70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bambosze i makowiec, czyli sam przeciw wszystkim

Wbrew temu, co zwykło się uważać, literatura i kultura popularna oraz masowa wcale nie narodziły się w Polsce po przełomie ustrojowym i gospodarczym 1989 r., ale istniały z powodzeniem wcześniej.

Stanisław Barańczak w zebranych pod znaczącym tytułem Odbiorca ubezwłasnowolniony tekstach prezentuje się jako wyjątkowo przenikliwy badacz, obserwator i czytelnik. Powszechnie znany jest jako ten, który od zawsze widział wyraźniej. Wybitny przedstawiciel Nowej Fali, którego twórczość nie tylko przetrwała próbę czasu, ale nawet – jak w tym przypadku – nabiera mocy, wyczulony był na wszelkie formy manipulacji i perswazji. Nic dziwnego zatem, że rozpoznał je w niektórych przejawach kultury popularnej i masowej produkowanej w warunkach systemowego zniewolenia. Można by podejrzewać, że te rozpoznania nijak mają się do sytuacji obowiązującej na tzw. wolnym rynku, jednak okazuje, że w obu systemach podstawą zarządzania społeczeństwem przez powszechnie dostępną kulturę jest pozór emancypacji kryjący pułapkę tytułowego ubezwłasnowolnienia.

W części czwartej książki, czyli w Katalektach, znajduje się fragment wywiadu z 1994 r. Krytyka literacka w Polsce nie istnieje… (Adam Poprawa podejrzewa, że wywiad nie był autoryzowany, ponieważ znajdują się w nim nieścisłości, a tytuł ocenia jako nadinterpretację ze strony redakcji), w którym Barańczak mówi: „Ja zresztą w ogóle nie uznaję podziału na kulturę wysoką i niską. Uznaję tylko podział na kulturę wartościową (w której mieszczą się moim zdaniem Bach i Szekspir, ale również Charlie Parker i Monty Python) i kulturę bezwartościową, czyli kulturę kiczu (w której mieszczą się dla mnie: piosenkarka Madonna i film Rambo, ale również koncert fortepianowy Czajkowskiego i film Podwójne życie Weroniki)”. To wypowiedź uderzająca i wcale nie tak oczywista. Co stałoby się, gdyby zamiast słowa „wartość” wstawić słowo „smak”, „styl” lub „wrażliwość”? Susan Sontag w klasycznym tekście z 1964 r. Zapiski o kampie pisze: „Kampowy smak nie ocenia wartości estetycznych według pospolitej skali dobre-złe. Nie odwraca porządków. Nie stara się dowieść, że dobre jest złe albo że złe jest dobre. Kamp proponuje inny, uzupełniający zestaw norm dla sztuki (i życia)”. Zdaniem Barańczaka nie można dokonać całkowitego rozdziału estetyki i etyki. Sontag  – być może – miała jeszcze więcej nadziei niż Barańczak, pisząc: „Kamp to konsekwentnie estetyczne doświadczanie świata. Realizuje się zwycięstwo stylu nad treścią, estetyki nad moralnością, ironii nad tragedią”. Optymizm Sontag powiązać można z konkretnymi warunkami społecznymi, a te nie mogły być spełnione w świecie doświadczanym i analizowanym przez Barańczaka. Wyłącznie estetyczny wymiar „smaku” to przywilej. Oboje wytworzyli języki i narzędzia pomocne w rozumieniu nie tylko samej kultury oraz nas samych, kontaktujących się z nią; Zapiski Sontag przeszły do klasyki, zaś prace Barańczaka niekoniecznie. Odkrywamy je dzisiaj, powszechnie dziwiąc się, jak to możliwe, że on już wtedy wiedział, rozumiał lepiej i głębiej niż my dzisiaj. Sontag nie widziała zagrożeń, bo i nie musiała, nie miała takiego jak Barańczak doświadczenia. W państwie sterowanym odgórnie mechanizmy perswazji mają głębszy niż „tylko” rynkowy wymiar; prace Barańczaka można czytać jak znakomite uzupełnienie i rozwinięcie Zapisków Sontag. Oboje są ciekawi nowych, popularnych zjawisk: Sontag widzi w nich szanse na poszerzanie możliwości, natomiast Barańczak raczej ucieczkę od wolności wyboru. Wolność kosztuje, wysiłek jest konieczny, a „słodka bierność” to zniewolenie.

Współczesna polska proza zdominowana jest przez literaturę gatunkową, przede wszystkim przez kryminał. Jak to się stało? Można winić wpływy z innych krajów, ale można też popatrzeć na to zjawisko w perspektywie lokalnej. Co by było, gdyby ją poznać? Czyli nie tyle kryminał, ile spotworniałą odmianę, powieść milicyjną? Tutaj znów z pomocą przychodzi Barańczak, kiedy szczegółowo i wnikliwie analizuje zjawisko, poszczególne utwory oraz ich moc perswazyjną. Współcześnie to, co najciekawsze w polskiej literaturze gatunkowej, zawsze balansuje na jej granicach. Czy można wykazać jakiś związek z „popsutą literaturą”, by przypomnieć sformułowanie z manifestu Łukasza Gorczycy? Czy może jednak z niemożliwym do zrealizowania projektem, jakim była tendencyjna powieść o dobrych ludziach z Milicji Obywatelskiej? Leopold Tyrmand w Złym pokazał, jak można ograć ograniczenia powieści produkcyjnej i milicyjnej, wyznając miłość do nieskrępowanej wolności wyobraźni twórczej pisarza i czytelnika (nie tyle zatem psuł, ile niemożliwie ulepszał). Współcześnie tylko kryminał Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych nie wpada w pułapkę gatunku. Zachłyśnięcie się literaturą popularną przynosi opłakane skutki: jest ona bowiem z gruntu konserwatywna, ani trochę nie spełnia pokładanych w niej nadziei na swobodę, a może nawet całkowitą rewolucję.

W otwierającym zbiór tekście czytamy: „Telewizję w ostatnich tygodniach wielokrotnie chwalono właśnie za to, że rzekomo próbuje wprowadzić ów nowy styl informacji. (…) ale po chwili refleksji nie sposób nie dostrzec, że, jak na razie, nowy styl informacji sprowadza się do mnożenia owych wielbłądów, które skutecznie zapychają dziury myślowe i niedopowiedzenia. Ba, ale na to, żeby coś do końca przemyśleć i wypowiedzieć, potrzeba kogoś, kto potrafiłby zaryzykować. A czy jest ktoś taki w telewizji?”. Powstał on po wydarzeniach w grudniu 1970 r., czyli spacyfikowaniu protestów robotniczych. Telewizja nie oddała sprawiedliwości ofiarom ani nie przekazała o nich informacji – jakże gorzko i aktualnie wybrzmiewa ten tekst dzisiaj. Barańczaka interesowały nowe media – odwołując się do świeżych wówczas analiz Marshalla McLuhana, pisał: „Pastwimy się wszyscy nad telewizją chyba po prostu dlatego, że przy całej swojej potędze jest ona w swoisty sposób bezbronna (…) w przeciwieństwie do filmu czy teatru – nie my przychodzimy do niej, ale ona do nas; do nas obwarowanych całą naszą prywatnością, skrytych za zbroją prywatnego mieszkania, prywatnego fotela, prywatnych bamboszy i prywatnych poglądów. Jest więc telewizja zawsze intruzem (…) oglądana jest w tych okolicznościach, w których człowiek czuje się najbardziej jednostką”. Dziwnie czytać te fragmenty dzisiaj, gdy odkryliśmy, że nasza prywatność niekoniecznie broni się przed „intruzem”, jakim była telewizja, a dziś jest również Internet. Przełom, który nastąpił wraz z cyfrową rewolucją, zmienił relacje władzy: ten, kto przychodzi do nas, a właściwie nigdy nas nie opuszcza, ma nas we władaniu. Uznaliśmy nawet, że nasze bambosze, herbata i makowiec w żaden sposób nas nie chronią, a nawet stanowią pożywkę dla niego. Można jednak po lekturze Odbiorcy ubezwłasnowolnionego spróbować wykorzystać Barańczakową formułę i wrócić do podstaw, zawalczyć o odzyskanie przewagi nad małymi ekranami, niekoniecznie już „w tłumie, nie tam, gdzie poddani jesteśmy zbiorowym emocjom, ale w sferze życia najbardziej prywatnej, osobistej i niezależnej”.

_

Stanisław Barańczak

Odbiorca ubezwłasnowolniony. Teksty o kulturze masowej i popularnej

Wybór, opracowanie i posłowie: Adam Poprawa,

Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2017, s. 544


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter