70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Adam Golec/Agencja Gazeta

Najtrudniej przyjrzeć się sobie

Dbanie o siebie to w istocie intensywne, bezkompromisowe wejście w dialog z rzeczywistością po to, żeby zobaczyć, co ona ze mnie wydobędzie, co mi (i innym) służy, a co nie. Sensowna troska o siebie zaczyna się od zdobycia wiedzy o sobie.

Urszula Pieczek: Naszą rozmowę o trosce o siebie chciałbym zacząć od kontrowersyjnej tezy, która jest mi jednak dość bliska. Właściwie istnieje tylko jedno poważne pytanie egzystencjalne i filozoficzne, a mianowicie: czy popełnić samobójstwo? Jeśli odpowiemy twierdząco, to problem zostanie rozwiązany, jeśli nie – a tak czyni większość z nas – to wtedy musimy przekonująco uzasadnić dlaczego nie.

 

Bartłomiej Dobroczyński: Czy dobrze rozumiem, że każda odpowiedź może być wyrazem troski o siebie?

Na pewno o siebie, ale przy okazji także o innych, choćby bliskich, którym na nas zależy albo którzy wymagają naszej opieki. Ważne, że musimy wtedy na własną odpowiedzialność rozpoznać, odnaleźć lub zaprojektować pewne zaczepy, zakotwiczenia czy umocowania dla naszej egzystencji, dzięki którym będziemy w stanie stwierdzić: „dla tej sprawy warto żyć”, „tego bronię”, „to część, za którą odpowiadam”.

W życiu czasami jest nam przecież tak ciężko, że sam instynkt samozachowawczy okazuje się niewystarczający. Wtedy należy ciągle poszukiwać odpowiedzi na pytanie, co jest rzeczywiście dla nas ważne, i utwierdzać się w tym.

By jednak to zrobić, musimy odpowiedzieć na inne, trudniejsze pytanie: kim właściwie jesteśmy?

Innymi słowy, cała kwestia dbania o siebie bardzo mocno wiąże się z tym, jak rozpoznamy, zdefiniujemy czy zaprojektujemy samego siebie, a w konsekwencji swoje marzenia, pragnienia, aktywności, całe życie. Wtedy może okazać się nawet, że to, co uważamy za rzeczywistą troskę i dbanie o to, żeby nasze życie miało sens i wartość, dla innych będzie czystym obłędem. Przecież choćby tacy pasjonaci sportów ekstremalnych w rodzaju wingsuit base jumping uważają, że prowadzą wspaniałą egzystencję, pełną ekstatycznych doznań, a więc bardzo „zadbaną”, zaś dla przeciętnego „kanapowego mieszczucha” to banda nieodpowiedzialnych szaleńców, bezmyślnie narażających swoje zdrowie i życie dla czystego kaprysu.

 

Kto ma zatem rację?

Klucz to chyba umiejętność spojrzenia na siebie z pewnego dystansu. Już Sokrates twierdził, że życie prawdziwie warte życia to takie, które zostaje poddane refleksji. „Refleksja” zaś to słowo, którego łacińskie źródło – reflexio: „odbicie” – prowadzi nas do lustra. W nim możemy się sobie przyjrzeć, a więc niejako podwoić się i stanąć na zewnątrz siebie: być nie tylko podmiotem, ale i przedmiotem, który poznajemy. Lustro jest pewną metaforą, więc pojawia się pytanie: jak to zrobić oraz czy poradzimy sobie sami, czy też potrzebni są nam do tego doświadczeni pomocnicy, przewodnicy, specjaliści? Karl Jaspers powiedziałby, że żadne pogrążanie się w rozmyślaniach na własny temat do niczego nas nie doprowadzi, gdyż jedyny prawdziwy nauczyciel to realne życie, praca, miłość, przyjaźń, sytuacje graniczne – one pokazują, kim jesteśmy. Świat dzisiaj stał się tak bardzo złożony i nieprzejrzysty, że chętnie przyjmujemy wszelką pomoc w tym zakresie i oddajemy się w ręce rosnącej liczby „fachowców” różnej maści, konsultantów, coachów, mówców motywacyjnych. Z zapałem poświęcamy się także lekturze poradników mówiących, jak żyć i jak najlepiej o siebie dbać. O swoje zdrowie fizyczne, wagę, wygląd i dobrostan, równowagę psychiczną, relacje w domu i miejscu pracy, o sens w życiu i wiele innych ważnych rzeczy.

 

Ostatnio najpopularniejszym wyrazem troski o swój dobrostan jest slow czy self-care.

To prawda, że od dłuższego czasu narasta liczba ruchów i inicjatyw prozdrowotnych, ekologicznych, związanych z dbaniem o siebie w trybie slow. Od razu pojawia się też wokół tego otoczka medialna: niszowe pisma, audycje, podcasty, wyspecjalizowani youtuberzy. Pytanie jednak, czy rzeczywiście mamy do czynienia z realnym rozpoznaniem tego, co jest prozdrowotne i ekologiczne, czy tylko z pewnym rynkowym trendem, połączonym w dodatku z różnymi nadużyciami, co czyni wszystko wielce dwuznacznym i problematycznym. I nie chodzi wcale o złą wolę, tylko o to, że dzisiaj świat okazuje się znacznie bardziej skomplikowany niż w przeszłości.

Weźmy choćby dbanie o siebie poprzez „właściwą” dietę. Dla naszych prehistorycznych przodków smak był w zasadzie adekwatną wskazówką informującą, że znaleźli wartościowy pokarm. Zresztą nadal można się spotkać z przekonaniem, że kiedy coś jemy chętnie albo mamy ochotę na jakąś potrawę, to organizm informuje nas, że jest ona zdrowa i potrzebna. Nauka jednak obaliła ten sposób myślenia: nasza przyrodzona skłonność do jedzenia tłustego i słodkiego okazała się przydatna parę tysięcy lat temu, kiedy wysokokaloryczna żywność była trudno dostępna. Niestety, skłonność ta przetrwała dzięki tzw. inercji ewolucyjnej do czasów współczesnych i stała się w aktualnych realiach kulturowych całkowicie nieprzydatna, wręcz zabójczo szkodliwa. Kiedy bowiem zdobycie żywności nie wiąże się z wysiłkiem większym od pojechania samochodem do supermarketu, słabość do wysokokalorycznych pokarmów działa na naszą niekorzyść. A wręcz odpowiada za wiele cywilizacyjnych chorób – otyłość, nadciśnienie, zawały serca, cukrzycę, przedwczesne zgony. Smak zwodzi nas zatem, okazuje się, że nie możemy sobie ufać w tym względzie.

 

Czym się zatem powinniśmy kierować? Czy istnieją lepsze i gorsze pomysły na dbanie o siebie?

Trzymajmy się przykładu z jedzeniem. Z pewnością wiele słuszności znajdziemy np. w poglądach, że nie powinno się wykorzystywać i zabijać zwierząt, że w imię troski o nie i planetę lepiej jeść np. zdrowe i dające energię awokado czy pić mleko sojowe, a nie krowie. W naszej szerokości geograficznej to jednak kłopot, awokado trzeba do nas przetransportować, zostawić olbrzymi ślad węglowy, a przy okazji „przymknąć oczy” na wyzysk ludzi, którzy je wyhodowali, oraz zniszczenie środowiska, które spowodowała jego uprawa. Monokulturowe uprawy soi wyniszczają środowisko, wyjaławiają glebę, zatruwają ziemię i wodę nawozami. Rozmyślając więc o samym tylko jedzeniu, stajemy się już niczym Tezeusz w labiryncie bez Ariadny: właściwie nie wiadomo, które truskawki wolno kupić, a których nie; które rośliny jadalne były pryskane przez Monsanto najgorszymi chemikaliami zabijającymi całe pokolenia pszczół; a które z kolei zostały pozyskane w sposób odbierający im wszelką wartość odżywczą. Problem polega na tym, że nie mamy już dzisiaj niezmodyfikowanej, nieprzetworzonej żywności, a kolejne pokolenia są uczulone na coraz większą liczbę składników pokarmowych. Ustalenie tzw. zdrowej diety staje się więc współcześnie przedsięwzięciem o wręcz logistycznym charakterze, wymagającym udziału lekarzy i dietetyków, z wykorzystaniem skomplikowanych często badań i testów. Liczba „idealnych”, „zdrowych”, „odchudzających” i innych diet przyrasta zaś na rynku w zawrotnym tempie. I każdy, kto je stosuje, oczywiście robi to z troski o siebie.

Istnieją z pewnością lepsze i gorsze propozycje rynkowe. Slow food z natury rzeczy ma tendencje do tego, żeby być zdrowszym jedzeniem niż fast food. Jestem sobie jednak w stanie wyobrazić fast food czy jedzenie sieciowe „zreformowane”, które będzie mniej szkodliwe niż niepoprawnie przygotowany slow food. Warto zwrócić uwagę, że slowfast wyrastają z tego samego imperatywu, to próba zhoryzontalizowania rynku, tak by znalazły się na nim różne oferty. Gdybym był nihilistą, powiedziałbym, że to są walki różnych podmiotów rynkowych o ustalenie reguł gry. Kultura lubi etykiety, nazwy, określenia, ale one niczego nie przesądzają. Joga może być zarówno pożyteczna, jak i szkodliwa, różne praktyki duchowe mogą prowadzić do poprawy jakości życia i harmonii, ale też kompletnego zamętu i dezintegracji. To zależy od bardzo wielu indywidualnych czynników.

 

Próba realizacji hasła „w zdrowym ciele zdrowy duch” nie rozwiąże problemu.

Przez wiele lat obowiązywało też hasło „sport to zdrowie”, ale każdy, kto uprawiał go regularnie, wie, że to nieprawda. Po latach treningów judo mój kręgosłup, kolana, kości i stawy są w pożałowania godnym stanie. Wiadomo też, jak wyglądają stopy, palce i paznokcie zawodowych piłkarzy. Ludzie chodzący na siłownię kończą niekiedy uzależnieniem od sterydów. Na poziomie tzw. sportu rekreacyjnego, który oczywiście wydaje się najmniej problematyczny, a wręcz zalecany, poważną barierą są kwestie środowiskowe.

Wyobraźmy sobie np. jogging w Krakowie od grudnia do marca. Cynik hedonista powiedziałby, że dla dobrostanu psychicznego w zasadzie bezpieczniej byłoby zażywać heroinę – szkoda będzie porównywalna do przebiegnięcia 10 km w zalegającym smogu, a osiągasz przyjemność i nie musisz się wysilać.

Polska jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych krajów w Europie, więc zanim jazda na rowerze czy bieganie przyniosą pozytywny efekt, najpierw wypadałoby zadbać o jakość powietrza.

 

Mieliśmy rozmawiać o tym, jak się troszczyć o siebie, czyli o czymś – wydawałoby się – przyjemnym, a to wszystko na razie brzmi bardzo pesymistycznie.

Samo pojęcie troski podszyte jest konfudującą wieloznacznością. Zwłaszcza że poruszamy się w obrębie nadal aktualnego konfliktu pomiędzy grecko-chrześcijańskim dualizmem ducha i materii a monistycznym darwinizmem. W efekcie jesteśmy rozdarci pomiędzy tym, że powinniśmy troszczyć się o wartości wyższe, zwłaszcza o swoją „nieśmiertelną duszę” czy – jak by to ujął Platon – powrót do świata idealnego i wyzwolenie z ciała, a tym, że należy jednak zabiegać o takie adaptacyjne wartości jak miejsce w hierarchii społecznej, czyli władzę i pieniądze oraz sukces reprodukcyjny (a więc najatrakcyjniejszych partnerów seksualnych).

Ostatnio też bardzo mocno zaznacza się napięcie pomiędzy tym, kim jesteśmy realnie (z naszymi fizycznymi ciałami i takimi, a nie innymi osobowościami), i tym, kim powinniśmy być lub się stać, żeby zyskać aprobatę otoczenia oraz przyjaciół, żeby znajomość z nami się opłacała i żebyśmy zasłużyli na aplauz w mediach społecznościowych. W kapitalizmie na czoło wysuwa się znowu kwestia posiadania luksusowych i prestiżowych dóbr oraz kolekcjonowania ekscytujących przeżyć, budzących zazdrość w gronie rówieśników.

W tym kontekście ujęta troska ujawnia swoje wewnętrznie sprzeczne, wręcz proteuszowe oblicze, ponieważ okazuje się, że nasze potrzeby np. zdrowotne coraz częściej są przefiltrowane przez pytanie: czy to będzie służyło mojemu selfie? Wychodzi na to, że – nadal w ramach troski o siebie – powinienem w pewnych sytuacjach zrobić ze swoim ciałem nawet takie rzeczy, które będą stanowić zagrożenie zdrowia i życia, jak niektóre interwencje chirurgii plastycznej i estetycznej czy mordercze odchudzanie. Wiadomo, że taka ingerencja, niekiedy bardzo poważna, zawsze pociąga za sobą ryzyko, z pewnością też nie pozostaje obojętna dla naszego zdrowia, często wiąże się z długotrwałym procesem gojenia i dochodzenia do siebie. Jednak ludzie się coraz częściej na to decydują, co w potocznym mniemaniu stanowi część dbania o siebie. W niektórych środowiskach jest wręcz nie do uniknięcia. W postach internetowych, które są wylęgarnią ekstremalnego socjaldarwinizmu, jak mantry pojawiają się „życzliwe” zalecenia: „zadbaj o siebie, zrób coś wreszcie ze swoim wyglądem!”, „przyszedł już czas na botoks, dziewczyno”, albo „przydałaby ci się liposukcja”.

 

To jednak mocno kontrowersyjny pomysł na to, co można nazwać troską o swój dobrostan.

Tak, ponieważ to często dramatyczna próba sprostania – w zakresie swojego wizerunku i tego, jak się jawimy innym – pewnym wyśrubowanym, często zupełnie nierealistycznym kryteriom. Są one wprawdzie podawane do wiadomości przez celebrytów i inne wyrocznie w kwestii wyglądu i zachowania – jak aktorki, sportowcy czy ludzie mediów – ale to nie oni je wymyślili, tylko wykreował je ustrój, w którym żyjemy. Innymi słowy, to nie Kim Kardashian wymyśliła liposukcję i operacje plastyczne, tylko kapitalizm. A kapitalizm wymyśliła ewolucja.

 

To o co dziś możemy dbać?

Żyjemy w tzw. późnym kapitalizmie, w którym najbardziej zagrożone są relacje z innymi ludźmi. To system, który chętnie posługuje się wstydem i wykluczeniem. Patrzymy na człowieka i „wiemy”, że znajomość z nim się nie opłaca, bo on źle wygląda, jest biedny i będzie odstraszał potencjalnie wartościowych partnerów. W tekstach Guy Deborda czy Evy Illouz znajdziemy wiele informacji o utowarowieniu wszelkich relacji, w tym tak, wydawałoby się, wzniosłych jak przyjaźń czy nawet miłość. Dodatkowo kapitalizm wyrabia i utrwala w nas cechy zupełnie niedające się pogodzić z postawą troskliwą czy opiekuńczą. Zwracał na to uwagę Erich Fromm, który mówił o narastającej złośliwej agresji będącej pochodną patriarchalnej struktury społecznej, opartej na wyzysku i bezduszności, automatyczności, braku miejsca dla rozwoju człowieka, postawie „mieć”, kulcie dóbr materialnych oraz maksymalizacji zysków.

Claude Lévi-Strauss uważał z kolei, że są na świecie tylko dwa ustroje społeczne i albo żyjesz w jednym, albo w drugim. Pierwszy to wspólnota pierwotna, drugi to niewolnictwo. Jeśli nie żyjesz w jakiejś formie wspólnoty pierwotnej, to żyjesz w jakiejś formie ustroju niewolniczego. Można się spierać, czy tak jest w istocie, czy to tylko zgrabny bon mot, ale generalnie to, o co dbamy, wynika także i z faktu, że jesteśmy do pewnego stopnia osaczeni i zniewoleni przez kulturę, w której żyjemy. I w społeczeństwach nowoczesnych dbamy o siebie w taki sposób, że próbujemy połączyć nasz interes, do którego mamy dostęp, lepszy bądź gorszy, oraz wymagania stawiane nam przez wspólnotę, często nie tylko trudne do spełnienia, ale wewnętrznie sprzeczne, a niekiedy wręcz nieludzkie. Nie wynikają one wcale z dogłębnego przeanalizowania naszej rzeczywistej sytuacji czy potrzeb wspólnoty, leżą jedynie w interesie systemu, podtrzymują jego trwanie. Patrząc na rzecz ekonomicznie, wzięcie kredytu nie jest w naszym interesie, ale system okazuje się tak skonstruowany, że jeśli nie weźmiemy, to nie przetrwamy, czyli nie zadbamy o swoją przyszłość. Nie jest w naszym interesie robić sobie operacje plastyczne, zażywać sterydy albo głodować jak modelki, ale jeśli tego nie zrobimy, to system może wyrzucić nas na obrzeża i nie zrealizujemy wielu rzeczy, na których nam bardzo zależy.

 

Nie chcę żyć w świecie, w którym powinnam dbać tylko o opłacalne relacje.

Człowiek to istota społeczna i zależna od tego, jak inni go widzą, w jakie relacje wchodzi ze światem i innymi ludźmi, jak postrzega swoją sytuację, swoje szanse. To ciągłe ustalanie i negocjowanie swojej tożsamości, celów życiowych, zadań i marzeń przybiera postać różnych, konkurujących ze sobą narracji, na poziomie indywidualnym i zbiorowym. Historie często stają się mitologiczną, religijną, polityczną, a nierzadko uniwersalną podbudową więzi społecznych i są w stanie połączyć setki tysięcy, a nawet miliony ludzi – jak to było w przypadku chrześcijaństwa, kapitalizmu, socjalizmu, „wolności, równości i braterstwa” czy patriotyzmu. Skłonność do tworzenia narracji musi być czymś nieomal przyrodzonym ludzkiej naturze, skoro nie opuszcza nas od tysięcy lat, więc nic dziwnego, że w psychologii istnieją nawet narracyjne koncepcje tożsamości, które mówią, że to, kim jesteśmy, stanowi naszą opowieść o nas, dzięki której cały czas samych siebie definiujemy i kształtujemy. I to, o co chcemy czy powinniśmy dbać, wynika w ogromnej mierze ze ścierania się i uzgadniania takich indywidualnych i zbiorowych narracji, które wyznaczają nam cele, marzenia, pragnienia, sposoby realizacji, definiują sukces czy porażkę.

 

Czy istnieją jakieś uniwersalne propozycje?

Odpowiedź na to pytanie pozornie rozpada się na wątek indywidualny, poniekąd prywatny, i wątek wspólnotowy, ponadjednostkowy, ale jak się okaże, są one ze sobą mocno i nierozdzielnie wręcz powiązane. Na poziomie jednostkowym na czoło wysuwa się kwestia zdolności, skłonności, temperamentu i charakteru, posiadanych talentów i osobowości – a zatem tego wszystkiego, czym dysponujemy jako ludzie i co stanie się podstawą naszych zainteresowań, dokonywanych wyborów, podejmowanej drogi życiowej. Ktoś zostaje strażakiem, a ktoś wstępuje w szeregi Lekarzy bez Granic, ktoś inny zostaje reżyserką teatralną albo działaczką WWF. Wszystkie te wybory i zainteresowania nie dadzą się jednak pomyśleć ani realizować w oderwaniu od kwestii wspólnotowych, obowiązujących hierarchii wartości, uświęconych wzorów myślenia i postępowania etc. I dlatego dbamy w naszym indywidualnym życiu przede wszystkim o to, co je czyni sensownym i znaczącym w kontekście rodzinnym i społecznym, a więc o to, co sprawia, że jesteśmy przydatni dla innych, użyteczni. Chyba nie ma większej tragedii dla człowieka niż poczucie bycia nikomu niepotrzebnym. Nie można wszak dbać o siebie, nie dbając równocześnie o innych. Czy nie jest zastanawiające, że wielu bardzo bogatych ludzi, szczególnie pod koniec życia, ogłasza, że chce cały zdobyty majątek przeznaczyć na cele społeczne, by pozostawić po sobie coś wartościowego dla innych?

Jedyne sensowne dbanie o siebie to w istocie intensywne, bezkompromisowe wejście w dialog z Realnym, z rzeczywistością, po to, żeby zobaczyć, co ona ze mnie wydobędzie, co mi (i innym) służy, a co nie. Przy czym nie ominiemy tego, że tak naprawdę liczy się wiedza, a zwłaszcza dobra znajomość siebie samego. Nie kto inny jak św. Augustyn powiedział, że lekarz powinien leczyć tak, jakby Boga nie było. Wartościowa wiedza okazuje się jednak kosztowna w każdym sensie – ekonomicznym, czasowym, energetycznym – a więc niełatwa do zdobycia, nierzadko bywa trudna do przyjęcia, a nawet bolesna. W związku z tym istnieją potężne siły, rynkowe czy polityczne, które gotowe są nam oferować wiedzę łatwiejszą do akceptacji, podnoszącą na duchu, choć nieprawdziwą. Stąd popularność populizmów, mitologii narodowych i etnicznych, uproszczonych wersji religii przyrządzonych na potrzeby ego. Tak pojawiły się fake newsy, postprawda i bańki informacyjne. Debord już w 1968 r. mówił, że w czasach społeczeństwa spektaklu uwierzyć wolno jedynie w to, co widziałeś na własne oczy, w czym uczestniczyłeś osobiście. Dziś żyjemy całkowicie w świecie wirtualnym i nie mamy właściwie żadnej możliwości weryfikacji napływających informacji.

 

Mimo całej wieloznaczności, o której mówiliśmy, wydaje mi się, że wydobyliśmy pewien ważny aspekt: sensowna troska zaczyna się od wysiłku zdobycia wiedzy o sobie.

Wiedza jest niezbędna. Można podać mnóstwo przykładów pokazujących najbardziej podstawowe błędy, które popełniamy w imię źle rozumianej troski. Podam jeden, ale bardzo wyrazisty. Wybitny polski ornitolog, dyrektor Ogrodu Zoologicznego w Warszawie, Andrzej Kruszewicz ciągle apeluje, by nie przynosić znalezionych i pozornie bezbronnych piskląt do niego z prośbą o ratunek. Ludzie jednak uparcie, z najlepszymi intencjami przynoszą np. małego dzięcioła zielonego, który wypadł z gniazda i rzekomo nie daje sobie rady. W tym momencie Kruszewicz zadaje pytanie: „Co państwo najlepszego zrobili? I co ja mam z nim teraz zrobić?”. A słyszy oburzoną odpowiedź: „Jak to co? Przecież to pan jest ornitologiem, więc powinien pan pomóc, to pana obowiązek”. Prawda jest taka, że aby utrzymać przy życiu małego dzięcioła zielonego, należy mu dziennie dostarczyć szklankę żywych mrówek. Jest to na dłuższą metę niewykonalne, więc pisklę prędzej czy później straci życie. A równocześnie wiadomo, że gdyby go pochopnie nie ratowano, to przypuszczalnie rodzice daliby sobie radę i potrafili się nim zaopiekować, mimo że wypadło z gniazda. To jedna z odpowiedzi na pytanie: jak dbać? Jeśli nie wiemy jak, nie będziemy potrafili tego zrobić, choćbyśmy chcieli jak najlepiej. To, co dotyczy dzięcioła zielonego, nas dotyczy jeszcze bardziej. Tak długo, jak dugo nie wiem, czego ty potrzebujesz, czego ja potrzebuję, nie jestem w stanie zadbać ani o siebie, ani o ciebie. Najważniejsza zatem okazuje się właściwa edukacja i starożytny ideał gnothi seauton – poznaj samego siebie.

_

Bartłomiej Dobroczyński – Psycholog, dr hab., prof. UJ, członek Kolegium Interdyscyplinarnego Centrum Etyki Wydziału Filozoficznego UJ. Bada zagadnienia historii myśli psychologicznej, psychologii transpersonalnej, relacji między psychiką a duchowością.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter