70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. Tymoteusz Piotrowski

Bez higieny

Nie praktykuję uważności w znaczeniu tego słowa typowym. Nie ćwiczę oddechów, oddycha się samo. Nie przeżywam nigdy specjalnie i w żadnej chwili stanu, w jakim znajduje się moje ciało: moje kończyny, moja głowa czy oczy. Nie skupiam się na tym.

Szkoda mi też życia na tropienie w sobie myśli, które generują jakieś emocje albo na odwrót. Wiem, co mnie cieszy, wiem, co mnie smuci. To, co większość: tylko dobro albo jego brak. Bo nie skupiam się tak silnie na sobie, nie kieruję świadomie swoimi myślami. Nie kontroluję ich, nie chcę tego wcale robić, bo właśnie na ich krańcach są rzeczy najlepsze. Nie delektuję się też rozkoszami codzienności, nadając im rangę niebiańskiego misterium, tzn. nie zagłębiam się np. w akt picia herbaty tak bardzo autosensorycznie (zawinięta w koc koniecznie, gdy za oknem pada deszcz), nie szukam też tam szczęścia, dobrze wiedząc, że w ogóle jego poszukiwanie z miejsca ustawia mnie w pozycji nieszczęśliwej, lub w kieracie takiego kreowania swojego życia, by wreszcie to szczęście osiągnąć. Jako że ono nie przychodzi, poziom wewnętrznego napięcia i frustracji w skali czasu jest wprost proporcjonalny do tego szczęścia oczekiwań.

A ja nie muszę być szczęśliwa.

Od czasu do czasu zajmuję się fizyką, anatomią, ruchami roślin. Wszystkie obrazy roślinnych reakcji w świecie dają mi dowód, by nie traktować ich jako differentia specifica. Rośliny to podobne nam, organizujące się, umierające i cierpiące byty żywe.

Dlatego zawsze będę uważać, że życie „w zgodzie i równowadze ze swoim prawdziwym »ja«” brzmi po prostu sztucznie. W naturze nigdy nie ma spokoju.

Nie ma więc też go w mojej głowie, a jak będzie, to znaczy, że właśnie nie żyję. Natura bywa zupełnie inna niż na zdjęciach z kalendarza, więc nie cierpię wcale, gdy myśli mam listopadowe, błotniste i pełne sterczących badyli. Tak przecież bywa.

Patrzenie na rośliny, gdy umierają, gdy walczą z grawitacją, z własnym ciężarem, to precyzyjne moje patrzenie może być takie, wyłącznie gdy rezygnuję z siebie, tzn. z własnych myśli. Staram się wówczas niejako zniknąć, by towarzyszyć im w ich odpowiedziach na świat. Nie ma znaczenia, że jest to świat fizyczny. Mnie to wystarcza, by w takiej tylko przestrzeni poczuć z nimi dość specyficzną jedność. Uważność kieruję więc na innych. To jest dla mnie najlepszy jej obraz. Otwartość na kogoś. Słuchanie kogoś. Nicnierobienie z kimś. Bycie obok z kimś. To jest praktyka uważności, jaką ćwiczę, i wiem, że wciąż mam braki. Tak zwana higiena psychiczna jest pewnie ważna, ale trzeba mieć na uwadze, że z nadmiaru higieny zaczyna się często alergia. Poza tym zbyt poważnie ją traktując, łatwiej można kogoś – często nieświadomie – nie zauważyć, odtrącić.

Nieuważność wobec innego najsilniej boli właśnie wtedy, gdy nasza obecność dla kogoś jest najważniejsza, i kuriozalnie nie dzieje się to wcale, gdy jesteśmy wypoczęci, zdrowi, w sobotę po południu. Potrzebującego widzi się najlepiej w zmęczeniu, w niedospaniu, bo tak wtedy działają nasze wyostrzone, nadczułe na wszystkie bodźce zmysły. I to jest moment, gdy ten listopadowy, przeraźliwie smutny człowiek może wtedy do mnie przyjść. I gdy ja nie mam uważności dla niego, to jego uśmiech już na początku mnie zwiedzie, a ja uznam, że wszystko jest dobrze, więc rozmowa będzie tylko przyjemnie płytka, choć przecież tragiczna. A to w warunkach krytycznych, granicznych kształtuje się często nowe zjawisko w ewolucji życia na Ziemi, które toczy się potem milionami lat. Wierna uważność na siebie „tu i teraz” może więc zamglić oczy na innego „tu i teraz” tak, że zaznaczy to w nim ślad na całe jego życie. Trudna sprawa w takim świecie. Ale przecież nigdy nie było to proste, by czujnie, czule być.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter