznym.

Birmańscy postgenerałowie jeszcze kilka lat temu strzelający do bezbronnych ludzi i mnichów na ulicach dziś są szanowanymi biznesmenami i poważnymi przywódcami. Zdołali zrzucić z siebie odium „okrutnego reżimu”, stając się „reformatorami”, co należy uznać za jeden z najbardziej spektakularnych sukcesów PR-owskich ostatnich lat.

Jego namacalnym dowodem jest przyjęcie przez państwa Zachodu reżimowej nazwy kraju Mjanma, którą przez lata te same rządy „z przyczyn demokratycznych” odrzucały (Mjanma oznacza w birmańskich warunkach Wielką Birmę, miejscowy odpowiednik Wszechpolski).

Realnej władzy wszakże generałowie nie oddali. W wizji reżimu armia w Birmie ma stać „ponad polityką”, być arbitrem ustalającym reguły gry. Dlatego reformy są przeprowadzane przez armię konsekwentnie „z góry w dół”, przy zachowaniu kontroli nad tym procesem, tak by otwarcie służyło głównie interesom armii. Generałowie idą, kierując się swoją „mapą drogową, do demokracji”[9]. Gdy pytałem Aung San Suu Kyi, co politycznie opozycja może uznać za sukces w porównaniu z 1988 r., odparła: „Zmusiliśmy generałów do przyjęcia demokracji jako celu”[10]. To prawda, lecz połowiczna. W najlepszym duchu „przymiotnika niwelującego” reżim birmański wybrał własną, unikatową interpretację tego ustroju: głosi „demokrację zdyscyplinowaną”[11].

Zapominając o wyborach z 1990 r. wojskowi napisali w 2008 r. konstytucję dającą armii pełnię władzy (szczególnie frapujący jest rozdz. 11 i zawarte w nim art. 410–422 pozwalające wojsku właściwie w każdej chwili przeprowadzić legalnie zamach stanu)[12]. Na jej podstawie w 2010 r. odbyły się wybory powszechne, zbojkotowane przez opozycję. To wojsko liczyło głosy, zwyciężyła więc proreżimowa przybudówka – Union Solidarity and Development Party (USDP; Partia Związku Solidarności i Rozwoju) złożona z byłych generałów, którym nakazano przejść do cywila.

Suu Kyi w grze

Suu Kyi nie chciała w tym uczestniczyć. konsekwentnie domagała się uznania wyborów z 1990 r. Jednak w zmienionych okolicznościach geopolitycznych stała się pierwszą ofiarą „amerykańskiego zwrotu ku Azji”. „Od 2010 r. Suu Kyi była pod ogromną nieoficjalną presją Zachodu, by iść na kompromis – mówiła mi w listopadzie 2014 r. jedna z najbliższych osób Suu Kyi – w poufny sposób naciskano ją, nalegano i oskarżano o blokowanie zmian”. Sama opozycjonistka  przyznała na zamkniętym spotkaniu swojej partii, iż „zdała sobie sprawę, że Stany Zjednoczone wybierają stabilność ponad demokrację”, według niej: „USA wolałyby, by to USDP [partia rządząca, przybudówka wojskowych – M.L.] pozostała u władzy przynajmniej do 2020 r.”[13].

Suu Kyi stanęła więc przed wyborem: pozostać przy swoim i dać się zmarginalizować, obserwując, jak Zachód porozumiewa się z generałami za jej plecami, lub włączyć się do nowej gry na niekorzystnych warunkach. Wybrała to drugie.

Partia Suu Kyi Narodowa Liga na rzecz Demokracji (NLD) wystartowała w wyborach uzupełniających  (10% miejsc w parlamencie) 1 kwietnia 2012 r. i zwyciężyła, zdobywając 43 z 45 mandatów. Suu Kyi została posłanką i próbowała zmienić konstytucję, zabraniającą jej startu w wyborach prezydenckich. By to osiągnąć, szła na mniejsze i większe kompromisy polityczno-moralne z rządzącym reżimem. Milczała w trakcie brutalnej ofensywy przeciwko partyzantce chrześcijańskich Kaczinów, przyjmowała datki od oligarchów reżimu, publicznie deklarowała sympatię do armii („lubię armię, nic na to nie poradzę”[14]) oraz udała się do Chin, by spotkać się z całym kierownictwem Komunistycznej Partii Chin. Przede wszystkim zaś w sporze chłopów wyzutych z ziemi z chińskim inwestorem powiązanym z rządem, wzięła stronę tych ostatnich, powodując wściekłość i rozczarowanie społeczne. Na Zachodzie najsłynniejszym przykładem jej nowego podejścia było (i jest) milczenie w sprawie prześladowanych muzułmanów Rohingya – tu jednak głosy oburzenia spadają na Suu Kyi niesprawiedliwie[15]. Zważywszy na społeczną nienawiść Birmańczyków do Rohingya, gdyby Suu Kyi ujęła się za tymi muzułmanami, równie dobrze mogłaby zakończyć karierę polityczną.

Tymczasem walczy dalej. Mimo niezmienienia przez generałów konstytucji i braku nadziei na prezydenturę Suu Kyi pozostaje w grze i nie zamierza się poddawać. Uznaje wszystkie swoje ustępstwa na rzecz generałów „za stosunkowo trywialne sprawy, które będzie można rozwiązać, już będąc u władzy”[16]. Wbrew nie tak jeszcze starym głosom krytyki wieszczącej jej koniec politycznego znaczenia i ideologiczne „utknięcie w czasie” – dla Suu Kyi jako symbolu demokracji i „końca historii” miało według nich nie być miejsca we współczesnej Birmie[17] – pokazała, że potrafi przystosować się do nowych realiów: jest po prostu bardziej pragmatyczna, tak jak współczesny świat. Tak jakby przyjęła argumentację osób głoszących wzrost znaczenia Azji na świecie i uświadomiła sobie idące za tym polityczne konsekwencje. Tego wymaga obecna sytuacja, „mądrość etapu”. Jej jedyną drogą do władzy – choć mocno niepewną, łączoną z ogromnym ryzykiem i dającą mniej niż więcej szans na zwycięstwo – są wybory.

Dlatego niepomna niepowodzeń w porozumieniu się z generałami,  Suu Kyi zadeklarowała start w wyborach powszechnych 8 listopada 2015. Stawką jest współrządzenie według reguł armijnych: zgodnie z konstytucją partie walczą o 75% miejsc w parlamencie (25% miejsc jest zagwarantowanych dla wojska, mającego mniejszość blokującą zmianę konstytucji)[18].

NLD ma duże szanse na większość parlamentarną i współrządzenie krajem. Chociaż Suu Kyi nie może zostać prezydentem, to ma doświadczenie w zakulisowym sterowaniu figurantami: przez dwie dekady nie była formalnie przewodniczącą NLD, ale i tak podejmowała wszystkie decyzje. Choć głosi demokrację, to partią rządziła autokratycznie, nie pozwalając na wyrośnięcie jakiejkolwiek innej charyzmatycznej figury[19]. Łatwo przewidzieć, że teraz – w przypadku zwycięstwa – będzie podobnie rządzić krajem.

Listopadowe wybory otwierają przed Suu Kyi realną szansę na władzę – pierwszą od 1988 r. Jeśli w nich zwycięży, wszyscy zapomną o jej ustępstwach i koncesjach – cel uświęci środki, w polityce liczą się zwycięzcy, wszak „sukces jest najlepszym mówcą”. Dla niej byłoby to uwieńczenie długiej drogi, wspaniałe podsumowanie pełnej poświęceń kariery i świetny dowód na to, że – jak twierdzą niektórzy – „w polityce zwyciężają ci, którzy umieją czekać”. Poza tym, patrząc na to zagadnienie w sposób praktyczny, Suu Kyi mogłaby wreszcie sprawdzić swoje umiejętności we (współ)rządzeniu państwem.

Będzie jednak zmuszona do kompromisów z generałami, wciąż kontrolującymi proces polityczny i mogącymi ją w każdej chwili obalić (jak to ujął jeden z generałów w 1990 r.: „nawet jeśli będziecie mieli rząd, to i tak was obalimy”)[20]. W birmańskiej grze politycznej armia pozostaje jednocześnie graczem i arbitrem. Dlatego  Suu Kyi, nawet w przypadku przekonującego zwycięstwa, będzie musiała się liczyć z wojskowymi i tym, że maksimum tego, co może uzyskać, to współrządzenie krajem. Ma tego świadomość: tak ułożyła listy wyborcze NLD, by nie znalazł się tam nikt nienawistny reżimowi. Pominęła więc bohaterów studenckiej rewolucji z 1988 r. i wszystkich mogących wywołać  strach generałów o zmianę korzystnego status quo.

Lecz Suu Kyi może też wybory przegrać. NLD nie ma zwycięstwa w kieszeni, poparcie dla partii topnieje, co może doprowadzić do niemożności zdobycia większości w parlamencie, szczególnie w obliczu dobrych notowań reżimowej USDP oraz faktu, że to reżim liczy głosy. Rząd raczej nie pozwoli sobie na masowe fałszerstwa, jednakże w razie niewielkiej różnicy głosów nie są one wykluczone. Tym bardziej że reżimowej USDP – przy 25% wojskowych z klucza w parlamencie – nie potrzeba wiele do zdobycia większości. To NLD musi uzyskać zdecydowaną większość. Każdy inny wynik będzie porażką partii Suu Kyi. Wtedy pozostanie jej długie czekanie do następnych wyborów, a tymczasem czas płynie nieubłaganie i politycznie sprzyja w Birmie establishmentowi armijnemu.

Cztery scenariusze

We wszystkich czterech scenariuszach powyborczych liczy się armia. W pierwszym, najmniej prawdopodobnym, po prostu przekłada wybory na późniejszy termin. Pojawiły się takie głosy, a w reżimowej partii w połowie sierpnia odbyła się „walka buldogów” – stronnictwo prezydenta (i byłego generała) Thein Seina usunęło jego głównego konkurenta wewnętrznego Shwe Manna (też byłego generała) z funkcji szefa partii. Wydaje się, że Thein Sein sprawnie przeprowadził czystkę, jednak jeśli nastąpi kontratak ludzi Shwe Manna, być może reżim wybory przełoży.

W drugim wariancie NLD zwycięża, lecz nie zdobywa większości. Dzieje się tak na skutek topniejącego poparcia i delikatnej „podtasowki” wyborczej junty (20–30% głosów). Scena polityczna pozostaje rozdrobniona, a armia rozgrywa sprzeczności między pokłóconymi partiami, odgrywając rolę arbitra. Byłby to scenariusz wymarzony dla armii (i dla mocarstw rywalizujących w Birmie, bo wojsko gwarantuje stabilność i przewidywalność). Oznaczałby również polityczny zmierzch Aung San Suu Kyi.

W trzecim scenariuszu NLD zwycięża zdecydowanie (lub – w wariancie mieszanym – tworzy koalicję z partiami mniejszości etnicznych) i formuje rząd. Na jego czele staje marionetka sterowana przez Suu Kyi, a ona sama ma wreszcie szansę na rządzenie krajem i zmienianie Birmy. Jest jednak ograniczona konstytucją (której nie może poprawić bez zgody armii) oraz wynikającymi z ustawy zasadniczej zapisami – m.in. trzema ministerstwami przydzielanymi z klucza dla wojskowych. Nie może również zbytnio naruszyć przywilejów wojska, gdyż ma świadomość, że armia może w każdej chwili dokonać zamachu stanu. Scenariusz ten, w sumie, należy uznać za najbardziej optymistyczny. Jest on też, obok poprzedniego, najbardziej prawdopodobny.

W czwartym scenariuszu NLD zwycięża zdecydowanie, zbyt zdecydowanie. Armia nie zamierza ryzykować. Dokonuje zamachu stanu i albo – jak w Tajlandii – funkcjonuje mimo krytyki międzynarodowej, albo zamyka kraj i cofa reformy. Byłoby to rozwiązanie najgorsze dla Birmy. Na szczęście, choć nie da się go wykluczyć, jest mało prawdopodobne.

Jak widać, cokolwiek się zdarzy, armia będzie rządzić bądź współrządzić Birmą, a jej uprzywilejowana pozycja pozostaje niezagrożona. Dzieje się tak z przyczyn głębszych, strukturalnych, opisanych w świetnym – a dziś niestety zapomnianym – studium reżimów wojskowych Trzeciego Świata z 1962 r., autorstwa brytyjskiego politologa z Oxfordu Samuela Fienera, którego wnioski wciąż zachowują aktualność przy opisie birmańskiej rzeczywistości społeczno-politycznej: „Są jeszcze te liczne przypadki, gdzie wojsko jest tak potężne, a siły cywilne tak nierozwinięte i wątłe, że bez względu na to, co się stanie, wojsko zdominuje politykę. Nie chodzi jednak o to, żebyśmy się z aprobatą podpisywali pod tym zdaniem. Po prostu konstatujemy fakt (…) Naszą reakcją na to mogą być tylko słowa Dantego [z V Księgi Boskiej komedii – przyp. M.L.]: »wyznam jak człowiek, co mówi, lecz płacze «”[21].


[1] Chodzi o zainicjowane przez studentów demonstracje w Birmie, trwające z przerwami od marca do września 1988 r. Armia dwukrotnie w krwawy sposób pacyfikowała protesty (8 sierpnia i 18 września), zabijając kilka tysięcy osób (szacunki nie są zgodne).

[2] Mowa o tzw. szafranowej rewolucji, masowych protestach mnichów z września 2007 r. Zostały one stłumione, zginęło kilkaset osób; i w tym przypadku szacunki nie są zgodne.

[3] Termin za: Ch. Fink, Living Silence in Burma. Surviving Under Military Regime, Chiang Mai 2009.

[4] Parafrazuję tutaj, rzecz jasna, termin Milovana Đilasa.

[5] Dobrze pokazuje to jej najgłośniejszy tekst, esej Freedom from Fear and other Writings, Londyn 1996,  s. 180–185.

[6] Cyt. za: D. Steinberg, Burma. The State of Myanmar, Waszyngton D.C., 2000, s. 302.

[7] Cyt. za: Thant Myint-U, The River of Lost Footsteps. A Personal History of Burma, Nowy Jork 2008, s. 328.

[8] Remarks by the President at the United States Military Academy Commencement Ceremony, The White House, 28 maja 2014, https://www.whitehouse.gov/the-press-office/2014/05/28/remarks-president-united-statesmilitary-academy-commencement-ceremony (dostęp: 14 sierpnia 2015).

[9] Założenia „mapy drogowej do demokracji”: Prime Minister General Khin Nyunt clarifies future policies and programmes of State, Online Burma Library, 30 sierpnia 2003, http://www.ibiblio.org/obl/docs/Roadmap-KN. htm (dostęp: 31 lipca 2015).

[10] Wywiad z Aung San Suu Kyi, Naypyitaw, 5 lutego 2015 r.

[11] Jest to termin oficjalny, w konstytucji system polityczny Birmy nazwano „zdyscyplinowaną, kwitnącą, autentyczną, wielopartyjną demokracją” (sic!), Constitution of the Union of Myanmar 2008, Online Burma Library, http://www.burmalibrary.org/docs5/Myanmar_Constitution-2008-en.pdf (dostęp: 1 sierpnia 2015)

[12] Zgodnie z nimi prezydent Związku Mjanmy (Birmy) „w odpowiednim momencie” zagrażającym „dezintegracji Związku, narodowej solidarności i suwerenności” oraz „życiu, schronieniu i własności publicznej oraz porządkowi i spokojowi publicznemu” może ogłosić stan wyjątkowy i wprowadzić „porządek wojskowy”, zawieszając wszystkie prawa obywatelskie i przekazując pełnię uprawnień ustawodawczych, wykonawczych i sądowniczych na ręce naczelnika sił zbrojnych kraju, tamże.

[13] W.Y. Hpone, The Lady’s Predicament, The Irrawaddy, 31 marca 2015, http://www.irrawaddy.org/contributor/ the-ladys-predicament.html (dostęp: 13 sierpnia 2015).

[14] J. Owen, Why Suu Kyi Still Loves Burma’s Army, „ The Independent ” 27 stycznia 2013,  http://www.independent.co.uk/news/world/asia/why-suu-kyi-still-loves-burmas-army-8468363.html (dostęp: 10 sierpnia 2015).

[15] Polski przykład krytycznego wobec Suu Kyi dyskursu prawnoczłowieczego: A. Kłosińska,  P. Pacewicz, Milczenie Aung San Suu Kyi, „Krytyka Polityczna”, 13 września 2013, http://www. krytykapolityczna.pl/artykuly/swiat/20130913/ klosinska-pacewicz-milczenie-aung-sangsuu-kyi (dostęp: 14 sierpnia 2015).

[16] W.Y. Hpone, The Lady’s Predicament, dz. cyt.

[17] Przykład takich głosów: „Przebywając w areszcie domowym, pozostała w kokonie (…). Nawet jej zwolennicy w Rangunie mówią, że jej myślenie jest przeterminowane, utknęła w czasie czystych ideałów i zasad, gdy masy były gotowe na ideologiczne powstania i zmianę. Wartości tak ongiś u niej podziwiane zdają się przeszkodą.  Jej pewność siebie wydaje się sztywniactwem,  jej samokontrola – brakiem politycznej elastyczności. »Przepaść. Pokoleniowa przepaść. Technologiczna przepaść. A nawet ideologiczna przepaść« mówi znany birmański pisarz, opisując nowe otoczenie, do którego Suu Kyi musi się przystosować: »a ideologiczna przepaść jest dla niej największym wyzwaniem«”, E. Rubin, Aung San Suu Kyi: The Beauty and the Beast, „Vague Magazine” 1 marca 2011, http://www.vogue. com/865358/aung-san-suu-kyi-beauty-and-thebeast/ (dostęp: 15 sierpnia 2015).

[18] Constitution of the Union of Myanmar 2008, dz. cyt.

[19] Jej sposób rządzenia partią dobrze oddaje  to przemówienie: „Nasi członkowie muszą być ekstralojalni. Jeśli jesteśmy nielojalni  w trudnym czasie, stajemy się wiarołomni. Zgodnie z naszymi zasadami demokratycznymi, każdy ma prawo do swoich przekonań, niezależnego myślenia i wolności słowa. Ale jeśli ktoś działa w sposób nielojalny, nadużywając tych praw, jest renegatem, zdrajcą. W czasie gdy potrzeba wielkiej lojalności, nie będzie wyjątków dla nielojalności”, Daw Aung San Suu Kyi’s Speech on 27-5-1999, Online Burma Library, http://www. burmalibrary.org/reg.burma/archives/199906/ msg00285.html (dostęp: 6 lipca 2015).

[20] The Waiting Game, „Asiaweek”, 10 lutego 1989, http://netipr.org/8888/the-waiting-game-byasiaweek (dostęp: 31 maja 2015).

[21] S.E. Fiener, Man on the Horseback. The Role of the Military in Politics, Boulder 1988 (3rd edition), s. 222.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter