FORUM: Jakie były Pani pierwsze spotkania z dziećmi i młodzieżą w Izraelu,
kiedy pierwszy raz zaproszono Panią żeby opowiadać o swoich przeżyciach? Jak oni reagowali,
czego chcieli, jaki był klimat tego spotkania?
HALINA BIRENBAUM: Moje pierwsze spotkanie było zupełnie przypadkowe. W tym czasie
nie mówiono w Izraelu na temat Holokaustu. Panowała opinia, że myśmy byli tchórzami, żeśmy
się nie bronili, że te opowieści mogą zniszczyć ducha walki u naszej młodzieży. Nie
poruszano więc tego tematu. Ale kiedyś, przypadkowo, nauczycielka mojego syna w trzecim
oddziale szkoły powszechnej dowiedziała się, że ja przeżyłam Holokaust. I zaprosiła mnie.
Powiedziała, że będzie tylko jedna klasa, ten trzeci oddział.
Ja jeszcze wtedy nie znałam dobrze hebrajskiego i jeszcze nigdy przed szerszą
publicznością nie opowiadałam swoich wspomnień. Owszem opowiadałam znajomym kim byłam, kim
byli moi rodzice, co przeżyłam... ale nie publicznie. A ona mnie zaprosiła i powiedziała,
że mi pomoże, żebym się nie bała. Myślałam, że to ona będzie mówić, a ja na przykład dodam
jakieś słowo, potem ona będzie komentować... itd. Tymczasem ona zebrała trzy klasy -
trzecią, czwartą i piątą. Małe dzieci, które się tłoczyły, bo nie było miejsca i głośno
krzyczały, nie miały pojęcia o co chodzi. Ja sama widząc ich takich rozbawionych,
rozkrzyczanych, poczułam, że cała moja opowieść gdzieś się w tym gubi. To był przecież inny
świat, nawet inne światło - promienne, pełne słońca i błękitu. A tam była szarość i
ponurość nieba. Właściwie o czym ja mam opowiadać, co tam wtedy było? Nagle wszystko
zniknęło mi sprzed oczu i czułam tylko lęk. Oni nie dawali mi dojść do słowa i krzyczeli.
Nauczycielka mówiła, że jestem bohaterką i im więcej mnie chwaliła, tym oni więcej
hałasowali. Myślałam, że w ogóle nie dojdę do słowa, aż w końcu pomyślałam sobie - nikt mi
nie pomoże. Zebrałam się w sobie i... połknęłam ten lęk, później dostałam bólu brzucha. I
powiedziałam sobie: w takiej klasie, w jakiej oni teraz siedzą, leżeli wygnańcy. Chorzy,
spuchnięci z głodu, żywi i martwi - wszyscy razem. I to była kiedyś szkoła, a dzisiaj oni
siedzą w klasie i uczą się i bawią, a tamci to była wykończalnia, to była śmierć, jeszcze
przed wysiedleniem. I nagle poczułam ogrom tej grozy, tego pragnienia życia i tej
niemożności życia wobec tego roześmiania i tej wesołości. I pomyślałam sobie, że tamto było
takie ogromne, dlaczego mam się ich bać? Kim oni są teraz? I zaczęłam mówić do tych,
którzy siedzieli w pierwszych rzędach. I powiedziałam im - ja nie jestem żadną bohaterką,
byłam takim samym dzieckiem jak wy teraz, a nawet może jeszcze młodszym od was, kiedy to
się zaczęło i chciałabym wam tylko opowiedzieć w jaki sposób udało mi się jednak przeżyć. I
nagle coś musiało być we mnie, jakaś wzniosłość, jakieś poruszenie, coś głębokiego - bo te
dzieci coś zauważyły w mojej twarzy, w moich oczach. I ten pierwszy rząd ucichł, a inne
dzieci nie wiedziały, dlaczego i też ucichły... I nagle zaczęłam opowiadać im tak jak bym
stała przed jednym człowiekiem... A oni mnie tak słuchali... Nieraz nie znałam słów
hebrajskich i oni mi te słowa podsuwali, oni po prostu byli tam ze mną. Kiedy zadzwonił
dzwonek na pauzę nikt nie chciał wstać. Nikt nie chciał wyjść.
Pierwszy raz w życiu opowiadałam moje wspomnienia dzieciom. To one mnie nauczyły
opowiadać. Ich sposób słuchania, ich płonący wzrok i te pałające policzki, to bycie ze mną
razem, otworzyły mnie. Opowiadałam to tak, jak chyba nigdy w życiu. Nazajutrz zawołali mnie
bym mówiła dla całej szkoły i wszyscy mnie wysłuchali. Potem powiedzieli, że mogłyby tego
słuchać nawet dzieci z pierwszej klasy szkoły powszechnej, bo opowiedziałam to w tak ludzki
sposób. Ale były też nauczycielki, które miały do mnie pretensje : "Jak Ty to opowiadasz,
w taki sposób!? Te dzieci nie będą mogły spać w nocy, będą przerażone, wpadną w kompleksy!".
I poczułam, że przecież byłam tak bardzo z nimi, że one tak weszły w moją opowieść - i to
było wspaniałe. Z drugiej strony czułam się zawstydzona i upokorzona, że właściwie
wyrządzam im krzywdę, że to wstyd że opowiadam, że spowoduję powstanie kompleksów u dzieci -
nie mogłam sobie z tym dać rady.
A były te kompleksy? Jak one reagowały?
Żadnych kompleksów. Po latach spotkałam te dzieci, kiedy były już dorosłymi ludźmi, w
wojsku.. Kiedyś, spotkani na lotnisku, mówili mi "Halina, Tyś nam wtedy opowiadała, nigdy
tego nie zapomnieliśmy." I nagle to się stało takie ludzkie, zniknął wstyd, i nagle ich
pytania "Dlaczego nie broniliście się? Dlaczego czegoś nie zrobiliście?" przestały być do
mnie kierowane. W gazetach ciągle pisali, że nasza młodzież nie chce o tym słuchać i nie
trzeba jej tego opowiadać, a tymczasem oni nie dawali mi wyjść z klasy, tylko "Mów jeszcze
i jeszcze..." I tak jest do dziś. Przed paroma dniami była w Oświęcimiu grupa
sześćdziesięciu maturzystów. Opowiadałam im przez trzy godziny. Im dłużej opowiadałam tym
większe było skupienie, tym większe zainteresowanie, tym głębiej wchodzili ze mną w to
wszystko. I nieraz mówili mi, że czasami wydawało się im, że w Oświęcimiu zabity został
człowiek, a po moim opowiadaniu zrozumieli, iż człowieka nigdy nie można zabić.
A czy nie budziła się w nich nienawiść do Niemców? Do oprawców?
Nie, pytali mnie, czy ja nie czuję nienawiści, chęci zemsty? Powiedziałam im, że nie.
Mówili do mnie (i Polacy i Niemcy): "Jak to jest , że Ty mówisz o takich trudnych sprawach,
o takich cierpieniach, i masz taki dobrotliwy uśmiech i tyle dobroci w sobie ? Czy nie
czujesz chęci zemsty, jakiejś nienawiści?". Ja mówię "Nie, nie czuję nienawiści. Czuję ból,
że tak było. Czuję tęsknotę do tych, których mi odebrali, ale nie mogłabym patrzeć na
nikogo bezbronnego, kto miałby cierpieć cokolwiek co byłoby podobne do tego, co ja
wycierpiałam". Bo zawsze utożsamiam się z tą stroną, która cierpi.
Przyjeżdża Pani z młodzieżą izraelską do Polski. Do Oświęcimia, do Muzeum i do innych
miejsc... Jak oni reagują? Bo oni nieraz przyjeżdżają tacy spięci, nieraz tak dosyć dziwnie
nastawieni... Co się potem dzieje? Co z tego dalej wynika? Czy mają ochotę poznawać dalej?
Czy mają ochotę szukać jakiś kontaktów?
Przede wszystkim - oni w ogóle nie chciali wiedzieć o tym, co wtedy było. To, że
nareszcie tutaj przyjeżdżają, jest już ogromnym postępem. To, że chcą zobaczyć,
poznać... A dalsze kontakty rozwijają się jakby mimo woli. Bo jest pilot polski, jest kierowca polski i uczy jakiejś piosenki, potem zaśpiewa jakąś hebrajską piosenkę. Mimowoli nawiązują się
stosunki. Grupę, z którą tu ostatnio byłam obsługiwał tak miły i serdeczny kierowca! Po
drodze przeczytał moją książkę. Ja przeczytałam inną hebrajską i zdążyłam mu ją opowiedzieć.
W drodze tłumaczę z hebrajskiego na polski i z polskiego na hebrajski, wyjaśniam to czego
nie wiedzą. Oni bardzo dużo wiedzą o antysemityzmie, ale bardzo mało o pomocy jakiej Polacy
udzielali Żydom. Pod koniec naszego pobytu nasz przewodnik, młody Żyd z Maroka, bardzo
dobrze wykształcony i zainteresowany, ale nie znający tego z własnych przeżyć,
powiedział: "Powiedz temu panu, temu kierowcy, że żegnamy go jako wspaniałego,
cierpliwego kierowcę.
Dziękujemy mu za cierpliwość, za wysłuchanie nas, i za to że jest takim wspaniałym
człowiekiem". To było po tym, kiedy ich uczą, że są pod ochroną, i że każdego z nas mogą w
każdej chwili napaść, lada chwila zabić, i że jak coś się stanie to wychodzimy tędy i
uciekamy tamtędy, a tu są numery telefonów itd.
A tymczasem stoimy w Zakopanem, przechodzą piękne polskie dziewczyny (a nasi chłopcy są
też bardzo ładni), podchodzi do nas jedna, a potem jeszcze jedna: "No, sfotografujemy się
razem"... Spływaliśmy Dunajcem. Był tam taki góral, który zaczął żartować z jedną
dziewczyną, śmiali się,
a ja im tłumaczyłam i było fajnie... Ale oni nie o wszystkim wiedzą.
Szczególnie ta ostatnia grupa. Były takie chwile, kiedy mówili, że Oświęcim jest jak muzeum,
że to na nich nie robi wrażenia, że to im nic nie mówi.. A im się mówi, że to takie
straszne, takie straszne, ale oni nic takiego nie widzą. To było zanim opowiedziałam im
moją historię. A potem ksiądz Piotr z Centrum Dialogu zaprosił nas wszystkich na bezpłatny
obiad. I po tych opowiadaniach, że Polacy są tacy i tacy i tacy trafiają na katoliocki dom,
gdzie wisi krzyż i taki wspaniały obiad, i takie serdeczne przyjęcie... A ksiądz
powiedział, że kto dzieli jedzenie dzieli o wiele więcej niż tylko jedzenie. I że to co dla
Haliny, czyli dla mnie, było najważniejsze i czego nauczyłam się będąc tutaj więźniem,
niech dzisiaj będzie najważniejsze i dla nich, jako nasze wspólne spotkanie. I to było
takie piękne, że oni tego nie zapomną. I nie zapomnieli.
Ale Oświęcim jest dla nich za bardzo muzealny. Tylko te baraki i te włosy... To jest jak
muzeum. A ja pytam "Czego Wy byście chcieli? Tu były te same baraki, tylko że w tych
drutach kolczastych był prąd elekryczny i paliły się lampy i były te wieżyczki, z których
wyzierały karabiny maszynowe. I była ta groza. I była świadomość, że przez tę bramę już
się więcej na zewnątrz nie wychodzi. I palił się ogień z komina i unosił się zapach
palonego ludzkiego mięsa. Tego też chcecie? Przecież tego nie można Wam pokazać! Musicie
to zrozumieć, musicie to sobie wyobrazić. A poza tym - do kogo macie pretensje? Zaraz po
wojnie nikt się tym nie interesował. Przychodzili ludzie - ktoś potrzebował cegły, ktoś
deski, przychodził tutaj i ją sobie brał. Aż przyszli pierwsi polscy więźniowie, tacy jak
Kowalczyk, Barański czy Albin z Warszawy i oni zaczęli zbierać te wszystkie pamiątki.
Zaczęli się domagać od państwa żeby tego pilnować, żeby to chronić. Oni zorganizowali tę
bibliotekę. Tego się od nich dowiedziałam, czytałam też o tym książki. A wyście przez
pięćdziesiąt lat nawet nie przychodzili odwiedzić tego miejsca. To jakie Wy macie pretensje,
do kogo?".
Później byliśmy w Majdanku. Wchodzimy do komory gazowej i ja im opowiadam, jak tam
przyjechałam, jak tam byłam przez całą noc i jak zabrakło im gazu. To już ich rozniosło
zupełnie, bo ja im to wszystko bardzo dokładnie opowiadałam. Wtedy przychodzi
wicedyrektorka Muzeum, Anna Wiśniewska., całuje mnie, obejmuje. A później przychodzą
jeszcze dwie nauczycielki i kilka uczennic z liceum w Lublinie, gdzie wystąpiłam w zeszłym
roku. Przychodzą, całują się ze mną, fotografują mnie. Nasza młodzież izraelska wie, że
jest ochrona, że trzeba się bać Polaków - a tu nagle widzi, że przychodzi delegacja ze
szkoły, przynosi mi piękne kwiaty, robimy sobie zdjęcia. Widzi, że to jest coś zupełnie
innego. Potem wchodzą do baraku na Majdanku i widzą moje zdjęcie kiedy miałam osiemnaście
lat i słyszą mój nagrany głos i mówią: "Halina, to przecież Ty tam mówisz!". Więc nie
jestem takim wrogiem, więc mnie utrwalili na taśmie... opowiadam jak wchodzę do łaźni i
nagle moja mama nie wchodzi ze mną, zostaję bez matki... Zapalamy świeczki koło tego
krematorium i stoimy wszyscy w białych bluzkach. Stoimy wszyscy razem, śpiewamy po
hebrajsku, śpiewamy hymn hebrajski i wszyscy się całujemy.
Potem jedziemy do Warszawy. Na cmentarzu żydowskim jest grób ojca Henryka Grynberga.
Opowiadanie o Henryku Grynbergu, film, który był dwa razy pokazywany w Polsce, teraz
niedawno znów, w Izraelu kilkakrotnie... Film o tym jak zabili jego ojca. Czytałam książkę
Grynberga wiele lat temu, bodajże w 1967 roku, kiedy się ukazała w "Czytelniku" i miała
tytuł "Wojna żydowska".
To, co najbardziej pamiętam to opowiadanie o matce, która wsiada z
dzieckiem do tramwaju i jedzie tym tramwajem, jedzie, jedzie - bo nie ma dokąd wysiąść.
Nadchodzi godzina policyjna i tramwaj ma iść do remizy. Ostatni pasażer zabiera ją z tym
dzieckiem do domu i przechowuje u siebie. Umożliwia wyjazd na wieś, gdzie się uratowała
jako nauczycielka, przeszła przez różne trudności i przeżyła. Dlaczego pokazują tylko tego
zamordowanego ojca, a nie opowiadają też o tym tramwaju?. Ja to opowiedziałam. Na szczęście
zapamiętałam. A oni to przyjęli. To była grupa, która chciała to przyjąć.
Jeszcze jedno. Byłam poprzednim razem z grupą bardzo religijną. To były wyłącznie
dziewczęta, ponieważ w tej tradycji chłopcy i dziewczęta przebywają w odrębnych grupach.
One chodziły w takich długich spódnicach, w spodniach nie wolno im chodzić, więc ja też
nie chciałam się wyróżniać i nosiłam spódnicę. Ich przewodnik był nastawiony na
opowiadanie o złych Polakach. I te siedemnastoletnie dziewczynki słuchają jak on mówi, że
dzieci, które uczyły się razem w tej samej szkole, bawiły się razem, były koleżankami, te
dzieci później, gdy przyszła wojna już ich nie znają, wydają Niemcom, nie chcą
im pomóc. Ja w pierwszej chwili nic nie mówiłam (on bardzo nie chciał żebym
cokolwiek mówiła). Ale
wstaje dziewczyna i mówi: "Ja w to nie wierzę. Myślę, że gdybym była zaprzyjaźniona z taką
polską dziewczynką, to ona by mnie nie wydała". Okazuje się, że nie wszystko można wkręcić
komuś w mózg,. Wielu można, a innym nie. Później był problem: wątpliwość w istnienie Boga,
albo wielki żal: jak On mógł pozwolić na coś takiego? Ten przewodnik, bardzo
religijny (był również inspektorem szkół religijnych)
stwierdził, że taka wątpliwość może zaistnieć,
że mają prawo do takiej dyskusji. Ale im niczego nie wytłumaczył. A ja im wytłumaczyłam.
Ja jestem inna. Ja raczej wierzę w ludzi niż w to, w co oni wierzą.
Powiedziałam tak: "Jeśli wy wierzycie, to Holokaust nie może wam tej wiary
zachwiać, przede wszystkim dlatego,
że Niemcy chcieli zabić ducha, a jeśli by to osiągnęli to byłoby to ich zwycięstwo. Jeśli
macie tę wiarę to jest to wasz skarb, ona jest w waszych sercach, nikt jej nie może
podważyć, bo ona jest w was. I cierpienia, i choroby, i przypadki, i wypadki - to wszystko
istnieje. Jeśli o to wszystko obwiniać Boga, to nie można wierzyć. A jeśli macie tę wiarę,
to ją macie w sobie. Nie dlatego, że wam za to dadzą nagrodę albo was ukarzą, ale dlatego,
że po prostu wierzycie i macie o co się oprzeć. Coś was wypełnia. Jakaś głębia".
Powiedziałam im jeszcze, że się bardzo oddaliłam od wszelkich tradycji i religii, bo miałam
dziesięć lat, kiedy wybuchła wojna, a trzynaście lat, kiedy byłam w Oświęcimiu. Od
trzynastego do pietnastego roku życia oddychałam zapachem palonych ludzi. Widziałam tych
ludzi żywych, widziałam jak się palił ten ogień, sortowałam ich odzież po zdjęciu, kiedy
była jeszcze ciepła, i wtedy sobie myślałam - "Gdzie Coś jeszcze jest prócz tego
całego zła,
i w co moi rodzice wierzyli?". Tym ich bardzo ujęłam.
Z tą właśnie religijną grupą byliśmy w Leżajsku. Tam jest grób pewnego cadyka, Eli
Melecha, który różnił się swoją wiarą od innych. Chodziło o Żydów biednych, których wtedy
właściwie nie dopuszczano do bóżnicy ponieważ nie mieli warunków, aby się uczyć Tory. A
jeśli nie znali Tory to nie byli godni, aby stanąć obok niej i modlić się...
A rabbi Eli
Melech oświadczył, że wystarczy po prostu kochać życie, radować się życiem. Cieszyć się i
śpiewać na chwałę życiu. I to wystarczy aby wejść do bóżnicy i modlić się.
W Leżajsku jest jego grób, obmurowany, właściwie domek...
U Żydów nazywa się to namiot.
Dziewczyny razem ze mną weszły do środka. Miały gitary, okrążyły tę macewę, trzymały
się za ręce i śpiewały, tańczyły wokół grobu, mnie wzięły między siebie. A ja zaczęłam
płakać. Teraz, kiedy o tym mówię, też płaczę. Tańczyłam z nimi i dusiłam łzy. Później, w
autobusie, jedna z nich podchodzi do mnie (bardzo mnie polubiły) i mówi: "Halina, dlaczego
Ty płakałaś kiedy myśmy tańczyły?", a ja na to: "Wiesz co, ja bym Ci to chciała powiedzieć,
ale nie tylko Tobie, ale wszystkim". Kiedy przewodnik zechciał wreszcie dać mi do ręki
mikrofon (on się bał, że powiem coś nie po jego myśli) powiedziałam: "Słuchajcie, moi
dziadkowie i moi rodzice też byli tacy jak wy, religijni, i wierzyli w te wszystkie rzeczy
i zachowywali wszystkie tradycje. A ja od tego odeszłam. I ja miałam wrażenie, że ja już
wszystko wiem i wszystkiego się nauczyłam przed Oświęcimiem, a zwłaszcza w Oświęcimiu - i
potem. I teraz, kiedy wyście tak tańczyły, to poczułam, że ja się od czegoś oddaliłam, że
wy macie coś, czego ja już nie mam. I to mnie strasznie bolało i dlatego płakałam". I to
prawda. Bo ja już tego nie mam. A to jest jakiś znak. To jednak należało do moich dziadków,
do moich rodziców, ale ja już tam nie jestem. We mnie już jest Oświęcim i wtedy tamte
pociągi odebrały mi to, co one mają dzisiaj.
Później byliśmy w Treblince i w końcu pojechaliśmy też do Starachowic. Ze Starachowic
pochodziła rodzina jednej dziewczyny. Poszliśmy do domu gdzie mieszkali. A tam taka bieda...
Wchodzimy do jakiegoś mieszkania, właśnie tam gdzie mieszkała kiedyś rodzina tej
dziewczynki. Weszłam pierwsza bo mówię po polsku.. Wyszła taka zupełnie bezzębna staruszka
i ja ją objęłam, serdecznie powiedziałam, że nazywam się Halina i tutaj jest dziewczyna,
której rodzice się tu kiedyś urodzili. A ona sobie przypomniała jakiegoś Szymona, Żyda,
który ją kiedyś bardzo kochał, ale ona była za młoda żeby wyjść za niego, że on się chciał
nawet przechrzcić dla niej, ale ona nie mogła. I tak weszła w tę swoją pierwszą miłość,
wzruszyła się i zaprosiła do mieszkania. Weszliśmy. Tam naprawdę była wielka bieda i
siedział jej syn. Był taki pożółkły, zabiedzony, czuło się w nich obojgu wielką samotność.
A ja do nich weszłam z takim ciepłem, z sercem, że on prosił: "Nie odchodź, zostań z
nami". Dzieci weszły w tę atmosferę, byliśmy naprawdę razem..
Później, gdy pojechaliśmy do Zakopanego i nad Dunajec, dziewczynki weszły w trans
turystyki... Ale znowu jedziemy do Treblinki. Wjeżdżamy, oglądamy, robimy, jak za każdym
razem, dyskusję - znowu nie mogą się z tym utożsamić. Przeze mnie jakoś to rozumieją,
odczuwają, ale to do nich dostatecznie nie przemawia. A Treblinka to był postrach mojego
życia... Przecież w warszawskim gettcie to było miejsce, które czekało na nas wszystkich.
Tam poszli wszyscy. Ja się wyrywałam: jeszcze dzień, jeszcze miesiąc, jeszcze tydzień i
jeszcze... i teraz jestem tutaj, ta cisza i ta zieleń... i oni się nie mogą utożsamić!
Czułam, że we mnie się wszystko gotuje, stanęłam na szynach i spytałam przewodnika czy
pozwoli mi coś powiedzieć. Zgodził się. Powiedziałam to, co czułam, powiedziałam to z
płaczem. Czułam i powiedziałam w tamtej chwili, że chciałabym, by wszystko mi zabrali, to
co jest tam w domu w Izraelu, to co jest teraz, to wszystko, co mam, wszystko, co sobie
zbudowałam, wszystko, co sobie tam stworzyłam i upiększyłam, żeby zabrali mi to wszystko,
co pamiętam i co mnie boli i co mnie cieszy, żeby mnie zostawili w spokoju tutaj raz na
zawsze z tymi prochami. I mówiąc to stałam na szynach i w ogóle na nich już nie patrzyłam.
Powiedziałam im: "Nie próbujcie się włączać we mnie", bo przecież się nie mogą włączyć, nie
mogą się utożsamić, "Nie próbujcie, bo ja sama też nie jestem w siebie włączona, jestem
wyłączona i wy się na pewno nie włączycie w to, co jest we mnie".
To im powiedziałam. "Jedyne, czego bym chciała, to żebyście mnie zostawili
w świętym spokoju, żebyście mi
zabrali to co jest teraz i co jest tam w domu w Izraelu i żebym tutaj tak została z tymi
prochami i koniec". "Tutaj są wszyscy moi, oprócz matki, która zginęła na Majdanku, brata i
bratowej, którzy zginęli w Oświęcimiu. Tu jest mój ojciec i wujkowie i dziadkowie i koledzy
i koleżanki, z którymi marzyliśmy, co będzie po wojnie. Nauczyciele, którzy mnie kiedyś
uczyli i wszyscy najlepsi i nasławniejsi ludzie z Warszawy i wszyscy najgorsi i najpodlejsi
są tutaj, to są ich prochy i tu chciałabym zostać. I tutaj nie możecie się włączyć, bo to
jest moje, to jest we mnie". Wszyscy płakali. I jeszcze powiedziałam: "Przeczytam Wam coś o
moim ojcu". Bo o ojcu najmniej opowiadam. Byłam najbardziej przywiązana do mojej matki -
dziewczynka z mamusią, z ojcem jakoś nie... I mam taki długi wiersz o ojcu, nigdy tego nie
przetłumaczyłam na polski. Ojciec bardzo lubił czytać wiersze, ale ja nigdy ich nie
rozumiałam, byłam jeszcze mała, ale pamiętam tylko jego wzruszenie, uniesienie... To na
zawsze zapamiętałam. Modlił się, nigdy nie rozumiałam tych hebrajskich modlitw, ale jego
zafascynowanie, jego wzruszenie żyje we mnie. A później, kiedy już było getto i tylu ludzi
na ulicy, którzy puchli z głodu i umierali na chodnikach, dostałam bilety do teatru na
operetkę "Księżniczka Czardasza", którą wystawili na Lesznie w "Feminie", w gettcie. Mój
starszy brat, który był studentem medycyny, przyniósł ze szpitala bilety na to
przedstawienie! Ojciec mi nigdy nie wybaczył, że poszłam tam wtedy. "Jak można iść do
teatru, kiedy ludzie umierają na ulicach?".
Ojciec mój kochał poprzez wiersze, poprzez modlitwy. Matka kochała poprzez spokój,
poprzez odwagę, poprzez pogodzenie się z losem. Oboje zginęli. Ale i żyją przeze mnie. "I
będą żyć przez Was" - to już dodałam, bo tego nie napisałam w wierszu. Oni włączyli się w
moje opowiadanie, dopiero teraz włączyli się w Treblinkę, w Holokaust. Już tego nigdy nie
zapomną. Czułam, że zrobiłam coś potężnego. Wiedziałam, że jestem bardzo wzruszona. Mogłam
ukryć to wzruszenie, mogłam odsunąć się na bok i spokojnie wypłakać, ale po prostu - może w
tym wypadku jestem nie w porządku - z premedytacją chciałam im coś przekazać, żeby wreszcie
to przeżyli. W tej samej chwili Ks. Piotr do mnie zadzwonił i było to tak, jakby dzwonił
Anioł Stróż, katolicki ksiądz! Ja mówię do niego: "Wiesz, ja jestem teraz w Treblince, więc
ja teraz w ogóle nie jestem" i później jeszcze zadzwoniłam do młodszego syna i powiedziałam
do niego: "Wiesz położyłabym się tutaj i już nie chciałabym więcej wrócić. Jak bardzo bym
chciała, żebyście Wy kiedyś tutaj przyjechali i byli ze mną, dopiero wtedy poczuję, że ja
to przeżyłam, żebyście nic nie mówili, tylko stańcie tu ze mną w tym miejscu, gdzie to
wszystko było, gdzie to wszystko mi zostało zabrane" i ten młodszy syn powiedział: "Mama,
to wszystko będzie, ja Ci przyrzekam" i do męża to samo powiedziałam, a on na to: "Jeśli
jeszcze raz coś takiego mi powiesz, to Ci nie pozwolę przyjechać do Polski".
Czy po takch przeżyciach mogła się Pani spotkać z Niemcami? Czy to nie było coś
najtrudniejszego?.
Tak, pierwsze spotkanie z Niemcami to była najpierew chęć zemsty - poprzez opowiedzenie
tego, co przeżyłam. "Otworzę" i niech zobaczą. Niech poczują, co ja czuję. Niech powąchają
przeze mnie czym to pachnie. To było moim marzeniem. Jeszcze kiedy mnie wieźli... Ja miałam
cztery pociągi w moim życiu. Pierwszy to była wywózka z Warszawy na Majdanek, gdzie stałam
się trzynastoletnią więźniarką, a mama nauczyła mnie mówić, że mam lat siedemnaście. Drugi
to pociąg do Oświecimia, po nocy spędzonej w komorze gazowej, kiedy zabrakło im gazu; o
mało co nie podusiliśmy się w drodze. Trzecim pociągiem jechałam prawie po dwóch latach
spędzonych w Oświęcimiu, po marszu śmierci, kiedy nas załadowali na otwarte wagony, w mróz,
kiedy powietrze cięło po prostu jak nóż, a tam otwarte wagony bez dachu. Wreszcie czwarty
pociąg - z Ravensbruck do Neustadtgleiwe - pociąg osobowy, prawdziwy, ludzki, pasażerski i
nawet ciepły, z ogrzewaniem. W oknach piękny niemiecki krajobraz, śliczne domki. Miałam
wtedy piętnaście lat, miałam rękę przestrzeloną, sparaliżowaną i myślałam sobie: "Stąd oni
przyszli i zburzyli nam wszystko, spalili nam wszystko?... Tutaj śpią ich żony i dzieci, co
oni wiedzą o tym wszystkim?", "Ach - pomyślałam - jeśli ja to przeżyję, tak bardzo bym
chciała przyjść do tych domków i im to opowiedzieć". No i to się zrealizowało w 1989 roku.
Ukazała się w Niemczech moja książka "Nadzieja umiera ostatnia", zrobiony został film w
Izraelu i zostałam zaproszona do Niemiec. Jechałam do nich niosąc im duchy ich własnej
przeszłości, mając zamiar opowiadać im ich własną historię, uczyć ich tej historii. Czy jej
w ogóle będą chcieli słuchać? Ale chyba tak, bo zapłacili mi nawet za podróż, więc chyba
chcą to usłyszeć... Ale zaraz pomyślałam: "Teraz ja im opowiem! Niech poczują!
Niech poczują!"
Przyjechałam do Berlina. Pierwszy przyjął mnie młody człowiek ze stowarzyszenia
ewangelickiej młodzieży pracującej, Fritz Miller. Zaprosił mnie do siebie do domu,
przyniósł mi jedną czerwoną różę. Razem z nim była jeszcze dziewczyna, która mówiła po
polsku. Nauczyła się polskiego. Wchodzę do mieszkania - duży obraz Korczaka. No to poczułam
się trochę jak w domu. Później miałam spać u tej dziewczyny. W niemieckim domu. W
niemieckim łóżku. Powiedziała mi: "Tutaj masz szafy". Miałam powiesić moje ubranie do
niemieckiej szafy, moje ubranie, które w Oświęcimiu było takie, takie... Czy mam prawo?
Później pokazali ten film, w dużym kinie "Arsenal", w Berlinie. Oglądam go, mój
dom moje
dzieci, mego syna, który jest twórcą wielu tekstów piosenek, a pokoje pełne mam złotych i
platynowych płyt jego autorstwa. Ja - która miałam nie być. Mój dom w Berlinie, nikt mi nie
mówi "Raus!", nikt nie każe pokazywać ausweisu, pokazywać, że mam prawo do życia. Niemcy
siedzą i patrzą na mój dom. Siedzą i patrzą, słuchają piosenek mojego syna. Płakałam jak
nigdy w życiu. Teraz dopiero wojna skończyła się dla mnie, w Berlinie... Zapalono światła.
Pomyślałam: "cała moja zemsta jest skończona".
Przedtem, jeszcze w kościele pod wezwaniem Marcina Lutra, a który Hitler chciał nazwać
swoim imieniem, czytałam po polsku opowiadanie: "Niezwykła majowa noc". Opisywałam
jak leje deszcz w Izraelu i nagle ten deszcz przenosi mnie do Oświęcimia. Stoimy
na deszczu, każą nam klęczeć w błocie i trzymać po dwie cegły. Ludzie padają
w błoto, pali się komin.
Później z powrotem jest majowa noc w Izraelu, pada deszcz (a w maju już nie padają deszcze
w Izraelu). Czytałam to po polsku a oni płakali. Oni zrozumieli, chociaż nie rozumieli. I
wtedy podchodzi do mnie pewna kobieta i mówi, że chce się przede mną wyspowiadać. Mówi:
"Ja miałam ojca, którego tak kochałam, jak Ty Twoją matkę. Mój ojciec został zastrzelony
przez partyzantów i zakopany we wspólnym grobie, niedawno odnaleziono ten grób a w nim jego
pamiętniki, które pisał tak jak Ty". Nic jej nie odpowiedziałam - ona szukała u mnie
pocieszenia. Powróciłam do tego w kinie, kiedy zapalono światło po pokazaniu filmu o mnie.
Powiedziałam wtedy: "Podeszła do mnie kobieta, która tak kochała swego ojca, jak ja moją
matkę, jego zabili i ja modliłam się o to, aby jego wtedy zabili, bo gdyby go nie zabili,
to by nas wszystkich zabili i w ogóle cały świat przestałby istnieć! I ja miałam ją
pocieszać? To robi wojna, a przecież wszyscy jesteśmy ludźmi". Wszyscy płakali. Mówię:
"Teraz płaczemy razem, ale to już jest coś zupełnie innego". Już nie czułam, że mam się
mścić, po prostu płakaliśmy, ja ich przeprosiłam za te łzy. Takie było moje pierwsze
spotkanie z Niemcami.
Co chciałaby Pani jeszcze powiedzieć młodym ludziom, zwłaszcza z Oświęcimia ?
Byłam teraz w szkole w Brzeszczach, koło Oświęcimia. To była szkoła podstawowa i
gimnazjum razem. Byli wspaniali. Słuchali mnie, słuchali, później była masa pytań - na ogół
nie pytają, a tu nagle tyle pytań. Jedna dziewczynka pod koniec powiedziała tak: "A co by
Pani chciała nam życzyć po tym wszystkim?". A ja powiedziałam: "Chciałabym Wam życzyć
byście umieli cenić i kochać życie wtedy, kiedy będzie trudne i kiedy wiele rzeczy Wam się
nie uda, gdy pragniecie, by się udały. Ja Wam życzę, by się Wam wszystko udało, ale tak
zawsze nie może być, więc życzę Wam, żebyście umieli cenić i kochać także wtedy, kiedy się
nie udaje i wierzyć, że kiedyś się uda".
Dziękujemy za rozmowę - i za te życzenia.