70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jakub Włodek/Agencja Gazeta

Kiedy inteligent idzie do polityki

Czy inteligent może sobie pobrudzić ręce odpowiedzialnością za państwo tylko w sytuacji, gdy ojczyzna jest zagrożona, a Moskal szturmuje Pragę? Nie zgadzam się z tym.

Andrzej Brzeziecki: Był czas, gdy gazety pisały, że przynosi Pan pecha, a dawni znajomi pytani o Bartłomieja Sienkiewicza nabierali wody w usta. Ostatnio jednak udziela Pan wywiadów, wydał książkę i nawet Adam Michnik w „Gazecie Wyborczej” przedrukował jej fragment. Nie jest Pan już trędowaty?

Bartłomiej Sienkiewicz: Przeszedłem przez czyściec – to na pewno. Trwało to parę lat i było ciekawym doświadczeniem. Nie wiem, czy czyściec rzeczywiście istnieje, ale jeśli tak, mogę zapewnić, że jest doskonałym miejscem na przemyślenia.

I co teraz?

Dalej zajmuję się sprawami publicznymi. To zawsze było sensem mojego życia. W Polsce, jeśli ktoś był politykiem choćby przez kilkanaście miesięcy, zostaje nim na całe życie.

Zabieranie głosu w sprawach publicznych to dla mnie naturalna działalność. Książka wzięła się z pomysłu, żeby powiedzieć w formie skondensowanej, co myślę.

Zaczyna Pan jednak od afery taśmowej.

Rozdział wstępny dotyczący podsłuchów był konieczny. Co tu dużo mówić: wypadało się z tego wyspowiadać i zaprezentować swój punkt widzenia.

Mówi Pan, że dalej uprawia politykę, ale zaraz po wybuchu afery w programie Moniki Olejnik powiedział Pan też, iż Pana rola w polityce jest już skończona.

Wtedy kwestią było, czy dalej będę ministrem. Jak widać – nie jestem.

Radosław Sikorski, druga największa ofiara afery taśmowej, w podobnym czasie wydał książkę. W obydwu publikacjach padają słowa o lepszej Polsce. Obie są chyba czymś na kształt zgłoszenia gotowości do powrotu na scenę.

Nie – to nie jest mój cel.

Celem książki było wyrażenie opinii na temat naszego państwa. Wszyscy mają problem, co zrobić z państwem, które nam się średnio udało. Z jednej strony mamy powody do dumy, ale z drugiej – wciąż zadajemy sobie pytanie, czy zda ono elementarne egzaminy. Książka ukazała się w październiku ubiegłego roku, a kolejne rozdziały piszą się same.

I to w sposób dramatyczny. Zamordowano Pawła Adamowicza, ale nie powstrzymało to gorszących sporów. Po śmierci Jana Pawła II i po katastrofie smoleńskiej też padały apele o opamiętanie się klasy politycznej – bezskuteczne. Nie ma już ratunku?

Obawiam się, że to się będzie pogłębiało tak długo, jak długo w mediach rządowych i w propagandzie obozu PiS będzie realizowana linia zohydzania przeciwników i mowa nienawiści. Jak to napisał prawie wprost redaktor Karnowski – PiS nie może zrezygnować z mowy nienawiści, bo wówczas ryzykuje utratę władzy. Tę władzę trzeba mu więc po prostu w wyborach odebrać.

Czy zgadza się Pan, że za tę zbrodnię w większym stopniu odpowiedzialność moralną ponosi prawica?

Tak. To kontekst tworzy mord polityczny, a prawica ponosi pełną odpowiedzialność za atmosferę w kraju.

Wróćmy do Pana przygody z polityką. Analityk, którym był Pan niemal od zawsze, mieści się w definicji inteligenta – patrzy na świat i go opisuje. Od lat był Pan na zapleczu jako doradca. Po co przejście do czynnej polityki? To wejście w świat, w który np. Tomasz Lis, choć świetnie wypadał w sondażach, nie wszedł.

Bycie polskim inteligentem bez wzięcia odpowiedzialności za kraj to zawracanie głowy. Jaką ponosimy odpowiedzialność za papier, który zadrukujemy naszą rozmową? Żadną.

Byłem na zapleczu polityki, byłem blisko obozu władzy i gdy dostałem propozycję, przyjąłem ją. Mogę zacząć opowiadać o Weberowskiej etyce odpowiedzialności, ale chyba nie trzeba odwoływać się do aż tak wielkich pojęć. Skoro zajmowałem się czymś, co budziło moje emocje, i dostałem propozycję wzięcia odpowiedzialności za te sprawy, to nie mogłem powiedzieć: nie, bo wolę pisać ważne, w moim przekonaniu, teksty publicystyczne. To byłaby ucieczka. Obóz rządzący zaczął wówczas buksować w miejscu i chmury już nadciągały.

Czy inteligent może sobie pobrudzić ręce odpowiedzialnością za państwo tylko w sytuacji, gdy ojczyzna jest zagrożona, a Moskal szturmuje Pragę? Nie zgadzam się z tym. Takie rozumowanie wydaje mi się absurdalne. Są dziesiątki ludzi, którzy orzą na polu intelektualnym, a potem angażują się w życie polityczne. To się zdarza w demokracjach i jest naturalne. Powiedziałbym, że nienaturalne jest właśnie stawianie znaku zapytania przy takiej działalności.

Czy naprawdę miejscem klerków jest tylko skryptorium? Co to za sposób myślenia? To niezrozumienie naturalnych mechanizmów życia publicznego.

Inteligent musi wątpić, a politykowi w randze ministra wątpić nie wolno.

Tak, to nieprzyjemna rola. Nagle znajdujesz się w sytuacji, gdy połowę ust masz zasznurowaną, a drugą połową musisz wydobyć z siebie słowo, które w pierwszej chwili wydaje ci się obce. Jako analityk zawsze mówiłem to, co myślałem. Zatem rzeczywiście w pewnym sensie rozumiem ludzi, którzy mówią: nie, ja tego nie będę robił. Ale takie są reguły polityki: dostaje się współodpowiedzialność za działanie państwa w zamian za powściągnięcie naturalnego odruchu inteligenta.

Rafał Kalukin napisał o Panu: „Od Sienkiewicza słusznie oczekiwano, że będzie kimś więcej niż ministrem od policjantów i strażaków. Miał być tym człowiekiem w centrum władzy, który ogarnia rzeczywistość i wyłapuje symptomy nadchodzących zmian. Nie sprostał jednak zadaniu. Jego zmysł analityczny został stępiony. Zamiast tego skupiał się na publicznym uzasadnianiu praktycznie już upadłego patentu Tuska na rządzenie. Sławił »ciepłą wodę w kranie« jako osiągnięcie o najwyższej doniosłości w tysiącletnich dziejach Rzeczypospolitej. Jego metafory były piękne, ale ton fałszywy. Polityk zagadał w Sienkiewiczu analityka. Użył swej inteligencji nie tam, gdzie należało. Roztrwonił swój najcenniejszy kapitał”.

Wzruszyły mnie te słowa. Rzadko zdarza się przeczytać o sobie tyle miłych zdań… Powtarzam: każda rola publiczna ma to do siebie, że gdy się ją pełni, nie do końca mówi się sobą, bo nie jest się odpowiedzialnym tylko za siebie, ale za coś więcej niż swoje „ja”.

Jednocześnie, będąc ministrem w rządzie PO, był Pan tam ciałem obcym. Bez mozolnego pięcia się po szczeblach partyjnej kariery, bez żadnej weryfikacji wyborczej – posła ani nawet mandatu na radnego.

Formalnie nie byłem w Platformie, ale byłem jej bliskim doradcą. Trudno więc mówić, że byłem ciałem obcym. Poza tym nie uważam, że tylko doświadczenie partyjne daje przepustkę do rządu. Partie są podstawą działalności publicznej, ale ja chyba nie nadaję się do życia partyjnego.

Nie zniósłby Pan dyscypliny partyjnej – tych przekazów dnia wysyłanych SMS-ami?

Uważa Pan, że wszyscy politycy PO to bezmózgie roboty? Chyba pomylił Pan formacje. Wystarczy zainteresować się tym, co robi Izabela Leszczyna, Joanna Kluzik-Rostkowska czy Krzysztof Brejza – to są ludzie, którzy nie powielają żadnych przekazów dnia, lecz sami wykonują gigantyczną robotę, dającą i im, i wielu innym ludziom satysfakcję.

Wielu inteligentów, którzy szli do polityki, ponosiło porażki albo wycofywało się z niej zniesmaczonych. Paweł Śpiewak skończył z czynną polityką po jednej kadencji w sejmie, ale np. Jarosław Gowin radzi sobie całkiem nieźle.

Gowin wybrał swoją drogę dość dawno i jest jej wierny. Rządy się zmieniają, a on wciąż pozostaje przy władzy… Jestem pełen podziwu dla jego zdolności utrzymywania się na powierzchni polityki – w końcu za to też płaci się cenę. Być może jednak on jest gotów ją zapłacić? A może tylko z zewnątrz wygląda to tak, że musi przekraczać siebie trzy razy dziennie, natomiast patrząc od wewnątrz, nie ma tam pęknięcia? Może Gowin odpowiedziałby na moje wątpliwości tak: mogłem prowadzić miesięcznik „Znak” w nieskończoność, ale zamiast tego udało mi się zreformować uczelnie wyższe. To ważna rzecz dla Polski, wymagała upokorzeń, ale w moim przekonaniu było warto

No i co moglibyśmy na to odpowiedzieć? Po pierwsze, ma prawo tak myśleć, a po drugie, może rzeczywiście było warto. Ale „to warto” jest w ostatecznej rachubie tylko jego przekonaniem. Szczególnie po ostatnich wydarzeniach w Gdańsku.

Powiedział Pan, że w momencie, gdy trafił do rządu, ekipa ta zaczynała już buksować, ale z Pańskiego tekstu Apologia – opublikowanego w „Przeglądzie Politycznym” już po odejściu z rządu – nie wynika, by tamten rząd przeżywał kryzys.

Tekst ten był pisany w obronie dorobku rządów Platformy Obywatelskiej, ale przede wszystkim czasu, gdy premierem był Donald Tusk. Denerwowało mnie, że ten okres nagle zaczął być zaciekle atakowany przez liberałów.

A nie była to forma listu do Tuska, próba rehabilitacji po aferze?

Nie muszę pisać listów do Tuska. Adresatem tekstu byli ci, którzy przez osiem lat podlizywali się tej władzy i wychwalali ją pod niebiosa i nagle znaleźli tysiące powodów, by uznać, że rządy PO były kompletną katastrofą. Byłem członkiem tego rządu i mój tekst był naturalnym odruchem przeciw temu inteligenckiemu hejtowi.

Mam problem z częścią polskiej liberalnej inteligencji, która, jak wspomniany Kalukin, drwiła i drwi dalej z programu ciepłej wody w kranie. Ów program sprowadzał się do założenia, że stopniowy rozwój zamożności Polaków jest dobry, bo zmienia i Polaków, i Polskę.

Każdy rząd ma za zadanie go strzec jak oka w głowie i nie wolno Polski w związku z tym narażać na żadne turbulencje. Ona jest krajem na tyle słabym, że nie stać jej na grę o wszystko. Naszym celem jest więc bycie w sercu Europy, bo tam Polacy są bezpieczni, a poziom ich życia wzrasta.

Punktem wyjścia nie jest epoka komunizmu ani lata 90. XX w., lecz to, co opisał w swojej książce Wielka trwoga Marcin Zaremba. W latach 1939–1945 zostaliśmy zmiażdżeni. Dopiero teraz odrabiamy te straty, ale traumę tamtych wydarzeń nosimy w sobie. Dotknął tego problemu Andrzej Leder w Prześnionej rewolucji, ale nie chodzi tylko o duchy Holokaustu i antysemityzm.

Do dziś nie odpowiedzieliśmy sobie, co się z nami stało w tamtym czasie. Ideologiczna ofensywa prawicy w Polsce z żołnierzami wyklętymi i hurapatriotyzmem na czele jest jedynie formą zagłuszania strachu, który w nas tkwi. Chodzi o strach przed utratą niepodległości. Zwrócił na to uwagę Jarosław Kuisz w swojej książce Koniec pokoleń podległości. Ten lęk nas zabija. To jest lęk egzystencjalny, a nie strach przed czymś konkretnym.

Ciepła woda w kranie była próbą opanowania tego lęku poprzez danie społeczeństwu odrobiny spokoju i wytchnienia. Czy należy to potępiać albo wyśmiewać?

Pisał Pan w Apologii, że w polskim społeczeństwie dokonała się niewidzialna rewolucja, że ci Polacy od aquaparków i grilla stali się nowoczesnym społeczeństwem. Chyba poparcie dla obecnych rządów przeczy tej tezie?

Pisałem, że ta rewolucja polegała na wzroście aspiracji Polaków i ich zdolności do upominania się o to, co uważają dla siebie za dobre: lepszy poziom usług, lepsze pensje, lepsze państwo. I nie zmieniłem zdania po wygranej PiS, bo PiS nie wygrał dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu. To nie była obietnica zdemolowania Konstytucji, przejęcia Trybunału Konstytucyjnego, likwidacji niezależnego sądownictwa, rozwalenia armii, ale obietnica zrobienia tego, co robiła PO, tylko znacznie lepiej. PiS wygrał dzięki Beacie Szydło i Andrzejowi Dudzie, którzy mówili, że będą lepszą Platformą Obywatelską.

Okazali się gorszym PiS-em. To było oszustwo i PiS zaczyna się zderzać z tym, co opisałem w Apologii. Zaczęło się od lekarzy rezydentów, którzy zadali konkretne pytanie: jak to jest, że służba zdrowia działa dzięki ich niewolniczej pracy? Potem byli policjanci, a teraz nauczyciele i pewnie wkrótce wystąpią kolejne grupy. To są protesty środowisk zorganizowanych, trzymających jeden front i prowadzących twarde negocjacje. To jest właśnie nowoczesne społeczeństwo, wbrew temu, co myślą inteligenci w krakowskich i warszawskich kawiarniach.

Ono jest zróżnicowane, pełne sprzeczności, nie układa się w żaden konkretny wzór i jest klasycznym przykładem społeczeństwa XXI w., w którym poszczególne grupy zaczynają się domagać swego i robią to coraz lepiej. PiS, który prezentuje obraz krainy mlekiem i miodem płynącej, wylewający się z ekranów telewizji Jacka Kurskiego, stworzył sytuację, w której te grupy zaczynają mówić: dobra, to my chcemy mieć coś z tego.

W 2015 r. PO przegrała, bo nie potrafiła już zaspokoić wszystkich aspiracji – części nie zauważyliśmy, części nie zrozumieliśmy. Zadziałało też zwykłe zmęczenie po ośmiu latach rządów. Społeczeństwo chciało zmiany. To normalne w demokracji. Ale powtórzę: tych osiem lat przemieniło Polaków z bezwolnego monolitu w nowoczesne społeczeństwo, którego aspiracje trzeba umieć zaspokajać.

Ale czy te aspiracje nie polegają jedynie na chęci jeszcze większej konsumpcji – więcej grilla i więcej aquaparków? 

Zdecydowanie nie. Podam przykład: ruchy miejskie. Narodziły się kilka lat temu i zgłaszały postulaty zmian w miastach – zieleń, ścieżki rowerowe itd. Prasa dużo o nich pisała, były takim małym fenomenem. I co się z nimi stało? Albo zostały wchłonięte, albo rozjechane przez partie polityczne. Podczas ostatnich wyborów samorządowych te ruchy były niemal nieobecne, ale za to kampania w dużych miastach koncentrowała się wokół ścieżek rowerowych, zieleni miejskiej i smogu. Ruchy więc poległy jako formacja, ale partie były zmuszone podjąć tematy, które one narzuciły, bo okazały się społecznie chwytliwe. I to właśnie były sprawy obywatelskie, a nie żadna konsumpcja. W pewnym sensie więc ruchy miejskie odniosły sukces.

Gdyby było tak, jak Pan mówi, Polacy oburzaliby się na zmiany ustrojowe przeprowadzane przez PiS, tymczasem poparcie dla rządzącej partii nie spada.

Koniunktura jest? Jest. Praca jest? Jest. Pieniądz jakiś jest? Jest. To dlaczego to zmieniać? To są proste mechanizmy i nie ma co wymyślać teorii o polskiej duszy, jej niedorozwoju ani o tęsknotach za autorytaryzmem. Jeśli ktoś nie interesuje się sprawami publicznymi, może spokojnie w dzisiejszej Polsce żyć. Czy to bezrefleksyjny konsumpcjonizm? Otóż Polacy mają prawo być konsumpcjonistami w kraju, w którym nędza panowała przez pokolenia, i mają prawo nie interesować się Trybunałem Konstytucyjnym, bo to jest poza ich zdolnością rozumienia. W USA takie same spory absorbują raptem kilka procent Amerykanów.

Dlatego w Ameryce rządzi Trump, a w Polsce PiS.

Polska była pierwsza, a jeszcze wcześniej Węgry. Czasem na peryferiach – a my jesteśmy peryferiami Zachodu – widać więcej niż w centrum. Mamy do czynienia z kryzysem władzy w jej tradycyjnym rozumieniu, bierze się on z lęku przed modernizacją narzucaną przez elity oraz z kwestią dystrybucji dóbr – ale nie tylko pieniędzy. Te dwie rzeczy wyniosły do władzy Orbána i Kaczyńskiego, dopiero potem był Trump, Brexit i żółte kamizelki w Paryżu, a w skali globalnej Nicolas Maduro.

Czy świat liberalny ma jakąś odpowiedź na te postulaty?  W XIX w. odpowiedzią na rodzący się komunizm były normalizacja warunków pracy robotników, z ubezpieczeniem i emeryturami na czele, oraz powstanie socjaldemokracji, co osłabiło radykalizm części klasy robotniczej. Nawet Watykan zareagował encykliką Rerum novarum.

Za wcześnie na odpowiedź. Jedno jest pewne – nie będzie tak jak dawniej, nie ma powrotu do III RP. Ludzka wrażliwość się zmieniła, pojawiły się nowe lęki i nowe punkty odniesienia. Sprawy dawniej ważne przestały takie być. Cały świat się zmienił. Na Zachodzie przez dwa wieki podmiotem politycznym była klasa średnia: burżuazja, mieszczaństwo itp. Polska po 1989 r. załapała się na końcówkę tej epoki. Po 2008 r. podważono stabilność istnienia zachodniej klasy średniej. Nie ma już pewności, że można przetrwać w obrębie tej klasy. A podmiot polityczny, który nie ma pewności, że jutro będzie lepsze albo przynajmniej tak samo dobre, radykalizuje się. Dlatego PIS popiera nie tylko niewykształcona biedota, ale – ku zdziwieniu wielu – także ludzie z wykształceniem i z przyzwoitymi dochodami.

Latem 2017 r., gdy trwały protesty pod sądami, wystąpił Pan z koncepcją, aby „wyjąć” prezydenta Andrzeja Dudę z układu władzy i pozyskać go dla opozycji. Powtórzyłby Pan tę propozycję dziś?

Jeśli żąda się od głowy państwa, by wykonała jakąś czynność w interesie dobra wspólnego, to nie można drugą stroną ust mówić: „a oprócz tego wsadzimy pana do więzienia”.

Uważam, że głowę państwa powinno się traktować na wyrost. Nawet jeśli wiemy, że Andrzej Duda nie jest taki niezłomny, jak o sobie twierdzi. Trzeba mieć nadzieję, że również ludzie, co do których charakteru mamy wątpliwości, dorastają do wyzwań.

I następnych kilkanaście miesięcy pokazało, że dorósł?

Gdyby nie to jedno weto prezydenta, Komisja Europejska już nie miałaby co robić w Polsce. To weto zatrzymało działania PiS na pół roku, co okazało się decydujące, jeśli chodzi o postrzeganie problemu przez UE. Nie zgadzam się z tezą, że to wszystko była jedynie gra. Prezydent Duda naprawdę wsadził kij w szprychy.

Mówił Pan wówczas, że Jarosław Kaczyński nie rządzi, bo nie jest zdolny, by zmobilizować ludzi do wyjścia z domu, i że prawdziwa polityka toczy się już między młodymi politykami: Andrzejem Dudą, Zbigniewem Ziobrą, Borysem Budką i Kamilą Gasiuk-Pihowicz. Chyba jednak Kaczyński, jak ten leśniczy w dowcipie, przyszedł i przegonił ich wszystkich z lasu.

Ma Pan rację, ale gdy ów leśniczy przyszedł, to magazyn z amunicją był już wysadzony. Chyba nie umknęło Panu, że prezydent podpisał kilka tygodni temu siódmą nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym, która była sprzeczna z pierwotnymi zamiarami PiS. Kaczyński nie jest wszechwładny.

Gdzie jest dziś np. Kamila Gasiuk-Pihowicz?

Nie mam pojęcia.

No właśnie. Schetyna po swojej stronie też zaprowadza porządki. Czy nie jest tak, że często lokuje Pan sympatie w różnych młodych politykach i środowiskach typu „Krytyka Polityczna”, „Kultura Liberalna” i przepowiada, że to jest przyszłość polityki, gdy tymczasem w polityce ciągle królują starzy wyjadacze?

Po prostu trzymam kciuki za wszystkich ludzi młodszych o generację ode mnie, którzy chcą angażować się publicznie. Prawdę mówiąc, jest mi wszystko jedno, czy to lewica, liberałowie czy prawica, bo to w tym wieku nic nie znaczy. Oni za dziesięć lat mogą być zupełnie gdzie indziej, liczy się ich wola działania. W Polsce mamy deficyty zaangażowania społecznego ludzi w przedziale 18–35 lat, i to jest groźne. Mamy najstarszy rząd w Europie.

Jeśli więc widzę, że jest jakieś ciekawe środowisko, któremu chce się publikować teksty, robić analizy, walczyć o swoje poglądy, to tylko się cieszę, nawet jeśli ideologicznie nie jest mi z nim po drodze. Mogę się kłócić z „Krytyką Polityczną”, która na gruzach liberalizmu chce budować nowy ustrój, albo podśmiewać się z jagiellończyków, którzy publikują „Teki Stańczyka” o ekonomii Ducha Świętego, ale widzę, że są to środowiska zdolne do krytycznego spojrzenia, także na bliskie sobie formacje polityczne. Ten krytycyzm trzeba cenić.

Pisze Pan w swojej książce, że nikt nie zastanawia się poważnie, co będzie po PiS. Może jednak najpierw opozycja powinna myśleć, jak pokonać PiS – a pomysłu na to nie ma, bo przede wszystkim jest podzielona.

Tak, i PiS może najbliższe wybory wygrać. Jego przeciwnicy cały czas marzą o tym, żeby po ich stronie stanęła tak samo zjednoczona armia jak po stronie przeciwnej. To niemożliwe, bo PiS tworzy wspólnotę negacji, a to jest najsilniejsze spoiwo. Nie tylko w Polsce. Zwolennicy Donalda Trumpa zrzeszają płaskoziemców, antyszczepionkowców, Tea Party, różne Kościoły i masę innych ludzi, którzy nie stanęliby w jednym szeregu, gdyby nie łączyła ich negacja liberalnego świata.

Tymczasem po przeciwnej stronie mamy do czynienia z klasycznym układem demokratycznym: wszyscy nie lubią PiS, ale każda grupa z innego powodu, i ta negacja nie jest za silna, żeby można było opozycję scalić w jeden organizm.

A może odpowiedź sprowadza się do nowego pomysłu typu 500+, czyli co dać Polakom?

To nie jest takie proste. Wyborów nie wygrywa się jedynie przez przekupstwo elektoratu. Wyborcy w Polsce to nie goście, którzy siedzą w kinie i powiedzą, że im się film podoba, gdy dostaną drugą torbę popcornu. Jestem lepszego zdania o Polakach.

Czy dyskusja na temat relacji Państwo–Kościół może być paliwem dla opozycji w nadchodzących wyborach?

Te relacje na pewno trzeba zresetować, ale rozsądnie. Z jednej strony mamy język niektórych biskupów, który z punktu widzenia demokratycznego państwa prawa jest nie do zaakceptowania, bo to próba narzucenia państwu norm wziętych z nauczania Kościoła, ale z drugiej strony mamy język ekstremistów, którzy mówią: związki homoseksualne już! W ten sposób nigdy nie dojdzie się do kompromisu. Lewicowy ekstremizm jest równie szkodliwy jak triumfalizm Kościoła. Tracą na tym setki tysięcy związków heteroseksualnych, których sytuacja prawna jest nieuregulowana.

Pewne sprawy trzeba uporządkować. Choćby kwestię pochówku na cmentarzach parafialnych w miejscowościach, gdzie nie ma cmentarzy komunalnych. Opłaty za te usługi trzeba zacząć wreszcie rozliczać, podobnie zresztą jak i zwykłe datki na tacę. Polskie państwo ma pełne prawo to zrobić. Podobnie jeśli państwo płaci księżom katechetom, musi mieć kontrolę nad tym, co oni mówią.

Wiele z tych rzeczy to po prostu kwestia egzekwowania obecnego prawa, nie trzeba od razu zrywać konkordatu, ale jeśli konkordat miałby przeszkadzać w unormowaniu spraw Kościoła., to nie uważam, aby ta umowa była nienaruszalna.

Ładnie Pan o tym pisze w książce, ale oczywiście nasuwa się pytanie, czemu Sienkiewicz polityk nie przeforsował tych pomysłów, gdy był w rządzie. 

Bo to był rząd koalicyjny i nasz partner – PSL – powiedział, że ludowcy będą spaleni u wiejskich proboszczów, jeśli się ruszy te sprawy. Władysław Kosiniak-Kamysz także niedawno odciął się od pomysłów Barbary Nowackiej.

Czyli mamy jasność – jeśli po PiS współrządzić będzie PSL, w tych kwestiach nic się nie ruszy. Co będzie można jednak zmienić?

Jest wiele przyziemnych spraw, które dla ludzi są ważniejsze niż wielka polityka. Choćby pytanie, w jaki sposób zajmiemy się trzema rocznikami młodych ludzi zmielonych przez „deformę” Anny Zalewskiej. Te roczniki skrzywdzono i one będą żywić poczucie krzywdy nie względem PiS, lecz względem państwa.

Oczywiście zacząć trzeba od kwestii ustrojowych, czyli od Trybunału Konstytucyjnego. Albo potrzebna będzie jakaś specjalna ustawa o naprawie Rzeczypospolitej, która będzie rozwiązaniem bardziej politycznym niż prawnym, albo weźmiemy do ręki instrumenty pozostawione po PiS i ich użyjemy – tylko po co wtedy odsuwać PiS od władzy? Przecież nie chodzi o to, żeby powiedzieć pani Julii Przyłębskiej „Do widzenia” i na jej miejsce postawić swojego człowieka. Coś trzeba będzie zrobić, bo pozostanie przy status quo może oznaczać, że w Polsce będzie istniała równoległa władza, PiS przejdzie opozycji, ale okopany w różnych instytucjach, będzie dalej rządził.

Przeciwny jestem ostrym rozliczeniom z PiS, poza tymi przypadkami, gdzie ewidentnie złamano prawo.

Jeśli wejdziemy na tę ścieżkę, to na jej końcu będzie wyrok sądowy rozwiązujący tę partię. Nie posadziliśmy po 1989 r. Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka, to Andrzeja Dudę będziemy sadzać? Absurd. Pierwszy będę przeciw. Logika walki politycznej, zgodnie z którą nowa władza wsadza do więzień poprzedników, pcha nas w stronę Azji Centralnej. Walka polityczna, gdy staje się walką o wszystko, niszczy społeczeństwo. Kluczem do prawdziwego sukcesu jest taka wygrana w wyborach, która pokaże, że PiS-owski sposób uprawiania polityki już nie ma szans zawładnąć umysłami wyborców. Chodzi o odesłanie go do przeszłości przez proces demokratyczny, a nie karny.

 

Bartłomiej Sienkiewicz
Analityk, publicysta, polityk. Absolwent Wydziału Filozoficzno-Historycznego UJ. W latach 80. XX w. działacz opozycji demokratycznej. Po przełomie współtwórca Urzędu Ochrony Państwa, a później Ośrodka Studiów Wschodnich, w którym wiele lat pełnił funkcję wicedyrektora. W latach 2013–2014 minister spraw wewnętrznych. Prezes Fundacji Instytut Wspólnot Obywatelskich. Ostatnio wydał książkę Państwo teoretyczne


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter