70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Rijksmuseum

Bezużyteczne rozkosze

Po co motylom różnobarwne skrzydła? Dla zmylenia przeciwnika, by ptak zaatakował skrzydła, a nie np. odwłok czy głowę? By upodobnić się do kwiatów i ukryć? Wydawać się może, że mamy do czynienia ze sterowaną ewolucją, tak nieprzypadkowe i przemyślane jest to, z czym obcuje się, badając motyle.

Anna Mateja: Motyle – po grecku lepidoptera, czyli łuskoskrzydłe, bo nanostruktury łusek, pokrywających skrzydła owadów, rozpraszają światło w sposób, który wydobywa z nich kolory.

Adam Warecki: W co trudno uwierzyć nawet wykształconym, inteligentnym ludziom. Jakie łuski? Przecież to różnobarwny puder, który zostaje na palcach po dotknięciu motylego skrzydła… Tymczasem łuski mają wszystkie motyle, poza niepylakami – np. apollo czy mnemozyną – których końcówki skrzydeł, szczególnie górnych, są nieopylone, czyli pozbawione łusek. Wszystkie gatunki odtwarzają na skrzydłach barwy znane nam z tęczy, która też przecież powstaje na skutek rozszczepienia pasma światła.

 

Dlaczego neurolog zajmuje się takimi problemami? I jeszcze wydał pierwszy w kraju atlas bionomii motyli dziennych Polski z własnymi fotografiami gąsienic, poczwarek oraz imago, opatrzonych komentarzem na temat motylich siedlisk i zwyczajów.

Pełna odpowiedź na to pytanie wymagałaby ode mnie poznania przyczyn, dlaczego interesuje mnie przyroda. Tego nie potrafię powiedzieć. Tak po prostu mam. I to od dziecka. Miałem parę lat, kiedy obserwowałem w ogrodzie wszędobylskie bielinki kapustniki i na prośbę mamy strącałem z liści kapusty czy kalafiora jego gąsienice. W ferworze ocalania dobrostanu warzywnika zabiłem motyla. „Te zostaw w spokoju” – usłyszałem od mamy. „To cytrynek [ fachowo: latolistek cytrynek, z rodziny bielinkowatych – tej samej co kapustnik]. On nie jest szkodnikiem”. Tym sposobem dowiedziałem się, że motyle są różne i nie wszystkie utrudniają człowiekowi życie.

Inną obserwacją podzielił się ze mną dwa lata starszy brat. Na nieotynkowanej ścianie naszego domu na przedmieściach Gorlic wisiało mnóstwo poczwarek. Brat zauważył, że powstały one z różnokolorowych gąsienic, które przemieściły się na ścianę z kępy pokrzyw rosnących za ogrodzeniem naszej działki. Potem razem obserwowaliśmy, jak poczwarkę opuszcza imago, czyli dorosły owad. Były to rusałki: admirał, ceik, kratkowiec, pawik, pokrzywnik. Wszystkie gatunki związane z pokrzywami. Na początku lat 70., kiedy nie stosowano na masową skalę oprysków, a gospodarze wykaszali trawę kosami, taka różnorodność motyli w jednym miejscu była jeszcze możliwa. Intrygował mnie nieznany mi wówczas proces, za sprawą którego z kosmatej gąsienicy mozolnie wdrapującej się na mur, by tam zastygnąć w postaci poczwarki, kilka dni później powstaje owad z imponującymi, niemal artystycznie wykonanymi skrzydłami.

 

„Był to Paź żeglarz” – napisał w opowiadaniu Rzadki motyl Kornel Filipowicz, który jako dziecko fascynował się motylami równie entuzjastycznie jak Pan. „Jego widok po prostu zapierał mi dech w piersiach. Jakże bardzo pragnąłem go wtedy mieć – złowić, mieć trzepoczącego się w siatce, trzymać go w dłoni, potem, ach oczywiście, zatruć go chloroformem, rozpiąć jego piękne skrzydła na deseczce, przebić go szpilką, mieć go w zbiorach! Móc często patrzeć na niego!…”.

Nigdy nie złapałem motyla do siatki.

Nie interesuje mnie kolekcjonowanie – posiadanie martwych okazów pod szkłem, które mógłbym podziwiać w każdej chwili.

Mnie od dziecka pociągało obserwowanie motyli, podpatrywanie ich zachowań. Chciałem je widzieć żywe. I nie musiałem ich mieć. Pierwszym przewodnikiem po motylim świecie była dla mnie książka wydana w Czechosłowacji – Jaroslava Tykacˇa Poznávejme motýly. Nazwy umieszczone pod kolorowymi zdjęciami martwych owadów nie zawsze były prawidłowe, a informacje o nich zaledwie podstawowe. Ale to już było coś, bo w latach 70., kiedy dorastałem, nie było w Polsce literatury, która przedstawiałaby wszystkie gatunki występujące u nas czy w Europie. Książka informowała też, na jakich roślinach poszczególne gatunki składają jaja, jak wyglądają gąsienice, jakie są ich rośliny żywicielskie, gdzie znajdują się siedliska poszczególnych gatunków. Do momentu rozpoczęcia studiów medycznych motyle były obecne w moim życiu ustawicznie. Poznawanie przyrody, bo poza życiem łuskoskrzydłych zgłębiałem właściwie wszystko, co je otaczało, było drugim torem obok normalnego życia, na które składały się szkoła, dziewczyny, zapasy… Właśnie – od piątej klasy szkoły podstawowej trenowałem zapasy w stylu klasycznym i w wieku 17 lat wygrałem międzynarodowy turniej zapaśniczy w Suczawie w rumuńskiej części Bukowiny. Co kupiłem za nagrodę finansową?

 

Coś o motylach, jak się domyślam.

Do dzisiaj to mam: Fluturi din România – małą encyklopedią ilustrowaną motyli Rumunii. I drobne prezenty dla rodzeństwa. Żaden tam drobny handel transgraniczny, uprawiany wówczas przez turystów, także przez moich kolegów i instruktorów, ale przyroda. Mimo to, gdy nauczyciel zasugerował: „Spróbuj zdawać na medycynę”, dałem się przekonać, że mając tak dużą wiedzę przyrodniczą, powinienem inaczej ją wykorzystać i zrezygnowałem ze studiowania biologii.

Dalsze poznawanie świata motyli zarzuciłem na wiele lat: najpierw nauki w Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, później specjalizacji z neurologii. Wróciłem do owadów, gdy zostałem ordynatorem oddziału neurologiczego Szpitala Wojskowego w Przemyślu i miałem bardzo dużo obowiązków. Ale może właśnie dlatego w 2001 r. zająłem się motylami z zamiarem fotograficznego przedstawienia życia wszystkich gatunków dziennych występujących w Polsce, także rzadkich i pojawiających się u nas co jakiś czas: od jaja przez gąsienicę i poczwarkę do imago. W opisach zamierzałem się skupić na ich bionomii – powiązaniach poszczególnych gatunków z otoczeniem, roślinami oraz innymi zwierzętami, na ich zwyczajach i zachowaniach.

Zdjęcia musiały więc być zrobione w naturalnym środowisku, nie w gablocie. Stadia wielu gatunków fotografowałem po raz pierwszy. Odkryłem miejsca w nauce wcześniej nierozpoznane jako obszary występowania niektórych z nich. Także w opisach, które opierałem nie tylko na fachowej literaturze, ale przede wszystkim na własnych obserwacjach, nie brakuje informacji wcześniej nieznanych. Inna sprawa, że nie było wówczas publikacji, która ujmowałaby temat w sposób całościowy i wyczerpujący. Kiedy kilka lat później, już po wydaniu Motyli dziennych Polski w 2010 r., rozpocząłem fotografowanie motyli Europy (pracę planuję zakończyć ok. 2020 r.), miałem te same cele: po raz pierwszy zebrać fotografie stadiów rozwojowych motyli w jednej publikacji i je opisać. Tyle że przy tej pracy mam dużą przyjemność korzystać z pomocy kolegów z zagranicy – od nich dowiaduję się, w jakich warunkach i biotopach poszczególne motyle się pojawiają.

 

Żeby zrobić dobre zdjęcie motyla, trzeba umieć do niego podejść, mieć właściwe światło, nauczyć się na niego czekać, a przede wszystkim wiedzieć, gdzie go szukać. Filipowicz, jak pisał w cytowanym opowiadaniu, czekał na możliwość obserwowania z bliska pazia żeglarza pół wieku… Gdzie trzeba jechać i jakie zwyczaje znać, żeby go w Polsce zobaczyć?

Istotne jest znalezienie siedliska motyla. Paź żeglarz jest ciepłolubny, pochodzi z południa Europy. Składa jaja dwa razy w roku – na przełomie kwietnia i maja oraz, w drugim pokoleniu, od końca lipca do połowy sierpnia. Dawniej uważano, że pojawia się w porze kwitnienia bzów… Pięknie brzmi, ale to nieprawda: po pierwsze, w maju nie kwitnie bez, tylko lilak zwyczajny (Syringa vulgaris, a nie Sambucus), po drugie – żeglarze z dużymi, finezyjnie wykończonymi skrzydłami widywałem już pod koniec kwietnia. Mówiono, że najłatwiej spotkać go w Bieszczadach. Znowu: to już nieaktualne. Ustaliłem, że najwięcej siedlisk tego motyla znajduje się w Beskidzie Niskim, przy granicy ze Słowacją – od Przełęczy Dukielskiej do Przełęczy Łupkowskiej. Tam wieją ciepłe wiatry z południa. I istnieją olbrzymie połacie nieuprawianej ziemi ze skąpą roślinnością. Wymarzone warunki dla paziów…

To motyle najbardziej intrygujące zwyczajami. Potrafią się odszukać, a każde ich pojawienie się w określonym miejscu ma sens. Wszystkie pazie – alexanor, korsykański, królowej, żeglarz – inaczej niż np. wspomniane niepylaki, nie trzymają się siedliska, ale pokonują spore odległości. Zwyczajem wszystkich tych gatunków jest hilltoping – wzlatywanie na najwyższy punkt w okolicy. Na szczycie gromadzą się jednak wyłącznie samce, które żeglują wielkimi skrzydłami, pokazując umiejętności i konkurując o względy partnerek. Te lecą w tym samym kierunku, ale na szczyt wzgórza nie docierają. To samce muszą je dojrzeć i do nich zlecieć. Po połączeniu on wraca spełniony na szczyt wzgórza, a latając jak opętany, staje się nieostrożny. Z reguły szybko wpada w dzioby ptaków owadożerców.

 

Jego życie nie jest już potrzebne?

Tak, on przecież nie żyje dla siebie, a zrobił już wszystko, by przedłużyć gatunek. Samica jest z kolei rozważna, bo ma do odegrania wielką rolę – złożyć w najbardziej po temu właściwych miejscach odpowiednią liczbę jaj, co zajmuje jej od kilku do kilkunastu dni, kiedy przemierza obszar nawet 15–20 km. Znajdując te jaja, zdarzało mi się dziwić: gdzie ona je złożyła? Nie dość, że na jakimś rachitycznym krzaku, to jeszcze na skarpie, przy drodze. Ale po chwili namysłu przychodziło olśnienie: przecież to jest znakomite miejsce! Bo ptaki raczej nie będą przesiadywać blisko drogi i gąsienice, które kilka tygodni później wyjdą z jaj, będą miały szansę przeżyć w formie poczwarki do następnego sezonu.

 

A skąd motyl wie, że ruchliwa droga odstrasza ptaki?

Dzięki nabytym doświadczeniom. To one pozwoliły gatunkowi dostosować się do zmieniającego się środowiska. Pazie poradziły sobie nawet z zagrożeniami cywilizacyjnymi, potrafią więc żyć w miastach czy na przedmieściach. Kierując się zapachem, wybierają tarniny i głogi w nasłonecznionych miejscach. Często w pobliżu kryjówek żmii zygzakowatej, która poluje na myszy polne, norniki i inne gryzonie odżywiające się poczwarkami motyli (zimują w ziemi, w odległości mniej więcej metra od krzaka, na którym samica pazia złożyła jaja). Miejsca są odsłonięte, więc teren jest z reguły patrolowany z góry przez pustułki i myszołowy, co dodatkowo odstrasza gryzonie. Można powiedzieć: to jest dobrze pomyślane.

 

Gdyby ewolucja była wymyślona… Ale Karol Darwin i jego zasada doboru naturalnego nie wszystko wyjaśniają. Uważał tak nawet Vladimir Nabokov, wybitny pisarz i lepidopterolog. W autobiografii Pamięci, przemów pisze o mimetyzmie niektórych motyli, które upodabniają się do suchych liści tak precyzyjnie, że „[motyl] nie tylko ma wszystkie, pięknie oddane, szczegóły liścia, lecz również dorzucone szczodrze cętki udające dziurki wyżarte przez robaki”. Po co? Skoro, jak zauważa pisarz, to „przekracza możliwości docenienia przez drapieżnika”, czyli nie potrzeba aż tak dokładnej charakteryzacji, żeby ocalić życie.

A po co motylom różnobarwne skrzydła? Oczy takie jak ma np. rusałka pawik? Można powiedzieć – dla zdezinformowania przeciwnika, by ptak zaatakował skrzydła, a nie np. odwłok czy głowę. Bo to pewna śmierć, tymczasem nawet poszarpane skrzydła wciąż mogą być użyteczne. Inna odpowiedź: wypustki i ogonki pozwalają upodobnić się do kwiatów, a więc ukryć. Przeziernik osowiec przypomina osę czy nawet szerszenia (to już zjawisko mimikry, czyli upodabniania się do drapieżników), co skutecznie osłabia chęć jego atakowania. Z kolei plamy i jaskrawe kolory, układające się w pewien wzór, jeżeli pokażą się nagle, za sprawą gwałtownie rozchylonych skrzydeł – mają szansę przeciwnika wystraszyć. Ale niewykluczone, że możliwa jest jeszcze jakaś inna odpowiedź. Czasami wydaje mi się, że mam do czynienia ze sterowaną ewolucją, tak nieprzypadkowe i przemyślane jest to, z czym obcuję, badając motyle.

Świat motyli jest przecież bardzo różnorodny. Nawet pospolitych gatunków, żyjących na pokrzywach, z tej samej rodziny, jest aż kilka. W Polsce żyje 154–155 gatunków motyli dziennych, nocnych – 3500. W Europie tych pierwszych jest blisko 400, ciem – ok. 9800. Na świecie żyją dziesiątki tysięcy motyli. Z jakiego powodu powstało ich tak dużo? (Nawiasem mówiąc: motyle nocne, z racji mnogości gatunków, są dużo słabiej poznane od dziennych i przez to dużo ciekawsze). Pytanie to wciąż czeka na wyczerpującą odpowiedź.

 

Motyl nie złoży jaj na przypadkowej roślinie. Zależnie od gatunku wybierze głóg, rozchodnik, pokrzywę, wierzbówkę. Jak je rozpoznaje?

Dzięki feromonom wydzielanym przez roślinę, ale czasami przyroda utrudnia zadanie. Gąsienice niepylaka mnemozyny muszą żerować na kokoryczy z rodziny makowatych. Kiedy pojawiają się imago zdolne do złożenia jaj, kokorycz, jako roślina wczesnowiosenna, pojawiająca się nawet przed zawilcem gajowym, dawno zakończyła wegetację. Samice składają więc jaja w pobliżu miejsc, gdzie kokorycz rośnie. Zna je, bo stamtąd pochodzi, a te motyle nie pokonują długich dystansów. Kiedy wiosną stopnieją śniegi i pojawią się pierwsze listki kokoryczy, gąsieniczki, kierując się feromonami, nie będą miały kłopotu z odnalezieniem jedzenia. Będą jednak na tyle ostrożne, że po posiłku oddalą się nawet o parę metrów od rośliny, by nie stać się żerem dla innych, którzy też wiedzą, że można je tam znaleźć: ptaków czy pajęczaków.

Podobnie jest z dostojką malinowcem z rodziny rusałkowatych, która składa jaja w pobliżu fiołków, a gąsienice przemieszczają się już samodzielnie. Do gatunków, które muszą złożyć jaja na roślinie żywicielskiej, należy np. paź królowej, którego gąsienice żyją na koprze, marchwi i innych selerowatych. W odnalezieniu przedstawicieli tej rodziny pomaga im wydzielany przez nie intensywny zapach. Paź żeglarz szuka roślin owocowych: tarniny, głogu czy gruszy. Latolistek cytrynek lata do kruszyny  pospolitej, którą odnajduje nawet wówczas, gdy ta nie zdąży jeszcze dobrze wypuścić liści, zagłuszona np. bzem czarnym. Mam kontynuować?

 

Przejdźmy do zwyczajów podróżniczych niektórych gatunków. Przywoływany już Nabokov, opierając się na wieloletnich obserwacjach motyli z rodziny modraszkowatych, postawił hipotezę, że dotarły one do obu Ameryk z Syberii, lecąc przez Alaskę. Inni naukowcy, dociekając, w jaki sposób te same gatunki motyli były obecne na kontynentach Starego i Nowego Świata, sugerowali istnienie nieznanego pomostu lądowego nad Pacyfikiem. W 2011 r. tezę autora Lolity potwierdziły badania genetyczne, które wykazały, że wszystkie gatunki modraszkowatych 10 mln lat temu miały wspólnego przodka, który żył w Azji. Inne gatunki też są tak przedsiębiorcze?

Rusałka osetnik, która nie zimuje w Polsce, ale odlatuje nad Morze Śródziemne, grupuje się w gromady po kilkanaście motyli. Podczas wędrówki wykorzystują prądy powietrzne, biernie się im poddając, co pozwala w ciągu kilku dni pokonać dystans nawet kilkuset kilometrów. Trzeba dodać, że skrzydła motyla pracują inaczej niż skrzydła ptaka – nie wachlują z góry na dół. Częstotliwość ich ruchu jest niewielka, dokładnie taka, jaka jest potrzebna, by wywołać „efekt pompowania”: części przednie górnych skrzydeł stykają się w taki sposób, że z powstałej między górnymi a dolnymi skrzydłami trójkątnej szczeliny wyciskane jest powietrze. Następnie, znowu rozpoczynając od ich części przedniej, skrzydła się rozchodzą.

Ten mechanizm zapewnia siłę napędową monarchowi wędrownemu, który pokonuje prawie 3 tys. km z Kalifornii i Meksyku do Ameryki Środkowej (motyl ów występuje także na południu Hiszpanii i Portugalii). Monarchy przemieszczają się chmarami – jednocześnie może przelatywać nawet kilkaset egzemplarzy. Nocują na drzewie, jeden obok drugiego. Nic im nie zagrozi, bo imago jest trujące, podobnie jak gąsienica i roślina żywicielska. Największym dla nich zagrożeniem jest człowiek, bo niszczy siedliska celowo – trudno tolerować, np. w winnicy czy sadzie pomarańczowym, trujące rośliny. Dla sadownika są one przecież chwastem, ale dla monarcha – pożywieniem.

Podpatrywanie motyli to przede wszystkim ślęczenie w jednym miejscu, np. na zadrzewionych skałach, gdzie możemy spotkać skalniki z rodziny rusałkowatych. Gdy motyle się pojawią, najlepiej w dużej liczbie, obserwujemy, jak się zachowują. Jeżeli przysiadają na kwiatach, spragnione nektaru, a patrzymy na nie przed zespoleniem, to są to prawie na pewno samice. One potrzebują więcej energii. Ich partnerzy zajęci są popisami i przeganianiem konkurentów. O wyborze decyduje samica i niekoniecznie wybiera motyla najpiękniejszego. Często jej partnerem zostaje obdartus o wypłowiałych i poszarpanych skrzydłach, po którym widać, że przyleciał z daleka. Natura wie, co robi: taki egzemplarz na pewno pochodzi z innego gniazda niż samica, co zapobiega kojarzeniu krewniaczemu. A poza tym, skoro poradził sobie podczas wędrówki, to znaczy, że jest to silny motyl i warto jego geny przekazać następnemu pokoleniu.

 

Zdarzają się sytuacje, kiedy obserwując motyle, myśli Pan: „Jak u ludzi”?

Odpowiem nie wprost. W drodze do Arłamowa w Górach Sanocko-Turczańskich jest taka polana, do której jedzie się przez bukowy las. Na wiosnę spotykam tam rusałkę żałobnika – zawsze ten gatunek, na tej polanie, jeden egzemplarz. Niedaleko stoi chałupa, wokół której o tej porze roku krząta się od lat ten sam starszy mężczyzna. Trudno byłoby podać bardziej adekwatny przykład tego, czym jest ekosystem, gdzie każdy element jest potrzebny i na swoim miejscu. Tę harmonię może jednak zniszczyć nawet przypadkowa zmiana, choćby decyzja o zaniechaniu sianokosów. Na łące wychowa się wówczas jedynie pierwsze pokolenie motyli. Kolejne – nie, bo gąsienice nie będą żerowały na bady-lach porastających niewykoszone pastwiska. (Nawiasem mówiąc, los siedlisk wszystkich motyli, poza tymi, które żyją w wysokich górach i w tundrze, zależy wyłącznie od człowieka).

Wielokrotnie obserwowałem zachowanie motyli przed burzą. Słońce grzeje, wszystkie inne owady uwijają się, jakby groźne pomruki na horyzoncie nic dla nich nie znaczyły. Bo faktycznie chmura jest jeszcze daleko. Motyle zbierają się od razu, by jak najszybciej znaleźć zaciszne miejsce, które pozwoli im ochronić skrzydła przed kroplami deszczu. Niczym zapobiegliwy człowiek, który nie wierzy, że jakoś to będzie, ale zawczasu szuka schronienia.

 

Co tak intryguje w motylach, że ich badacze zdarzają się nawet wśród ludzi uprawiających inne dziedziny nauki? Leczenie ludzi czy, jak u Nabokova, pisanie książek i studia nad literaturą to przecież zajęcia, na które potrzeba czasu.

A może tu nie chodzi tylko o motyle, ale o przyrodę w ogóle? I o chęć poznania, jak jest naprawdę. To jest najważniejsze. No i nie chcę wybierać – lubię swój zawód i moich pacjentów. Neurologia, gdzie głównym przedmiotem badawczym jest ludzki mózg, nie jest przecież przypadkowym wyborem.

W 2017 r. poza tym, że pojadę szukać motyli, m.in. na wyspę Vulcano w pobliżu Sycylii, do norweskiej tundry czy na południe Hiszpanii, znajdę się też kolejny raz na Wyspach Kanaryjskich, tym razem na Fuerteventurze. Wedle opracowań naukowych każda z wysp ma swoje endemity wśród motyli. Mam wątpliwości, czy tak jest, bo moje obserwacje tego nie potwierdzają. Nie mam jednak możliwości przeprowadzenia np. wszechstronnych badań porównawczych dla zweryfikowania tej hipotezy, bo ja tylko opisuję i dokumentuję to, co zastałem. Z tego wychodzą jednak dróżki, które prowadzą dalej. Do kolejnych ustaleń i badań, które mogą prowadzić fachowi entomolodzy, dysponujący laboratoriami i zespołami naukowców. Pomijając tego rodzaju niuanse, gatunki motyli są już jednak zidentyfikowane. Natomiast poznanie ich bionomii to wciąż w przypadku wielu gatunków zadanie do wykonania. Może właśnie dlatego nie umiem powiedzieć: wystarczy.

 

Ale w Europie żyje prawie 400 gatunków motyli dziennych…

Dubi Benyamini, przewodniczący Izraelskiego Towarzystwa Lepidopterologicznego, specjalista od taksonomii i biologii motyli z rodziny modraszkowatych, który wydał m.in. przewodnik po motylach Izraela, też mnie ostrzegał: „Nie dasz rady. Mam problem z opisaniem motyli małego Izraela, a ty poradzisz sobie z całą Europą?”. I łatwo nie jest. Ze trzy razy powinienem jeszcze polecieć do tundry, bo w czasie dwóch moich pobytów sfotografowałem zaledwie kilka gatunków, a żyje ich tam kilkanaście. Znane są imago, a gdzie wcześniejsze stadia? Niektóre gąsienice żyją dwa lata w tundrze, nim przeistoczą się w imago. Nikt tego do tej pory szczegółowo nie badał. Główną przeszkodą jest pogoda – ciepły, słoneczny dzień, który umożliwia obserwacje, to niemal cud.

Ale jak przerwać prace, skoro nie ma pozycji, która zbierałaby informacje o wszystkich europejskich motylach i zawierała zdjęcia ich stadiów rozwojowych? Dlaczego nie pojechać na Samos, rodzinną wyspę Pitagorasa, gdzie osiedlił się gatunek Satyrium ledereri? To jedyne jego siedlisko w Europie. Dlaczego nie polecieć na Kretę, gdzie na górze Ida na tragankach, roślinach z rodziny bobowatych, żyje Kretania psylorita? Chciałbym wypełnić tę lukę, a przy okazji pokazać, jak bogate sąsiedztwo zapewnia nam zaledwie jeden owadzi gatunek. A poza tym – skoro wiem już tyle o motylach, dlaczego nie dowiedzieć się jeszcze więcej?

_

Adam Warecki – Neurolog, autor atlasu bionomii Motyle dzienne Polski (Nowy Sącz 2010) oraz tekstów naukowych i popularnonaukowych dotyczących tej problematyki. Zaangażowany w ochronę zagrożonych gatunków motyli, jako członek Wojewódzkiego Zespołu Eksperckiego Podkarpacia i współautor pracy o motylach chronionych w ramach programu Natura 2000 na Podkarpaciu. Mieszka w Przemyślu.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter